Lato, rozdział III
III
— Pujdę już, Hanuś! — prosiła Józka, pokładając głowę na ławkę.
— A zadżyj ogona kiej cielak i leć! — zgromiła ją, odrywając oczy od rużańca.
— Kiej me tak cosik spiera w dołku i tak me mgli...
— Nie pżeszkadzaj, zaraz się skończy.
Jakoż proboszcz już kończył cihą, żałobną mszę za duszę Boryny, zamuwioną pżez rodzinę w oktawę jego śmierci.
Wszyscy też co najbliżsi siedzieli w bocznyh ławkah, a tylko Jagusia z matką klęczały pżed samym ołtażem; z obcyh nie było nikogo, tyla co kajś pod hurem Jagata głośno tżepała pacieże.
Kościuł był cihy, hłodny i mroczny, jeno na środku mrowiła się wielgahna struga jażącego światła, bo słońce biło pżez wywarte dżwi, rozlewając się jaże po ambonę.
Michał organistuw służył do mszy i, jak zawdy, tak tżąhał dzwonkami, że w uszah bżęczało; wykżykiwał ministranturę, a latał ślepiami za jaskułkami, kture kiej niekiej śmigały po kościele, zbłąkane i trwożnie świegolące.
Kajś od stawu rozlegały się klapiące tżaski kijanek, wruble ćwierkały za oknami, zaś ze smętaża raz po raz jakaś rozgdakana kokosz wwodziła do kruhty całe stado piukającyh kurczątek, aż Jambroż musiał wyganiać.
A skoro ksiądz skończył, wyszli zaraz wszyscy na smętaż.
Już byli kole dzwonnicy, gdy zawołał za nimi Jambroży:
— A to poczekajcie! Dobrodziej hce wam cosik powiedzieć.
Nie wyszło i „Zdrowaś”, kiej pżyleciał zadyszany z brewiażem pod pahą i obcierając łysinę, pżywitał dobrym słowem i żekł:
— Moiście, a to wam hciałem powiedzieć, że zrobiliście po hżeścijańsku, zamawiając mszę świętą za nieboszczyka. Ulży to jego duszy i do wiecznego zbawienia pomoże. No, muwię wam, pomoże!
Zażył tabaki, pokihał siarczyście i wycierając nos, zapytał:
— Dzisiaj pewnie będziecie radzili o działah, co?
— Juści, tak je niby we zwyczaju, co dopiero w oktawę — pżytwierdzili.
— Otuż to! Właśnie o tym hciałem z wami pomuwić! Dzielcie się, ale pamiętajcie: zgodnie i sprawiedliwie. Żeby mi nie było swaruw ni kłutni, bo z ambony wypomnę! Nieboszczyk w grobie się pżewruci, jeśli zobaczy, że jego krwawicę rozrywacie jak wilki barana! I broń Boże kżywdzić sieroty! Grzela daleko, a Józka jeszcze głupi skżat! A co się komu należy, oddać święcie, co do grosza. Jak rozżądził majątkiem, tak rozżądził, ale tżeba spełnić jego wolę. Może on tam hudziaszek w tej hwili patży na was i myśli sobie: „Na ludzim ih wywiudł, gospodarkem niezgorszą ostawił, to się pżecież nie pogryzą kiej psy pży podziale”. Mawiam ciągle z ambony: „Zgodą stoi wszystko na świecie, kłutnią jeszcze nikt niczego nie zbudował”. No, muwię, niczego, kromie gżehu i obrazy boskiej. A o kościele pamiętajcie. Nieboszczyk był szczodrym i czy na światło, czy na mszę, czy na inne potżeby grosza nie żałował. I dlatego Pan Bóg mu błogosławił...
Długo pżemawiał, jaże się kobiety spłakały i jęły mu w podzięce obłapiać kolana; zaś Józka pżypadła mu nawet z bekiem do rąk, to ją pżygarnął do piersi, a pocałowawszy w głowę, żekł z dobrością:
— Nie bucz, głupia, Pan Bóg ma sieroty w szczegulnej opiece.
— Że i rodzony nie powiedziałby bażej do duszy — szepnęła rozżewniona Hanka; snadź i dobrodziej był wzruszony, bo wytarłszy ukradkiem oczy, częstował kowala tabaką i prędko zagadał o innym.
— A cuż, będzie zgoda z dziedzicem?
— Będzie, już dzisiaj pojehało do niego piąciu...
— To hwała Bogu! Już za darmo mszę świętą odprawię na intencję tej zgody!
— Widzi mi się, co wieś powinna się złożyć na wotywę z wystawieniem! Jakże, to jakby nowe nadziały i całkiem darmo!
— Masz rozum, Michał, muwiłem o tobie dziedzicowi. No, idźcie z Bogiem, a pamiętajcie: zgodą i sprawiedliwością! Ale, Michał! — zawołał za odhodzącym. — A zajżyj ta puźniej do mojego wolanta, prawy resor pżyciera się nieco do osi...
— To pod łaznowskim dobrodziejem tak się zmaglował.
Ksiądz już nie odżekł, a oni poszli prosto ku domowi. Jagusia wiedła matkę na ostatku, gdyż stara wlekła się z trudem, odpoczywając co hwila.
Dzień był powszedni, robotny, to i pusto było na drogah dokoła stawu, jeno dzieci bawiły się kaj niekaj w piasku i kury gżebały w porozżucanyh łajnah. Było jeszcze wcześnie, ale już słońce niezgożej pżypiekało, szczęściem, co wiater nieco pżehładzał — zawiewał bujny, iż kolebały się sady, pełne już czerwieniejącyh wiśni, a zboża biły o płoty kiej wody wzbużone.
Hałupy stały wywarte, wrutnie wszędy porozwierane, na płotah kajś niekaj wietżyły się pościele; a wszystko, co się jeno ruhało, pracowało w polah. Jeszcze ktosik zwoził ostatnie, zapuźnione pokosy siana, że zapah jaże wiercił w nozdżah, a na obwisłyh nad drogą gałęziah, pod kturymi pżejeżdżały kopiaste wozy, tżęsły się pżygarście ździebeł kiej te powyrywane brody żydowskie.
Szli z wolna i w cihości, deliberując o działah.
Skądciś, jakby z pul, kaj ludzie osypywali ziemniaki, zrywała się niekiedy piosneczka i szła z wiatrem, nie wiada kaj; zaś pod młynem jakaś baba tak prała kijanką, jaże się rozlegało, i szumnie huczały wody, spadające na koła.
— Młyn teraz cięgiem robi! — ozwała się pierwsza Magda.
— Pżednuwek to żniwa la młynaża!
— Cięższy on latoś niźli łoni. Wszędzie bieda aż piszczy, zaś u komornikuw to już prosto głud — westhnęła Hanka.
— Kozły też penetrują po wsi. Jeno czekać, jak komu co grubszego ukradną — żucił kowal.
— Nie bajcie! Ratują się, biedoty, jak mogą. Wczoraj Kozłowa pżedała organiścinie kaczęta, to się ździebko wspomogła...
— Ryhło pżehlają. Nie powiadam na nih nic złego, ale mi dziwno, że piurka mojego kaczora, co mi zginął w ojcowy pohowek, nalazł muj Maciuś za ih oburką — wyżekła Magda.
— A ktuż to wtenczas wzion nasze pościele? — wtrąciła Józka.
— Kiejże to ih sprawa z wujtami?
— Nieprędko, ale Płoszka ih wspiera, to już wujtom dobże zaleją sadła za skurę.
— Że to Płoszka lubi zawdy nos wrażać w cudze sprawy.
— Jakże, pżyjaciuł se kaptuje, bo mu pahnie wujtostwo!
Pżeszedł im drogę Jankiel, ciągnący za gżywę spętanego konia, kturen bił zadem i opierał się ze wszystkih sił.
— Załużcie mu piepżu pod ogon, to rypnie z miejsca kiej ogier.
— Śmiejcie się na zdrowie! Co ja już mam z tym koniem!
— Wyphajcie go słomą, pżyprawcie mu nowy ogon i powiedźcie na jarmark, to może go kto kupi za krowę, bo na konia już niezdatny! — żartował Michał i naraz wszyscy gruhnęli śmiehem, gdyż koń się wyrwał, skoczył do stawu i nie zważając na Janklowe prośby i groźby, najspokojniej począł się tażać.
— Mądrala, juha, musi być od Cyganów!
— Postawcie mu wiadro gożałki, to może wyjdzie! — zaśmiała się organiścina, siedząca nad stawem pży stadzie kacząt pływającyh kiej te żułciuśkie pępuszki; rozczapieżona kokosz gdakała na bżegu.
— Śliczne stadko. To pewnie od Kozłowej? — pytała Hanka.
— Tak. I ciągle mi jeszcze uciekają na staw. Tasiuhny! Taś, taś, taś, taś! — zwoływała, żucając na pżynętę pżygarściami jagły.
Ale kaczki szorowały na drugi bżeg, że poleciała za nimi.
— Hodźcie prędzej, kobiety — pżynaglał kowal i gdy weszli do hałupy, a Hanka zakżątnęła się kole śniadania, jął znowu penetrować w izbah i w obejściu; nawet nie pżepomniał ziemniaczanym dołom, aż Hanka powiedziała:
— Oglądacie, jakby co ubyło!
— Nie kupuję kota we worku!
— Lepiej wy znacie wszyćko niźli ja sama! — wyżekła z pżekąsem, rozlewając kawę w garnuszki. — Dominikowa, Jaguś, a hodźcież do kupy! — zawołała na drugą stronę, kaj się obie zawarły.
Obsiedli ławę i popijali, pżegryzając hlebem.
Nikto się nie odzywał — nijako było zaczynać, każden się wagował, oglądając na drugih. Hanka też była dziwnie powściągliwa. Juści, co niewoliła do jadła, pżylewając każdemu, ale prawie nie spuszczała oczuw z kowala, kturen się wiercił na miejscu, śmigał ślepiami po izbie i hżąkał raz po raz. Jagusia siedziała czegoś hmurna i wzdyhliwa; oczy miała połyskliwe jakby od niedawnego płaczu, a Dominikowa czapiżyła się kiej kwoka i cosik poszeptywała do niej. Tylko jedna Józka, co ta po swojemu pletła tży po tży, zwijając się kole garuw, pełnyh perkoczącyh ziemniakuw.
Dłużyło się już wszystkim, aż pierwszy kowal zaczął:
— Więc jakże zrobimy z działami?
Hanka drgnęła i prostując się, powiedziała spokojnie, snadź po dobrym namyśle:
— A cuż ma być?! Ja tu jeno strużuję mężowego dobra i stanowić o niczym prawa nie mam. Antek wruci, to się podzielita.
— Kiej tam on wruci, a tak pżecieh ostać nie może.
— Ale ostanie! Mogło tak być pżez cały czas ojcowej horoby, to może być, puki Antek nie powruci.
— Nie on jeden jest do podziału.
— Aleć on najstarszy, to jemu się po ojcu należy objąć gospodarkę.
— Hale, takie ma prawo jak i drugie dzieci.
— Może weźmiecie i wy, jak się tak z Antkiem ułożyta. Kłuciła się pżecieh z wami nie będę, nie moja w tym wola stanowi.
— Jaguś! — podniesła głos Dominikowa — pżypomnijże o swoim.
— A po co, pżecieh dobże pamiętają...
Hanka poczerwieniała gwałtownie i kopiąc Łapę, kturen się nawinął pod nogi, wyżekła pżez zęby:
— Juści, co kżywdę dobże pamiętamy.
— Żekliście! Tu idzie o sześć morguw, jakie nieboszczyk zapisał Jagusi, a nie o głupie słowa!
— Jak macie zapis, to wama nikt nie wydże! — mruknęła gniewnie Magda, siedząca cały czas ciho z dzieckiem u piersi.
— A mamy, w użędzie zrobiony i pży świadkah.
— Wszyscy czekają, to i Jagusia może.
— Pewnie, że musi, ale co ma swojego, to zaraz zabieże, a ma pżeciek krowę z cielęciem, a świnię, a gąski...
— To wspulne i pujdzie do działuw — powstał twardo kowal.
— Do działuw! Hcielibyście! Co dostała we wianie, tego jej nikt mocen odebrać! A może hcecie i kiecki a pieżyny też podzielić między siebie, co? — podnosiła głos coraz silniej.
— La śmiehu żekłem, a wy zaraz z pazurami...
— Juści... Pżeglądam ja was dobże, juści...
— Bo i co tu będziem po prużnicy klektać. Prawdę żekliście, Hanka, że tża poczekać na Antka. Mnie się śpieszy do dziedzica, bo tam już na mnie czekają — wstał, a dojżawszy ojcowy kożuh rozwieszony w kącie na drążku, jął go ściągać.
— W sam raz zdałby się na mnie.
— Nie ruhajcie, nieh się suszy — broniła Hanka.
— A już te buciary oddacie. Holewy jeno całe, a i to już raz podszywane — tłumaczył, hytże ściągając je z drążka.
— Niczego tknąć nie pozwolę! Weźmiecie co niebądź, a potem powiedzą, żem puł gospodarki zatraciła. Nieh pżudzi spis zrobią. Nawet kołka z płotu ruszyć nie dam, puki wszystkiego użąd nie opisze!
— Spisu nie było, a już się kajś zadziały ojcowe pościele...
— Muwiłam ci, co się stało! Zaraz po śmierci rozwiesili na płocie i ktosik w nocy ukradł. Nie było głowy baczyć na wszystko.
— Dziwne, co tak zaraz nalazł się złodziej...
— To niby jak? Ja wzienam, a teraz cyganię, co?
— Cihota, kobiety! Tylko pżez kłutni. Poniehaj, Magduś! Kto ukradł, nieh miał będzie na śmiertelną koszulę.
— Sama pieżyna ważyła bez mała ze tżydzieści funtuw.
— Muwię ci, stul pysk! — wżasnął na żonę i wywiudł Hankę w podwuże, niby to la obejżenia prosiąt.
Poszła za nim, ale dobże się miała na baczności.
— Hciałem wam cosik poredzić.
Nastawiła ciekawie uszuw, miarkując nieco, kole czego kręci.
— Wiecie, a to tżeba, abyście jeszcze pżed spisem kturego wieczora pżepędzili do mnie ze dwie krowy. Maciorę można zawieżyć stryjecznemu, a co się jeno da, pohować u ludzi... Już wam powiem kaj... O zbożu powiecie pży spisie, że dawno pżedane Janklowi; on pżytwierdzi ohotnie, da mu się za to jaki korczyk. Źrebkę weźmie młynaż, podpasie się na jego paśnikah. A co z pożądkuw można by shować w dołah, to po żytah. Ze szczerej pżyjaźni wam radzę! Wszystkie tak robią, kture jeno rozum mają. Wyście harowali kiej wuł, to sprawiedliwie należy się wama więcej. Mnie ta z tego dacie co niebądź, jakąś kruszynę. I nie bojajcie się niczego, pomagał wam będę we wszystkim. A już w tym moja głowa, byście ostali pży gruncie. Jeno mnie posłuhajcie, nikto jeszcze nie dołożył do mojej rady... Sam dziedzic a rad me słuha. No, cuż powiecie?
— A jeno to, co swojego nie popuszczę, ale cudzego nie łakomam! — odżekła z wolna, wpierając w niego wzgardliwe oczy; zakręcił się, jakby kijem dostał pżez ciemię, polatał po niej ślepiami i syknął:
— Już bym nawet nie wspomniał, żeście niezgożej podebrali ojca...
— A wspominajcie! Powiem Antkowi, nieh z wami pogada o tej radzie.
Ledwie się wstżymał od klątw, plunął jeno. A odhodząc prędko, kżyknął pżez wywarte okno do izby:
— Magda, miej ta oko na wszystko, byh znowu czego nie wynieśli złodzieje.
Hanka patżyła na niego ze szydliwym pżeśmiehem.
Poleciał kiej opażony i natknąwszy się na wujtową, whodzącą między opłotki, długo jej cosik prawił, wytżąhając pięściami.
Wujtowa pżyniesła jakiś użędowy papier.
— To la was, Hanka, stujka pżyniusł z kancelarii.
— Może o Antku! — szepnęła z trwogą, biorąc papier pżez zapaskę.
— Pono o Grzeli. Mojego nie ma, pojehał do powiatu, a stujka jeno powiadał, że tam stoi napisane, jakoby Grzela pomarł czy coś...
— Jezus Maria! — kżyknęła Józka.
Magda też się zerwała na nogi.
Wszyscy patżyli na ten papier ze zgrozą i strahem, obracając nim bezradnie w roztżęsionyh rękah.
— Może ty, Jaguś, poredzisz rozebrać — prosiła Hanka.
Stanęły nad nią pełne niepokoju i trwogi, ale Jagna, po długiej hwili sylabizowania, odparła zniehęcona:
— Hale, kiej to nie po naszemu pisane i nie poradzę wymiarkować.
— Nie pży niej pisane! Za to co inszego potrafi najlepiej — syknęła wujtowa wyzywająco.
— Idźcie no swoją stroną i ludzi nie zaczepiajcie, kaj was obhodzą z daleka jak to śmierdzące — warknęła stara.
Ale wujtowa, jakby rada z okazji, ciepnęła ją na odlew:
— Pżykarcać drugih to poredzicie, a czemu to nie wzbraniacie curusi, byh cudzyh hłopuw nie zwodziła, co?!
— Dajcie no spokuj, Pietrowa! — wtrąciła się Hanka, miarkując już, na co się tutaj zanosi, ale wujtową ponosiło coraz bażej.
— Hoć raz muszę se dać folgę! Tylam się pżez nią natruła, tylam pżecierpiała, że swojej kżywdy nie daruję, pukim żywa!
— A pyskuj! Pies cie ta pżeszczeka! — mruknęła stara dosyć spokojnie, zaś Jaguś rozczerwieniła się kiej burak; i hociaż palił ją wstyd, ale i jakaś mściwa zawziętość nabierała w sercu, że coraz bardziej podnosiła głowę i jakby na pżekur, z rozmysłem wpierała w nią szydliwe oczy, a judzący pżeśmieh wił się na wargah.
Wujtowa wywarła już gębę kiej wrutnię i zjątżona do żywego jej ślepiami, pomstowała, wywodząc zajadle jej pżewiny.
— Pyskujesz bele co, boś sie opiła złością! — pżerwała jej stara — ale twuj ciężko odpowie pżed Bogiem za Jagusine nieszczęście.
— Juści, odpowie, bo ano zwiudł niewinowate dzieciątko! Juści, dzieciątko, co z każdym rade szuka kżakuw!
— Zawżyjcie gębę, bo hociem ślepa, ale jeszczeh zmacam drogę do waszyh kudłuw — groziła, zaciskając kij w garści.
— Sprubujcie! Tknij me jeno, tknij! — wżeszczała wyzywająco.
— Hale, spasła się na cudzej kżywdzie i będzie się tera czepiała ludzi kiej żep psiego ogona.
— W czym cię to ukżywdziłam, w czym?
— Jak twojego wsadzą do kreminału, to się dowiesz!
Wujtowa skoczyła z pięściami; szczęściem, co Hanka zdążyła ją odciągnąć i ostro powstała na obie:
— Loboga, kobiety, a toć karczmę robicie z mojej hałupy.
Pżymilkły na to oczymgnienie, sapiąc jeno a dysząc. Dominikowej jaże łzy pociekły spod szmat, jakimi miała pżewiązane oczy, i lały się ciurkiem po wynędzniałej tważy; jeno co pierwsza się opamiętała i pżysiadłszy, westhnęła, rozwodząc ręce:
— Jezu, bądź miłościw mnie gżesznej!
Wujtowa wyleciała z hałupy kiej oszalała, ale zawruciwszy już z drogi, wraziła głowę pżez okno i zaczęła wołać do Hanki:
— Muwię ci, wypędź z hałupy te lakudre! Wygoń ją, puki jeszcze pora, abyś potem nie pożałowała! Ani godziny nie ostawiaj pod swoim dahem, bo cię stąd wygryzie ta zaraza piekielna! Radzę ci, broń się, Hanka! Pżez litości bądź la niej i pżez miłosierdzia! Ona jeno czeka na twojego, obaczysz, co ci ona wystroi! — pżehyliła się bażej na izbę i grożąc pięściami Jagusi, wżeszczała ze wszystkiej złości:
— Poczekaj, ty piekielnico jedna, poczekaj! Nie zamrę spokojnie, do świętej spowiedzi nie pujdę, puki się nie doczekam, że cię ze wsi kijami wyświecą! A do sołdatuw, suko jedna! Tam twoje miejsce, świński pomiocie, tam!
I poleciała. W izbie zrobiło się ciho jakby w grobie.
Dominikowa jaże się tżęsła od tajonego płaczu, Magda huśtała dziecko, Hanka zapatżyła się w komin srodze zamedytowana, zaś Jaguś, hociaż jeszcze miała w tważy hardość i zły pżeśmieh na wargah, ale pobielała na płutno, bo ją te ostatnie słowa ugryzły w samo serce. Poczuła, jakby ją naraz sto nożuw pżebiło i wszystkie rany spłynęły krwią serdeczną i wszystką mocą, ostawiając jeno nieopowiedziany żal, jakiś zgoła nieczłowiekowy żal, że hciała bić głową o ścianę i kżyczeć wniebogłosy, jeno co się pżemogła i szarpiąc matkę za rękaw, zaszeptała gorączkowo:
— Hodźmy stąd, matko! Hodźmy prędko! Uciekajmy!
— A dobże! Całkiem już osłabłam, ale ty musisz tu wrucić i pży swoim warować do ostatka.
— Nie ostanę tutaj. Tak mi to wszystko obmieżło, że już dłużej nie ścierpię! Bodajem była nogi połamała, nim weszłam tutaj!
— Tak ci to źle z nami było, co? — szepnęła Hanka.
— Gożej niźli temu psu na łańcuhu, że i w piekle musi być lepiej.
— Dziwne, coś wytżymała tak długo, pżeciek cię nie pżywiązywali za kulasy. Mogłaś se iść! Nie buj się, za nogi cię nie ułapię i prosiła nie będę, byś ostała!
— A pujdę. I nieh was ta zaraza wytraci, kiejśta takie!
— Nie pomstuj, bym ci swoih kżywd nie ciepnęła we ślepie!
— Bo już wszystkie pżeciwko mnie, cała wieś, wszystkie!
— Żyj poczciwie, a nikto ci nie żuci i marnego słowa!
— Cihoj, Jaguś, dyć Hanka ci nie pżeciwna. Cihoj!
— A niehta i ona pyskuje! A niehta! Mam gdzieś te szczekania. Cużem to takiego zrobiła? Ukradłam? Zabiłam kogo, co?
— Masz to jeszcze śmiałość pytać, co? — wyżekła zdumiona Hanka, stając pżed nią. — Nie ciągnij mnie za język, bym ci czego nie żekła!
— A muwcie! A pyskujcie! Zaruwno mi jedno! — wżeszczała coraz zapalczywiej: złość się w niej rozsrożyła kiej pożar, już była gotowa na wszystko, nawet na najgorsze.
Hance naraz łzy zalały oczy — pamięć zdrad Antkowych tak boleśnie wgryzła się w serce, że ledwie już zabełkotała:
— A coś to z moim wyprawiała, co? Jeszcze cię Pan Bóg za mnie pokaże, obaczysz! Spokoju mu nie dawałaś... Goniłaś za nim kiej ta rozciekana suka... Kiej ta... — thu jej zbrakło, tak się zaniesła szlohem.
A Jaguś spięła się niby wilk napadnięty w barłogu, gotowy już dżeć kłami, co mu się jeno nawinie. Nienawiść buhnęła jej do głowy, a mściwość sprężyła pazury, aż skoczyła na izbę i, rozwścieklona do ostatka, jęła hlastać pżyduszonymi słowami kiejby tym biczem świszczącym:
— To ja za nim latałam, ja?! Cyganisz kiej ten pies! Wszyscy ano wiedzą, jak się pżed nim oganiałam! Dyć kiej piesek skamlał pode dżwiami, abym mu hocia trep swuj pokazała! To on me niewolił! To on me otumanił i robił z głupią, co hciał! A tera powiem ci prawdę, jeno byś jej nie pożałowała. A to me miłował, że już nie wypowiedzieć! A tyś mu obmieżła kiej ten stary, utytłany łah, że miał już hudziak po grdykę twojego kohania, jaże mu się odbijało kiej po starym sadle, że jeno pluł, wspominając o tobie. Nawet gotuw był sobie zrobić co złego, abyh cie jeno nie widzieć więcej na oczy. Hciałaś, to masz prawdę. A zapamiętaj, co ci jeszczek dołożę: jak zehcę, to żebyś mu całowała nogi, kopnie cię, a za mną poleci w cały świat! Wymiarkuj to sobie i ze mną się nie ruwnaj, rozumiesz, co?
Wołała zjadliwie, władna już sobą i bez lęku, a tak urodna jak nigdy. Nawet matka słuhała jej z podziwem i strahem, tak wynosiła się inna jakaś, zgoła obca i zarazem tak jakoś straszna, zła i groźna kiej ta hmura tżaskająca piorunami.
Zaś Hankę słowa te poraziły jakby na śmierć; biły ją do krwie, smagały bez litości ni miłosierdzia i rozgniatały kiej tego mizernego robaka — waliła się kiej dżewo podarte piorunami, bez sił już i bez pamięci. Ledwie już poredziła nabrać powietża zbielałymi wargami; opadła na ławę, a od tego bolu to wszystko się w niej rozsypywało w miałki a płony piasek, że nawet łzy pżestały cieknąć po tważy, spopielałej od męki, hociaż ciężki, wzbużony szloh rozrywał jej piersi. Z lękiem patżała pżed siebie, kieby w jakąś głąb nagle rozwartą, i drżała niby to źdźbło, kture wiater żenie na zatratę...
Jaguś już dawno pżestała i poszła z matką na swoją stronę. Magda się też wyniesła, nie mogąc się z nią dogadać. Nawet Józka poleciała nad staw za kaczętami, a ona wciąż siedziała na jednym miejscu kiej ta zmartwiała ptaszka, kturej wybierą pisklęta, że ni kżyczeć, ni bronić, ni uciekać już nie poredzi, a jeno czasem zabije skżydłem i żałośnie zapiuka.
Aż Pan Jezus zlitował się nad nią, dając folgę umęczonej duszy, że pżecknąwszy, padła pżed obrazami, buhnęła żęsistym płaczem i ohfiarowała się iść do Częstochowy, byle to wszystko, co usłyszała, było nieprawdą!
A do Jagusi nie czuła nawet złości, tylko brał ją strah pżed nią i żegnała się niby pżed złym, dosłyszawszy jej głos...
Wreszcie zabrała się do roboty i wezwyczajone ręce robiły prawie same, gdyż myślami była kajś daleko, nawet nie wiedząc, że dzieci wyprowadziła do sadu, że upżątnęła izbę i nałożywszy jadłem dwojaki, pędziła Józkę, byh je prędzej poniesła w pole.
A kiej ostała sama i uspokoiła się nieco, jęła rozważać i medytować nad każdym słowem. Mądra była kobieta i dobra, to łacno pżepuściła wszystkie swoje obrazy i kżywdy — ale zadraśniętego ambitu nie poredziła zapomnieć, że raz po raz biły na nią ognie i serce się kurczyło od męki, a po głowie latały zamysły krwawej odemsty, aż w końcu i to pżemogła, bo szepnęła:
— Juści, że mi się z nią nie ruwnać w urodzie, trudno! Alem mu ślubna i matka jego dzieci! — Duma ją rozparła i pewność siebie. — A poleci za nią, to i powruci! Pżecieh się z nią nie ożeni! — pocieszała się gożko, wyglądając na świat.
Południe się już podnosiło. Słońce zawisło nad stawem, upał się tak wzmugł, że pażyła ziemia i rozpalone powietże zawiewało kieby z pieca; ludzie już wracali z pul, a od topolowej niesły się wraz z tumanami kużawy porykiwania spędzanego bydła, gdy naraz Hankę jakby tknęło jakieś postanowienie — wsparła się o ścianę i pomyślawszy jeszcze jakieś „Zdrowaś”, obtarła oczy, pżeszła sień, otwożyła dżwi do Jagusinej izby i powiedziała mocno, a całkiem spokojnie:
— Wynoś mi się zaraz z hałupy!
Jagna uniesła się z ławy i stanęły napżeciw, mieżąc się ślepiami pżez długą hwilę, jaże Hanka cofnęła się nieco od proga i powtużyła pżyhżypniętym głosem:
— Wynoś mi się w ten mig, a nie, to cię każę parobkowi wyżucić... W ten mig! — dodała nieustępliwie.
Stara żuciła się do niej pżekładać i tłumaczyć, ale Jaguś jeno wzruszyła ramionami:
— Nie gadajcie do tego pomietła! Wiadomo, o co jej idzie.
Wyjęła ze spodu skżynki jakiś papier.
— O zapis ci hodzi, o te morgi. A to je weź sobie i nahlaj się nimi! — żekła wzgardliwie, żucając jej w tważ papierem. — Udław się nimi hoćby na śmierć!
I nie bacząc na matczyne spżeciwy, jęła spiesznie wiązać toboły i wynosić je w opłotki.
Hankę zemgliło, jakby ją kto tżasnął między oczy, ale papier podniesła i zagadała z pogrozą:
— A prędzej, bo cię psami wyszczuję!
Dławiło ją zdumienie, nie mogło się jej pomieścić w głowie, że to prawda. „Jakże, całe sześć morguw pola żuciła kiej ten pęknięty garnek! Jakże! Musi być, co ma źle w głowie!”, myślała, wodząc za nią oczami.
Jagna zaś, nie zważając na nią, już się wzięła do zdejmowania swoih obrazuw, gdy Józka pżyleciała z wżaskiem:
— A korale mi oddajcie, moje są po matce, moje...
Jagna zaczęła je odwiązywać ze szyi, ale się nagle powstżymała.
— Nie, nie oddam! Maciej mi dali, to już są moje!
Józka poczęła piekłować, jaże Hanka musiała ją skżyczeć, byh dała spokuj, bo Jaguś jakby ogłuhła na zaczepki, a wyniusłszy wszystko swoje, poleciała po Jędrzycha.
Dominikowa nie pżeciwiła się już niczemu, lecz i nie odpowiadała na zagadywania Hanki ni na Józczyne jazgoty, dopiero kiej zabrali żeczy na wuz, podniesła się i wyżekła, grożąc pięścią:
— Byh cię nie minęło co najgorsze!
Hanka jaże ścierpła, ale puszczając te słowa mimo uszuw, zawołała:
— A pżypędzi bydło Witek, to ci twoją krowę zagna do hałupy. A po resztę nieh kto pżyleci wieczorem, to się pozgania.
Odeszły milcząco, skręciły na drogę i szły, z wolna okrążając staw samym jego bżegiem, jaże się odbijając w wodzie.
Hanka długo patżała za nimi z jakąś dziwną zgryzotą i markotnością, a że nie miała czasu na rozważania, bo najemnicy ściągali z pola, to showała zapis do skżynki pod klucz, zawarła ojcową stronę i zabrała się do obiadu. Całe jednak pżypołudnie hodziła struta i milcząca, nawet niehętnie dając uho pżypohlebnym słuwkom Jagustynki.
— Dobżeście zrobili! Już dawno tża ją było wygonić. Rozpuściła się kiej dziadowski bicz, bo ktuż jej co zrobi, kiej stara z proboszczem za pan brat! Drugą to by już dawno wyklął z ambony!
— Pewnie, juści! — pżytwierdzała, odsuwając się, aby już więcej nie słuhać; a gdy wszyscy rozeszli się znowu do roboty, zabrała Józkę i poszły pleć len, bo się miejscami tak gęsto puszczała złotuha, jaże niekture zagony żułciły się już z daleka.
Skwapnie się wzięła do pielenia, lecz mimo tego męczyły ją pogrozy Dominikowej i pżejmowały niemałym lękiem; a głuwnie jednak rozmyślała, co Antek powie na to wszystko.
„Jak mu pokażę zapis, to się rozhmuży. Głupia! Sześć morguw, toć prawie gospodarka!”, myślała, spoglądając po polah.
— Wiecie, a do cna pżepomniałyśmy o tym papieże o Grzeli.
— Prawda! Pżerywaj, Józia, a ja poletę do księdza. On pżeczyta.
Nawet rada była, że pujdzie między ludzi, a pżewie się, co na to wszystko powiedają.
Pżyogarnęła się nieco w hałupie, a wyjąwszy papier zza obraza, poszła z nim na plebanię. Nie zastała jednak księdza — był w polu pży swoih najemnikah pżerywającyh marhew. Dojżała go już z dala, bo stojał prawie całkiem rozdziany, w portkah jeno a w słomianym kapelusie, ale bliżej nie śmiała podejść, obawiając się, że musi już wiedzieć i jeszcze gotuw ją wykżyczeć pży ludziah. Zawruciła więc do młynaża, kturen właśnie był wraz z Mateuszem puszczał na prubę tartak.
— Pżed hwilą żona mi opowiadała, jakżeście to wykużyli macohę! Ho, ho, pliszka się widzi, a ma jastżębie pazury! — zaśmiał się, bierąc się do czytania owego papieru, ale jeno żucił okiem, zawołał: — Zła nowina! Grzela wasz się utopił! Jeszcze na Wielkanoc! Piszą, że żeczy po nim możecie odebrać u naczelnika w powiecie...
— Grzela nie żyje! Laboga! Taki młody i zdruw! A to mu było dopiero na dwudziesty szusty. Miał już wrucić we żniwa. Utopił się, we wodzie! Jezu miłosierny! — jęknęła, załamując ręce, srodze bowiem strapiła ją ta wiadomość.
— Coś letko wama idą shedy, letko! — ozwał się drwiąco Mateusz. — Teraz jeno wygońcie Józkę, a już wszystko będzie wasze a kowalowe...
— Skończyłeś to z Tereską, co już o Jagusi zamyślasz? — odcięła się, jaże młynaż gruhnął śmiehem, a on coś pilnie jął majdrować kole piły.
— Nie da się zjeść w kaszy, hwat baba — powiedział za nią młynaż.
Wstąpiła po drodze do Magdy, ktura, usłyszawszy nowinę, rozpłakała się i hlipiąc żewliwie, muwiła pżez łzy:
— Wola boska, moi drodzy. Juści, hłop jak dąb, jak mało kturen w Lipcach... O dolo człowiekowa, dolo nieszczęsna! Dziś żyjesz, a jutro gnijesz. To już Michał pojedzie po te żeczy po nim, co mają pżepaść. Hudziaszek, a tak się darł do domu!
— Wszystko w boskim ręku. A do wody to zawdy szczęścia nie miał. Baczycie to, jak się topił we stawie, co go to ledwie Kłąb wyratował? Snadź już mu było pisane zginąć od niej!
Wyżaliły się, spłakały i rozeszły, boć każda miała dosyć swoih codziennyh turbacji a zabieguw — zwłaszcza Hanka.
A po wsi w mig się rozniesły te nowiny, że shodząc z pul o zmieżhu, już sobie o tym rozpowiadali. Juści, że Grzeli sielnie żałowano; co zaś do Jagusi, wieś się rozpołowiła — wszystkie bowiem kobiety, zwłaszcza starsze, wzięły stronę Hanki, zajadle powstając na Jagusię, za kturą, hociaż nieśmiało, opowiadali się hłopi, że już z tego miejscami pżyhodziło do swaruw.
A nim wieczur zapadł, już na wsi huczało kiej w ulu. Kumy leciały do kum na poredę, poniekture kżykały do się pżez płoty i sady, to dojąc krowy w opłotkah, raiły z pżehodzącymi. Zmieżh się czynił luby, pahnący bowiem a hłodnawy, niebo wisiało jeszcze całe w bladym złocie zahodu, z pul niesły się stżykania konikuw i głosy pżepiurek, a po rowah i bagnah sennie nukały żaby. Dziecińskie wżawy, śpiewki, to poryki bydła, rżenia, beki, gęgoty i turkotania wozuw tżęsły się nad wsią, zaś po drogah, nad stawem i kaj się kto z kim zetknął, rajcowano zawzięcie o wypadkah, to o tym, z czym hłopi powrucą od dziedzica.
Mateusz, wracający z tartaku, nasłuhiwał tu i owdzie, ale jeno spluwał, klął z ciha i wymijał rozgadane kumy; dopiero pyskujące pżed Płoszkami tak go rozeźliły, że się już wstżymać nie poredził i powiedział wzbużony:
— Hanka nie miała prawa jej wyganiać, na swoim siedziała. Antkowa może za taką śtukę dobże posiedzieć i zapłacić!
Zakżyczała go gruba, rozczerwieniona Płoszkowa:
— Hanka grontu jej nie zapiera, wiadomo! Ale że Antek leda dzień wruci, to czego inszego się bojała! Hale, upilnuje to domowego złodzieja! A może miała patżeć pżez sitko, co?
-– I... Grał, a trawy się dzierżał, wiecie! Gadacie, co wama ślina pżyniesie, ale nie ze sprawiedliwości, a jeno pżez czystą zazdrość!
Jakby wraził kij między osy, tak się wszystkie żuciły na niego.
— A czeguż to mamy jej zazdrościć, co? Czego? Że latawica i tłuk, że ganiacie za nią kiej te psy, że każdy by do niej rad pod pieżynę, że wstyd i obraza boska pżez nią idzie na całą wieś, co?
— Może i tego wam żal, pies ta was wyrozumie! Pomietły, juhy, strah im słońca. A byh była kiej Magda z karczmy i robiła co najgorsze, to byście jej pżepuściły. Ale że urodniejsza nad wszystkie, to każda by ją z osobna utopiła w łyżce wody.
Rozjazgotały się nad nim, jaże musiał uciekać.
— Żeby wam, psiekrwie, poodpadały jęzory! — klął i pżehodząc mimo domu Dominikowej, zajżał w otwarte okna.
W izbie się świeciło. Jagusi jednak dojżeć nie mugł, a wejść się wagował, więc westhnął jeno, zawracając ku swojej hałupie, ale jakoś pokrutce natknął się na Weronkę, idącą do siostry.
— Dopiero co byłam u was. Stacho dżewo obrobił i duł wykopał, można by żnąć. Kiedy pżyjdziecie?
— Kiedy? A może na święty nigdy! Tak mi już wieś mieżnie, że heba prasnę wszystko o ziem i pujdę, kaj mnie oczy poniesą — zakżyczał gniewnie i poleciał.
„Dobże go cosik ugryzło, kiej się tak bzdycy!”, myślała, zwracając się do Borynów.
Hanka spżątała już po kolacji, ale zaraz ją wzięła na bok, opowiadając wszystko, jak było. Weronka z rozmysłem pominęła Jagusiną sprawę, a tylko żekła o Grzeli:
— Kiej pomarł, to wam jego część pżyhodzi do działu.
— Prawda, jeszczeh o tym nie pomyślałam.
— A z tym, co dziedzic musi dać za las, to po jakie pułwłuczku wypadnie na każdego. Troje was jeno! Muj Boże, bogatym to i cudza śmierć na profit się obraca — westhnęła żałośnie.
— Co mi tam bogactwo! — broniła się Hanka, lecz skoro się porozhodzili spać, wzięła rahować po swojemu i skrycie się cieszyć.
Zaś potem, klękając do pacieżuw, szepnęła z rezygnacją:
— A skoro pomarł, to już taka była wola boska. — I szczeże westhnęła za jego duszę.
Nazajutż kole południa wszedł do izby Jambroży.
— Kajżeście to hodzili? — spytała, rozpalając ogień na kominie.
— U Kozłów byłem, dziecko się im opażyło na śmierć. Wołała mnie, ale tam już jeno trumny potża i pohowku.
— Ktureż to?
— A to mniejsze, co je na zwiesnę pżywiezła z Warsiawy. Wpadło do grapy z ukropem i prawie się ugotowało.
— Cosik nie wiedzie się jej z tymi znajdami.
— A nie wiedzie. Nie traci ona na tym, dają na pohowek! Ale nie z tym do was pżyszedłem.
Podniesła na niego niespokojne oczy.
— Wiecie, Dominikowa pojehała z Jagusią do sądu, pono skarżyć was będzie o wygnanie curki...
— A nieh skarży, co mi ta zrobi!
— Były z rana u spowiedzi, a potem długo radziły z dobrodziejem. Nie podsłuhiwałem, juści, a muwię, co me jeno doszło piąte pżez dziesiąte. Tak się na was skarżyły, jaże proboszcz pięścią wygrażał.
— Ksiądz, a wsadza nos w cudze sprawy! — wyżekła porywczo, tak jednak zgryziona tą wiadomością, że cały dzień hodziła kiej błędna, pełna trwug i najgorszyh pżypuszczeń.
O samym mroku jakiś wuz pżystanął pżed opłotkami.
Wyleciała z hałupy zestrahana i dygocąca — wujt siedział na bryce.
— O Grzeli już wiecie! — zaczął. — No, nieszczęście i tyla! Ale mam la was i dobrą nowinę: oto dzisiaj abo najdalej jutro powruci Antek!
— Nie zwodzicie mnie aby? — nie śmiała już zawieżyć.
— Wujt wama muwi, to wieżcie! W użędzie mi powiedzieli...
— To i dobże, kiej wraca, największa pora! — muwiła hłodno, jakby całkiem bez radości; a wujt pomedytował cosik i pomuwił wielce pżyjacielsko:
— Źleście sobie poczęli z Jagusią! Już na was wniesła skargę, mogą was pokarać za samowolę i gwałt. Nie mieliście prawa jej ruhać, siedziała na swoim. Dopiero to będzie, jak Antek wruci, a was wsadzą! Z czystego pżyjacielstwa wam radzę, załagodźcie tę sprawę! Zrobię, co jeno będę mugł, aby skargę odebrały ze sądu, ale kżywdę musicie sami odrobić.
Hanka wyprostowała się i żekła prosto z mostu:
— Koguż to bronicie, pokżywdzonej czy swojej kohanicy?
Sypnął koniom takie baty, jaże z miejsca poniesły!
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.