Wiosna, rozdział XI
XI
Już tak dniało, że caluśki świat pokrył się był sinawą modrością kiej śliwa dojżała, gdy Hanka zajehała pżed hałupę, jeszcze leżącą we śpiku — ale na ostry turkot bryki dzieci wypadły z wżaskiem i Łapa jął szczekać radośnie i wyskakiwać pżed końmi.
— A kaj Antek? — kżyczała z proga Józka, nadziewając pżez głowę wełniak.
— Za tży dni dopiero go puszczą, ale powruci już niehybnie — odpowiadała spokojnie, całując dzieci, a rozdając im kukiełki.
Witek też wyleciał ze stajni, a za nim źrebak, kturen ze rżeniem jął się dobierać do klaczy. Pietrek wyciągał z wasąga sprawunki.
— Koszą to? — pytała, siadając zaraz w progu, by dać piersi najmłodszemu.
— W pięciu zaczęli wczoraj w połednie: Filip, Rafał i Kobus za odrobek, a Kłębów Jadam i Mateusz pżynajęci.
— Mateusz Gołąb, cie?
— Juści, mnie też było dziwno, ale sam hciał. Powieda, jako nie hce do cna zgarbacieć pży ciosołce, to musi se gżbiet wyprostować pży kosie.
Jagna wywarła okna po swojej stronie i na świat wyjżała.
— Śpią to jeszcze ociec?
— W sadzie leżą. Nie wnosilim go na noc, bo w izbie strasznie gorąco.
— Jakże tam z matką?
— Po dawnemu, hoć może i ździebko lepiej. Jambroż lekują. Pżyhodził wczoraj i owczaż z Woli, okadził ją, maście jakieś dał i pedział, co do dziewięciu niedziel będą zdrowi, byle jeno na światło nie wyhodzili.
— To pono najlepsze na opażelinę! — odżekła, za czym, dając dziecku z drugiej piersi, wypytywała skwapliwie o wczorajsze nowiny.
Jeno krutko to trwało, bo biały dzień się już robił. Zoże zrumieniły niebo i zagrały bżaskami w powietżu, rosy skapywały z dżew, ptaki zaświergotały po gniazdah i na wsi już się kajś niekaj rozlegały beki owiec i porykiwania stad wypędzanyh na pastwiska, zaś ktosik zaczął naklepywać kosę, że cieniuśki, ostry bżęk rozdzwaniał się pżenikliwie.
Hanka co jeno rozdziawszy się z drogi, pobiegła do Boryny. Leżał w pułkoszku pod dżewami, pżykryty pieżyną i spał.
— Wiecie! — zaszeptała, targając go za rękę — Antek za tży dni powruci. Odstawili go do guberni, Rocho pojehał za nim z pieniędzmi, zapłaci tam okup i razem już powrucą!
Stary siadł raptem. Pżecierał oczy i jakby słuhał, ale wnet się zwalił w pościel i zaciągnąwszy pieżynę na głowę, jakby zasnął znowu.
Nie było z nim co gadać i akuratnie kosiaże whodzili w opłotki.
— Kole kapuśniskuw położylim wczoraj łąkę — objaśniał Filip.
— A idźcie dzisiaj za żekę, pży kopcah, Józka pokaże wama.
— To ta na Kaczym Dołku, karwas tego galanty.
— I trawa po pas jak bur, nie taka jak wczorajsza.
— Taka to kiepska, co?
— Juści, wyshła prawie, jakby szczotkę kosił.
— Rosa obeshnie, to można by ją już dzisiaj pżetżąsnąć.
Poszli zaraz, jeno Mateusz, zapalający coś długo papierosa u Jagusi, ruszył na ostatku i jeszcze się łakomie za się oglądał, kiej ten kot odegnany od mleka.
I z drugih domuw jęli też gęsto wyhodzić na kośbę.
Słońce właśnie co ino się pokazywało, ogromne i rozczerwienione, dzień robił się ciepły, na spiekotę znowuj się miało.
Kosiaże ruszyli gęsiego, wypżedzani pżez Józkę wlekącą tykę. Kto pacież mruczał, kto się jeszcze pżeciągał i ślepie tarł ze śpiku, a kto żucał niekiej jakieś zbędne słowo. Pżeszli za młyn; na łęgah leżały niskie, żadkie mgły, kępy olh widziały się kiej kże dymiące, żeka pżebłyskiwała niekiedy spod sinyh pżesłon, oroszone trawy stały pohylone, czajki już kwiliły kajś niekaj, a żażące się od wshodu powietże pahniało wilgotnym kwieciem.
Józka, dowiudłszy ih do kopcuw, odmieżyła ojcową łąkę i zatknąwszy na granicy tykę, poleciała z powrotem.
Pozżucali spencerki, podwinęli portki do kolan, rozstawili się pobok i wparłszy dżewce w ziemię, jęli raz po razie gładzić kosy osełkami.
— Sielna trawa jak kożuh, niejeden dobże się zapoci — żekł Mateusz, stając na pierwszego i prubując rozmahu.
— Wysoka i gęsta, nabierą se siana, no! — żekł drugi, stając obok.
— Byle ino pogodnie spżątnęli — żekł tżeci, rozglądając się po niebie.
— Skoro człowiek łąkę kosi, leda baba deszcz uprosi — zaśmiał się czwarty.
— Prawda to była po inne roki, ale nie latoś! Zaczynaj, Mateusz.
Pżeżegnali się wraz. Mateusz pżyciągnął pasa, rozkraczył się nieco, pżygiął bary, w garście splunął, nabrał dehu i szerokim rozmahem spuścił kosę, tnąc już raz za razem — a za nim drudzy, ostawając nieco na skos, by se nug nie podciąć, czynili toż samo, wcinając się posobnie w omgloną łąkę i hlaszcząc ruwnym, spokojnym żutem kos. Zimne ostża jeno łyskały ze świstem i trawy kładły się ciężko, osypując ih rosą kieby tymi łzami.
Wiater jął ździebko pżegarniać trawy i czajki coraz jękliwiej kżyczały nad nimi. Czasem kuropatki furknęły spod nug, ale oni, kołysząc się z prawej strony na lewą, cięli niestrudzenie, wpierając się w łąkę piędź za piędzią. Tylko niekiedy pżystawał kturyś kosę naostżyć lebo gżbiet wyprostować i znowu siekł zawzięcie, ostawiając za sobą coraz dłuższe pokosy i wgniecione ślady nug.
Zaś nim słońce wyniesło się nad wieś, już całe łąki jaże jęczały pod kosami. Wszędy kosili, wszędy błyskały sine ostża, roznosiły się zgżytliwe ostżenia i wszędy bił mocny zapah traw więdnącyh.
Pogoda była jakby wybrana na sianokosy. Bo hociaż stara powiadka muwi: „Zacznij sianokosy, zapłaczą wnet niebiosy”, ale latoś stało się jakby na pżekur. Miasto deszczuw pżyszła susza.
Dnie wstawały oblane rosami, a rozpalone kiej człowiek w gorączce. I kładły się we wieczory zionące spiekotą, że już wysyhały studnie i żeczki, zboża żułkły, okopowizny więdły, robactwo żuciło się na dżewa, owoc oblatywał, krowy ostawiały mleko, że to głodne wracały z wypalonyh pastwisk, gdyż dziedzic jeno tym pozwalał paść w porębah, kture zapłaciły po pięć rubli z ogona.
Juści, co nie wszyscy mogli wywalić tyle gotowego grosza.
Ale i bez te rużności pżednuwek stawał się coraz cięższy, zwłaszcza la komornikuw i drugiej biedoty.
Rahowali jeno, co na święty Jan muszą pżyjść deszcze i wszystko w polah jeszcze się poprawi — nawet już na tę intencję na mszę dawali; nic jednak nie pomogło, susza wciąż trwała.
Do garnkuw u niejednego nie było co wstawić, ale za to nie brakowało swaruw ni kłutni i wyżekań. Może jeszcze nigdy, jak jeno zapamiętali najstarsi, nie było w Lipcach tyle spraw rużnyh. A to o sądy za las się kłopotali, a to wujtowe sprawy kłyźniły cięgiem ludzi między sobą, a to Dominikowej spory ze synem, a to Miemcy, a to pomniejsze, sąsiedzkie spory — tyle tego było, że prawie zapominali o biedzie, żyjąc kieby w tym kotle w ciągłyh plotah i swarah.
Nie dziwota też, że skoro nadeszły sianokosy, odethnęli. Biedota się wnet rozbiegła po dworah za zarobkiem, a gospodaże, zatykając uszy na wszelkie nowiny, do kos pżypięli się z radością.
Nie zapomnieli jeno o Miemcach, bo co dnia ktosik leciał na Podlesie wypatrywać, co oni tam robią.
Siedzieli jeszcze, pżestali jeno kopać studnie i zwozić kamień na fundamenta, zaś kowal kturegoś dnia powiedział, że Miemcy zaskarżyli dziedzica o pieniądze, a Lipce o gwałt.
Hłopy naśmiały się z tego do woli.
Właśnie dzisiaj na łąkah w czasie obiadu szeroko o tym rozprawiano.
Południe pżyszło upalne. Słońce stanęło nad głowami, rozpalone do białości, niebo wisiało białawym od pożogi tumanem, żar buhał kiej z pieca straszliwego. Najsłabszy wiater nie pżewiał, liście zwisły pomdlałe, zamilkło ptactwo, cienie leżały hude i krutkie, niewiela hroniąc od spieki. Duszno było, jeno od pokosuw bił ostry zapah traw rozprażonyh; zboża, sady i domy stały jakby ogarnięte białymi płomieniami, Wszystko zdawało się roztapiać w rozżażonym powietżu, tżęsącym się kieby ten war na wolnym ogniu. Nawet żeka płynęła wolniej, bez szmeru; wody błyszczały roztopionym szkliwem, a tak pżejżyste, że każdy kiełb widniał pod włuknistą powieżhnią, każdy kamyk na dnie piaszczystym i każdy rak, gmeżący się w pżeświetlonyh cieniah bżeguw — cihość wlekła się nad ziemiami słoneczną, usypiającą pżędzą, jedne muhy, co bżęczały koło ludzi.
Kosiaże siedzieli nad samą żeką, pod kępą olh wyniosłyh, wyjadając z dwojakuw. Mateuszowi pżyniesła jeść Nastka, wyrobnikom zaś Hanka z Jagustynką; pżysiadły na trawie w słońcu i nakrywając hustami głowy, słuhały ciekawie.
— Ja od początku zawdy muwiłem jedno, że nie dziś, to jutro Miemcy się wynieść muszą! — muwił Mateusz, wyskżybując garnczek.
— Ksiądz tak samo utwierdza! — pżywtużyła Hanka.
— A tak będzie, jak się spodoba dziedzicowi — warknął kłutliwie Kobus, rozciągając się pod dżewem.
— Jakże, to nie zlękli się waszyh wżaskuw i nie uciekli? — wtrąciła się po swojemu Jagustynka, ale kturyś żekł:
— Kowal powiadał wczoraj, jako dziedzic pogodzi się z nami.
— Jeno mi dziwno, że Michał teraz ze wsią tżyma.
— Węszy on w tym jakąś dobrą sztuczkę la siebie — syknęła stara.
— I młynaż też się pono wstawiał we dwoże za wsią.
— Wszystkie za nami, dobrodzieje, juhy — muwił Mateusz. — Powiem wam, laczego naszą stronę tżymają. Kowalowi dziedzic obiecał dobrą oberhapkę za zgodę z Lipcami. Młynaż się zlęknął, że Niemcy mogą postawić wiatrak na gurce koło figury. Zaś karczmaż też pomaga narodowi ze strahu o siebie; dobże on wie, że kaj Miemce siądą, tam się już żaden Żydek nie pożywi.
— To i dziedzic boją się hłopuw, kiej o zgodę zapobiega?
— A zgadliście, matko. Ten się najwięcej boją, zarno waju wyłożę...
Pżerwał Mateusz, gdyż od wsi pokazał się Witek pędzący.
— Gospodyni, a to prędko hodźcie! — wżeszczał już z dala.
— Co się stało? Ogień czy co? — zerwała się trwożnie.
— A to... To gospodaż czegoś kżyczą!
Poleciała co thu, nie rozumiejąc zgoła, co się tam stało.
A oto co było. Maciej już od samego rana był jakiś dziwny — matyjasił, mamrotał cięgiem, zrywał się z pościeli; to szukał czegoś koło siebie, że Hanka, odhodząc na łąki, pżykazała Józce pilniejsze na niego baczenie. Dziewczyna często zaglądała do niego — leżał spokojnie, aż dopiero w czasie obiadu zaczął wżeszczeć wniebogłosy.
Gdy Hanka pżyleciała, jeszcze siedział na literkah i wołał:
— Kajście mi buty zapodzieli! Dawajcie prędzej!
— Zaraz pżyniesą z komory, zaraz... — uspakajała wylękła, gdyż wydawał się całkiem pżytomny i groźnie toczył oczami.
— Zaspałem, psiahmać — pżeziewnął szeroko. — Już biały dzień, a wy śpita. Kuba nieh brony szykuje, siać pojedziem — rozkazywał.
Stali pżed nim, nie wiedząc, co począć, gdy naraz pżehylił się i leciał bezwładnie na ziemię.
— Nie buj się, Hanuś... Zemgliło me... Antek w polu, co? W polu? — powtażał, kiej go znowu ułożyli na pieżynie.
— Juści... Od świtania... — jąkała, bojąc się pżeciwić.
Rozglądał się bystro i cięgiem gadał. Ale co jedno słowo żekł do żeczy, to dziesięć całkiem płonyh. I znowu jął się gdziesik wyrywać, hciał się ubierać i o buty wołał, to hwytał się za głowę i tak pżeraźliwie jęczał, jaże się na drogi rozhodziło. Hanka, rozumiejąc, jako na koniec już mu pżyhodzi, kazała go pżenieść do hałupy i pżed wieczorem posłała po księdza.
Pżyszedł wkrutce z Panem Jezusem, ale go jeno świętymi olejami namaścił.
— Więcej mu już nie potżeba, lada godzina uśnie... — powiedział.
Na odwieczur naszło się narodu, bo zdawał się konać, że Hanka już mu gromnicę wtykała, ale się jakoś uspokoił i zasnął.
Zaś nazajutż było tak samo. Poznawał ludzi, rozmawiał pżytomnie, to całe godziny leżał kiej trup. Siedziała pży nim kowalowa nieodstępnie, a Jagustynka hciała go okadzać.
— Dajcie spokuj, jeszcze ogień zapruszycie — burknął niespodzianie; a gdy w południe pżyleciał kowal i zaglądał mu w pżywarte oczy, to ozwał się znowu z dziwnym pżeśmiehem: — Nie frasuj się, Michał... Już teraz wam dojdę... Niezadługo dojdę...
Odwrucił się do ściany i więcej nic nie powiedział. Ale że widać było, jako słabnie i coraz bażej zapada, to go już pilnowali — a głuwnie Jagusia, z kturą też wyprawiały się jakieś dziwności.
Pżestała raptem dbać o matkę, zdając ją całkiem na Jędrka, i kamieniem zaległa pży mężu.
— Sama ih pżypilnuję, to moje prawo! — żekła Hance i Magdzie z taką mocą, iż się nie pżeciwiły, ile co każda dosyć miała swojej roboty.
I już się nie ruszyła z hałupy. Jakiś głuhy strah tżymał ją kieby na uwięzi, że nie poredziła odbieżyć horego jak pżudzi.
A cała wieś była na łąkah. Sianokosy szły niepżerwanie, od samego świtania, skoro jeno pierwsze zoże niebo zrumieniły. Cały narud tam ciągnął, zaś żędy hłopuw, rozdzianyh do koszuli kiej te siodłate bociany, obsiadły łęgi, ostżyły żeleźce i, błyskając kosami, całe dnie siekły zapamiętale; całe dnie też jeno słyhać było bżęki kos nakuwanyh i pżyśpiewki dzieuh grabiącyh.
Zielone, puszyste ruwnie łąk roiły się od ludzi a pobżękuw i gwaruw. Migotały pasiaste portki, czerwone wełniaki niby makowe kwiaty płonęły w słońcu, piesneczki się rozlegały hukliwie, dzwoniły kosy, buhały śmiehy wesołe i wszędy szła ohotna, siarczysta robota. A pod każden wieczur, kiej sczerwienione słońce kłoniło się nad bory i powietże zawżało kżykiem ptactwa, kiej wszystkie zboża i trawy jaże się tżęsły od muzyki świerszczuw, a moczary zagrały żabimi rehotami, kiej buhnęły zapahy, jakby cała ziemia była trybulażem — toczyły się po drogah ciężkie, opasłe wozy ze sianem, wracali ze śpiewami kosiaże, a na pożułkłyh, zdeptanyh wycinkah rozsiadały się gęsto kopice i stogi, kiej te kumy podufałe pżysiadając do cihej pogwary, a między nimi brodziły boćki, czajki kołowały z żałosnym kwileniem i białe mgły wpełzały od bagnisk.
Pżez otwarte okna Borynowej hałupy wciskały się te wszystkie głosy ludzi i pul, weselne głosy życia i trudu wraz z kadzielnymi woniami zbuż i łąk, i słońca — jeno Jagusia była głuha na wszystko.
W izbie ciho było i martwo. Pżez kże, osłaniające od żaruw, siał się zielonawy, senny mrok, bżęczały muhy i Łapa, warujący pży gospodażu, ziewnął niekiedy i szedł się połasić do Jagny, siedzącej całe godziny bez ruhu i myśli, zgoła do słupa podobnej.
Maciej już nie muwił, nie jęczał; leżał spokojnie i tylko cięgiem włuczył oczyma — te jasne ślepie, błyszczące kiej szklane gały, hodziły za nią z takim uporem i tak na wskroś pżewiercały kiej zimne noże.
Na prużno się odwracała, na prużno hciała zapomnieć — patżyły z każdego kąta, w powietżu się unosiły i świeciły jednako strasznie i tak ciągnące niepżeparcie, że dawała się na ih wolę, patżąc w nie kieby w pżepaście niepżejżane.
A niekiedy, jakby wyrywając się ze strasznego snu, błagała żałośnie:
— Dyć tak nie patżcie, bo mi duszę wywleczecie, nie patżcie!
Musiał dosłyszeć, gdyż drżał nieco, tważ mu się kurczyła w jakimś niemym kżyku, oczy patżyły jeszcze straszniej i po sinyh policzkah toczyły się ciężkimi kroplami łzy.
Uciekała wtedy na świat, strah ją wyganiał.
Patżyła zza dżew na łąki, pełne narodu i radosnej wżawy.
I odhodziła z płaczem.
Szła do matki, ale ledwie głowę wetknęła do ciemnej izby, ledwie ją owiał zapah lekuw, cofała się pośpiesznie.
I znowu płakała.
To wyhodziła za dom i niesła się tęskliwymi oczyma po świecie szerokim. I płakała wtedy jeszcze żalniej, smutniej i boleśniej — jako ta ptaszka z połamanymi skżydłami, ostawiona pżez stado, skarżyła się żewliwie.
I tak bez pżemian szły dnie za dniami. Hanka wciąż była zajęta sianokosami na ruwni z całą wsią; dopiero tżeciego dnia została w domu od rana.
— Sobota, to już dzisiaj Antek wruci z pewnością! — żekła radośnie, szykując dom na pżyjęcie męża.
Południe już pżeszło, a jego jeszcze nie było. Hanka wyglądała za kościuł, aż na topolową szła patżeć, ale pusto tam było i ciho.
Ludzie śpieszniej zaczęli zwozić siano, gdyż miało się na odmianę. Kokoty piały, słońce bażej dopiekało, stronami wisiały ciężkie gradowe hmury i wiater zrywał się kołujący.
Wyglądali buży z ulewą, a jeno spadł krutki, hociaż żęsisty deszcz, w mig wypity pżez spieczoną ziemię, że tyle było z niego pociehy, co się odświeżyło powietże.
Ale wieczur pżyszedł nieco hłodniejszy. Pahniało sianem i ziemią pżemoczoną, po drogah leżały gęste mroki. Księżyc jeszcze nie wshodził, niebo wisiało ciemne i jeno z żadka popżebijane gwiazdami, wskroś saduw błyskały światła hałup i kiej świętojańskie robaczki mrowiły się we stawie; kolacje jedli wszędy pżed progami, ktosik grał na fujarce i śmiehy rozdzwaniały się kajś niekaj, ptaki już zaczynały śpiewać i pola pżemuwiły cihym stżykaniem konikuw i głosami pżepiurek i derkaczuw.
U Borynów tak samo jedli pżed hałupą. Pod oknem gwarno było i ludno, bo Hanka, że to skończyli kosić, zaprosiła wszystkih, występując ze sutą kolacją — pahniała jajecznica ze szczypiorkiem, raźno skżybotały łyżki, a skżekliwy głos Jagustynki rozlegał się co hwila, niecąc wybuhy śmiehu. Hanka dokładała co trohę z garuw, zapraszając, byh se nie żałowali, ale całą duszą nasłuhiwała każdego głosu z drogi, a co hwila biegła wyglądać w opłotki.
Ani śladu Antka. Natknęła się tylko raz na Tereskę, pżywartą do płota i jakby na kogoś czekającą.
Mateusz, nie mogąc się dogadać z Jagusią, mrukliwą dzisiaj i niehętną, jął się ze złości spierać z Pietrkiem, gdy Jędrek pżyleciał po siostrę, że matka ją wzywa.
Wkrutce rozeszli się wszyscy, tylko jeden Mateusz coś długo się ociągał, że dopiero w dobry pacież poszedł.
Po hwili i Hanka wyszła, na darmo wypatrując w ciemnościah, kiej ją doszedł znad stawu jego warkliwy, gniewny głos:
— Czego za mną łazisz jak ten pies... Nie ucieknę ci... Już dosyć nas mielą na ozorah... — I coś tam jeszcze pżykżejszego, a w odpowiedzi posypały się rozszlohane słowa i żęsisty płacz.
Ale Hanki to nie wzruszyło. Czekała na męża, to co ją tam mogły obhodzić cudze sprawy? Jagustynka robiła wieczorne pożądki, a że dziecko zaczęło coś matyjasić, wzięła je na ręce i pohuśtując, zajżała do horego.
— Antka ino co patżeć! — zakżyczała od proga.
Boryna leżał zapatżony w lampkę, dymiącą nad kominem.
— Dzisiaj go puścili, Rocho czeka na niego — powtażała mu w same uszy, strużując radosnymi oczami jego źrenic, czy pomiarkował; ale snadź i ta nowina nie pżedarła się do muzgu, gdyż ani się poruszył, ni spojżał na nią.
„Może już do wsi whodzi... Może już...”, myślała, wybiegając co hwila pżed dom. A tak była pewna jego powrotu i tak roztżęsiona oczekiwaniem, że pżytomność traciła — wybuhała śmiehem z leda powodu, rozprawiała ze sobą i potaczała się kiej pijana. Ciemnościom powiadała o swoih nadziejah, nawet bydlątkom się zwieżyła pży udoju, byh wiedziały, jako ih gospodaż wracają.
I czekała z minuty na minutę, ale już ostatkami sił i cierpliwości.
Noc się już czyniła, wieś kładła się spać. Jagusia, powruciwszy od matki, zaraz pżyległa w pościel. Cały dom wkrutce zasnął, a Hanka jeszcze puźno w noc warowała pżed domem, jaże wybita ze sił i srodze spłakana, pogasiwszy światła, też się położyła.
Wszystek świat pogrążał się w głębokiej cihości odpoczywania.
Na wsi gasły światła jedne po drugim, jak oczy snem pżywierane.
Księżyc się wtoczył na granatowe, wysokie niebo, gwiezdnym migotem pżesiane, i wznosił się coraz wyżej. Leciał kiej ptak wlekący wskroś pustek srebżyste skżydła; hmury spały kajś niekaj, pozwijane w puszyste, białawe kłęby.
Zaś na ziemiah wszelkie stwożenie uznojone legło w cihy i słodki sen, jeno ptak jakiś tu i owdzie śpiewał żęsiste piosneczki, jeno wody szemrały cosik jakby pżez sen, a dżewiny, pławiące się w księżycowyh bżaskah, zadrgały niekiedy, jakby się im dzień mażył. Czasem pies warknął albo pżelatujący lelek zatżepał skżydłami, a niskie opary jęły z wolna i troskliwie pżysłaniać pola kieby tę mać utrudzoną.
Spod ledwie rozeznanyh ścian i ze saduw rozhodziły się cihe dyhania — ludzie spali na powietżu, powieżając się z dufnością nocy.
I w Borynowej izbie leżała senna cihość, świerszcz jeno stżykał pod kominem i Jagusine oddehy tżepały się kiej skżydła motyle.
Noc musiała być już puźna. Pierwsze kury zaczęły piać, gdy naraz Boryna poruszył się na łużku, jakby pżecykając. Wraz też i księżyc udeżył w szyby i hlusnął, oblewając mu tważ srebżystym wżątkiem światła.
Pżysiadł na łużku i kiwając głową a robiąc usilnie grdyką, hciał cosik powiedzieć, ale mu jeno zabulgotało w gardzieli.
Siedział tak dość długo, rozglądając się niepżytomnie, a niekiedy gmeżąc palcami we świetle, jakby hcąc zebrać w garście ową rozmigotaną żekę księżycowyh bżaskuw, bijącą mu w oczy.
— Dnieje... Pora... — zamamrotał wreszcie, stając na podłodze.
Wyjżał oknem i jakby się budził z ciężkiego snu, zdało mu się, że to już duży dzień, że zaspał, a jakieś pilne roboty czekają na niego...
— Pora wstawać, pora... — powtażał, żegnając się wielekroć razy.
I zaczynając pacież, rozglądał się zarazem za odzieniem. Po buty sięgał, kaj zwykły były stoić, ale nie nalazłszy niczego pod ręką, zapomniał o wszystkim i błądził bezradnie rękoma dokoła siebie. Pacież mu się rwał, iż jeno poniekture słowa mamlał bezdźwięcznie.
Skołtuniły mu się naraz w muzgu wspominki jakihś robut — to sprawy dawne, to jakby odgłosy tego, co się dokoła niego działo pżez cały czas horoby. Pżesiąkało to w niego w stżępah nikłyh, w bladyh pżypomnieniah, w ruhah zatartyh jak skiby na rżyskah i budziło się teraz nagle, kłębiło w muzgu i na świat parło, że porywał się co hwila za jakimś majakiem; lecz nim się go uczepił, już mu się rozłaził w pamięci jako te zgniłe pżędze i dusza mu się hwiała kiej płomień niemający się czym podsycić.
Tyle jeno teraz wiedział, co się może śnić o pierwszej zwieśnie dżewom poshniętym — że pora im pżecknąć z drętwicy zimowej, pora nabrane hlusty wypuścić ze siebie, pora zaszumieć z wihrami weselną pieśń życia... A nie wiedzą, że płone są ih śnienia i prużne poczynania...
Za czym cokolwiek robił, czynił, jako ten koń po latah hodzenia w kieracie czyni na wolności, że cięgiem się jeno w kułko obraca z pżywyku.
Maciej otwożył okno i wyjżał na świat. Zajżał do komory i po długim namyśle pogżebał w kominie, zaś potem — jak stał, boso i w koszuli — poszedł na dwur.
Dżwi były wywarte, całą sień zalewało księżycowe światło. Pżed progiem spał Łapa, zwinięty w kłębek, ale na szelest krokuw pżebudził się, zawarczał i poznawszy swojego, poszedł za nim.
Maciej pżystanął pżed domem i skrobiąc się w uho, ciężko się głowił, jakie go to pilne roboty czekają?
Pies radośnie skakał mu do piersi. Pogładził go po dawnemu, rozglądając się frasobliwie po świecie.
Widno było jak w dzień. Księżyc wynosił się już nad hałupą, że modry cień zesuwał się z białyh ścian, wody stawu polśniewały kiej lustra. Wieś leżała w głębokim milczeniu — jedne ptaszyska, co się wydzierały zapamiętale po gąszczah.
Z nagła pżypomniało mu się cosik, bo poszedł spieszno w podwuże. Dżwi wszystkie stały otwarte, hłopaki hrapały pod ścianami stodoły. Zajżał do stajni, poklepując konie, jaże zarżały; potem do kruw wsadził głowę — leżały żędem, że ino im zady widniały we świetle. To spod szopy zahciał wuz wyciągnąć, już nawet porwał za wystający dyszel, ale dojżawszy błyszczący pług pod hlewami, do niego pośpieszył i nie doszedłszy, całkiem zapomniał.
Stanął w pośrodku podwuża, obracając się na wszystkie strony, bo mu się wydało, że skądciś wołają.
Żuraw studzienny wynosił się tuż pżed nim, cień długi kładąc.
— Czego to? — pytał, nasłuhując odpowiedzi.
Sad, pożnięty światłami, jakby zastąpił mu drogę; srebżące się liście szemrały cosik cihuśko.
„Kto me woła?”, myślał, dotykając się dżew.
Łapa, hodzący wciąż pży nim, zaskomlał cosik, że pżystanął, westhnął głęboko i żekł wesoło:
— Prawda, piesku, pora siać...
Ale w mig i o tym pżepomniał. Rozsypywało mu się wszystko w pamięci kiej suhy piasek w garściah, jeno że wciąż nowe wspominki popyhały go znuw gdzieś napżud; motał się w one złudy jak to wżeciono w nić uciekającą wiecznie, a cięgiem na jednym miejscu.
— Juści... Pora siać... — powiedział znowu i ruszył raźnie kole szopy opłotkami wiedącymi na pole; natknął się na brug uw nieszczęsny, spalony jeszcze zimą i już postawiony teraz na nowo.
Hciał go zrazu wyminąć, lecz nagle odskoczył. Rozwidniło mu się na mgnienie, błyskawicą żucił się wstecz czasu, wyrwał z płota kołek i ująwszy go oburącz kiej widły i z nasrożoną tważą, żucił się na słupy, gotowy bić i zabijać. Lecz nim udeżył co bądź, wypuścił kołek bezradnie.
Za brogiem, od samej drogi a pobok ziemniakuw, ciągnął się długi szmat podoruwki; pżystanął pżed nim, wodząc zdumionymi oczyma.
Księżyc już był w puł nieba. Ziemie pławiły się w pżymglonyh bżaskah i leżały operlone rosami, jakby zasłuhane w milczeniu.
Niepżenikniona cihość biła z pul, zamglone dale łączyły ziemię z niebem, z łąk pełzały białawe tumany i wlekły się nad zbożami kiej pżędze, obtulając je niby ciepłym, wilgotnym kożuhem.
Wyrosłe, zielonawe ściany żyta pohylały się nad miedzę pod ciężarem kłosuw, zwisającyh kieby te rdzawe dzioby piskląt. Pszenice szły już w słup; stały hardo, lśniąc czarniawymi piurami, zaś owsy i jęczmiona, ledwie rozkżewione, zieleniały kiej łąki w płowyh pżesłonah mgieł i światła.
Drugie kury już piały, noc była puźna. Pola, pogrążone w głęboki sen odpoczywania, jakby dyhały niekiej cihuśkim hżęstem i jakimś ehem dziennyh zabieguw i trosk — jak dyha mać, kiej pżylegnie wpośrud dzieciątek, dufnie śpiącyh na jej łonie.
Boryna naraz pżyklęknął na zagonie i jął w nastawioną koszulę nabierać ziemi, niby z tego wora zboże naszykowane do siewu. Aż nagarnąwszy tyla, iż się ledwie podźwignął, pżeżegnał się, sprubował rozmahu i począł obsiewać...
Pżyhylił się pod ciężarem i z wolna, krok za krokiem szedł i tym błogosławiącym, pułkolistym żutem posiewał ziemię na zagonah.
Łapa hodził za nim, a kiej ptak jaki spłoszony zerwał się spod nug, gonił pżez hwilę i znowu powracał na służbę pży gospodażu.
A Boryna, zapatżony pżed się w cały ten urokliwy świat nocy zwiesnowej, szedł zagonami ciho, niby widmo błogosławiące każdej grudce ziemi, każdemu źdźbłu, i siał — siał wciąż, siał niestrudzenie.
Potykał się o skiby, plątał we wyrwah, niekiedy się nawet pżewracał, jeno że nic o tym nie wiedział i nic nie czuł kromie tej potżeby głuhej a niepżepartej, byh siać.
Szedł aż do krańca pul, a gdy mu ziemi zabrakło pod ręką, nowej nabierał i siał; a gdy mu drogę zastąpiły kamionki a kże kolczaste, zawracał.
Odhodził daleko, że już ptasie głosy się urywały i kajś w mglistyh mrokah zginęła cała wieś, a obejmowało płowe, niepżejżane może pul. Ginął w nih kiej ptak zabłąkany lub kiej dusza odlatująca ze ziemie — i znowu się wyłaniał bliżej domuw, w krąg ptasih świergotuw powracał i w krąg zamilkłyh na hwilę truduw człowieczyh, jakby wynoszony z nawrotem na krawędź żyjącego świata pżez hżęstliwą falę zbuż...
— Puszczaj, Kuba, brony. A letko! — wołał niekiedy niby na parobka.
I tak pżehodził czas, a on siał niezmordowanie, pżystając jeno niekiedy, byh odpocząć i kości rozciągnąć. I znowu się brał do tej płonej pracy, do tego trudu na nic, do tyh zbędnyh zabieguw.
A potem, kiej już noc ździebko zmętniała, gwiazdy zbladły i kury zaczynały piać pżed świtaniem, zwolniał w robocie. Pżystawał częściej i zapomniawszy nabierać ziemi, pustą garścią siał — jakby już jeno siebie samego rozsiewał do ostatka na te praojcowe role, wszystkie dni pżeżyte, wszystek żywot człowieczy, kturen był wziął i teraz tym niwom świętym powracał i Bogu pżedwiecznemu.
I w oną żywota jego porę ostatnią cosik dziwnego zaczęło się dziać — niebo poszażało kiej zgżebna płahta, księżyc zaszedł, wszelkie światłości pogasły, że cały świat oślepł nagle i zatonął w buryh, skołtunionyh topielah, a coś zgoła niepojętego jakby wstało gdziesik i szło ciężkimi krokami wskroś mrokuw, że ziemia zdała się kolebać.
Pżeciągły, złowrużbny szum powiał od boruw.
Zatżęsły się dżewa samotne, deszcz poshniętyh liści zaszemrał po kłosah, zakołysały się zboża i trawy, a z niskih, rozdygotanyh pul podniusł się cihy, trwożny, jękliwy głos:
— Gospodażu! Gospodażu!
Zielone piura jęczmion tżęsły się jakby w płaczu i gorącymi całunkami pżylegały do jego nug utrudzonyh.
— Gospodażu! — zdały się skamleć żyta, zastępujące mu drogę, i tżęsły rosistym gradem łez.
Jakieś ptaki zakżyczały żałośnie. Wiater załkał mu nad głową. Mgły owijały go w mokrą pżędzę, a głosy wciąż rosły, olbżymiały, ze wszystkih stron biły jękliwie, niepżerwanie:
— Gospodażu! Gospodażu!
Dosłyszał wreszcie, że rozglądając się wołał ciho:
— Dyć jestem! Czego? Co?
Pżygłuhło naraz dokoła, dopiero kiej znowu ruszył posiewać ociężałą już i pustą dłonią, ziemia pżemuwiła w jeden hur ogromny:
— Ostańcie! Ostańcie z nami! Ostańcie!
Pżystanął zdumiony. Zdało mu się, że wszystko ruszyło napżeciw — pełzały trawy, płynęły rozkołysane zboża, opasywały go zagony. Cały świat się podnosił i walił na niego, że strah go porwał. Hciał kżyczeć, ale głosu już nie wydobył ze ściśniętej gardzieli. Hciał uciekać — zabrakło mu sił i ziemia hwyciła za nogi; plątały go zboża, pżytżymywały bruzdy, łapały twarde skiby, wygrażały dżewa zastępujące drogę, rwały osty, raniły kamienie, gonił zły wiater, błąkała noc i te głosy, bijące całym światem:
— Ostańcie! Ostańcie!
Zmartwiał naraz. Wszystko pżycihło i stanęło w miejscu. Błyskawica otwożyła mu oczy z pomroki śmiertelnej, niebo się rozwarło pżed nim, a tam w jasnościah oślepiającyh Bóg Ociec, siedzący na tronie ze snopuw, wyciąga ku niemu ręce i żecze dobrotliwie:
— Pudziże, duszko człowiecza, do mnie. Pudziże, utrudzony parobku...
Zahwiał się Boryna. Roztwożył ręce jak w czas podniesienia.
— Panie Boże, zapłać! — odżekł i runął na tważ pżed tym majestatem pżenajświętszym.
Padł i pomarł w onej łaski Pańskiej godzinie.
Świt się nad nim uczynił, a Łapa wył długo i żałośnie...
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.