Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Lato, rozdział IV

IV

Ale pżez takie pżerużne a ciężkie pżejścia Hanka całkiem nie mogła zasnąć tej nocy, a pży tym cięgiem się jej widziało, że słyszy czyjeś kroki w opłotkah, to na drodze, to nawet jakby pod samą hałupą. Nasłuhiwała z bijącym sercem, ale cały dom spał głęboko, nawet dzieci nie matyjasiły, noc była głuha, hociaż widnawa, gwiazdy zaglądały w okna i niekiedy poszumiały dżewa, gdyż jakoś od samego pułnocka podniusł się wiater pżedmuhując kiej niekiej.

W izbie było duszno i gorąco, zły fetor zalatywał od kacząt nocującyh pod łużkami, ale Hance nie hciało się otwożyć okna, śpik już ją całkiem odszedł, pażyła ją pieżyna i poduszki zdały się rozpalone kiej blahy, że jeno pżewracała się z boku na bok, coraz bażej niespokojna, boć te pżerużne pomyślunki roiły się we głowie kieby mrowisko, obłażąc ją całą gorącymi potami, a pżejmując takim dygotem, że już nie mogąc zapanować nad strahem porwała się nagle z łużka i boso, w koszuli, a ze siekierą w garści, ktura się jakoś sama nawinęła, poszła w podwuże.

Wszyćko tam stojało na rozcież wywarte, ale wszędy leżała niezgłębiona cihość śpiku. Pietrek hrapał rozciągnięty pod stajnią, konie gryzły obroki pobżękując łańcuhami uździenic, zaś krowy niepowiązane na noc w oboże porozłaziły się w podwużu, leżały pżeżuwając i glamiąc oślinionymi gębulami, podnosząc ku niej ciężkie, rogate łby i czarne, niepojęte gały ślepiuw.

Powruciła do łużka i leżąc z otwartymi oczami, znowu trwożnie nasłuhiwała, gdyż pżyhodziły takie hwile, w kturyh byłaby dała głowę, jako wyraźnie roznoszą się jakieś głosy i głuhe, dalekie kroki.

— A może w kturejś hałupie nie śpią i poredzają! — prubowała sobie wyrozumieć, lecz skoro jeno hyla tyla poszażały okna, podniesła się i nażuciwszy Antkowy kożuh wyszła pżed dom.

W ganku Witkowy bociek spał na jednej nodze i ze łbem podwiniętym pod skżydło, zaś w opłotkah bieliły się pokulone stadka gęsi.

Czuby dżew już się wypinały z nocy, rosa kapała obficie z wieżhołkuw, tżepiąc o liście i trawy, zawiewał żeźwy, kżepiący hłud.

Niskie, sinawe opary obtulały pola, z kturyh jeno kajś niekaj rwały się co wyższe dżewa buhając w gurę niby te czarne, gęste dymy.

Staw polśniewał jak to ślepe, wielgahne oko zasute pomroką, olszowe wysady gważyły nad nim cihuśko i trwożnie, gdyż wszystko jeszcze dokoła spało, zatopione w szarym, niepżejżanym mącie i cihości.

Hanka pżysiadła na pżyźbie i pżytuliwszy się do ściany zadżemała, ani się tego spodziewając, na jakie dobre parę pacieżuw, bo kiej pżecknęła, noc już była zbielała do cna i na wshodzie rozpalały się czerwone zoże jako te łuny dalekie.

— Jak wyszli o hłodzie, to ani hybi, co ino ih patżeć! — myślała wyzierając na drogę, tak się czuła skżepioną tym krutkim śpikiem, że nie wruciła już do łużka i aby łacniej doczekać się słońca, wyniesła dziecińskie szmaty i poszła je pżeprać we stawie.

A dzień podnosił się coraz hybciej, że pokrutce zapiał kajś pierwszy kogut, a wnet po nim jęły tżepotać skżydłami drugie i pżekżykiwać się rozgłośniej na całą wieś, zaś potem zaśpiewały skowronki, ale jeszcze z żadka, i z pżyziemnyh mrokuw wyłaniały się z wolna bielone ściany, płoty a puste, orosiałe drogi.

Hanka prała zawzięcie, gdy naraz kajś niedaleko rozległy się cihe stąpania, pżywarła w miejscu kiej trusia, pilnie pżezierając dokoła, jakiś cień pżedzierał się z obejścia Balcerkowej i sunął czająco pod dżewami.

— Juści, co od Marysi, ale kto? — ważyła nie mogąc rozpoznać, gdyż cień pżepadł nagle i bez śladu. — Taka harna, taka zadufana w swoją urodę, a puszcza na noc hłopakuw! kto by się to spodział!

Myślała zgorszona, spostżegając znowu, że młynarczyk pżemyka się z drugiego końca wsi.

— Pewnikiem z karczmy, od Magdy! A to jak wilki tłuką się po nocy. Co się to wyprawia! — westhnęła, lecz ją samą pżejęły jakieś ciągotki, gdyż raz po raz pżeciągała się z lubością, ale że woda była hłodnawa, to prędko pżeszło, i wzięła nucić ściszonym, a tęsknością nabranym głosem:

Kiedy ranne wstają zoże!  
 

Pieśń leciała nisko po rosie, wsiąkając w zrużowione świtania.

Pora już była wstawać, po wsi zaczęły się rozlegać bżęki otwieranyh okien, klekoty trepuw i pżerużne głosy.

Hanka, jeno rozwiesiwszy pżeprane szmaty na płocie, poleciała budzić swoih, ale tak byli jeszcze śpikiem zmożeni, że co ktura głowa się uniesła, to zaraz padała ciężko, niczego nie miarkując.

Zeźliła się niemało, gdyż Pietrek kżyknął na nią z gury:

— Psiahmać! Pora jeszcze, do słońca spał będę! — i ani się ruszył.

Dzieci też jęły się mazać, a Józka skarżyła się żałośnie:

— Jeszcze ździebko, Hanuś! Dyć dopiero co się pżyłożyłam...

Pżyciszyła dzieci, powypędzała drub z hlewuw, a pżeczekawszy jeszcze z pacież, już pżed samym wshodem, kiej wyniesione niebo całkiem rozgożało, a staw sczerwienił się od zuż, narobiła takiego piekła, jaże musieli się pozwlekać z barłoguw. Wsiadła też z miejsca na Witka, kturen łaził zaspany cohając się jeno o węgły i drapiąc.

— Jak cię czym twardym zleję, to pżeckniesz! Czemuś to, pokrako jedna, kruw nie powiązał do żłobuw! Hcesz, aby se w nocy kałduny popruły rogami?

Odszczeknął cosik, aż skoczyła do niego, szczęściem, co nie czekał, więc zajżawszy do stajni czepiła się Pietrka.

— Konie dzwonią zębami o pusty żłub, a ty się wylegujesz do wshodu!

— Wydzieracie się kiej sroka na deszcz. Cała wieś słyszy! — mruknął.

— A nieh słyszy! Nieh wiedzą, jakiś to wałkoń i prużniak! Czekaj, wruci gospodaż, to ci da radę, obaczysz! Józka — zakżyczała znuw w drugiej stronie podwuża — krasula ma twarde wymiona, ciągnij mocno, byś znowu puł mleka nie ostawiła! A śpiesz z udojem, na wsi już wyganiają krowy! Witek! bież śniadanie i wypędzaj, a pogub mi owce, jak wczoraj, to się z tobą rozprawię! — rozżądzała zwijając się sama jak fryga; kurom podżuciła pżygarście ziarna, świniom kwiczącym pod hałupą wyniesła cebratkę z żarciem, cielęciu odsadzonemu od matki spożądziła picie, sypnęła kaszy gotowanej kaczętom i wygnała je na staw. Witek dostał pięścią za plecy i śniadanie do torby, nie pżepomniała nawet boćka, stawiając mu w ganku żeleźniak z wczorajszymi ziemniakami, że pżyczajał się, klekotał, a kuł w niego i wyjadał. Była wszędy, o wszystkim pamiętała i na wszyćko miała sposobną radę.

A skoro Witek pognał krowy i owce, zabrała się do Pietrka, nie mogąc ścierpieć, iż się wałęsa bez roboty.

— Wyżuć gnuj z obory! krowom w nocy gorąco i tytłają się kiej świnie.

Słońce właśnie co jeno wyjżało z dalekości, ogarniając świat czerwonym, gorącym okiem, gdy zaczęły się shodzić komornice, robiące w odrobku za ziemię pod len i ziemniaki.

Zapędziła Józkę do obierania ziemniakuw, dała piersi dziecku i okrywszy się w zapaskę żekła:

— Miej ta baczenie na wszystko! A jakby Antek wrucił, daj znać na kapuśniki. Hodźta, kobiety, puki rosa a hłodniej, okopiemy nieco kapusty, a od śniadania wrucim do wczorajszej roboty.

Powiedła je poza młyn, na niskie łąki i mokradła siwe jeszczek od rosy i mgieł opadającyh. Torfiaste ziemie uginały się pod nogami kiej żemienne pasy, zaś gdzieniegdzie tak było gżąsko, że musiały obhodzić, w bruzdah głębokih niby rowy stały spleśniałe wody, pokryte zieloną żęsą.

Na kapuśniskah nie było jeszcze nikogo, jeno czajki kołowały nad zagonami, a boćki hodziły kiwający, pilnie bobrując. Pahniało bagnem i surowizną tatarakuw a tżcin, co poobsiadały kępami stare, zapadłe doły torfowe.

— Piękny czas, ale widzi mi się, na spiekę idzie — ozwała się kturaś.

— Dobże, co wiater pżehładza.

— Bo rano, bażej on suszy niźli słońce.

— Dawno nie pamiętają tak suhego lata! — pogadywały stając do roboty na wyniesionyh zagonah kapusty.

— Jak to wyrosła, już się poniekture skłębiają na głuwki.

— Żeby jeno nie objadły robaczyska. Susza, to mogą się jeszcze żucić.

— A mogą. Na Woli obżarły już ze szczętem.

— W Modlicy zaś wyshła do cna, musiały sadzić na nowo.

Poredzały dziabiąc motyczkami ziemię i kopiasto obsypując gżędy, galancie wyrosłe, ale i sielnie zahwaszczone, mlecze bowiem szły w kolano, a kacze ziela i nawet osty puszczały się gęsto kiej las.

— Czego człowiek nie sieje ni potżebuje, to się bujnie rodzi — zauważyła kturaś otżepując ze ziemi jakiś hwast wyrwany.

— Jak każde złe! Gżehu ano nikt nie posiewa, a pełno go na świecie.

— Bo plenny! Moiściewy! puki gżehu, puty i człowieka. Pżecieh powiadają: bez gżehu nie byłoby śmiehu, albo to: kiejby nie gżeh, to by człowiek dawno zdehł! Potżebny musi być na coś, jako i ten hwast, bo oba stwożył Pan Jezus! — prawiła po swojemu Jagustynka.

— Pan Jezus by ta stwożył złe! Juści! Człowiek to jak ta świnia, wszyćko musi swoim ryjem pomarać! — żekła surowo Hanka, iż pomilkły.

Słońce już się było wyniesło galancie i mgły opadły do znaku, kiej dopiero ode wsi zaczęły nadhodzić kobiety.

— Robotnice! Czekają, aż im rosa pżeshnie, żeby se nie zamoczyć kulasuw — szydziła Hanka.

— Nie każdy tak łasy na robotę jako wy!

— Bo nie każdy tak musi harować, nie każdy! — westhnęła ciężko.

— Wasz wruci, to se odpoczniecie.

— Już się do Częstochowskiej ohfiarowałam na Janielską, byh jeno powrucił. Wujt obiecował go na dzisia.

— Z użędu wie, to musi być, co i prawda. Ale latoś sporo narodu wybiera się do Częstochowy. Organiścina pono idzie i powiadała, co sam proboszcz poprowadzi kompanię!

— A ktuż mu to poniesie bżuho! — zaśmiała się Jagustynka. — Sam go nie udźwignie bez tylahny karwas drogi. Obiecuje, jak zawdy.

— Byłam już parę razy z kompanią, ale bym co roku hodziła — westhnęła Filipka zza wody.

— Na prużniaczkę kużden łakomy.

— Jezu! — ciągnęła gorąco, nie bacząc na pżycinki. — A dyć to człowiek jakby szedł do nieba, tak mu jest w tej drodze lekko i dobże. A co się napatży świata, a co się nasłuha, co się namodli! Jeno parę niedziel, a widzi się człowiekowi, jakoby na całe roki zbył się bied a turbacji. Jakby się potem na nowo narodził!

— Prawda, to łaska boska tak kżepi! Juści — pżytwierdzały niekture.

Od wsi, ścieżką nad żeką, między szuwarami a gęstą, młodą olszyną, pżemykała się ku nim jakaś dziewczyna. Hanka pżysłoniła oczy od słońca, ale nie mogła rozeznać, dopiero z bliska poznała Józkę, ktura leciała, jak jeno mogła, już z dala kżycząc i wytżąhając rękami:

— Hanuś! Antek wrucili! Hanuś!

Hanka prasnęła motyczką i porwała się kiej ptak do lotu, ale się w mig opamiętała, opuściła podkasany wełniak i hocia ją ponosiło, hocia serce się tłukło, że thu brakowało i ledwie poredziła pżemuwić, żekła spokojnie jakby nigdy nic:

— Rubcie tu same, a na śniadanie pżyhodźta do hałupy.

Odeszła z wolna, bez pośpiehu, pżepytując Józkę o wszystko.

Kobiety poglądały na się, do cna stropione jej spokojnością.

— Jeno la oczuw ludzkih taka spokojna. Żeby się nie pżeśmiewali, co jej pilno do hłopa. Ja bym ta nie wytżymała! — muwiła Jagustynka.

— Ani ja! Byh się jeno Antkowi nie zahciało nowyh jamoruw...

— Nie ma już na podorędziu Jagusi, to może mu się odehce.

— Moiście! Jak hłopu zapahnie kiecka, to za nią w cały świat gotuw.

— Oj prawda, bydlę się nie tak łacno narowi do szkody jak hłop niektury...

Plotły, ledwie się już ruhając pży robocie, a Hanka szła wciąż jednako i jakby z rozmysłu pogadując z napotkanymi, hocia i nie wiedziała, co muwi ni co odpowiadają, bo w głowie miała to jedno, że Antek wrucił i na nią czeka.

— I z Rochem pżyszedł? — pytała jedno w kułko.

— A z Rochem! Dyć już wam muwiłam!

— A jaki, co? Jaki?

— Wiem to jaki? Pżyszedł i zaraz z progu pyta: kaj Hanka? Powiedziałam i zarno w te pędy po was, no i tyla!

— Pytał o mnie! Nieh ci Pan Jezus... Nieh ci... — zaniesła się radością.

Dojżała go już z daleka, siedział z Rochem w ganku, a uwidziawszy ją wyszedł napżeciw w opłotki.

Szła ku niemu coraz wolniej i coraz ciężej, hytając się po drodze płota, gdyż nogi się pod nią gięły, brakowało thu, dusiły łzy i w głowie miała taki mąt, co ledwie zdoliła wyjąkać:

— Ty żeś to! Tyżeś! — łzy zalały resztę słuw nabranyh radością.

— A ja, Hanuś! Ja! — pżygarnął ją mocno do piersi, a pżytulał z dobrością i z całego serca. Cisnęła się też do niego zgoła już bez pamięci, a jeno te szczęsne łzy spływały ciurkiem po tważy zbladłej i wargi się tżęsły, dawała mu się w ramiona wszystka, kiej to utęsknione dzieciątko.

Długo nie poredziła pżemuwić, ale cuż to mogła żec i jak wypowiedzieć, co się w niej działo! Dyć byłaby klękała pżed nim, dyć byłaby prohy zmiatała, więc jeno niekiedy rwało się jej z piersi jakieś słowo, padając kiej to ważne ziarno i kiej ten kwiat pahnący weselem i oroszony krwią serdeczną, a oczy wierne i oddane, oczy pełne bezgranicznego miłowania kładły mu się pod stopy kiej psy, zdając się na wolę jego i na jego łaskę.

— Zmizerowałaś się, Hanuś! — szepnął gładząc ją pieściwie po tważy.

— Jakże... tylam pżeniesła, tylam się wyczekała...

— Zapracowała się kobieta — ozwał się Rocho.

— To i wy jesteście! Całkiem o was pżepomniałam! — jęła go witać i całować po rękah, on zaś żekł żartobliwie:

— Nie dziwota. Obiecałem go wam pżywieść, to go sobie macie...

— A mam! Mam! — zawołała stając w nagłym podziwie pżed Antkiem, wybielał bowiem, wydelikatniał i taki się widział urodny, mocarny, pański, jakby zgoła kto drugi, pojąć tego nie mogła.

— Pżemieniłem się to, co tak po mnie ślepiasz?

— Niby nie, ale całkiem jesteś jakiś zgoła inakszy.

— Poczekaj, pujdę w pole do roboty, to zarno będę jak pżudzi.

Skoczyła naraz do izby po najmłodsze dziecko.

— Jeszczeh go nie widziałeś! — wołała wynosząc rozkżyczanego hłopaka — popatż jeno, podobny do cię jak dwie krople.

— Sielny parob! — zawinął go w rug kapoty i pohuśtywał.

— Rocho mu na imię! Pietras, a hodźże i ty do ojca — podsadziła starszego, że jął się gramolić na ojcowe kolana bełkocąc cosik. Antek objął obydwuh z dziwną czułością.

— Robaki kohane, kruszyny najmilsze! Jak to już Pietras wyrusł, no, i po swojemu coś rajcuje.

— Pżecie, a taki spżeciwny, a taki zmyślny, dorwie się jeno bata, to zara tżaska i gęsi wygania — pżykucnęła pży nih. — Pietras, powiedz: tata! powiedz.

Juści, co zamamrotał i nawet jeszcze więcej cosik gważył po swojemu, ciągając ojca za włosy.

— Józka, czemu się to na mnie boczysz? Hodźże — zauważył.

— A bo to śmię — pisknęła wstydliwie.

— Hodźże, głupia, hodź! — pżygarnął ją tkliwie, po bratersku. — Tera już me we wszyćkim słuhaj kiej ojca. Nie buj się, srogi la ciebie nie będę i kżywdy ode mnie nie zaznasz.

Rozpłakała się dziewczynina żalnie, wypominając ojca i brata.

— Jak mi wujt pedział o jego śmierci, to jakby me kto kłonicą zdzielił, jaże me zamroczyło. Taki parob kohany, taki brat najmilejszy. I kto by się to spodział. Jużem sobie układał w głowie, jak się to grontem podzielim, nawet już o kobiecie la niego myślałem — wyżekał ciho, z głęboką boleścią, jaże Rocho, aby odwrucić smutne myśle od wszystkih, zawołał podnosząc się z miejsca:

— Dobże wam gadać, a mnie już kiszki marsza grają.

— Laboga, do cna pżepomniałam. Józka, łap no te żułte kogutki. Cipuhny! cip, cip, cip! A może jajkuw pżudzi, co? A może hleba? świeży i masło wczorajsze! Urżnij łby i spaż wżątkiem! Wnet je wam sprawię. To gapa ze mnie, żeby zabaczyć!

— Ostaw, Hanuś, kogutki na potem, a spożądź cosik po naszemu. Tak mi się już pżejadło to miesckie jedzenie, co ohotnie siędę pżed miską ziemniakuw z barszczem — śmiał się wesoło. — Jeno la Rocha zgotuj co inszego.

— Bóg zapłać. Właśnie na to samo mam smaki!

Hanka żuciła się szykować, ale że ziemniaki już parkotały w garnku, to jeno wyniesła z komory kiełbasę do barszczu.

— La ciebiem ostawiła, Jantoś. To z tej maciory, coś to ją kazał zaszlahtować pżed Wielkanocą.

— No, no, niezgorsze pęto, ale da Bóg, że je zmożemy. Hale, Rochu, a kajże to nasze gościńce?

Stary podsunął spory tobuł, z kturego Antek jął wyjmować rużności, a podawać każdej z osobna.

— Naści, Hanuś, to la ciebie, jak ci kaj droga wypadnie — podał jej wełnianą hustę, takusieńką, jaką miała organiścina, całkiem czarna i w czerwone i zielone kraty.

— La mnie. Żeś to pamiętał, Jantoś — jęknęła z niezgłębioną wdzięcznością.

— Ba, żeby nie Rocho, to bym był zabaczył, ale pżypomnieli i poszlim razem wybierać i kupować.

A sporo nakupił, gdyż dodał żonie jeszcze tżewiki i husteczkę na głowę jedwabną, modrą w żułte kwiatuszki. Józce dał taką samą, jeno co zieloną, oraz fryzkę i parę sznurkuw paciorkuw z długahną wstęgą do zawiązywania, zaś la dzieci pżywiuzł piernikuw i organki, nawet miał la kowalowej, bo cosik odłożył obwiniętego w papier, a nie zapomniał Witka ni też o parobku.

Jaże kżyknęły z podziwu na coraz nowe cudności, oglądając je i pżymieżając z taką radością, że Hance łzy kapały po zrumienionej tważy, a Józka za głowę hytała się w podziwie.

Rocho się uśmiehał zacierając ręce, Antek zaś jeno pogwizdywał.

— Zarobiliśta sobie na gościniec. Rocho powiadał, jak to wszyćko szło składnie w gospodarce. Dajcie no spokuj, nie la dziękowań pżywiezłem — wołał broniąc się, bo żuciły się go ściskać i całować.

— Ani mi się kiej śniły takie cudności — szepnęła łzawo Hanka siadając pżymieżać tżewiki. — Ciasne ździebko, nogi mi nabżmiały od bosaka, ale na zimę będą w sam raz.

Rocho jął się rozpytywać o wieś i rużne sprawy, opowiadała jeno piąte pżez dziesiąte kżątając się tak pilnie kole jadła, że pokrutce zastawiła pżed nimi ziemniakuw szczodże omaszczonyh tęgą mihę i nie mniejszą barszczu, w kturym kieby koło pływała kiełbasa.

Skwapnie się pżypięli do śniadania.

— To mi dopiero jadło — pokżykiwał wesoło — kiełbasa galancie czujna. Po tym to człowiek poczuje jakąś wagę w żywocie. A to me paśli w tym kreminale, żeby ih wciorności.

— Dopieroś to się, hudziaku, namożył głodem.

— Jakże, toć w końcu już nic jeść nie mogłem.

— Powiadali hłopy, jak tam żywią, że pono pies jeno z głodu hyciłby się takiego jadła, prawda to?

— Juści, co prawda, ale najgorsze, że tża było siedzieć zawarty. Puki było zimno, to jeszcze, ale skoro dogżało słońce i zaleciało mi ziemią, to myślałem, co się już wścieknę. Pahniała mi wola lepiej niźli ta kiełbasa. Jużem kraty prubował rwać, jeno co pżeszkodziły.

— Prawda, co tam biją? — spytała lękliwie.

— A biją! Są tam bowiem i takie zbuje, kture już z czystej sprawiedliwości powinny co dnia brać kije. Mnie się ta nie ważono tknąć ni palcem. Niehby juha sprubował ktury, dałbym mu tabaki, no!

— Juści, kto by cię ta pżemugł, mocażu, kto? — pżyświarczała radośnie, wpatżona w niego i czuwająca na najlżejsze skinienie.

Ryhło się jednak uwinęli z jadłem i zaraz poszli spać do stodoły, kaj już naniesła im Hanka do sąsieka pieżyn i poduszek.

— Bujcie się Boga, toć stopimy się na skwarki — zaśmiał się Rocho.

Już nie odżekła, ale zawarłszy za nimi wrota, wtedy dopiero całkiem osłabia i uciekła na ogrud do pielenia pietruszki. Rozglądała się hwilę dokoła i buhnęła płaczem. Płakała z radości, płakała, że słońce pżygżewało ją w plecy, że zielone dżewa hwiały się nad głową, że ptaki śpiewały, że pahniało wszystko i kwitnęło i że jej było tak dobże, tak ciho i tak błogo na duszy, jakby po tej świętej spowiedzi abo i jeszcze lepiej.

— Żeś to wszystko sprawił, muj Jezu! — jęknęła podnosząc łzawe oczy ku niebu, w najszczerszej, zgoła niewypowiedzianej podzięce za tyle dobra, jakie ją spotkało.

— I że się to już pżemieniło! — wzdyhała zdumiona, szczęsna, prawie wniebowzięta, że już cały czas, dopuki spali, hodziła ledwie pżytomna ze szczęścia. Czuwała nad nimi kiej kokosz nad pisklętami. Wyniesła dzieci daleko w sad, byh czasem nie zakżyczały. Pżepędziła z podwuża wszelką gadzinę nie bacząc nawet, że świnie pyskają wczesne ziemniaki, a kury rozgżebują wshodzące ogurki. Już o całym świecie pżepomniała, cięgiem zazierając do śpiącyh.

A dzień tak się pżykro dłużył, co już nie mogła sobie poredzić. Pżeszło bowiem śniadanie, pżeszedł obiad, a oni wciąż spali. Porozpędzała wszystkih do roboty, ani dbając, co się tam bez niej wyrabia, strużując jeno, a cięgiem drepcąc od stodoły do hałupy.

Sto razy wyjmowała gościniec pżymieżać, oglądać i wołać.

— A kaj to drugi taki dobry i pamiętliwy, kaj?

Aż w końcu poleciała na wieś do kobiet, a kogo jeno dostżegła, to mu już z dala kżyczała:

— Wiecie, a to muj powrucił, śpi se tera w stodole.

I śmiały się jej oczy i tważ i tak wszystka thnęła rozradowaniem i weselem, jaże kobiety się dziwowały.

— Użekł ją ten wisielec czy co? Do cna zgłupiała.

— Zarno się ona pocznie wynosić a nos zadzierać, obaczycie!

— Nieh jeno Antek wruci do dawnego, to jej rura zmięknie — poredzały.

Juści, co nie słyszała tyh pogadek, ale pżyleciawszy do hałupy wzięła się na ostro do spożądzania sutego obiadu, lecz dosłyszawszy gęsi kżyczące na stawie wypadła je pżyciszać kamieniami, że ledwie z tego kłutnia nie wyszła z młynażową.

Właśnie co ino była podwieczorek posłała ludziom na pole, gdy hłopy pżyszły ze stodoły. Nażądziła im obiad pod domem w cieniu i na hłodzie, podając nawet gożałkę i piwo, zaś na dojadkę postawiła z puł sitka dobże źrałyh wisien, kture była pżyniesła od księżej gospodyni.

— Obiad suty jakby na weselu — żartował Rocho.

— Gospodaż wrucił, małe to jeszcze wesele? — odparła zwijając się kole nih i mało wiele sama pojedając.

Po skończeniu Rocho zaraz poszedł na wieś obiecując się na wieczur, zaś ona spytała nieśmiele męża:

— Hcesz to obejżeć gospodarkę?

— A dobże! Święto się już skończyło, tża się będzie brać do roboty! Muj Boże, anim się spodział, co mi tak ryhło pżyjdzie ojcowizna!

Westhnął i poszedł za nią; powiodła go najpierwej do stajni, kaj parskały tży konie, a w zagrodzie kręcił się źrebak; potem do pustej obory, zaś jeszcze potem do stodoły do tegorocznego siana; zaglądał nawet do hlewuw i pod szopę, gdzie stały rużne nażędzia i pożądki.

— Bryczkę tża będzie pżetoczyć na klepisko, bo się do cna rozeshnie.

— A bo to raz pżykazywałam Pietrkowi? Cuż, kiej me nie słuhał.

Zaczęła zwoływać prosięta i drub, sielnie się pżehwalając dużym pżyhuwkiem, a kiej i to obejżał, rozpowiedała szeroko o polnyh robotah, gdzie co posiane i wiela każdego z osobna, pilnie pży tym naglądając mu w oczy i wyczekująco, ale on sobie wszyćko poukładał w głowie po pożądku, pżepytując jeno o to i owo, a dopiero w końcu żekł:

— Jaże uwieżyć trudno, żeś to wszystkiemu sama uredziła!

— La ciebie to bym i więcej zmogła — szepnęła gorąco, strasznie rada z pohwały.

— Hwat z ciebie, Hanuś, hwat! anim się spodział, coś taka.

— Było potża, to juści, co człowiek kulasuw nie pożałował.

Obejżał nawet sad, pełen wiśni już pżez puł czerwonyh, i gżędy, kaj rosły cebule, pietruszka i kapuściane wysadki.

Wracali już z powrotem, gdy pżehodząc kole ojcowej strony zajżał do środka pżez wywarte okno.

— A kajże to Jagna? — latał zdumionymi oczami po pustej izbie.

— A kaj! u matki! Wygnałam ją! — żekła twardo, podnosząc na niego oczy.

Ściągnął brwie, pżedeliberował czas jakiś i zapalając papierosa żucił spokojnie, jakby od niehcenia:

— Dominikowa zły pies, nie pżepuści nam bez precesu.

— Już pono wczoraj latały ze skargą do sądu.

— Od skargi do wyroku droga szeroka. Ale tża to będzie wziąć dobże na rozum, byh nam nie wystroiła jakiego figla.

Opowiadała, z czego to wszystko poszło i jak się stało, wiele juści pomijając, nie pżerywał ni pytał, brwie jeno marszcząc i łyskając oczami, dopiero kiej mu zapis podała, ośmiał się kąśliwie:

— Tyle wart, co możesz z nim bieżyć za ścianę.

— A juści, pżeciek to ten sam, co go jej dali ociec.

— I stoi właśnie złamany patyk! Jakby się odpisała u rejenta, to by co znaczyło. La śmiehu go żuciła!

Cisnął ramionami, zabrał Pietrusia na ręce i ruszył do pżełazu.

— Obaczę pola i wrucę! — żucił za siebie, iż ostała, hociaż dziwnie pragnęła z nim poleźć, on zaś mijając brug, już odnowiony i pełen siana, pżyglądał mu się spod oka.

— Mateusz go wypożądził. Samej słomy na dah wykręcili ze tży kopy — wołała za nim stojąc na pżełazie.

— A dobże, dobże — mruknął, nie był ta ciekaw bele czego. Pżeszedł ziemniakami i puścił się miedzą.

Latoś na polah z tej strony wsi były prawie same oziminy i bez to niewiela ludzi spotykał po drodze, a z kim się zeszedł, tego witał krutko i prędko pżehodził. Zwalniał jednak coraz bardziej, gdyż Pietruś mu ciążył i jakoś dziwnie rozbierało go nagżane, cihe powietże. Pżystawał, to siadał, nie pżestając oglądać prawie każdego zagona z osobna.

— Ho, ho! żułtoha dusi len! — wykżyknął stając pży zagonah niebieskih od kwiatuw, ale gęsto popżerabianyh żułciznami — kupiła siemię zapaskudzone i nie pżewiała!

Wstżymał się potem pży jęczmieniu, ktury był mizerny i już pżypalony, a ledwo widny spod ostuw, rumiankuw i szczawiuw.

— Na mokro siali! Spyskał rolę kiej świnia! A żeby cię, juho, pokręciło za taką uprawę! A jak to ścierwo zbronował! sam peż i kotyry!

Splunął rozeźlony i wszedł na ogromny łan żyta, co niby wody spławione we słońcu kolebały mu się do nug, bijąc hżęstliwymi, ciężkimi kłosami. Rozradował się głęboko, gdyż było pięknie wyrośnięte, słomę miało grubą i kłosy niby baty.

— Kiej bur idzie! Ojcowego to jeszcze siania! We dwoże nie lepsze! — wykruszył kłos, ziarno było dorodne i pełne, ale jeszcze miętkie — za dwa tygodnie czas mu będzie pod kosę! Byle jeno grady nie zbiły.

Ale nad pszenicą najdłużej się cieszył i napasał oczy, bo hociaż szła nieruwno, kłębami a zatokami, lecz z czarniawyh, lśniącyh piur już się łuskały gęste i wielkie kłosy.

— Sypnie niezgożej. Tżeba jeszcze miejscami pżysiec, za bujna. Na gurce, a nic ją nie pżypaliło! Czyste złoto idzie!

Był coraz dalej, wspinając się z wolna pod łagodne wzguże, na kturym wyrastała czarna ściana boru. Wieś ostała za nim jakby na samym dnie, pławiła się w sadah, a pżez pżerwy między hałupami polśniewał staw lub jakieś okno zagrało w słońcu.

Kajś pod smętażem cięli koniczynę i kosy migotały nad ziemią niby te sine błyskawice, gdzie znuw czerwieniały kobiece pżyodziewy i stada białyh gęsi pasły się na wąskih ugorah, a za wsią, w zielonyh polah ziemniakuw ruhali się ludzie kiej mruwki, zaś jeszcze wyżej, w niepżejżanyh dalekościah majaczyły jakieś wsie, domy samotne, dżewa pogarbione nad drogami, wielgahne pola i widziały się jakoby potopione w modrawej i wżącej wodzie.

Głęboka cihość szła gurą nad ziemiami, rozpalone powietże jaże ślepiło migotem, ziejąc takim skwarem, że skroś tyh białawyh, roztżęsionyh płomi jeno niekiej pżeleciał bociek ważąc się ciężko na omdlałyh skżydłah i zaziajane wrony pżefrunęły.

Skowronki śpiewały kajś niedojżane, niebo wisiało wysokie, rozpalone i czyste, że tylko gdzieniegdzie warowała na tyh niebieskih polah jakaś biała hmurka, kieby ta owca zbłąkana.

Zaś po ziemiah baraszkował suhy i gorący wiater, pżewalając się jak pijany, czasem podrywał się z pżeświstem, jaże płoszyły się ptaki, albo gdziesik pżyczajony buhał z nagła we zboża i skłębiał je, mącił, wzbużał do dna i pżepadał znowu nie wiada kaj, a rozkolebane zagony długo jeszcze gędziły i cihuśko, jakby się skarżąc na wisusa.

Antek pżystanął pod lasem na ugoże i znowu się ozgniewał.

— Jeszczek nie podorany! Konie stoją pżez roboty, gnuj spala się na kupie, a ten ani się zatroszczy! A żeby cię! — zaklął ruszając pod borem ku kżyżowi na topolowej drodze.

Zmęczony się czuł, w głowie mu szumiało i kuż zapierał gardziel, pżysiadł pod kżyżem w cieniu bżuzek, ułożył na kapocie śpiącego Pietrusia i obcierając żęsisty pot zapatżył się we świat i zamedytował.

Słońce skłoniło się nad bory i pierwsze lękliwe cienie wyłoniły spod dżew, czołgając się ku zbożom. Bur cosik gważył z ciha czubami płonącymi w słońcu, a gęste podszycia leszczyn i osik tżęsły się jakby w zimnicy. Dzięcioły kuły zawzięcie i kajś daleko skżeczały sroki. Czasem między omszałymi dębami zamigotała żołna, jakby kto cisnął kłębkiem zwiniętej tęczy.

Hłud zawiewał z omroczonyh, cihyh głębin, tylko kajś niekaj podartyh słonecznymi pazurami.

Zalatywało gżybami, żywicą i rozprażonym bajorem.

Naraz jastżąb wyprysnął nad las, zatoczył kżyżem nad polami, ważył się hwilę i spadł kiej piorun we zboża...

Antek porwał się bronić, ale już było za puźno, posypała się kużawa piur, zbuj uciekł, jękliwie zakżyczały kuropatki, a jakiś zajączek zestrahany gnał na oślep, jeno mu bielało podogonie.

— Jak se to wypatżył! Rabuś juha! — szepnął siadając z powrotem — cuż, kiej i jastżąb musi się pożywić i hoćby ta glista najmarniejsza. Takie już użądzenie na świecie! — medytował okrywając Pietrusiową gębusię, gdyż pszczoły bżęczały nad nią zawzięcie, a jakiś kosmaty tżmiel buczał nieustannie.

Spomniał sobie, jak to jeszczek niedawno wydzierał się na wolę, do tyh pul, jak mu to dusza dziw nie ushła z tęsknicy!

— Wymęczyły me, ścierwy! — zaklął nie ruhając się już z miejsca, bo tuż pżed nim z żyta wyściubiały lękliwe głowy pżepiurki nawołując się po swojemu, ale w mig się pokryły, gdyż cała banda wrublego narodu spadła na bżozy, stoczyła się w piah jazgocząc zapamiętale, tłukąc się a bijąc i sważąc, aż ścihły nagle pżywierając do miejsc, jastżąb znowuj zakołował i tak nisko, jaże cień leciał po zagonah.

— Dał wam radę, pyskacze! Akuratnie bywa takusieńko z ludźmi! Więcej zrobi z niejednym pogrozą niźli skamłaniem — rozważał.

Pliszki się pokazały pobok na drodze, tżęsły ogonami szwendając się tak z bliska, iż skoro poruszył ręką, odleciały za ruw.

— Głupie! Mało co, a byłbym kturą hycił la Pietrusia!

Wrony wylazły z lasu, maszerowały koleinami wydziobując, co się dało, ale poczuwszy człowieka, jęły ostrożnie, z pżekżywionymi łbami zazierać w niego i obhodzić, podskakując coraz bliżej, a stopercząc obmieżłe, zbujeckie dzioby.

— Nie pożywita się mną — żucił grudkę, uciekły ciho jak złodzieje.

Zaś potem, że siedział jakby w odrętwieniu, zapatżony we świat i całą duszą zasłuhany w jego głosy, to wszelaki stwur jął zuhwale ciągnąć na niego; mruwki łaziły mu po plecah, motyle raz po raz pżysiadały we włosah, boże kruwki szukały czegoś po tważy, a zielone, spasłe liszki pięły się skwapnie na buty, to leśne ptaszki cosik mu zaświergoliły nad głową i wiewiurka pżewijając się od boru zadarła rudy ogon, ważąc się pżez mgnienie, czyby nie hycnąć na niego, ale on ani już o czym wiedział, grążył się bowiem w czymściś, co buhało z tyh ziem nieobjętyh, sycąc mu duszę upojną i zgoła niewypowiedzianą słodkością.

Zdało mu się, jakoby z tym wiatrem pżewalał się po zbożah; jakby polśniewał mięciuśką, wilgotną runią traw; jakby toczył się strumieniem po wygżanyh piahah skroś łąk pżejętyh zapahem sianokosuw; to jakby z ptakami leciał kajś wysoko, gurnie nad światem i kżykał z mocą niepojętą do słońca; to znowu jakby się stawał szumem pul, kolebaniem się boruw, siłą i pędem wszelakiego rostu i wszystką potęgą tej ziemi świętej, rodzącej w śpiewaniah i weselu. I sobą się wiedział, wszyćkim się wiedząc zarazem, bo i tym, co się obaczy i poczuje, czego się dotknie i co się wyrozumie, ale i tym, czego nie sposub nawet pomiarkować, a co jeno poniektura dusza w godzinę śmierci pżejży i co się w człowiekowym sercu tylko kłębi, wzbiera i ponosi ją w jakąś niewiadomą stronę, i łzy słodkie wyciska, i nieukojną tęsknicą kieby kamieniem pżywala.

Szło to pżez niego niby hmury, że nim co pojął, już inne następowały, już nowe i bażej jeszcze niepojęte.

Był na jawie, a śpik sypał mu w oczy makiem i wodził kajś ponad dole i stronami zahwyceń prowadził, że już w końcu poczuł się niby w czas Podniesienia, kiej dusza gdziesik się wzniesie i płynie klęczący na jakieś janielskie ogrody, na jakieś nieba i raje pełne szczęśliwości.

Kwardy był pżeciek i do tkliwości nieskory, ale w tyh dziwnyh minutah gotuw był paść na ziem, pżywżeć do niej gorącymi ustami i obejmować cały ten świat kohany.

— Nic, jeno me tak powietże rozbiera! — bronił się trąc oczy kułakiem i srożąc brwie, ale bo to poredził się pżemuc, bo to mugł zdusić w sobie kuntentność, ktura go pżepalała?

Na ziemi się bowiem znowu poczuł, na ojcowej i praojcowej grudzi, między swoimi, to i nie dziwota, co radowała mu się dusza i każde bicie serca zdało się wołać na świat cały mocno i radośnie:

— Dyć znowu jestem! Jestem i ostanę!

Prężył się w sobie, gotuw dźwignąć się na to nowe życie, kturym już szedł ociec, jakim pżeszły dziady i pradziady, i tak samo jak oni pohylał bary, by wziąć ciężki trud i ponieść go nieulękle i niestrudzenie, aż puki Pietruś nie zastąpi go z kolei...

— Tak już być musi! Młody po starym, syn po ojcu, a posobnie, a cięgiem, dopuki Twoja wola, Jezu miłosierny — dumał surowo.

Wsparł głowę na rękah i pohylał nisko ociężałą głowę, gdyż nawiedziły go całą ciżbą pżerużne myśle i spominania, zaś jakiś głos kwardy i karcący, jak gdyby głos sumienia, jął mu prawić swoje gożkie i bolesne prawdy, pżygiął się pżed nim i ukożył wyznając się ze wszystkih pżewin i gżehuw...

Ciężką mu była ta spowiedź i zgoła niełacnym pokajanie, ale pżemugł hardość, zdusił w sobie ambit i pyhę patżąc w całe swoje życie nieubłaganymi oczami opamiętania; każdą sprawę swoją pżezierał tera do dna, bierąc ją na rozum i na srogi sąd.

— Głupi byłem i tyla! Na świecie musi iść swoim pożądkiem! Juści, mądże powiedzieli ociec: jak wszystkie jadą w jedną stronę, źle takiemu, kturen z woza spadnie, pod koła zleci! Koni na piehotę się nie zgoni! Że to kużden człowiek musi wszyćko dohodzić swoim rozumem! Drogo niejednemu wyhodzi! — myślał smutnie i cierpki pżeśmieh okolił mu wargi.

Z boru zaczęły klekotać kołatki a porykiwania ciągnącyh stad.

Podniusł Pietrusia i ruszył bokiem topolowej pżepuszczając stada, idące z leśnyh pastwisk.

Kuż się wznosił spod kopyt i bił ponad topole kiej hmura, w zaczerwienionyh od zahodu tumanah hwiały się rogate, ciężkie łby i raz po raz skłębiały się owce, obganiane pżez pieski, gdyż cięgiem się rwały w pżydrożne zboża, pokwikiwały świnie prażone batami, cielaki z bekiem szukały pogubionyh matek; paru pastuhuw jehało na koniah, a reszta szła ze stadami tżaskając z batuw; gważąc a pokżykując, kturyś zawodził, jaże się rozlegało.

Antek ostawał już za wszystkimi, kiej go dojżał Witek i pżyleciał całować w rękę na powitanie.

— Niezgożej, widzę, podrosłeś! — ozwał się łaskawie do hłopca.

— Prawda, bo już te portki, com dostał jesienią, są mi po kolana.

— Nie buj się, da ci nowe gospodyni, da! Mają to krowy co jeść?

— Bogać ta mają, do cna już trawę wypaliło, żeby im gospodyni nie podtykała w oboże, to by całkiem zgubiły mleko. Dajcie mi Pietrusia pżewieźć go ździebko na koniu — prosił.

— Hale, jeszcze się nie utżyma i zleci!

— A mało go to już woziłem na źrubce! Pżeciek tżymał go będę, hłopak jaże piszczy do konia. — Zabrał go i usadził na jakiejś starej szkapie, wlekącej się ze łbem opuszczonym, Pietruś hycił się rączynami gżywy, zabił gołymi piętami końskie boki a kżykał radośnie.

— Jaki to hwat! parobek muj kohany! — szepnął Antek, skręcił zaraz w pole i miedzami dobierał się drogi biegnącej za stodołami.

Słońce tylko co zaszło i całe niebo stanęło we złocie i bledziuśkih zieleniah, wiater ustał, zboża zwiesiły ociężałe kłosy, a po rosah leciały wsiowe wżawy i jakieś dalekie pżyśpiewki.

Szedł z wolna, jakby ociężony spominkami, gdyż Jagusia pżyhodziła mu na pamięć, raz po raz widział pżed sobą jej modre oczy i lśniące zęby, i te czerwone nabrane wargi, thnące tak jakoś z bliska, jaże się wzdrygał i pżystawał. Jak żywa mu stawała, pżecierał oczy odganiając ją z pamięci, ale kieby na pżekur szła pobok, biedro w biedro jak niegdyś i jak niegdyś zdało się od niej buhać lubym żarem, aże krew udeżała mu do głowy.

— A może i dobże, co ją wypędziła z hałupy! Kiej ta zadra mi uwięzła, kiej ta boląca zadra. Ale co było, to i nie wruci — westhnął z dziwnie ściśniętym sercem. — Nie sposub. — I prostując się żucił ostro sam sobie:

— Skończyło się psie wesele! — wszedł już w obejście.

W podwużu gwarno było i ludnie, kżątali się kole wieczornyh obżądkuw, Józka krowy doiła pod oborą wydzierając się piskliwą nutą, zaś Hanka kluski zagniatała na ganku.

Antek pżeżekł cosik do Pietrka, pojącego konie, i wszedł oglądać ojcową stronę, pżyleciała za nim Hanka.

— Tża będzie wypożądzić i pżeniesiemy się tutaj. Jest to wapno?

— Kupiłam jeszcze w jarmarek, zaraz jutro zawołam Stacha, to wybieli. Juści, co na tej stronie będzie nam sposobniej.

Medytował cosik obhodząc wszystkie kąty.

— Byłeś w polu? — spytała nieśmiało.

— Byłem, wszyćko dobże, Hanuś, że i sam bym lepiej nie zażądził.

Pokraśniała strasznie, rada pohwale.

— Jeno Pietrkowi świnie pasać, a nie robić w groncie! Paparuh!

— Abo to nie wiem! Jużem się nawet pżewiadywała o nowego parobka.

— Wezmę ja go w garście, a nie posłuha, to wygonię na cztery wiatry!

Hciała jeszcze coś pedzieć, ale dzieci zakżyczały i poleciała do nih, zaś Antek ruszył w podwuże pżepatrując wszystko bacznie, a tak surowo, że hoć tylko niekiedy żucił jakie słowo, a Pietrkowi jaże skura cierpła i Witek bojąc mu się nawijać na oczy pżemykał się jeno z dala, stronami.

Józka doiła już tżecią krowę śpiewając coraz rozgłośniej:

Stuj, siwulo, stuj! 
Skopkę mleka duj! 
 

— A to się dżesz, jakby cię kto ze skury obłupiał! — kżyknął na nią.

Urwała z nagła, ale że była harda i nieustępliwa, to zaśpiewała dalej, jeno co już ciszej i jakby lękliwiej:

Kazała cię matka prosić, 
Żebyś mleka dała dosyć, 
Stuj, siwulo, stuj! 
 

— Zawarłabyś ano gębę, gospodaż w hałupie! — skarciła ją Hanka dźwigając picie la ostatniej krowy — zaraz tu będzie posłuh — dodała.

Odebrał jej cebratkę i stawiając ją krowie powiedział ze śmiehem:

— Dżyj się, Józia, dżyj, a to szczury prędzej uciekną z hałupy...

— A zrobię, co mi się spodoba! — warknęła harno i zaczepnie, ale skoro odeszli, pżycihła zaraz, bocząc się jeno na brata i pyrhając nosem.

Hanka zwijała się teraz kole świń, tak skwapnie dygując ciężkie cebżyki z żarciem, jaże jej pożałował, bo żekł:

— Nieh hłopaki zaniesą, za ciężko, widzę, na ciebie! Poczekaj, zgodzę ci dziewkę, bo Jagustynka tyla ci pomaga, co ten pies napłacze. Kajże to ona dzisia?

— Do dzieci poleciała, na zgodę idzie z niemi! Dziewka juści, coby się zdała, jeno co tylahny koszt. Poradziłabym sama, ale jak każesz... twoja wola... — dziw go w rękę nie pocałowała z wdzięczności, ale jeno dożuciła radośnie: — I gąskuw można by więcej pżyhować, a i drugiego karmika mieć na pżedanie!

— Na gospodarce siedlim, to i po gospodarsku tża nam poczynać, jak to pżudzi bywało, za ojcuw! — powiedział po długim deliberowaniu.

A po kolacji wyniusł się pod hałupę, gdyż zaczęli się shodzić znajomkowie a pżyjacioły, witając i ciesząc się jego powrotem.

Pżyszedł Mateusz z Grzelą, wujtowym bratem, pżyszedł Stacho Płoszka, Kłąb ze synem, stryjeczny Adam i drugie.

— Wyglądalim cię jak kania deszczu! — żekł Grzela.

— A cuż, tżymały me i tżymały kiej wilki! Ani sposub było się wydżeć!

Zasiedli na pżyźbie w cieniu, jeden Rocho siedział pod oknem we świetle, lejącym się szeroką smugą aż w sad.

Wieczur był cihy, nagżany i sielnie rozgwiaździony, skroś dżew błyskały światełka hałup, staw mruczał niekiedy jakby wzdyhając, a wszędy pod ścianami pżehładzali się ludzie.

Antek rozpytywał się o rużnoście, gdy Rocho mu pżerwał:

— Wiecie, naczelnik zapowiedział, że za dwa tygodnie mają się zebrać Lipce i uhwalić na szkołę!

— Co nam do tego, nieh se ojcowie radzą! — wyrwał się Płoszka, ale Grzela wsiadł na niego:

— Łacno zwalać na ojcuw, a samemu wylegiwać się do gury pępem! Bez to, co żadnemu z młodyh nie hce się głowy niczym poturbować, to się tak dobże we wsi dzieje.

— Odpiszą mi gront, to się kłopotał będę.

Zaczęli się o to mocno spżeczać, aż wtrącił się Antek:

— Nie ma co, szkoła w Lipcach potżebna, jeno na taką naczelnikową nie powinno się uhwalać ani grosika.

Poparł go Rocho, strasząc ih a podmawiając do oporu.

— Uhwalicie po złotuwce, a potem każą wam dodać po rublu... A jak to było z uhwałą na dom la sądu, co? Dobże się podpaśli za wasze pieniądze. Niezgorsze kałduny im porosły!

— Już ja w tym, aby gromada nie uhwaliła — szepnął Grzela pżysiadając się do Rocha, kturen go wzion na stronę i dając jakoweś pisma i książeczki cosik z ciha i ważnie nauczał.

Tamci zaś pogadywali jeszcze o tym i owym, jeno co jakoś ospale i bez wielkiej hęci, nawet Mateusz był dzisia smutny, mało się odzywał, a tylko bacznie hodził oczami za Antkiem.

Mieli się już rozhodzić, boć tża było wraz ze dniem dźwignąć się do roboty, kiej pżyleciał kowal skarżąc, że dopiero pżyjehał ze dwora, i klął na wieś i na wszystkih.

— Co to was znowu ukąsiło? — spytała Hanka wyzierając oknem.

— A co? wstyd powiedzieć, ale trąby są nasze hłopy, i tyla! Dziedzic z nimi jak z ludźmi, jak z gospodażami, a te kiej pastuhy od gęsi! Już się ugodzili z dziedzicem, już wszyscy byli za jednym, a kiej pżyszło się podpisywać, to jeden drapie się po łbie i mruczy: „a ja wiem!”, drugi powieda: „baby się jeszcze poredzę”; zaś tżeci zaczyna skamłać, abyh mu jeszcze dołożyć tę pżyległą łączkę. I zrub co z takimi. Dziedzic tak się zagniewał, że ani już hce słuhać o zgodzie, a nawet pżykazał nie dopuszczać lipeckiego bydła na leśne paśniki, a kto wpędzi, fantować.

Strwożyli się tą niespodzianą nowiną, klnąc winnyh a sważąc się między sobą coraz zawzięciej, gdy Mateusz ozwał się smutnie:

— Wszyćko bez to, co narud pobłąkany i zgłupiały kiej barany, a nie ma go komu pżywieść do rozumu!

— Mało to jeszcze Michał się natłumaczy każdemu?

— Co tam Michał! Za swoim profitem gania i z dworem tżyma, to juści, co mu narud nie zawieża. Słuhają, ale za nim nie pudą...

Porwał się kowal, gorąco pżedstawiając, jako tylko hodzi mu o dobro wsi, jako jeszcze dokłada swojego, byh jeno tę zgodę pżeprowadzić.

— Żebyś w kościele pżysięgał, a też ci nie uwieżą — mruknął Mateusz.

— No, to nieh kto drugi sprubuje, obaczymy, czy poredzi! — wołał.

— Pewnie, że kto drugi musi się zabrać do tego.

— Ale kto? Może ksiądz albo młynaż? — rozlegały się szydliwe głosy.

— Kto? Antek Boryna! A jakby i on nie pżywiudł wsi do rozumu, to już tża wypiąć plecy na cały jenteres...

— Cuż ja? Ktuż to me posłuha, co? — jąkał zmieszany.

— Masz rozum, pierwszyś teraz we wsi, to cię wszystkie posłuhają.

— Prawda! Juści! Ty jeden! My pujdziem za tobą! — muwili skwapliwie, ale kowalowi było to cosik nie na rękę, bo zakręcił się niespokojnie, skubał wąsy i zaśmiał się zjadliwie, skoro Antek powiedział:

— Pżeciek nie święci garnki lepią, mogę i ja poprobować, poredzimy se o tym kturego dnia.

Zaczęli się rozhodzić, ale jeszcze każden z osobna brał go na stronę namawiać, pżyobiecując pujść za nim, zaś Kłąb mu żekł:

— Nad narodem zawdy musi ktoś gurować, co ma rozum i moc, i poczciwe baczenie.

— A poredzi, jak potża, i kijem ziobra zmacać! — zaśmiał się Mateusz.

Rozeszli się, ostał jeno pod oknem Antek z kowalem, bo Rocho klęczał na ganku zatopiony w pacieżah.

Długo deliberowali w głębokiej cihości. Że słyhać było jeno Hankę kżątającą się po izbie; stżepywała pościele, obłucząc w czyste poszewki, to myła się długo jakby na jakie wielkie święto, a potem rozczesując włosy pod oknem wyzierała na nih coraz niecierpliwiej, pilnie nadstawiając uszuw, gdy kowal zaczął mu ciho odradzać, aby sprawy poniehał, gdyż z hłopami nie trafi do ładu, a dziedzic jest mu pżeciwny.

— Nieprawda! poręczył za nim w sądzie! — żuciła pżez okno.

— Kiej lepiej wiecie, to muwmy o czym drugim... — zły był jak pies.

Antek powstał pżeciągając się sennie.

— To ci jeno żeknę na ostatku: puścili cię jeno do sprawy, prawda? zwiążesz się w cudze jenteresa, a wiesz to, jak cię zasądzą?...

Antek pżysiadł z powrotem i tak się srodze zamedytował, że kowal nie doczekawszy się odpowiedzi poszedł do domu.

Hanka kręciła się kole okna, raz po raz wyglądając na niego, nie dosłyszał, że ozwała się w końcu lękliwie a prosząco:

— Pudzi, Jantoś, pora spać... Utrudziłeś się dzisia niemało...

— Idę, Hanuś, idę... — podnosił się ociężale.

Jęła się prędko rozdziewać szepcąc pacież roztżęsionymi wargami.

— A jak me zasądzą na Syberię, to co? — myślał frasobliwie, whodząc do izby.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)