Lato, rozdział I
Część czwarta. Lato
I
I tak się ano było zmarło Maciejowi Borynie.
Zaś w hałupie zaspali ździebko z powodu niedzieli, jaże dopiero Łapa pżebudził ih szczekaniem, bo tak ujadał, tak wył, tak ciskał się do dżwi, a kiej mu otwożyli, tak szarpał za pżyodziewy i wylatywał, obzierając się, czy za nim lecą, że Hankę jakby cosik tknęło.
— Wyjżyj no, Józka, czego ten pies hce.
Poleciała za nim w dobrej myśle, swywoląc po drodze.
Doprowadził ją do ojcowego trupa.
Wżask ci straszny podniosła; zbiegli się wnet wszyscy na pole do starego, ale już całkiem widział się być zeskżytwiałym. Leżał na tważy, jak był padł w skonania czasie, a rozkżyżowany kieby w tym ostatnim dusznym i gorącym pacieżu.
Zniesiono go do hałupy, probując jeszcze ratować.
Ale na darmo poszły starunki, prużne już były wszelakie pomoce i zabiegi — trup ci to był jeno, zimny trup człowieczy.
Srogi lament powstał w hałupie. Hanka rozkżyczała się wniebogłosy, Józka z rykiem tłukła się o ściany, Witek buczał wraz z dziećmi, nawet Łapa wył i szczekał w opłotkah; tylko jeden Pietrek, co się był pokręcił tu i owdzie, wyjżał na słońce i spać poszedł do stajni.
A Maciej leżał na swoim łużku, rozciągnięty i sztywny, z rozdziawioną i uwalaną w ziemi gębą, podobien zgoła do zeshłej na słońcu grudy ziemi lebo pnia spruhniałego; w zesztywniałyh garściah zaciskał piah, zaś oczy otwarte szeroko patżyły z takim zahwyceniem, a tak kajś daleko, jakoby w niebo już na ścieżaj wywarte.
Ale taka straszna groza śmierci biła od niego i taka pżejmująca lutość, jaże go płahtą pżykryli.
Że zaś w mig rozniesło się po wsi, to ledwie co słońce wyniesło się hyla tyla nad hałupy, a już ludzie lecieli na pżewiady. Raz po raz whodził ktosik, unosił płahty, zazierał mu w oczy, pżyklękał i pacież muwił; zaś drudzy, łamiąc rozpacznie ręce, pżystawali w żałobnej cihości, do cna w sobie struhleli z onej bożej pżemocy nad człowiekowym żywotem.
Jeno te żałosne lamenty sierot nie ścihały ani na hwilę, roznosząc się na całą wieś.
Dopiero kiej Jambroż nadszedł, wypędził wszystkih pżed dom, a izbę zamknął, by wespuł z Jagustynką i Jagatą, ktura się była pżywlekła z tym ohfiarnym pacieżem, wziąć się do obżądzania umarlaka. Ohotnie on to zawdy robił i z niemałymi pżekpinkami, ale dzisia było mu czegoś na sercu ciężko.
— Tyla ano człowieczej szczęśliwości! — mamrotał, rozdziewając zmarłego. — Kostuha, kiej się jej spodoba, ułapi cię za grdykę, praśnie w pysk, zadżesz giry na księżą oborę i opżej się!
Nawet Jagustynka była jakaś markotna, bo wyżekła żałośnie:
— Tyrał się jeno hudziaczek po świecie, to lepiej, co i pomarł.
— A juści, bo mu to jaka kżywda była!
— Ale i dobrości też nażył niewiela.
— Ktuż to jej zażywa do syta! Coby największy dziedzic, coby nawet sam krul, a kłopotał, a zabiegał, a cieżpiał będzie.
— Tyle jeno było jego, co głodu nie zaznał a hłodu.
— Co to głud, matko. Turbacje gryzą bażej wszystkiego.
— Prawda, czym to sama nie praktyk?! A jemu Jagusia zapiekała do żywego mięsa, dzieci też nie żałowały.
— Dzieci miał dobre i nijakiej kżywdy od nih nie zaznał — wtrąciła Jagata, pżerywając głośne modły.
— Pilnujcie lepiej pacieża. Hale, żałoście wyciąga za nieboszczyka, a uszuw dobże nadstawia na nowinki — warknęła Jagustynka.
— Bo złe dzieci tak by się nie biadoliły. Posłuhajcie ano...
— Byh się waju tylahna ostało po kim, to byście się do siudmego potu wydzierali, nie żałując gardzieli.
— Cihajta! Jagusia bieży! — pżyciszył Jambroż.
Jaguś wnet wpadła do izby i stanęła w pośrodku kiej wryta, nie mogąc wykżtusić ani słowa.
Właśnie byli Macieja pżyodziewali w czystą koszulę.
— Pomarli! — jęknęła wreszcie, wtapiając w niego zestrahane, niepżytomne oczy; strah ją hycił za gardło i serce jakby się zakżepło na lud, że ledwie dyhać poredziła.
— Nie wiedzieliście to? — pytał Jambroż łagodnie.
— U matki spałam, a Witek co ino pżyleciał powiedzieć. Nie żyje to, naprawdę? — zapytała nagle, pżystępując do niego.
— Juści, co nie do ślubu go ryhtujem, a jeno do trumny.
Nie mogła jeszcze zrozumieć; wsparła się o ścianę, gdyż się jej widziało, jakoby ją możył ciężki śpik i zmora dusiła, a ona nie poredzi się pżebudzić, jeno się kala cała w potah i w męce strahu. I co trohę wyhodziła z izby, i powracała, nie mogąc oderwać oczuw od trupa; i co trohę zrywała się kajś uciekać, a ostawała; i co trohę leciała za dom, na pżełaz, i nic niewidzący, patżyła po polah albo siadała na pżyzbie w podle Józki, ktura buczała, drąc włosy i kżycząc żałośnie:
— O muj tatulu jedyny! O muj tatulu!
Juści, co wszystko obejście i dom pełne były tyh płaczuw i lamentliwyh szlohań, a ona tylko jedna, hocia się w niej tżęsła każda kosteczka i jakieś ciężkie bolenie spierało pod piersiami, nie puściła ni jednej łzy, nie poredziła kżyczeć, a jeno hodziła błędna, świecąc oczami zapiekłymi w zgrozie.
Szczęściem, że Hanka wryhle się opamiętała i hociaż jeszczeh popłakujący, a już dawała baczenie na wszystko i żądziła jak zwykle, że kiej pżylecieli kowalowie, całkiem była ostygła.
Magda wybuhnęła płaczem, a jeno kowal rozpytywał.
Opowiedziała po pożądku, jak się to stało.
— Dobże, co mu Pan Jezus dał lekką śmierć! — szepnął.
— Tylahna wycieżpiał, to mu się należała.
— Hudziaszek, na pole jaże uciekał pżed kostuhą!
— A z wieczora zaglądałam do niego, to leżał se ciho jak zawdy.
— I nie pżemuwił, co? — pytał, trąc suhe oczy.
— Ani tego słowa. Ogarnęłam mu pieżynę, dałam pić i poszłam.
— I sam wstał! Może by jeszczeh nie pomarli, żeby go kto pilnował — jęknęła Magda pżez głębokie szlohania.
— Jagusia sypiała u matki, bo stara ciężko hora, zawdy tak.
— Tak już miało być, to i tak się stało! Tyla się nahożał, jakże, toć więcej niźli kwartał! A komu nie do zdrowia, to lepsza prędka śmierć. Tża Panu Bogu dziękować, co się już nie morduje — wyżekł.
— Juści, a sami wiecie, co to zrazu kosztowały dohtory, co leki, a na nic poszło wszystko.
— Bo jak kto na śmierć hory, temu nie pomogą dohtory.
— Taki gospodaż, taki mądrala, muj Jezu! — biadoliła Magda.
— A mnie jeno żal, co Antek nie zdążył do żywego.
— Nie dzieciuh, to płakał nie będzie. O pohowku pilniej pomyśleć.
— Prawda, a tu jakby na złość i Rocha nie ma.
— Poredzimy se sami. Nie frasujcie się, już ja wszystko wyryhtuję — odpowiadał kowal, kturen, hociaż tważ pokazywał frasobliwą, a w sobie cosik drugiego taił, gdyż niby to wzdyhał, niby to żałował i łzy obcierał, a w oczy nie patżył.
Wziął się Jambrożowi pomagać i ubiery ojcowe szykować; a długo myszkował w komoże pomiędzy motkami pżędzy i w rupieciah, to po kątah szukał, to jaże na gurę właził niby to po buty, kture tam wisiały. Wzdyhał, juha, kiej mieh, pacieże tżepał głośniej niźli Jagata i wypominał dobroście nieboszczyka, ale oczy mu cięgiem szukały czegoś po izbie, a same ręce lazły pod poduszki lebo we słomie łużka hciwie bobrowały.
Aż Jagustynka ozwała się kąśliwie:
— Byście tam czego ushniętego nie naleźli... A najdziecie, to tżymajcież, bo waju uciecze z garści, ślizgie...
— Kogo nie piecze, temu nie uciecze! — mruknął i już szukał otwarcie, kaj jeno mugł, nawet nie bacząc na organistowego Michała, kturen pżyleciał zziajany po Jambroża.
— Hodźcie do kościoła, pżywieźli do hżtuw czworo dzieci.
— Nieh poczekają, nie ostawię rozbabranego.
— Wyręczę was, idźcie, Jambroży — namawiał kowal, jakby hcąc się go pozbyć.
— Ohfiarowałem się, to i zrobię. Nieprędko trafi mi się drugi taki gospodaż. Zrub w kościele, co potża, Michał, wyręcz mnie, a nieh hżestni ołtaż obejdą z zapalonymi świecami, to ci grosz jaki kapnie. Na organistę się uczy, a pży głupim hżcie jeszcze usłużyć nie poredzi — ozwał się za nim wzgardliwie.
Hanka pżywiedła Mateusza, byh wziął miarę na trumnę.
— Jeno mu domowiny nie żałuj, niehta hudziak rozepże się hoćby po śmierci — powiedział Jambroż smutnie.
— Muj Jezu, za życia to ciasno mu było i na włukah, a teraz i we cztereh deskah się zmieści — szepnęła Jagustynka, zaś Jagata, pżerywając pacieże, jąkała płaczliwie:
— Gospodażem se był, to i gospodarski pohuwek miał będzie; a biedny człowiek to nawet nie wie, pod jakim płotem tę ostatnią parę puści. Byh ci światłość wiekuista! Byh ci... — zaniesła się znowu.
A Mateusz jeno głową pokiwał, odmieżył trupa, pacież zmuwił i wyszedł — a hociaż to była niedziela, zabrał się wnet do roboty; wszelaki pożądek stolarski znajdował się w hałupie, a suhe dębowe deski już z dawna na guże czekały.
Wnet ci wyryhtował warsztat w sadzie i robił, poganiając ostro Pietrka pżysłanego mu do pomocy.
Dzień się już był wyniusł dawno. Słońce świeciło wesołe i palące, że gorąc zaraz od śniadania jął pżypiekać galancie, jaże wszystkie sady i pola jakby się z wolna pogrążały w tym rozbełkotanym, białawym wżątku rozprażonego powietża.
Pomdlałe dżewiny poruhiwały niekiej listkami, kieby tym skżydłem ptak tonący w spiekocie. Świąteczna cihość objęła całą wieś; jedne jaskułki, co świegoliły zajadlej, śmigając nad stawem kiej oszalałe, zaś po drogah w szaryh tumanah kużawy jęły turkotać wozy i ludzie ze wsi pobliskih ściągali ku kościołowi, że co trohę ktosik zwalniał koni lub pżystawał pżed Borynami, kaj siedziała rozpłakana rodzina, pohwalił Boga i westhnął żałośnie, zazierając do środka pżez wywarte dżwi a okna.
Jambroż uwijał się i śpieszył aż do potu z obżądzaniem umarłego. Już byli łużko wynieśli do sadu i pościele porozwieszali po płotah, gdy jął wołać na Hankę, aby pżyniesła jałowcowyh jagud do wykadzenia izby.
Jeno nie dosłyszała i ocierając te jakieś ostatnie łzy, co same skapywały, cięgiem już patżyła na drogę, spodziewając się leda hwila Antka.
Godziny jednak pżehodziły, a jego nie było. W końcu hciała już posyłać do miasta Pietrka na pżewiady.
— Konia jeno zmaha i niczego się nie pżewie... Juści — tłumaczył Bylica, kturen był właśnie nadszedł z Weronką.
— Pżecieh użęda cosik wiedzą?
— Juści... Wiedzą... Ale raz, co dzisia zamknięte, bo niedziela, zaś po drugie, co się pżez smarowania nikaj nie dociśnie.
— Dyć już nie wstżymam — skarżyła się pżed siostrą.
— Jeszcze się nim nacieszycie, jeszcze się wama da we znaki — syknął kowal, poglądając na Jagusię, siedzącą pod ścianą.
— By ci ten zły ozur skołczał — mruknęła.
— Po dybkah ciężą kulasy, to niełacno pośpieszać — dożucił urągliwie, zeźlony daremnym poszukiwaniem pieniędzy.
Nie odżekła, wyglądając znowu na drogę.
Właśnie pżedzwaniali na sumę i Jambroż zbierał się do kościoła, pżykazując Witkowi wysmarowanie sadłem Borynowych butuw, gdyż się tak zeshły, co nie sposub było wzuć mu je na nogi.
Kowal wraz z Mateuszem ponieśli się kajś na wieś, a Weronka, zabrawszy ojca i Hanczyne dzieci, też poszła. W hałupie ostały się jeno same kobiety i Witek, kturen ociągliwie smarował buty, sielnie je nagżewając pżed kominem, a co trohę leciał spojżeć na gospodaża lub na Józkę, hlipiącą coraz ciszej.
Na drogah ustał wszelki ruh. Ludzie już pżeszli do kościoła, zaś u Borynów zrobiło się całkiem ciho — tyle jeno, co pżez wywarte dżwi a okna głos Jagaty, odmawiającej litanię za umarłego, roznosił się kiej to ptasie ćwierkanie wraz z kłębami jałowcowego dymu, jakim Jagustynka wykadzała izby i sienie.
Pokrutce i nabożeństwo snadź się rozpoczęło, gdyż od kościoła jęły się rozkrążać w pżypołudniowej cihości śpiewy a organowe granie tym jakimś gurnym, dalekim, a słodkim tżepotem.
Hanka, nie mogąc sobie nikaj naleźć miejsca, poszła jaże na pżełaz, byh odmuwić pacieże.
„I pomarli se ano, pomarli!”, rozmyślała żałośnie, pżesuwając ziarna rużańca, ale pacież jeno niekiedy pżyhodził na wargi, boć w głowie i sercu miała jakoby ten kołtun zwity zmyśleń pżerużnyh a strahań niemałyh.
— Tżydzieści dwie morgi, a paśniki, a las, a budynki, a lewentaże, tylahne gospodarstwo! — westhnęła, ogarniając z lubością szerokie pola i ten cały świat boży. — Żeby tak pospłacać i ostać na wszystkim! Być, jak ociec byli! — Pyha ją rozparła z nagła, hardo spojżała w samo słońce, pżeśmiehnęła się znacząco i z sercem pełnym słodkih nadziei jęła szeptać słowa rużańca. — Ale od pułwłuczka nie ustąpię. Puł hałupy też moje i tyh kruw mlecznyh nie popuszczę z garści — wyżekła nieco żalnie.
Zamodliła się znowu na długą hwilę, powłucząc rozełzawionymi oczami po ziemiah, stojącyh we słońcu kieby w tej złotawej pżyodziewie; wykłoszone, bujne żyta gmerały rdzawymi wisiorami, czarniawe jęczmiona polśniewały kiej ta woda głęboka, zaś jasnozielone owsy, gęsto pżerosłe żułtą ognihą, pławiły się tżepotliwie w cihym, nagżanym powietżu. Jakiś ptak wielgahny ważył się nad rozkwitłą koniczyną, co niby okrwawiona husta leżała na skłonie wyżni. Kajś niekaj boby tysiącami białyh ślepiuw strużowały pży ziemniakah, a tu i owdzie na dołkah lny niebieściły się bledziuśkim kwiatem, niby te pżymrużone od blaskuw dziecińskie oczy.
Bardzo cudnie było na świecie. Słońce ogżewało coraz bażej i ciepło, sycone zapahem kwiatuw, co tliły się niepżeliczone we zbożah i wszędy, zwiewało z pul taką lubą, żywiącą mocą, jaże dusze rozpierało radością i same łzy cisnęły się do oczuw.
— Świętaś ty i rodzona! Święta — wyżekła, pohylając głowę.
Sygnaturka zaświergotała w powietżu kiej ten ptaszek.
— Za Twoją to sprawą wszyćko na świecie, muj Jezu kohany! Za Twoją! — szepnęła gorąco, bierąc się z powrotem do pacieża.
Kajś w pobliżu cosik zatżeszczało. Obejżała się uważnie — pod wiśniami, o płot pleciony wsparta, stojała Jagusia, jakoś smutnie wzdyhająca.
— Że to ni minuty spokoju! — zabiadała Hanka, gdyż pżypominki hlasnęły ją kiej te pażące pokżywy. — Prawda, dyć ona ma zapis! — pżypomniała sobie. — Całe sześć morguw! Złodziejka jedna!
Aż ją w dołku sparło ze złości. Odwruciła się plecami, jeno co już nie poredziła zebrać się na modlitwę, bo dawne urazy i żale opadły ją kiej te złe, rozszczekane psy.
Południe już pżehodziło. Hude cienie jęły wypełzać spod dżew i domuw, a we zbożah, co się ździebko kłoniły za słońcem, zagrały z ciha koniki polne; bąk też kajś niekaj zahuczał i pżepiurki odzywały się po swojemu.
Ale upał wzmagał się coraz bażej i prażył już niemiłosiernie.
Suma się wnet skończyła i nad stawem jęły gęsto pżysiadać kobiety do zezuwania tżewikuw, zaś drogi tak się zamrowiły ludźmi, wozami a gwarem, że Hanka spiesznie powruciła do hałupy.
Boryna już był całkiem wyryhtowany.
Leżał w pośrodku izby, na szerokiej ławie, nakrytej płahtą i obstawionej płonącymi świecami. Juści, co wymyty był, wyczesany i ogolony do czysta, jeno na policzku miał długą zadrę od Jambrożowej bżytwy, zalepioną papierem. Ubier też miał wdziany co najlepszy: białą kapotę, kturą se był sprawił na ślub z Jagusią, portki pasiate i buty prawie całkiem nowe.
W spracowanyh, wyshłyh rękah tżymał obrazik Częstochowskiej; pod ławą stała balia z wodą, byh pżehładzać powietże, zaś na glinianyh pokrywah dymiły jałowcowe jagody, zapełniając izbę kieby tą mgłą modrawą, w kturej wynosił się straszliwy majestat śmierci.
I leżał se tak paradnie w onej trupiej cihości Maciej Boryna — człek sprawiedliwy i mądry, hżeścijan prawy, gospodaż z dziada pradziada i pierwszy bogacz we wsi.
Pod dahem ojcuw pżyłożył se po raz ostatni głowinę strudzoną — kiej ten ptak na wyraju, nim weźmie lot podniebny, a poniesie się tam, kaj od wiek wieka wszystkie odlatują.
Gotowy ci już był do pożegnań znajomkuw a powinowatyh i gotowy do onej drogi dalekiej.
Już mu się ano dusza kożyła pżed sądem Pańskim, a jeno ten jego trup lihy, ta człowiecza zewłoka, prużna żywiącego dehu, leżała, jakby pżeśmiehając się leciuśko wśrud świateł, dymuw i modłuw nieustannyh.
A ludzie szli już a szli tym ciągiem nieskończonym; kto wzdyhał żałośnie, kto się bił w piersi i modlił gorąco, kto zaś medytował, kiwając smutnie głową i obcierając tę ciężką, żalną łzę, że szmer pacieży, ściszone szlohy i pogwary wzdyhliwe tżęsły się kiej te pżejmujące siąpania deszczuw jesiennyh. A ludzie whodzili i wyhodzili bez pżerwy — szli gospodaże i komornicy, szły kobiety i dzieuhy, szli staży i młodzi — całe Lipce tłoczyły się w izbie i w sieniah, zaś do okien cisnęło się tyla dzieci i tak swywoliły, jaże Witek, nie poredząc ih rozegnać, poszczuł psem. Ale Łapa go nie posłuhał, tżymał się dzisiaj Józki, a niekiedy biegał dokoła hałupy i wył kiej ten głupi.
Nad całą wsią zaciężyła ta śmierć Borynowa. Dzień był pżeciek śliczny, rozsłoneczniony, pahnący zwiesną i luby, że nie wypowiedzieć, a dziwny smutek owiewał hałupy i dziwna cihość zaległa wszystkie drogi. Ludzie hodzili osowiali, markotni a srodze strapieni, każdy jeno wzdyhał żałośnie, rozwodził ręce i zadumywał się nad człowieczą smutną dolą.
Wielu, ktuży żyli z nieboszczykiem w pżyjacielstwie, ostało pżed hałupą, kaj już poniekture gospodynie pocieszały Hankę, Magdę i Józkę, poczciwie popłakując wraz z nimi, a sielnie się wyżalając nad sierotami.
Jeno do Jagusi nikto nie pżystępował z tym dobrym, pocieszającym słowem. Juści, co ta była niegłodna użalań się nad sobą, ale zawdy tak ją zabolało to opuszczenie, że uciekła do sadu i zaszywszy się w gęstwę, siedziała tam całe godziny, nasłuhując jeno Mateuszowej roboty kole trumny.
— Że to się jeszcze śmie pokazywać na oczy! — syknęła za nią wujtowa.
— Poniehajcie! Nie pora na takie wypominki! — wyżekła kturaś.
— I nieh ją tam Pan Jezus sądzi — dodała Hanka łagodnie.
— Wujt ta wasze docinki dobże jej wynadgrodzi! — zaśmiał się kowal; szczęściem, że pżysłali po niego od młynaża, gdyż wujtowa rozczapieżała się kiej indyczka, gotowa zrobić kłutnię.
Kowal jeno gruhnął rehocącym śmiehem i poleciał, a one ostały, pogadując już mało wiele o rużnościah, a coraz ciszej i senniej, jakby z tyh ciężkih turbacji albo samego gorąca, co już doskwierało zgoła nie do zniesienia. Parno się pży tym robiło i dziwnie duszno, nie powiał wiater byh najlżejszy, że ni jeden listek i ni jedno źdźbło się nie zaruhało. A hociaż pżeszło już spory kawał czasu od południa, to jednak słoneczny war lał się jeszcze żywym ogniem i tak pżypiekał, jaże ściany płakały żywicą i więdły pomdlałe hwasty i kwiaty.
Ryk się naraz wydarł pżeciągły i tęskliwy; jakiś hłop prowadził krowę po drugiej stronie stawu.
— Pewnikiem do księżego byka! — ozwała się Płoszkowa, goniąc oczami krowę, szarpiącą się na postronku.
— Młynaż do niego jeszczek lepiej ryczy, jeno co pżez złość! — podjęła Jagustynka, ale żadnej już się nie hciało muwić.
Siedziały rozczapieżone kieby te kwoki w piasku, ledwie już dysząc z gorąca. Rozbierał je upał, cihość i ten płakliwy, nieustający głos Jagaty, modlącej się pży umarłym.
Dopiero kiej pżedzwonili na nieszpory, rozeszły się do domuw, a Hanka posłała za kowalem, byh szedł z nią do proboszcza ugodzić się o pogżeb ojcowy.
Witek ryhło powrucił, ale sam.
— Hale, kiej się bojałem pżystąpić, bo Michał se siedzą z dziedzicem u młynaża i piją arbate — powiadał zziajany.
— Z dziedzicem?
— A juści, pżeciek go znam! Arbate se piją i placek pojadają, dobże widziałem. A ogiery stoją w cieniu i jeno kulasami pżebierają.
Zdziwiła się temu, ale po nieszporah, nie doczekawszy się kowala, ogarnęła się świątecznie i poszła z Magdą na plebanię.
Proboszcza nie było na pokojah, hoć wszystkie dżwi i okna stały powywierane; pżysiadły czekać, ale po jakimś czasie dziewka powiedziała, że ksiądz w podwużu i kazał je zawołać.
Siedział se w cieniu pod płotem, a w pośrodku podwuża, kole niezgorszej krowiny, kturą hłop tżymał krutko na postronku, kręcił się z rykiem tęgi, srokaty byk, że ledwie go parob utżymał na łańcuhu.
— Walek! Poczekaj jeszcze, nieh nabieże większej ohoty! — kżyknął proboszcz i wycierając spoconą łysinę, pżywołał do siebie kobiety i jął wypytywać o wszystko, pocieszać i kżepić miłosiernie; a kiej go zagadnęły o pogżeb i koszty, pżerwał im ostro i niecierpliwie: — O tym potem. Nie zdzieram skury z ludzi. Maciej był pierwszym we wsi gospodażem, to i pogżeb musi mieć nie lada jaki. No, muwię, nie lada jaki! — powtużył groźnie, po swojemu.
Za nogi jeno go obłapiły, nie śmiejąc się już w niczym pżeciwić.
— Ja wam tu dam! Widzicie ih, zbereźniki! — kżyknął na organiściakuw, zazierającyh spoza płotuw. — Cuż, jak się wam podoba muj byczek, he?
— Śliczności! Lepszy od młynażowego! — pżytakiwała Hanka.
— Tak mu do mojego jak wołu do karety! Pżyjżyjcie mu się! — podprowadził je bliżej, klepiąc z lubością byka, kturen rwał się już do krowy jak wściekły. — Co za kark! A jaki gżbiet, jakie to ma piersi! Smok, nie byk! — wołał, jaże pżysapując z radości.
— Juści, jeszczem takiego nie widziała.
— He, prawda! Czysty holender, tżysta rubli kosztuje.
— Tylahna pieniędzy! — dziwowały się zdumione.
— Ani grosza mniej! Walek, puszczaj go... Ostrożnie ino, bo krowa nietęga... Od jednego razu pokryje... Pewnie, że drogi, ale biorę tylko po rublu i dwadzieścia groszy postronkowego, żeby się Lipce dohowały pożądnyh kruw. Młynaż się gniewa na mnie, ale już mi obmieżły te koty, jakie macie po jego stadniku. Tżymajże, gapo, krowę pży samym pysku, bo ci się wyrwie! — wżasnął na hłopa. — No, to idźcie z Bogiem — zwrucił się do kobiet, widząc, że pżywstydzone odwracały się ździebko na stronę. — A jutro eksporta do kościoła! — wołał jeszcze za nimi, biorąc się pomagać hłopu, że to krowy nie mugł utżymać. — Podziękujesz ty mi za cielę. Będzie, jakiegoś jeszcze nie widział. Walek, a pżeprowadź go, nieh się pżehłodzi. Hociaż co tam takiemu smokowi znaczy jedna muha! — pżehwalał.
Kobiety zaś poszły do organisty, boć to i z nim też było tża się godzić z osobna o pogżeb. Ale że organiścina pżyjęła je kawą, pży kturej się nieco zagważyły, to było pod sam zahud i już bydło spędzali z pastwisk, kiej powruciły do hałupy.
Pżed gankiem stojał pan Jacek z Mateuszem i pykając fajeczkę, godził go do żnięcia dżewa na Stachową hałupę.
Mateusz jakoś nie bardzo był rad, bo się wykręcał.
— Dżewo pożnę, niewielka obrada, ale czy hałupę postawię... A bo ja wiem? Może kaj we świat pujdę... Cni mi się już we wsi... Bo ja wiem, co pocznę... — muwił, spoglądając na Jagusię, dojącą krowę pod oborą. — Z rana skończę trumnę, to się jeszcze rozmuwimy — dokończył prędko i poszedł.
A pan Jacek wszedł do nieboszczyka i muwił długi, serdeczny pacież, obcierając żęsiste łzy.
— By hociaż synowie wdali się w niego — wyżekł potem do Hanki. — Dobry to był człowiek i prawy Polak. Był z nami w powstaniu, pżystał do partii dobrowolnie i gnatuw nie żałował. Widziałem go pży robocie. A zmarnował się pżez nas... Pżekleństwo ciąży nad nami... — gadał jakby do siebie, a hociaż nie rozumiała wszystkiego, to jednak z wdzięczności za dobre słowa wspominek podjęła go za nogi.
— Dajcie spokuj! Takim człowiek jak i wy! — zakżyczał gniewnie. — Głupia! Dziedzic nie święty! — popatżył jeszcze na Borynę, zapalił od świecy fajeczkę i wyszedł, nie odpowiadając na powitanie kowala, kturen był właśnie whodził do sieni.
— Coś harny dzisiaj! Dziadak, juha! — żekł za nim z pżekąsem, ale że był jakiś rozradowany, to pżysiadł do żony i jął szeptać. — Dobra nasza! Wiesz, Magduś, dziedzic szuka zgody ze wsią. Namawia, cobym mu pomagał. Juści, co musi się nam dobże okroić. Jeno ani mru-mru, kobieto, o wielgie żeczy idzie.
Zajżał do zmarłego, pokręcił się tu i owdzie i na wieś poleciał, wyciągając hłopuw do karczmy na naradę.
Zmieżh się już był czynił. Zoże ostygły kiej te ordzewiałe blahy pżysypywane popiołem, że jeno niekajś co się ta świeciła jakaś hmurka, nabrana złocistą światłością zahodu.
A kiej się już do cna zrobił wieczur i pokończyli gospodarskie obżądki, to cała rodzina znowu się zebrała pży zmarłym. U Borynowego wezgłowia było coraz widniej od świec jażącyh, Jambroż raz po raz obcinał knoty i śpiewał z książki, a za nim powtażali wszystkie, popłakując niekiej na pżemian i biadoląc.
Drudzy zaś, sąsiedzi, że w izbie było ciasno i zaduh, to pżyklękali na dwoże, pod oknami i ciągnęli tę długą i żałosną nutę litanii, jaże się widziało, co wszystek sad śpiewa.
Noc się z wolna ściągała na świat, więc już do cna pżycihło; gdzie spać się kładli, po sadah bieliły się pościele i hałupy gasły jedna po drugiej, jeno co kokoty piały jakoś niespokojnie, a taka parna i duszna cihość stanęła, jakby się miało na odmianę.
Do puźna w noc śpiewali pży Borynie, a kiej się rozeszli, ostał jeno Jambroż i Jagata, byh już czuwać do rana.
I śpiewali zrazu rozgłośnie, ale kiej ustał wszelki ruh i zwaliła się niezgłębiona cisza nocy, wnet jął ih możyć śpik, tęgo wodząc za łby, że wyciągali coraz ciszej i mamrotliwiej, nie pżecykając nawet wtedy, kiej Łapa pżyhodził i z ciha skamlący, polizywał nasadlone buty nieboszczyka.
Prawie o samym pułnocku gęsta ćma pżywaliła ziemię, pogasły gwiazdy, shmużyło się całkiem i jakby jeszcze bażej ścihło, że tylko niekiedy zatżęsło się jakieś dżewo i posypał się cihuśki, lękliwy szmer albo wydarł się skądciś głos jakiś dziwny — ni to kżyk, ni to huk, ni to wołanie dalekie — i pżepadał też nie wiadomo kaj...
Wieś leżała w głębokim śpiku i jakby na samym dnie ciemnicy, tylko jedna Borynowa izba świeciła blado w tej mrocznej topieli, a pżez wywarte okna widniał Maciej, leżący wśrud żułtyh świateł, owiany dymami kadzideł niby tym modrawym obłokiem. Jambroż z Jagatą, wsparłszy się o niego głowami, zadżemali już na dobre, hrapiąc, jaże się rozlegało.
Zaś ta letnia, krutka noc pżehodziła szybko, jakby się jej kajś śpieszyło zdążyć, nim pierwsze kury zapieją. Świece też dopalały się posobnie i gasły niby te oczy strudzone patżeniem w umarłego, iż na świtaniu ostała jeno co najgrubsza, migocąc się kiej to złote ostże.
Aż szary, pżemglony świt, zwlukłszy się leniwie z pul, zajżał do izby, prosto w Borynową tważ, ktura jakby się ździebko ożywiła — jakby się budził z ciężkiego snu i nasłuhując tyh pierwszyh świergotań po gniazdah, patżał skroś poczerniałyh powiek w dalekie jeszcze zoże wshoduw.
Świt już gęstniał, roztżąsając się kieby ta zamieć śniegowa.
Niebo zajaśniało jak płutno na bielnikah, gdy je słońce pżygżeje, z pul powiało hłodem, staw westhnął, kolebiąc się sennie, a spod mrocznyh pruhnic nocy jawiły się obrazy boruw, kieby te czarne hmury wynoszące się ze ziemi. Zaś poniekture dżewiny, samotnie stojące, puszyły się czubami w rozbielonym powietżu niby pęki czarnyh piur; już nawet pżyleciał pierwszy wiater, zatarmosił sadami i jął pżedmuhiwać we śpiące pod pżyźbami.
Ale jeszcze mało kto pżecknął i ozwierał oczy. W słodkim dośpiku leżało wszystko, leniąc się ździebko, jak to zwyczajnie bywa po święcie czy jarmarku.
A wryhle i sam dzień się podniusł, jeno co jakiś mgławy i smutny. Słońca jeszcze nie było, ale skowronki już pżedzwaniały swoje pacieże, głośniej zabełkotały wody i poruszyły się zboża, bijąc hżęstliwymi kłosami o miedze i drogi. Już niegdzie po zagrodah rwały się tęskliwe beki owiec, kajś znowu jazgotliwie zagęgały gęsi, to koguty się wydzierały rozgłośnie; gdzie nawet wołania się rozlegały, skżypy wrutni, końskie rżenia, ruh i skżęt wstawań, że cała wieś się budziła, imając się z wolna pracy codziennej — jeno u Borynów wciąż było jeszcze ciho i spokojnie.
Zaspali ano z onyh smutkuw i ciężkih turbacji, jaże na dwur roznosiły się hrapania.
Wiater buhał co trohę w otwarte dżwi a okna i tłukł się po izbah, świszcząc pżeciągle, i na darmo rozwiewał nieboszczykowi włosy i targał światłem ostatniej świecy.
Nie poruszył się juści Boryna, nie pżecknął, nie porwał się do roboty, ni drugih do niej zapędzał; leżał se martwy, cihy, na kamień już zakżepły i na wszystko już głuhy.
Wiatr już z niemałą mocą zawiał i rymnął w sad, że wszystko wokuł jęło się hwiać, szeleścić, tżąhać, kołysać i jakby zaglądać w Borynową siną tważ; patżył w niego dzień mgławy, zaglądały rozhwiane dżewa. Zaś one wysmukłe, gibkie malwy kiej dzieuhy hyliły się pżez okna w pokłonah głębokih; a ze dworu raz po raz wpadała z bżękiem pszczoła, to motyl leciał wprost na światło, to jaskułka zbłądziła, świergocąc lękliwie; to niesły się muhy, pżypełzały żuczki i wszelaki boży stwur — a wraz z nimi spływał do izby cihy bżęk i szum, i tżepot, i ćwierkania, kieby ten jeden głos żywej, serdecznej żałości:
— Pomarł! Pomarł! Pomarł!
I co jeno żyło, tżęsło się, łkało i zanosiło — jakby w pżytłumionym, srogim lamencie. Aż ścihło z nagła i trwożnie, wiater ustał, wszystko pżytaiło deh i padło na tważ w proh ziemi, bo oto ze świtowyh szarości wzeszło słońce czerwone i ogromne, wyniesło się nad świat, ogarnęło go władnym, żywiącym okiem i skryło się w skołtunione hmużyska.
Poszażało na świecie, a nie wyszło i „Zdrowaś”, jął sypać drobny, ciepły deszcz żęsistymi kroplami, że wnet wszystkie pola i sady rozdzwoniły się sypkim, nieustającym szmerem.
Ohłodło znacznie, zapahniały drogi, ptaki zaczęły śpiewać z całej mocy, a w tej szarej, rozdrganej kużawie, jaka pżysłoniła świat, piły spragnione zboża, piły liście pomdlałe, piły dżewa, piły wyshnięte gardziele strug i ziemie spieczone — piły długo i z lubością, dysząc jakby z dziękczynieniem:
— Bóg zapłać, bracie deszczu! Bóg zapłać, siostro hmuro! Bóg zapłać!
Właśnie ten deszcz zacinający pżebudził Hankę, śpiącą pod samym oknem, że się pierwsza zerwała na nogi.
Pobiegła z kżykiem do stajni.
— Pietrek! Wstawaj! Deszcz pada! Koniczynę tża lecieć kopić, bo na nic pżemięknie! Witek, wałkoniu jeden, krowy wyganiaj! Na wsi już pżepędzili! — wołała ostro, wypuszczając z hlewuw gęsi, kture z radosnym gęgotem leciały taplać się w kałużah.
Zajżała do kruw i świnie wypędzała na podwuże, gdy pżyleciał kowal. Ułożyli, co było potża kupić na jutżejszą stypę; wziął pieniądze i miał zaraz jehać do miasteczka, ale już z bryczki pżywołał ją i żekł ciho:
— Hanka, dajcie mi połowę, to ni pary nie puszczę, żeście starego podebrali. Zrubmy po dobremu.
Rozczerwieniła się kiej burak i kżyknęła porywczo:
— A pyskuj sobie hoćby pżed całym światem! Widzisz go, sam gotuw do złego, to myśli, co i drugie takie same.
Jeno błysnął ślepiami, poskubał wąsuw i zaciął konie.
Hanka zaś wzięła się ostro do roboty, tyla bowiem gospodarka czekała na nią, że tża było dobże kulasy wyciągnąć i głowić się niemało, byh wszystkiemu wydolić; toteż pokrutce, jak co dnia, rozlegał się po całym obejściu jej głos rozkazujący.
Borynie zapalili dwie nowe świece i pżykryli go pżeścieradłem. Jagata mamrotała pży nim pacieże, pżysypując raz po raz na węgliki jagud jałowcowyh.
Jagusia pżyszła od matki dopiero po śniadaniu. Ale że ją strahem pżejmował nieboszczyk, to się jeno błędnie kręciła po obejściu, często gęsto wyglądając na Mateusza, kturen pżeniusł się z robotą na klepisko; kończył już trumnę i właśnie był malował na niej biały kżyż, kiej Jagna stanęła we wrotniah stodoły.
Milczała, spozierając trwożnie na czarne wieko.
— Wdowaś teraz, Jaguś, wdowa! — szepnął ze wspułczuciem.
— A juści — odparła łzawo i cihuśko.
Patżał na nią poczciwie — zmizerowana ci była i blada kiej ten opłatek, a tak żałośliwa, jak to pokżywdzone dzieciątko.
— Taka to już człowiekowa dola — powiedział smutnie.
— A wdowam! Wdowam — powtużyła i łzy napełniły jej modre oczy, a ciężkie wzdyhy dziw piersi nie rozerwały, że uciekła za hałupę i nie bacząc na deszcz, płakała tam długo i tak żewliwie, jaże ją sama Hanka sprowadziła do izby, prubując uspokoić a pocieszyć.
— Płakaniem nie zaradzisz. Nama też nieletko, ale już tobie, sieroto, pewnikiem, co bażej ciężko — muwiła z dobrością.
— Płacz płaczem, a rok nie pżejdzie i zaśpiewam jej takiego hmiela nowego, co się wścieknie — ozwała się po swojemu Jagustynka.
— Nie pora na pżekpinki — skarciła ją Hanka.
— Powiedam szczerą prawdę. Abo to nie młoda, nie urodna, nie bogata?! Kijem się będzie musiała oganiać pżed hłopami.
Jagna nie odżekła, Hanka zaś wyniesła w opłotki żarcie la prosiąt i wyglądała na drogę.
„Co się tam stało?”, myślała strapiona. „Mieli go puścić w sobotę, a tu już poniedziałek i ani widu, ani słyhu”.
Ale nie było czasu na frasunki, bo musiała pomagać kopić resztę siana i wszystką koniczynę, gdyż deszcz rozpadał się już na dobre, nie pżestając ani na hwilę.
Zaś wkrutce po południu nadszedł proboszcz z organistą, pżyszli braccy ze światłem i ludzi zebrało się też coś niecoś — włożyli Borynę do trumny, Mateusz zabił ją kołkami, ksiądz odprawił modlitwy, skropił wodą święconą i powieźli go, z ciha pżyśpiewując, do kościoła, kaj już Jambroż bił we dzwon żałobny.
A kiedy wrucili z eksporty, to w hałupie widziało się tak jakoś pusto i strasznie ciho, jaże Józka buhnęła płaczem, a Hanka ozwała się do Jagustynki opżątającej izbę:
— Hociaż od tyla czasu trupem był jeno, a zawdy czuć było gospodaża w hałupie.
— Antek wruci, to i gospodaż będzie — pżypohlebiała stara.
— Byh jeno prędko powrucił — westhnęła tęskno.
Ale że szare, wilgotne pżesłony obtulały ziemię i deszcz padał nieustannie, to obtarła łzy, westhnęła raz i drugi i dalejże poganiać swoih.
— A hodźcież, ludzie! Żeby pomarł i ten największy, to jak ten kamień w może głębokie, już go nikto nie wyłowi, a ziemia nie poczeka i tża kole niej robić.
I powiedła wszystkih za pżełaz do okopywania ziemniakuw. Jeno Józka ostała pilnować dzieci, a i bez to, co była jakaś hora i nie mogła się jeszcze utulić w żałości, Łapa też pży niej warował nieodstępnie i ten Witkowy bociek, kturen stojał w ganku na jednej nodze kieby na struży.
Zaś deszcz nie pżestawał ani na hwilę. Padał drobny, gęsty i ciepły, że ustały śpiewać ptaki, a wszelaki stwur pżyległ w cihości. Cały świat z wolna oniemiał i jakby się zasłuhał w ten tżepot rosisty, bżękliwy i nieustanny, a jeno kajś niekaj zawżeszczały gęsi, taplające się po sinyh, spienionyh kałużah.
Dopiero o samym zahodzie wyjżało rozognione słońce i zapaliło czerwone ognie w rosah i kałużah.
— Pogoda na jutro pewna! — powiedali, ściągając z pul.
— Niehby jeszcze padało, czyste złoto, nie deszcz.
— Ziemniaki były już na ostatnih nogah.
— A bo to owsuw nie pżypiekło!
— Wszystkiemu pujdzie na zdrowie.
— Żeby se tak popadał hociaż ze tży dni — wzdyhał kturyś.
Jakoż i padał tak ruwno, żęsiście i spokojnie do samej nocy, że z lubością wystawali pod hałupami, na pżehłodzonym, pahnącym powietżu. Zaś Gulbasiaki skżykiwały dzieuhy i hłopakuw, byh lecieć za wieś, na wyżnie, palić sobutkowe ognie, gdyż to była wigilia świętego Jana — ale co ćma była i pluha, to mało kto dał się pociągnąć, że tylko kajś niekaj co tam pod lasem rozbłysnął jakiś słaby ogieniek.
Witek już od zmroku pżyniewalał Józkę, aby z nim leciała na Sobótki, ale mu powiedziała żałośnie:
— Nie polete. Co mi tam zabawy, co mi tam już wszystko...
— Dyć ino zapalim, pżeskoczym ogień i pżylecim — prosił gorąco.
— Siedź w hałupie, bo powiem Hance! — zagroziła.
Ale poleciał i powrucił dopiero po kolacji — głodny i utytłany w błocie jak nieboskie stwożenie, gdyż deszcz nie ustawał ani na hwilę i padał pżez całą noc, aż dopiero pżestał nazajutż, o dużym dniu, właśnie kiedy już ludzie ciągnęli na żałobne nabożeństwo.
Słońce się jednak nie pokazało. Świat się był omglił szarawą kużawą, w kturej jeszczek bażej rozzieleniły się pola i sady, a wody wlekły się niby te srebrnawe pżędziwa. Powietże było żeźwe, hłodnawe i pahnące, rosy kapały obficie za leda powiewem, ptaki darły się kieby oszalałe, psy ujadały wesoło, pżeganiając się po drogah wraz z dziećmi, a wszelaki głos leciał gurnie i radośnie — nawet ziemie, opite wodą i nabżmiałe mocą, zdały się wżeć niepowstżymanym rostem.
Zaś w kościele ksiądz odprawił żałobną wotywę i wraz z proboszczem słupskim i organistą, zasiadłszy napżeciw siebie w ławah pżed wielkim ołtażem, jęli wyciągać łacińskie pieśnie.
Boryna leżał wysoko na katafalku, obstawiony w biały las świec płonącyh, a dokoła klęczała kornie cała wieś, zamodlona i zasłuhana w te długie, lamentliwe pieśnie, co nabżmiewały niekiedy takim strasznym kżykiem, jaże włosy powstawały i bolesna litość ściskała serca. To niekiedy cihły w pżejmującyh, żalnyh jękah, aż dusze mdlały struhlałe i same łzy ciekły z oczuw; albo też znowu podnosiły się jakieś cudne i niebosiężne, kieby te głosy śpiewań janielskih i wiecznej szczęśliwości, że narud wzdyhał ciężko, obcierał oczy, a często gęsto i poniekture płaczem buhały serdecznym.
Ciągnęło się to z dobrą godzinę. A kiej skończyli, rumor powstał; podnosili się z klęczek i Jambroż jął brać świece od katafalku i rozdawać je ludziom. Ksiądz też jeszcze pżeśpiewał pży trumnie, okadził ją, aż zrobiło się niebiesko od dymuw, skropił wodą święconą, wyciągnął jakąś nutę i ruszył ku dżwiom za kżyżem.
A kościuł aż się zatżąsł od kżykuw, płaczuw i szlohań, bo trumnę już brali co najpierwsi gospodaże i zanieśli na wuz, w pułkoszki wymoszczone słomą, zaś Jagustynka tajnie, byh księża nie spostżegli, wraziła pod nią bohen hleba, obwinięty w czyste płutno. Pietrek zebrał krutko lejce, zacinał batem i obzierał się niecierpliwie na księży.
Zajęczały żałobnie dzwony, wynieśli czarne horągwie, rozbłysnęły światła, Stacho poniusł kżyż, a księża zaśpiewali:
— „Miserere mei, Deus”.
I straszna pieśń, pieśń śmierci załkała nad głowami smutkiem bezbżeżnym i grozą.
Ruszyli z wolna na topolową drogę ku smętażowi.
Czarna horągiew z kościotrupem załomotała na wietże kiej ten ptak straszliwy i poniesła się pżodem, a za nią dopiero błyskał srebżysty kżyż i otwierała się długa ulica brackih z zapalonymi świecami, i szli księża w czarnyh kapah.
Trumna jehała w pośrodku, ułożona na słomie wysoko, że ją cięgiem i wszystkie mieli na oczah. A tuż za nią wlekła się rodzina, srodze zawodząc płaczem i jękami, zaś pobok i kaj gdzie kto wziął miejsce, ciżbiła się cała wieś, w niemałym smutku a cihości idąca.
Że nawet hore i kalekie nie ostały w hałupah.
Pżemglone, szare niebo wisiało nisko, jakby wsparte na tyh wielgahnyh topolah, pohylonyh nade drogą. Wszystko stojało bez ruhu, pżygięte i kieby zasłuhane w te pieśnie żałobne, a kiedy powiał wiater i rozruhał pola i dżewa, to posypały się rosy niby tym żalnym, cihym płaczem; zaś rozhwiane zboża kolebały się z wolna ciężkimi kłosami, hyliły się coraz niżej, jakby do nug pżypadając gospodażowi w tym kornym, ostatnim pokłonie.
Księża pieśń rozpłynęła się kajściś w powietżu, że sroga cihość zwaliła się na dusze. Jeno dzwony jęczały wciąż, biły ponurym głosem, wołały cosik w niebo pohmurne, ku lasom i w dale zamglone; skowronki śpiewały nad polami, wuz niekiej zaskżypiał, szarpały się horągwie, hlupało błoto pod nogami, a te bulne, sieroce płacze kwiliły nieustannie.
— „Miserere mei Deus” — zaśpiewał znowu proboszcz; pżywtużył mu słupski wraz z organistą i kowalem, kturen tżymał parasol nad dobrodziejami, gdyż deszcz z nowa pokrapiał.
I śpiewali tak strasznie, tak rozpacznie i tak jękliwie, jaże łzy się cisnęły, zamierało serce, a oczy strwożone, oczy pobłąkane w niemocy niesły się we świat i u tego nieba hmurnego żebrały zmiłowania. Tważe bladły, dusze jęły się zwierać w męce i luty dygot pżejmował, że wzdyhali coraz ciężej, a już poniektury łzy obcierał, to szeptał pacież posiniałymi wargami, w piersi się bił i kajał skruszony — zaś wszystkih omroczył ciężki, beznadziejny smutek i pżywaliła bezgraniczna żałość, że kiej te dymy gryzące snuły się po nih bolesne medytacje i jęki zakżepłe w trwodze.
Jezu, bądź nam, gżesznym, miłościwy! Jezu!
O dolo człowiekowa, dolo nieustępliwa!
A cuże są te wszystkie znojne trudy? Cuże ten żywot człowieczy, co jako śniegi spływa bez śladu, że o nim nawet dzieci rodzone nie pżypomną?
Żałością jeno, płakaniem jeno, cieżpieniem jeno...
I cuże są one szczęśliwości, dobroście, nadzieje?
Czczym dymem, pruhnicą, mamidłem i zgoła niczym...
A cużeś to ty sam, człowieku, ktury się puszysz a dmiesz, a wynosisz hardo ponad wszelkie stwożenie?
Tym wiatrem jeno jesteś, co nie wiada, skąd pżyhodzi, nie wiada, po co się miecie, i nie wiada, kaj się rozwiewa...
I ty się masz panem wszystkiego świata, człowieku?
A byh ci kto raje dawał — opuścić je musisz.
Byh ci kto wszystkie moce dawał — śmierć ci je wydże.
Byh ci kto rozum pżyznał największy — pruhnem ostaniesz.
I nie pżemożesz doli, mizeroto, nie pżezwyciężysz śmierci, nie...
Boś ano bezbronny, słaby i płony jako ten listeczek, kturym wiater żenie po świecie.
Boś ano, człowieku, w pazurah śmierci, jako ten ptaszek z gniazda podebrany, co se piuka radośnie, tżepoce, pżyśpiewuje, a nie wie, że go wnet zdradna ręka pżydusi za gardziel i lubego żywota zbawi.
O duszo, po cuż dźwigasz człowieczego trupa, po co?
Tak ci ano czuł narud, tak ci medytował i w sobie rozważał, a patżył smutnie po ziemiah zielonyh, włuczył tęsknymi oczami po świecie i wzdyhał ciężko z onyh niewypowiedzianyh boleń, aż tważe kamieniały i dusze się tżęsły.
Ale i to zaruwno wiedzieli, co jedyna człowiekowa dufność w Panajezusowej łasce, a jedyna ucieczka duszy w jego świętym miłosierdziu.
— „Secundum magnam misericordiam Tuam...”
Ciężkie, łacińskie słowa padały kiej grudy przemarzłej ziemi, jaże bezwolnie pohylali głowy, jakby pod nieubłaganą kośbą śmierci, ale szli niepowstżymanie. Szli kwardzi a zrezygnowani, szaży i mocni kiej te głazy widne na miedzah, gotowi już na wszystko a nieulękli, ugorom i zarazem tym bujnym, okwieconym polom podobni, i tym dżewom ruwni w sile i kruhości — dżewom, w kture piorun mugł tżasnąć leda hwila i w ręce śmierci podać, a one hardo pną się ku słońcu i śpiewają głęboką, radosną pieśń życia...
Szli wsią całą, ciżbiąc się i pżepyhając, ale każden tak był zatopiony w smutkah, że jakby szedł sam w pustce niezmiernej i opuszczeniu. A każden zapatżył się gdziesik i jakby widział pżez oczy, zaszklone łzami, ojcuw swoih, dziaduw i pradziaduw, niesionyh tam, na smętaż, już widny pżez grube pnie topoli.
Dzwony wciąż biły i ponura pieśń huczała coraz jękliwiej, smętaż już był niedaleko. Wyrastał ze zbuż kępami dżew, kżyżuw i mogił, a zdawał się otwierać, kieby ten straszny, nigdy niezapełniony duł, w kturen z wolna a niepowstżymanie spływa cały świat — że już niejednemu się widziało, jako w tym zadeszczonym powietżu i ze stron wszystkih biją dzwony, jażą się światła, czernieją rozwiane horągwie i płyną śpiewania, że z każdej hałupy wynoszą trumny, że wszystkimi drogami ciągną żałobne pohody, a każden człowiek płacze kogoś, zawodzi, a tak szloha, jaże wszystkie niebo i ziemia wzbiera żałosnym jękiem i spływa szmerem nieustannyh, gożkih jak piołun łez...
Pohud już skręcał na drużkę ku smętażowi, kiej go dopędził dziedzic, wysiadł z powozu i poszedł pobok trumny w srogiej ciasnocie, gdyż drużka była wąska, gęsto bżuzkami obsadzona i zboża stały ze stron obu.
A kiej księża skończyli śpiewać, Dominikowa, tżymająca się Jagny, zgarbiona i na wpuł ślepa, zawiedła po swojemu Kto się w opiekę....
Juści, co pżywtużyli skwapnie i gorąco, jakby czepiając się zestrahanymi duszami tej pieśni serdecznej.
I już tak rozśpiewani, a pełni jakowejś dufności, weszli na smętaż.
Co najpierwsi gospodaże dźwignęli trumnę, a nawet sam dziedzic jął wspierać w pośrodku — i ponieśli ją żułtymi drożynami wskroś okwieconyh mogił, traw i kżyżuw, za kaplicę, kaj w gąszczah leszczyn i bzuw czekał już grub świeżo wybrany.
Straszne płacze i kżyki zatargały powietżem.
Horągwie i światła okoliły jamę głęboką, narud się skłębił i cisnął, spozierając trwożnie w ten duł żułtawy i pusty...
A kiedy pżeśpiewali jeszcze coś niecoś, proboszcz stanął na kupie wywalonego piahu, odwrucił się i żekł gżmiąco:
— Narodzie hżeścijański! Narodzie!
Pżycihło z nagła, jeno dzwony jęczały z oddali, a Józka, opasawszy rączynami ojcową trumnę, zawodziła żewliwie, na nic nie bacząc.
Zaś proboszcz pociągnął nosem z tabakiery, kihnął raz i drugi, a potoczywszy załzawionymi oczami, żekł donośnie:
— Bracia, a koguż to howacie dzisiaj, kogo? „Macieja Borynę!”, powiadacie. A ja wam muwię, że i pierwszego gospodaża, i poczciwego człowieka, i prawego katolika howacie... Znałem go bowiem od lat i zaświadczam, jako żył pżykładnie, Boga hwalił, spowiadał się i komunikował, a biedotę wspomagał. Muwię wam: wspomagał! — powtużył, ciężko dyhając.
Płacze jęły kwilić dokoła i wzdyhy rwały się coraz gęściej, gdy nabrawszy powietża, ozwał się znowu, jeno co żałośliwiej:
— I pomarł hudziaczek, pomarł! Śmierć go sobie wybrała, jako wilk wybiera ze stada najtłustszego barana i w biały dzień na wszystkih oczah, a nikt mu nie pżeszkodzi. Jako piorun bije w dżewo wyniosłe, że pada rozłupane, tak on padł pod srogą kosą śmierci. Ale pomarł nie wszystek, jak muwi Pismo Święte! Bo oto stanął se ten wędrownik pżed wrotami raju, puka i skamle żałośnie, aż święty Pietr zapyta: „Ktużeś to i czego potżebujesz?”. „Borynam z Lipiec i miłosierdzia Pańskiego proszę...”. „Tak ci to już braty dopiekły, żeś się zbył żywota, co?”. „Wszystko powiem”, żecze Maciej, „jeno ozewżyjcie wrotnie, święty Pietrze, byh mnie ozgżało hoć ździebko Pańskie zmiłowanie, bom przemarzł na lud w onej tułaczce ziemskiej”. Święty Pietr ozwarł nieco, ale nie puszcza go jeszcze i żecze: „A jeno nie łżyj, bo tu nikogo nie ocyganisz. Muw, duszo, śmiało, czemuś to uciekła ze ziemie”. A Maciej rymnął na kolana, że to śpiewania janielskie dosłyszał i dzwonki, jakby na podniesienie, a odżecze z płaczem: „Prawdę powiem kiej na spowiedzi. A to nie poredziłem dłużej wytżymać na ziemi, bo tam już ludzie jako te wilki nastają na siebie, bo tam już jeno swary, kłutnie, a obraza boska... Nie ludzie to, święty Pietrze, nie boskie stwożenia, a jeno te psy wściekłe i te swynie smrodliwe. I tak jest źle na świecie, że i nie wypowiedzieć wszystkiego... Zaginął wszelki posłuh, zaginęła poczciwość, zaginęło miłosierdzie. Brat powstaje na brata, dzieci na ojcuw, żony na mężuw, sługa na pana... Nie uszanują już niczego, ni wieku, ni użędu, ni nawet księdza... Zły zapanował w sercah, a pod jego pżewodem rozpusta a pijaństwo, a złoście kżewią się coraz bażej. Wszędy łajdus na łajdusie, a łajdusem pogania... Wszędy jeno hytroście, oszukaństwa, srogie uciski a złodziejstwa, że co masz, z garści nie popuść, bo ci wydrą. Byh najlepszą łąkę, a wypasą i stratują. Byh hociaż tę skibkę, a z cudzego pżyożą. Byś nawet kurę puścił z obejścia, pżyhwycą kiej te wilki. Kawałka żelaza nie pżepomnij ni postronka, hoćby były księże, bo nie pżepuszczą i ukradną. Gożałkę jeno piją, rozpustę czynią i w służbie bożej całkiem się opuszczają, pogany te pieskie i hrystobije, że drugie Żydy, a stokroć poczciwsze i bogobojniejsze”. „I to w lipeckiej parafii tak się dzieje?”, pżerwał mu święty Pietr. „Indziej też nie lepiej, ale już w lipeckiej najgożej”. A święty Pietr jął w palce tżaskać, brwie srożyć, oczami toczyć i żekł, wytżąhając pięścią ku ziemi: „Takieśta to, Lipczaki? Takie! A zbuje obmieżłe, a poganiny gorsze od Niemców! A to roki macie dobre, ziemie rodzajne, a paśniki, a łąki, a boru po kawale i tak się to sprawiata! Hleb was ano roznosi, łajdusy jedne! Powiem ja o tym Panu Jezusowi, powiem, a on już wama cugli pżykruci...”. Maciej jął swoih poczciwie bronić, ale święty Pietr rozgniewał się jeszcze bażej i kiej nie tupnie nogą a kżyknie: „Nie broń takih synuw! A to ci jeno żeknę: «Nieh mi się te judasze poprawią do tżeh niedziel i pokutę czynią, a jak nie posłuhają, to tak ih pżycisnę głodem, pożogą i horubskami, że mnie popamiętają, łajdusy jedne».”.
Mocno proboszcz powiadał, do serca i tak napominająco, i takim gniewem bożym groził, i tak pięściami wytżąhał, że szlohy się podniesły dokoła, narud zapłakał i bił się w piersi a kajał...
Zaś ksiądz, odsapnąwszy nieco, jął znowu muwić o nieboszczyku, jako to padł za wszystkih... I wołał do zgody. Wołał do sprawiedliwości. Wołał do pomiarkowania się w gżehah, bo nie wiada, komu z bżega wybije ta ostatnia godzina i pżyjdzie stanąć pżed strasznym sądem Pana...
Że nawet sam dziedzic, a obcierał kułakiem oczy.
Pokrutce jednak księża skończyli swoje i odeszli wraz z dziedzicem, a kiej spuścili w duł trumnę i jęli na nią sypać piasek, jaże zadudniało; wżask ci, muj Jezu, buhnął, a kżyki, a takie lamenty, coby i najkwardszego skruszyło.
Ryczała Józka, ryczała Magda, ryczała Hanka i stryjeczne, płakały bliskie i dalekie, powinowate i zgoła obce — a już może najżewliwiej zanosiła się Jagusia, kturą tak cosik sparło pod piersiami, jaże się prosto zapamiętała w kżyku.
— Hale, teraz skowyczy, a co to wyprawiała z nieboszczykiem! — mruknęła kturaś z boku, zaś Płoszkowa, obcierając oczy, dodała:
— Tak se łaskę wypłakuje, byh ją nie wygnali z hałupy.
— Myśli, że kto głupi a uwieży! — powiedziała głośno organiścina.
Ale Jagna nie wiedziała już o bożym świecie, padła kajś w piasek i zanosiła się takim żałosnym płaczem, jakby to na nią sypały się te ciężkie, sypkie strugi ziemi, jakby to nad nią huczały te posępne głosy dzwonuw, jakby to nad nią płakali.
A dzwony wciąż biły, jakby skarżąc się niebiosom, zaś znad świeżej mogiły te wszystkie płacze, te szlohy i biadania też się skarżyły na dolę nieubłaganą i na tę wieczną kżywdę człowieczą.
Zaczęli się wnet rozhodzić z wolna. Kto tam jeszcze gdziesik po drodze pżyklękał, kto i ten pacież muwił za pomarłe, kto zaś jeno się błąkał wśrud mogił i smutnie deliberował; a drugie ruszali ociągliwie ku hałupom, obzierając się wyczekująco, gdyż kowal z Hanką spraszali poniekturyh na ten hleb żałobny, jak to zwyczajnie bywa po pohowku.
I kiej oklepali mogiłę, a nad nią wkopali czarny kżyż, wzięli pomiędzy siebie sieroty i pociągnęli sporą gromadą, poredzając z ciha a wyżalając się nad nimi, a popłakując niekiedy...
W Borynowej izbie już było wszystko użądzone do potżeby. Wzdłuż ścian ciągnęły się stoły, obstawione długahnymi ławami, że skoro się jeno rozsiedli, zaraz podano gożałkę i hleby.
Pżepili godnie, w cihości a powadze, pżegryźli coś niecoś i organista zaczął czytać z książki sposobne modlitwy. A potem zaśpiewali litanię za umarłego; wturowali mu ohotnie i gorąco, pżerywając jeno wtedy, kiej kowal puszczał flahę w nową kolejkę, a Jagustynka hleb roznosiła.
Kobiety zebrały się po drugiej stronie, u Hanki. Piły herbatę, pojadały słodki placek i pod pżewodem organiściny zaśpiewały tak żewnie i pżejmująco, jaże kury zagdakały po sadzie. I tak ano, wspominając poczciwie nieboszczyka, narud pojadał, popijał, popłakiwał i śpiewał za jego duszę pobożne pieśnie, jak pżystało w taką porę i za takiego gospodaża.
Stypa była suta. Hanka zapraszała serdecznie, nie żałując jadła ni napitku, gdyż w południe, kiej już niejeden jął się oglądać za czapą, podali kluski z mlekiem, a potem prażone mięso z kapustą i groh szczodże omaszczony.
— Drudzy takiego wesela nie wyprawiają! — szepnęła Bolesławowa.
— A mało nieboszczyk ostawił, co?
— Mają się czym pocieszać, mają.
— Gotowyh pieniędzy też sporo hapnąć musieli...
— Kowal wyżeka, co były i pono się kajś podziały.
— Nażeka, a dobże je musiał shować.
Pogadywały z ciha między sobą kobiety, wyskżybując miski do czysta i stżegąc się Hanki, ktura nieustannie baczyła, byh kturej czego nie zbrakło. Zaś po hłopskiej stronie organista, napity już ździebko, dźwignął się nad stołem i z kieliszkiem w garści jął wypominać nieboszczyka tak gurnie i z takimi łacińskimi pżepowiadkami, że hocia nie bardzo wyrozumieli, ale płakać się wszystkim hciało kiej na tym kazaniu.
Gwar się już podnosił i gęby czerwieniały, że to flaha często krążyła i szkło galanto bżąkało — to już niejeden omackiem szukał kieliszka i drugą ręką kuma obejmował za szyję, bełkocząc skołczałym ozorem. Zaś poniektury jeszcze niekiedy wyciągnął tę żałobną nutę i wypominać prubował, ale już nikto nie wturował ni słuhał, wszyscy bowiem gważyli, stoważyszając się do upodoby, świarcząc sobie pżyjacielstwa i raz wraz pżepijając, a co skorsi do kieliszka wymykali się hyłkiem i wiedli ku karczmie. Tylko jeden Jambroż był dzisia zgoła niepodobny do siebie. Juści, co pił tyla co i drugie — a może i więcej, gdyż sam się pżymawiał o gożałkę — ale siedział kajś w kącie srodze zważony, oczy cięgiem pżecierał i ciężko wzdyhał.
Trącił go kturyś i na ucieszne powiadki wyciągał.
— Nie ruhaj mę, bom żałosny! — odburknął. — Pomrę wnet, pomrę... Psi po mnie jeno zawyją i baba w garnek rozbity zadzwoni — mamrotał płaczliwie. — Jakże, toż pży hżcie Macieja byłem! Na jego weselu tańcowałem! Ojcuw jego howałem! Dobże pamiętam! Muj Jezu, i tylahno już rużnego narodu oklepałem, tylum już pżedzwaniał... A teraz pora na mnie!
Podniusł się nagle i wyszedł prędko do sadu. Witek potem powiedział, jako stary siedział za hałupą do puźna i płakał...
Juści, co się nim nikto nie zaturbował, każden bowiem miał dosyć swoih turbacji, a pży tym już na samym zmieżhu pżyszedł najniespodzianiej ksiądz wraz z dziedzicem.
Proboszcz pocieszał łaskawie sieroty, głaskał dzieci, a zgważając się z gospodyniami, hętliwie nawet popijał herbatę, kturą mu Józka podała. Zaś dziedzic pogadawszy z tym i owym o rużnościah, wziął od kowala kieliszek, pżepił do wszystkih i powiedział do Hanki:
— Jeśli komu żal Macieja, to mnie z pewnością najwięcej, bo żeby teraz żył, to bym się ze wsią ugodził dobrowolnie. Może i dałbym, czegoście pierwej hcieli! — ozwał się głośniej, tocząc dokoła oczami. — Ale mam to z kim pomuwić? Pżez komisaża nie hcę, a ze wsi nikt pierwszy się nie zgłasza!
Słuhali w skupieniu, rozważając każde jego słowo.
Muwił jeszcze coś niecoś i zagadywał, ale jak do tego muru — żaden bowiem nie dał się za ozur pociągnąć i nawet pyska nie ozwarł, jeno pżytakiwali, skrobiąc się po łbah a spozierając po sobie znacząco — że widząc, jako nie poredzi pżełamać tej czujnej ostrożności, wywołał księdza i poszli, odprowadzeni całą hurmą aż w opłotki.
Po ih odejściu jęli się dopiero dziwować a głowić wielce.
— No, no, żeby sam dziedzic pżyszedł na hłopski pogżeb.
— Potżebuje nas, to bakę świeci — powiedział Płoszka.
— A czemu to nie miał pżyjść z dobrego serca, co? — bronił Kłąb.
— Lata masz, aleś rozumu nie nabrał. Kiedyż to dziedzic pżyszedł do wsi z pżyjacielstwem, kiedy?
— Coś w tym być musi, że tak zgody szuka!
— Ano co, że mu jej potża bażej niźli nam.
— A my możemy se poczekać, możemy! — wołał pijany Sikora.
— Wy możecie, ale drugie nie mogą! — wżasnął zeźlony Grzela, wujtuw brat.
Jęli się już kłucić a pżemawiać, bo jeden prawił swoje i drugi też swego dowodził, a tżeci obu się pżeciwił, zaś insi mamrotali:
— Nieh odda bur i ziemię, to zrobim zgodę.
— Nie potża zgody! Nowe nadziały pżyjdą, to i tak wszystko będzie nasze. Nieh psiahmać z torbami pujdzie za kżywdę naszą.
— Żydy go duszą, to hłopuw o pomoc skomle.
— A pżudzi to ino wiedział kżyczeć: „Z drogi, hamie, bo batem!”.
— Muwię wama, nie wieżta dziedzicowi, bo każden z nih jeno zdradę hłopskiemu narodowi gotuje — wołał kturyś, bażej napity.
— Słuhajta no, gospodaże! — zakżyknął naraz kowal. — Powiem wam mądre słowo: jak zgody dziedzic hce, to potża z nim tę zgodę zrobić i brać, co się da, nie czekając gruszkuw na wieżbie.
Na to powstał Grzela, wujtuw brat, i zawołał:
— Święta prawda! Hodźta do karczmy, tam się naradzim.
— A ja stawiam la całej kompanii — dodał ohotnie kowal.
Wywiedli się pokrutce całą kupą w opłotki. Zmieżhało się już ździebko, bydło szło z pastwisk i po całej wsi roznosiły się poryki, gęgoty, fujarek piskające pżebierania i te dziecińskie śpiewy i wżaski.
A hłopi — mimo kobiecyh jazgotań i spżeciwiań — poszli całą gromadą ku karczmie; tylko jeden Sikora, co ostawał nieco za drugimi, hytał się płotuw i cosik długo pży nih grdykał.
Długo ih było słyhać, tak się prowadzili szumnie — ile że to już niejeden, byh sobie ulżyć, piosneczką huknął albo i kżykał z gorącości.
Zaś u Borynów, skoro upżątnęli po gościah i pżyszedł ciemny wieczur, zrobiło się jakoś dziwnie ciho, pusto i smutnie.
Jagusia tłukła się po swojej izbie kiej ten ptak po klatce i co troha leciała do Hanki, ale widząc, jako wszyscy hodzą osowiali a strapieni, uciekała bez jednego słowa.
Juści, co w hałupie było jak w grobie, a kiej obżądzili gospodarstwo i zjedli kolację, to hocia śpik możył każdego, a nikt się z izby nie kwapił ruszać. Siedzieli pżed kominem, zapatżeni w ogień i trwożnie nasłuhujący każdego szmeru.
Wieczur był cihy, tylko niekiedy wiater pżegarnął i zaszumiały dżewa; czasem zatżeszczały płoty, bżęknęły szyby lub Łapa zawarczał, jeżąc się groźnie, a potem wlekły się długie, nieskończone, zgoła grobowe cihoście.
Oni zaś siedzieli rozdygotani coraz bażej, a tak strwożeni, że raz po raz ktoś się żegnał i pacież zaczynał roztżęsionymi wargami, bo już wszystkim się widziało, jako cosik się gdzieś rusza — że hodzi po guże, jaże belki tżeszczą, że słuha pode dżwiami, że w okna zagląda i obciera się o ściany, to jakby ktoś klamki zatargał i ciężko stąpający, obhodził całą hałupę.
Słuhali bledzi, z zapartym them, zgoła niepżytomni.
Naraz koń zarżał we stajni. Łapa ostro zaszczekał i żucił się ku dżwiom. Józka, nie mogąc już wstżymać, kżyknęła:
— Ociec! Laboga, ociec! — i zapłakała strahliwie.
Na to Jagustynka stżepnęła palcami tży razy i żekła ważnie:
— Nie bucz, pżeszkadzasz duszy odejść w spokoju. Płacze ją ano tżymają pży ziemi. Wywżyjcie dżwi, nieh se ta wędrownica odleci na Jezusowe pola... Nieh się poniesie w spokojności.
Otwarli dżwi. W izbie pżycihło i jakby zamarło, nikt się nie poruszył, tylko rozpalone oczy latały; Łapa jeno pżewąhiwał kąty, skamlał niekiej, kręcił ogonem i jakby się do kogoś pżyłaszał — że już teraz wszyscy czuli najgłębiej, jako to gdziesik pomiędzy nimi błąka się dusza zmarłego.
Aż Hanka zaśpiewała rozdygotanym, zduszonym głosem Wszystkie nasze dzienne sprawy.
Pżywtażali gorąco i z niezmierną ulgą.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.