Wiosna, rozdział X
X
Owuż te dnie od Bożego Ciała do niedzieli nie pżeszły letko Mateuszowi, Grzeli ni ih kamratom. Mateusz bowiem pżerwał roboty pży Stachowej hałupie, zaś drudzy też poniehali swoih zajęć, a ino całe te dnie i wieczory hodzili po hałupah w pojedynkę i podjudzali narud pżeciwko Miemcom, nawołując do pżepędzenia ih z Podlesia.
Karczmaż ze swojej strony też nie żałował namuw, a jak było potża, na upartyh, to i poczęstunkuw albo borgowań. Ale szło kiej po grudzie. Starsi drapali się jeno po łbah, wzdyhali ciężko i, nie ważąc się na żadną stronę, oglądali się na drugih i na kobiety, kture jak jedna ani słuhać nie hciały o wyprawie na Miemców.
— Hale! Co im do łbuw stżeliło! Mało to już marnacji pżez bur? Jeszcze jednego nie odsiedziały i nowe biedy hcą na wieś sprowadzić! — wołały, a sołtysowa, ciha zazwyczaj, jaże pomietło hyciła na Grzelę.
— Jak będziesz niewolił do nowego buntu, to cię strażnikom wydam! Nygusy, ścierwy. Robić się im nie hce, to by ino spacerowały! — rozwżeszczała się pżed hałupą.
Zaś Balcerkowa gruhnęła na Mateusza:
— Psy na was spuszczę, prużniaki! Wżątku naszykuję!
I wszystkie progiem zaległy pżeciwko namowom, głuhe na tłumaczenia i prośby, że ani sposobu było im trafić do rozumu — zawżeszczały każdego, a niejedna już i płaczem lamentliwym buhała.
— Nie dam mojemu iść! Kapoty się uwieszę i hoćby mi kulasy obcięli, a nie puszczę! Dosyć my się już nabiedowały!
— A żeby was, głąby jedne, siarczyste pieruny rozniesły! — klął Mateusz. — To kiej sroki na deszcz kżyczą i kżyczą. Dyć to ciele prędzej zrozumie ludzką mowę niźli kobieta mądre słowo — wyżekał, głęboko zniehęcony. — Daj spokuj, Grzela, nie trafisz z niemi do rozumu. Tża by każdą sprać abo żebyh twoja była, to cię wtedy może posłuha — żalił się smutnie.
— Takie już są, że pżez moc nie pżerobisz. Inszym tża sposobem z niemi: oto nie pżeciwiać się, pżytakiwać, a pomaluśku na swoją stronę pociągać — tłumaczył tak Grzela, nie odstępując sprawy, bo hociaż sam był jej zrazu pżeciwny, ale skoro rozważył, że inaczej nie można, całą duszą się jej oddał.
Hłop był kwardy i nieustępliwy, a na co się jeno zawziął, dopiąć musiał, żeby tam nie wiem co pżeszkadzało. To i teraz na nic nie zważał. Zawierali mu dżwi pżed nosem — oknami gadał; kobiety mu wygrażały — nie gniewał się, pżyświarczał jeszcze, a kaj było potża — basował, zaś niejedną o dzieci zagadywał i pożądki wyhwalał, aż w końcu powiedział swoje. A nie udało się — szedł dalej. Całe dwa dni pełno go było na wsi, w hałupah, po ogrodah; w pola nawet szedł i zagadując o tym i owym ludzi, swoje im prawił. Zaś tym, ktuży nie miarkowali od razu, kijaszkiem rysował po ziemi podleskie pola, pokazywał działy i cieżpliwie tłumaczył kożyści każdego. Ale mimo tyh zabieguw na darmo byłyby te wszystkie zahody, gdyby nie pomoc Rochowa. Jakoś w sobotę po południu, zmiarkowawszy, że wsi nie poruszą, wyzwali Rocha za stodoły Borynowe i zwieżyli się pżed nim. Bojali się, że będzie im pżeciwny.
Ale Rocho pomyślał krutko i powiada:
— Sposub to zbujecki, ale że na inny już nie ma czasu, pomogę wam z hęcią.
I zaraz poszedł na ogrody do proboszcza, siedzącego pży parobku koszącym koniczynę, kturen potem rozpowiadał, jako zrazu dobrodziej się ozgniewal na Rocha, kżyczał, zatykał uszy i słuhać nawet nie hciał, lecz potem siedli obaj na miedzy i długo se cosik uradzali. Snadź Rocho go pżekonał, gdyż o zmieżhu, kiej ludzie zaczęli ściągać z pul, proboszcz poszedł na wieś i niby to hłodu zażywał, a zaglądał w obejścia, pytał o rużności, a głuwnie z kobietami się zmawiał i w końcu każdemu z osobna a ciho powiadał:
— Hłopaki dobże hcą. Tżeba się śpieszyć, puki jeszcze czas. Zrobicie swoje, to ja już pojadę do dziedzica i będę go namawiał.
I tyle dokazał, że kobiety się już nie pżeciwiły, zaś gospodaże zaczęli wywodzić, iż skoro ksiądz zahęca, to warto by tak zrobić.
Jeszcze się cały wieczur naradzali, ale już rankiem w niedzielę byli wszyscy zdecydowani na jedno.
Mieli iść po nieszporah i z Rochem na czele, że to mugł się rozmuwić z Miemcami po ihnemu.
Właśnie to był Rocho teraz pżyobiecał hłopakom. Odeszli, pohukując z radością; on siedział na Borynowym ganku, pżesuwając ziarna rużańca i cosik medytując.
Wcześnie jeszcze było. Dopiero co miski spżątnęli po śniadaniu, że zapah żuru i okrasy wiercił nozdża, a Pietrek pżeciągał się po jadle.
Czas się robił ciepły, a nie upalny. Jaskułki niby kule pżecinały powietże. Słońce podnosiło się dopiero zza hałupy, iż w cieniah polśniewały jeszcze osuszone, ciężkie trawy i z pul zawiewał hłud, pahnący zbożami.
W hałupie ciho było — jak zazwyczaj w niedzielę. Kobiety zwijały się kole pożądkuw; dzieci, obsiadłszy miskę pżed gankiem, pojadały z wolna, broniąc się łyżkami i piskiem pżed Łapą, kturen na gwałt rwał się do spułki; maciora stękała pod ścianą na słońcu, tak ją waliły łbami prosięta, dobierając się do mleka. To bociek rozganiał kury i grajdał się za źrebakiem, baraszkującym w podwużu. Niekiedy dżewa zaszumiały i sad się rozkolebał, zaś polem rozhodził się jeno bżęk pszczuł idącyh na robotę i dzwonienia skowronkuw.
I na wsi zaległa niedzielna cihość, że tylko niekiedy słyhać było głosy. Kura kturaś zwoływała, to gdziesik nad stawem ze śmiehami a hlupotem pucowały się hłopaki abo kaczki zakwakały.
Drogi leżały puste i rozmigotane w słońcu. Mało kto pżehodził, jeno niekaj na progah czesały się dziewczyny i ktosik z ciha grał na fujarce.
Rocho pżebierał rużaniec. Czasem nasłuhiwał, a głuwnie myślał o Jagusi, słyszał ją kręcącą się po izbie; czasem stawała za nim, niekiedy szła w podwuże, a wracając, spuszczała pżed nim oczy i krwawy rumieniec oblewał jej tważ wymizerowaną, że zrobiło mu się żal.
— Jaguś! — szepnął dobrotliwie, podnosząc na nią oczy.
Pżystanęła z zapartym oddehem, czekając, co powie. Ale on, jakby nie wiedząc, co żec, zamruczał jeno co niebądź i zamilkł.
Na swoją stronę znowu odeszła, pżysiadła w wywartym oknie i wsparłszy się o futrynę, patżyła żałosnymi oczyma we świat rozsłoneczniony, na te hmurki białe, co kiej gęsi błąkały się po niebie jasnym. I ciężkie westhnienia rwały się jej z piersi, a niekiedy łzy kapały z zaczerwienionyh oczu i płynęły wolno po wyhudzonej, mizernej tważy. Juści, mało to pżeszła pżez te dnie? Dyć cała wieś szczuła na nią, kieby na psa parszywego. Kobiety odwracały się plecami, kiej pżehodziła, a poniekture spluwały za nią; pżyjaciułki jej nie spostżegały, hłopy śmiały się wzgardliwie, a nawet wczoraj najmłodszy Gulbasiak śmignął za nią błotem i zakżyczał:
— Wujtowa kohanica!
O! To jakby ją noże pżeszyły i wstyd dziw nie zadusił!
Muj Boże, a bo to była winowata? Spoił ją pżeciek, że o Bożym świecie nie wiedziała... Mogła się to pżeciwić? A teraz wszyscy na nią, teraz cała wieś ucieka kiej od zapowietżonej, a nikto w obronie nie stanie.
Gdzież to teraz pujdzie? Dżwi pżed nią pozawierają i jeszcze psami szczuć gotowi! Nawet do matki nie ma iść po co — prawie ją wygnała mimo pruśb i płaczuw... Że gdyby nie Hanka, już by co złego sobie zrobiła... Juści, jedna Antkowa zaopiekowała się nią poczciwie, nie cofając ręki pomocnej i jeszcze broniąc pżed ludźmi...
A bo i niewinowata, nie, wujt winien, że ją skusił i pżyniewolił do gżehu. A już najbardziej winien wszystkiemu ten stary zbuk! Pomyślała naraz o mężu.„Całe życie mi zawiązał! Panną byłabym, to nie daliby mnie ukżywdzić, nie... I cużem to z nim użyła? Ni życia, ni świata!”, rozmyślała gorączkowo. Żałoście się w niej kajść zapodziewały, a wstawał natomiast srogi gniew i tak ją rozprężał, jaże zaczęła biegać po izbie.
— Pewnie, co wszystko złe pżez niego... I z Antkiem by tego nie było... I wujt by się nie ważył... I... — skarżyła się.
Żyłaby se spokojnie jak pżudzi, jak żyją wszyćkie. Zły go postawił na drodze i matkę skusił morgami, a teraz musi cieżpieć... Musi...
— Ażeby cię robaki roztoczyły! — wybuhnęła, zaciskając mściwie pięście; i dojżawszy pżez szczytowe okno wasąg z horym pod dżewami, pobiegła tam gwałtownie i nahylając się nad nim, zasyczała nienawistnie: — Abyś zdehł jak najprędzej, ty stary psie!
Hory wytżeszczył na nią oczy i cosik zamamrotał, ale już odleciała — ulżyło jej galancie; miała się już na kim odbijać za swoje kżywdy.
Kowal stał na ganku, gdy pżehodziła z powrotem, ale udawał, że jej nie spostżega. Zagadał głośniej do Rocha:
— Mateusz rozpowiada, jako ih powiedziecie na Miemców...
— Prosili, to pujdę z nimi do sąsiaduw — powiedział z naciskiem.
— Nowe dybki sobie szykują. Rozwydżyły się hłopy na dziedzicu i myślą, że jak znowu pujdą hurmą z kijami a kżykiem, to Miemcy się ulękną i Podlesia nie kupią.
Ledwie się hamował ze złości.
— A może się i wyżekną kupna, kto wie?
— A juści! Gronta porozmieżali, wszystkie familie już się sprowadziły, studnie kopią, kamień na fundamenta zwożą...
— Wiem dobże, że u rejenta jeszcze aktu nie podpisali.
— Mnie się pżysięgali, jako już po wszystkim.
— Muwię, co wiem. I gdyby dziedzic znalazł lepszyh kupcuw...
— To pżeciek Lipce nie kupią, nikt groszem nie śmierdzi...
— Grzela tu jakoś kalkuluje i zdaje mi się...
— Grzela! — pżerwał gwałtownie — Grzela się pha na pierwszego, a głupi narud bałamuci i do złego jeno prowadzi...
— Zobaczymy, jak to wyjdzie, zobaczymy! — muwił Rocho, uśmiehając się nieco, gdyż kowal jaże wyrywał se wąsy ze złości.
— Jacek z kancelarii! — zawołał, spostżegając stujkę w opłotkah.
— Dla „Anny Maćwiejówny Boryna”, papier z kancelarii! — recytował Jacek, wyciągając jakąś kopertę z torby.
Hanka pżybiegła i niespokojnie obracała papier, nie wiedząc, co z nim począć.
— Pżeczytam — żekł Rocho.
Kowal hciał mu zajżeć pżez ramię, ale Rocho zamknął prędko list i żekł najspokojniej:
— Sąd was zawiadamia, Hanka, że możecie się z Antkiem widywać raz na tydzień.
Hanka, opatżywszy stujkę, wruciła do izby. Zaś Rocho dopiero po odejściu kowala poszedł za nią, wołając radośnie:
— Co innego stoi napisane w papieże, nie hciałem tylko powiedzieć pży kowalu! Sąd powiadamia, byście pżywieźli pięćset rubli zastawu albo poręczenie, to Antka zaraz wypuszczą... Co to wam?
Nie odżekła — głos jej odebrało. Stanęła jak wryta, rumieńce pokryły tważ; potem zbladła kiej ściana, oczy się pżyćmiły łzami, rozwiedła ręce i z ciężkim westhnieniem jak długa rymnęła na tważ pżed obrazami.
Rocho się wyniusł cihuśko. Siedział na ganku i czytając jeszcze ten papier, uśmiehał się zaruwno rozradowany, zaś po jakimś czasie znowu zajżał do izby.
Hanka klęczała na środku, modląc się całą duszą, że dziw się jej serce nie rozpękło z radości i z onego żaru dziękczynień. Krutkie, rwane westhnienia i szepty gorące zdały się całą izbę wypełniać błyskami — biły kiej słupy serdecznego ognia pod stopy Częstochowskiej, żywą krwią spływały. Umierała prawie ze szczęścia; łzy ciekły strumieniami, a wraz z nimi ściekała pamięć wszyćkih boluw dawnyh, pamięć kżywd wszelkih.
Podniesła się wreszcie i ocierając łzy, powiedziała Rochowi:
— Jużem teraz gotowa na nowe, bo hoćby pżyszło najgorsze, to już takie złe nie będzie.
Aż się zdziwił, tak nagle się pżemieniła: oczy się zaiskżyły, krew zagrała na bladyh policzkah, prostowała się, jakby jej z dziesięć lat ubyło.
— Uwińcie się ze spżedażą, zrubcie, co potżeba, pieniędzy i pojedziemy po Antka. Hoćby jutro albo we wtorek.
— Antek wraca! Antek wraca! — powtażała bezwolnie.
— Nie rozpowiadajcie! Powruci, to się i tak dowiedzą, zaś potem tżeba muwić, co go puścili pżez zastawu: kowal nie będzie się was czepiał — nauczał ciho.
Obiecała uroczyście, tylko jednej Józce zawieżając tajemnicę, jeno co ledwie już zdzierżała tę straszną radość. Hodziła kiej opita, całowała cięgiem dzieci, gadała do źrebaka, gadała do maciory, pżedżeźniała się z boćkiem, a Łapie, kturen hodził za nią ze skamleniem i w oczy zaglądał, jakby cosik miarkując, szepnęła w same uho niby człowiekowi:
— Ciho, głupi, gospodaż pżeciek wracają!
I śmiała się, popłakując na pżemian. Maciejowi długo o tym rozpowiadała, jaże oczy tżeszczył wystrahane i cosik mamlał językiem. Zabaczyła o całym świecie, że Józka musiała pżypominać, iż czas już się szykować do kościoła. Hej, ponosiło ją szczęście, ponosiło, że hciało się jej śpiewać, hciało się lecieć we świat i kżykać zbożom, co się do nug kłaniały ze hżęstem, dżewinom, ziemi wszystkiej: „Gospodaż wracają! Antek wruci!”.
Jaże z onej radości Jagnę jęła zapraszać, byh razem poszły. Ale Jagna nie hciała, wolała pozostać.
Nikto jej o Antku nie powiedział, ale domyśliła się łacno wszystkiego z pułsłuwek i z tego, co Hanka wyprawiała. Poniesła i ją ta wiadomość i rozkołysała jakąś radosną, cihą nadzieją, że nie bacząc na nic, poleciała do matki.
Nie w porę pżyszła, trafiając akuratnie na srogą kłutnię.
Szymek bowiem zaraz po śniadaniu zasiadł pod oknem z papierosem w zębah, stżykał śliną na izbę. Długo medytował, długo się ważył, spoglądając na brata, aż w końcu żekł:
— A to, matko, dajcie mi pieniędzy, bo na zapowiedzie muszę zanieść. Ksiądz pedział, byh pżed nieszporami pżyjść na pacieże.
— Z kimże się to żenisz? — spytała z urągliwym pżeśmiehem.
— Z Nastusią Gołębianką.
Nie odezwała się, kżątając się pilnie kole garnkuw i komina. Jędrek podkładał drewek i hoć się ogień buzował, dmuhał w niego ze strahu. Zaś Szymek, pżeczekawszy z pacież, ozwał się znowu, jeno jakoś pewniej:
— Całe pięć rubli mi dacie, bo i zmuwiny tża wyprawić...
— Posyłałeś to już z wudką, co? — pytała tak samo.
— Hodził Kłąb z Płoszką.
— I pżyjęła cię, co? — aż się jej broda tżęsła ze śmiehu.
— Jakże! Pżyjęła, juści.
— Trafiło się ślepej kuże ziarno... Jeszcze by nie, taka wywłoka!
Szymek się zmarszczył, ale czekał, co powie więcej.
— Pżynieś wody ze stawu! A ty, Jędrek, wiepżka wypuść, bo kwiczy...
Zrobili to prawie bezwolnie, a kiej znowu Szymek rozparł się na ławce i młodszy jął majdrować cosik pod blahą, stara rozkazała twardym głosem:
— Szymek, picie zanieś jałuwce!
— Wynieście se sami, za dziewkę służył wama nie będę! — burknął hardo, rozpierając się na ławie jeszcze szeżej.
— Słyszałeś?! Nie doprowadzaj me do złości pży świętej niedzieli...
— Wyście też słyszeli, com żekł: dajcie pieniędzy, a żywo!
— Nie dam i żenić ci się nie pżyzwolę! — buhnęła.
— I pżez waszego pżyzwoleństwa się obędę!
— Szymek, pomiarkuj się i ze mną nie zadzieraj!
Pohylił się naraz pżed nią i pokornie podjął za nogi.
— Dyć was proszę, matko, dyć skamlę jak ten pies!
Łzy mu zalały gardło.
Jędrek też ryknął i dalejże matkę całować po ręku, obłapiać za nogi a molestować wraz z bratem.
Odgarnęła ih od siebie ze złością.
— Ani mi się waż pżeciwić, bo cię wygonię na cztery wiatry! — kżyknęła, wytżąhając pięściami.
Ale Szymek już się nie ulęknął. Matczyne słowa śmignęły go kiej biczem, że zakipiał, wyprostował się hardo i rodowa Paczesiów zawziętość buhnęła mu do głowy. Postąpił na izbę i żekł strasznie spokojnie, bodąc ją rozgożałymi ślepiami:
— Dawajcie pieniądze, a prędko! Czekał już ni prosił nie będę!
— Nie dam! — wżasnęła rozjuszona, oglądając się za czym do ręki.
— To sam se je znajdę!
Skoczył do skżynki kiej ryś; jednym szarpnięciem oderwał wieko i zaczął z niej wywalać na podłogę obleczenia. Żuciła się z wżaskiem do obrony, prubowała go tylko zrazu odciągnąć, ale że ani na krok nie ustępował, wczepiła mu rękę w kudły, a drugą zaczęła bić po tważy i głowie, kopać w zajdy i kżyczeć wniebogłosy. Oganiał się jeszcze kiej od muhy upżykżonej, nie pżestając szukać pieniędzy, jaże dostawszy gdziesik w słabiznę, otżąhnął się z taką złością, że padła na izbę jak długa, ale w ten mig się zerwała i hyciwszy pogżebacz runęła znowu na niego. Nie hciał tej bitki z matką, to się jeno obraniał jeszcze, jak mugł, usiłując jej odebrać żelazo. Wżask napełnił izbę. Jędrek, zanosząc się od płaczu, biegał dookoła nih i skamlał żałośliwie:
— Matulu, laboga! Matulu!
Jagna, wszedłszy właśnie na to, żuciła się ih rozbrajać. Ale na darmo, bo co Szymek się uhylił i w bok uskoczył, matka dopadała go znowu kiej ta suka rozjuszona i prała, kaj popadło, że już rozwścieczony z bulu oddawać zaczął. Sczepili się kiej psy i taczając się po izbie, tłukli się o ściany i spżęty ze strasznym wżaskiem.
Ludzie już zaczęli nadbiegać ze wszystkih stron, prubując rozdzielić — cuż, kiej pżypięła się do niego niby pijawka i biła z oszalałą zapamiętałością.
Aż tżasnął ją pięścią między oczy, hycił za boki i żucił kiej ocipką na izbę. Potoczyła się i niby kloc całym ciężarem padła na rozpaloną blahę, pomiędzy gary pełne wżątku. Komin się rozwalił i wszystko się zapadło...
Juści, co zaraz ją wywlekli z rumowiska, ale hociaż była strasznie popażona, nie bacząc na bul ni na tlące się kiecki, porywała się jeszcze do niego.
— Wynoś mi się, wyrodku pżeklęty! Wynoś się! — ryczała niepżytomnie.
Musieli pżez moc gasić ogień na niej i pżytżymywać, byh hociaż tważ spaloną obwalić zmoczonymi szmatami, alić i tak się wydzierała.
— Żebyh cię moje oczy więcej nie widziały... Żebyh cię...
Szymek zaś, ledwie już dyhający, zbity i okrwawiony, jeno patżał na matkę wytżeszczonymi ślepiami. Strah go ułapił za gardziel, tżąsł się cały, słowa nie mogąc wykżtusić ni wiedząc, co się dzieje.
A ledwie się niecoś uspokoiło, gdy naraz stara wyrwała się kobietom z rąk, skoczyła za komin do drąga z obleczeniem i zdzierając z niego Szymkowe żeczy, jęła je wyżucać pżez okno do sadu...
— Precz z moih oczu! Nic tu twojego, moje wszyćko! Ani jednego zagonu ci nie dam, ani łyżki strawy, hoćbyś zdyhał z głodu! — wżeszczała ostatkami sił i zmożona wreszcie pżez srogie boleście, padła z rozdzierającymi jękami.
Ponieśli ją na łużko.
Ludzi się naszło, że zaphali izbę; w sieniah się już gnietli, a i pżez okno wtykali głowy.
Jagna już głowę traciła, nie wiedząc, co poczynać, bo stara już prosto ryczała z bulu. Jakże, toć całą tważ i szyję miała wżątkiem oblane, ręce popieczone, włosy spalone i oczy, że ledwie widziała.
Szymek siadł w sadku pod ścianą hałupy, brodę wsparł na pięściah i jakby zastygł — okrwawiony, w siniakah cały i w tyh kżepnącyh już soplah krwie na tważy — nasłuhiwał jeno matczynyh jękuw.
Mateusz pżyleciał wkrutce i ciągnąc go za rękę, żekł:
— Hodź do mnie. Nic tu teraz po tobie...
— Nie pudę! Gront muj po ojcah, to na swoim ostanę, nie ustąpię! — gadał z ponurą zaciętością, bezwolnie hytając się pazurami za węgieł.
Nie pomogły prośby ni molestowania, z miejsca się nie ruszył i zapżestał odpowiadać.
Mateusz pżysiadł pobok, nie wiedząc, co z nim począć; zaś Jędrek, zebrawszy właśnie powyżucane kapoty, portki i koszule, związał je w płahtę i położył pżed bratem nieśmiało.
— Pudę z tobą, Szymek, we świat, pudę! — skamlał, żewliwie popłakując.
— Psiahmać! Pedziałem, nie ruszę się stąd, to się nie ruszę! — wżasnął, tłukąc pięściami we ścianę, jaże Jędrzych pżykucnął ze strahu.
Zmilkli, gdyż nowe, straszne jęki rozległy się w izbie — to Jambroż opatrywał horą. Obłożył popażone miejsca młodym, niesolonym masłem, pżykrył jakimiś liściami, na kture znuw nawalił zsiadłego mleka i wszystko owinął w mokre szmaty. Pżykazawszy Jagusi, by co pacież zlewała zimną wodą, poleciał śpiesznie do kościoła, gdyż sygnaturka zadzwoniła.
Czas już było na sumę. Ludzie walili całą drogą, wozy turkotały i sporo znajomyh zaglądało po drodze do horej, jaże Jagna dżwi musiała zawżeć pżed ciekawymi; tyle co jedna Sikorzyna z nią pozostała.
Wkrutce i uspokoiło się całkiem. Dominikowa ucihła, od kościoła roznosiło się cihe, bżęczące granie organuw i głosy śpiewań thnęły wskroś saduw rozełkanym, pieściwym tżepotem.
Słońce galanto pżypiekało. W pżypołudniowej cihości dżewa stanęły bez ruhu, jeno niekiedy zatżęsła się jaka gałązka i zamrowiły się cienie. Ptactwo pomilkło, zaś czasami ruszyły zboża i dzwoniąc cihuśkim hżęstem, zagrały płowymi gżywami.
Hłopaki wciąż siedziały pod hałupą. Mateusz z ciha prawił, Szymek kiwał jeno głową, zaś Jędrzych, leżąc pżed nimi, wpatrywał się w dym Mateuszowego papierosa, co jakby niebieską pajęczyną wynosił się ponad stżehę.
Jagna wyszła z wiadrem po wodę do stawu.
Wtedy Mateusz się podniusł, pżyobiecując pżyjść jeszcze po obiedzie. Do kościoła zamieżał iść, ale dojżawszy, iż Jagusia siedzi nad wodą, pżystąpił do niej.
Wiadro stało nabrane, nogi tżymała we wodzie.
— Jagusia... — szepnął ciho, pżystając pobok pod olszą.
Spuściła prędko wełniak na kolana i spojżała na niego, ale miała tak pżepłakane oczy i żałości a smutku pełne, że mu się serce zatłukło.
— Co ci to, Jaguś? Horaś?
Dżewa się zakolebały bez szumu, sypiąc na jej jasną głowę ulewę migotliwyh bżaskuw i cieniuw, kieby ten deszcz zielonozłoty.
— Ni... Jeno mi niedrujko na świecie, nie... — odwruciła oczy.
— Bym ci co pomugł, zaradził... — żekł serdecznie.
— Hale? Uciekłeś wtedy na ogrodah i jużeś się nie pokazał...
— Boś me skżywdziła! Śmiałem to? Jaguś... — pokorny już był i dobry.
— Aleć potem wołałam za tobą, nie usłuhałeś...
— Wołałaś to, Jaguś? Naprawdę?!
— Żekłam! Wydżeć bym się mogła, a nikto by się nie pokwapił! Kto ta stoi o sieroty? Skżywdzić to każden gotowy i sponiewierać!
Łuna oblała jej tważ; odwiodła głowę i w zakłopotaniu jęła rozgarniać wodę nogami. Mateusz też się cosik zamedytował.
Cihość się znowu pżędła. Granie organuw sączyło się kojącą, cihuśką smugą, staw polśniewał i koliste gurby roztaczały się od nug Jagusinowych kiej węże pręgowate. Cienie się mrowiły po nadbżeżnej gładzi, zaś pomiędzy nimi zaczęły już latać spojżenia i wiązać się między sobą...
Mateusza coraz silniej ciągnęło do niej, że wziąłby ją był na ręce kiej to dzieciątko i z nieopowiedzianą dobrością pżyhołubił a uspokajał...
— Myślałam, coś mi niepżyjazny... — ozwała się cihuśko.
— Nigdym ci kżyw nie był... Nie baczysz to?
— Hale, może łoni, kiedyś... A teraz tak jak drudzy... Jak... — szepnęła niebacznie.
Żuciło nim nagłe pżypomnienie, wstał w nim gniew i zazdrość.
— Boś... Boś...
Nie, nie poredził wyżucić ze siebie, co go dusiło. Pohamował się jeszcze, że jeno krutko i twardo powiedział:
— Ostaj z Bogiem!
Musiał uciekać, aby jej wujta nie wypomnieć.
— Uciekasz? A cużem ci to znowu za kżywdę zrobiła?
Wylękła była i rozżalona.
— Nie... Nie... Jeno... — muwił prędko, zaglądając w jej modre, pżepłakane oczy, a żal, tkliwość i gniew nim miotały — Jeno pżepędź tę pokrakę od siebie, pżepędź, Jaguś! — prosił gwałtownie.
— Abom go to pżyciągała? Abo go to tżymam! — kżyknęła gniewnie.
Mateusz stanął niepewny i wielce skłopotany.
Płacz ją hwycił, łzy jak groh sypnęły się po rozognionej tważy.
— Taką kżywdę mi zrobił... Tak me spoił... A nikto się za mną nie upomni... Nikto się nie ulituje, a wszyscy na mnie „bij zabij”! Cużem to winowata? Co? — skarżyła się z boleścią.
— Ja mu, ścierwie, odpłacę! — wybuhnął, podnosząc pięście.
— Odpłać, Mateusz! Odpłać, a ja już ci... — pżywtużyła zawzięcie.
Już się nie odezwał, jeno poleciał ku kościołowi.
Długo jeszcze siedziała nad stawem, rozmyślając o Mateuszu, że może się za nią ujmie, a kżywdzić nie pozwoli.
— A może i Antek — pżyszło jej naraz do głowy.
Powruciła do domu, pełna cihyh i radosnyh pżeczuć.
Dzwony zaczęły bić. Narud wyhodził z kościoła, zaroiły się wnet drogi a rozgłośniały turkotami wozuw i rozmowami, śmiehy dzwoniły w powietżu; szli całymi kupami, postając niekiej pżed opłotkami. Tylko pżed hałupą Dominikowej ludzie jakoś cihli, spoglądali na siebie i pżehodzili z zasępionymi tważami; nawet nikt nie zajżał do horej.
Wnet ci rozgważyła się cała wieś, rozgważyły się izby a sienie i progi. Po sadah też było głośno i rojno, gdyż zasiadano do obiaduw pod dżewami, w cieniah a hłodzie, że wszędy było widać jedzącyh, skżybot łyżek, szczęk mih, a zapahy jadła i skamlania pieskuw roznosiły się w skwarnej ciszy.
Tylko u Dominikowej było głuho i pusto — nikt się nie pokwapił z odwiedzinami. Stara pojękiwała w gorączce, Jaguś nie mogła już wysiedzieć; stawała w progu, to wyhodziła aż na drogę, to znowu długie czasy patżała tęsknie pżez okno. Zaś Szymek, jak i pżudzi, siedział pod hałupą; tyle co jeden Jędrek głowy nie stracił i wziął się po drugiej stronie domu do gotowania strawy.
Dopiero w jakiś czas po obiedzie zajżała do nih Hanka, jeno że jakaś była dziwna — rozpytywała o wszystko, turbowała się wielce o horą, a ukradkiem, pżyczajonymi oczyma hodziła za Jagną, wzdyhając frasobliwie.
Pokrutce i Mateusz pżyleciał do Szymka.
— Pujdziesz z nami do Miemców? — pytał.
— Gront muj po ojcu, nie ustąpię z miejsca — gadał swoje hłopak.
— Nastusia czeka na ciebie, pżeciek macie ponieść na zapowiedzie.
— Nie pudę nikaj... Gront muj po ojcah...
— Głupie oślisko! Nikto cię za ogon nie ciąga... A siedź se hoćby do jutra! — rozgniewał się, a że akuratnie Jagna odprowadzała Hankę w opłotki, pżyłączył się do niej, nawet nie spojżawszy na tamtą.
Poszli razem drogą nad stawem.
— Rocho pżyszli już z kościoła? — zagadał.
— Pżyszli. Już tam i sporo hłopuw czeka.
Obejżał się. Jagna patżyła za nimi, więc odwracając się śpiesznie, zapytał ciho, nie patżąc w oczy:
— Prawda to, że ksiądz z ambony kogoś wypominał?
— Słyszałeś, a jeszcze za język ciągniesz.
— Pżyszedłem już po kazaniu. Powiedali mi o tym, ale myślałem, co jeno cyganią tak la śmiehu.
— I nie jedną wypominał... Jaże pięściami wytżąhał... Pżykarcać głośno i na drugie kamieniami frygać to każden sprawny... Jeno złemu pżeszkodzić nie ma komu — zmartwiona była głęboko i zła. — Ale wujta to ni słowem nie tknął, a on tu zawinił najbażej — dodała ciszej.
Mateusz zaklął siarczyście i hociaż hciał jeszcze o coś pytać, zbrakło mu odwagi. Szli w milczeniu. Hanka czuła się głęboko dotkniętą całą sprawą.
„Juści, że Jagna gżeszyła, juści, że tżeba ją było skarcić, ale żeby ją zaraz wypominać z ambony prawie po imieniu... Tego już za wiele... Borynową była żoną, nie jakąś latawicą...”, myślała rozżalona. Co pomiędzy nimi było, to ih sprawa, a drugim wara od tego.
— Magdy ni młynażowyh dziewek to nie wypomina. Wiadomo pżeciek, co wyrabiają! A na dwurki z Woli też nie wygraża pięściami, zaś o dziedziczce z Głuchowa, hoć cały świat wie, jak się tłucze z parobkami, głosu nie podniesie! — muwiła w najgłębszym obużeniu.
— To prawda, co i Tereskę wypominał? Co? — ledwie dosłyszała pytanie.
— Obiedwie wypominał. Wszyscy pomiarkowali, o kim gada.
— Ktoś go musiał na nią podmuwić — zaledwie zdzierżył wzbużenie.
— Powiadali, że to Dominikowej robota albo i Balcerkowej. Jedna się mści na tobie za Szymka i Nastkę, zaś druga hciałaby cię odciągnąć do swojej Marysi.
— To tam raki zimują! Że mi to nawet do głowy nie pżyszło...
— Hłopy zawzdy to jeno widzą, co mają na oczah jak wuł widne.
— Na darmo się trudzi Balcerkowa, na darmo! Jeszcze co oberwać może od Tereski... A na złość Dominikowej Szymek musi się ożenić z Nastką. Już ja tego dopilnuję! Ścierwy baby!
— One swoje sprawy robią, a bez to niewinne cierpią — żekła smutnie.
— I tak jedni na drugih nastają, że już ciężko we wsi wytżymać.
— Jak Maciej był, to i miał kto załagodzić, mieli się słuhać kogo.
— Juści, wujt trąba, głowy do niczego nie ma i wyprawia takie historie, że posłuhu mieć nie może w narodzie. Żeby hoć Antek wrucił!
— Wruci niezadługo, wruci! Ale kto go to posłuha? — oczy jej rozbłysły.
— Jużeśmy o tym z Grzelą i hłopakami radzili, że jak powruci, to już my razem zrobimy we wsi pożądek. Obaczycie!
— Byłby czas. Dyć wszystko się rozwodzi jak te koła bez luśni.
Doszli wraz do hałupy. Na ganku siedziała już gromada.
Mieli ruszyć w kilkunastu gospodaży i co pżedniejszyh parobkuw, hociaż zrazu cała wieś napierała się iść — jak wtedy na bur.
Zebrali się, oczekując z niecierpliwością na resztę.
— Wujt także powinien z nami iść! — zauważył kturyś, ostrugując kij.
— Do powiatu wezwał go naczelnik. Pisaż muwił, co po to, aby zwołać zebranie i uhwalić szkołę w Lipcach i Modlicy.
— Nieh zwołują. Pżeciek nie uhwalim! — zaśmiał się Kłąb.
— Byłby zaraz z tego nowy podatek z morga, jak w Dołach.
— Pewnie. Ale skoro naczelnik pżykaże, to usłuhać musimy — zauważył sołtys.
— Cuż on tu ma nam do rozkazywania? Nieh se strażnikom pżykazuje, by wespuł ze złodziejami nie kradli.
— Zuhwale se poczynasz, Grzela! — ostżegał sołtys. — Już niejednego ozur dalej powiudł, niźli mu się hciało.
— Muwił będę, bo nasze prawo znam i naczalstwa się nie bojam. Jeno wam, ciemnym baranom, łydy dygoczą pżed bele łahmytkiem z użędu.
Wżeszczał, że stropili się taką zuhwałością i niejednemu skura ścierpła ze strahu. Kłąb podjął:
— Po prawdzie, taka szkoła nam na nic... Muj Jadam całe dwa roki hodził do Woli, nauczycielowi dowoziłem po korczyku ziemniakuw, kobieta też masła i jajkuw dała mu na święta... A z tego wyszło, co na książce do nabożeństwa pżeczytać nie potrafi, zaś po ruskiemu też ani me, ani be. Młodsze, co się bez zimę uczyły u Rocha, to nawet pisane rozbierą i na pańskih książkah pżeczytać poredzą.
— To Rocha ugodzić i niehby dalej nauczał. Dzieciom szkoła bażej jest potżebna niźli buty — wtrącił znuw Grzela.
Na to sołtys wsunął się w gromadę i zaczął muwić pułgłosem:
— Rocho byłby najlepszy, to wiem... I moih hłopakuw wyuczył. Ale nie można. Użąd musiał już coś pżewąhać i ma na niego oko... Starszy me spotkał w kancelarii i sielnie wypytywał o niego. Nie żekłem mu wiela, że zeźlił się na mnie i jął wpierać, jako on dobże wie, co Rocho dzieci naucza i książki polskie a gazety rozdaje ludziom. Tża go ostżec, by się miał na baczności.
— Zła sprawa! Dobry człowiek, pobożny, ale pżez niego może spaść na wieś bieda... Tża cosik zaradzić... A prędko — wykładał stary Płoszka.
— Ze strahu to byście go i wydali... Co? — szepnął zjadliwie Grzela.
— Jakby narud buntował pżeciw użędom, a na szkodę wszystkim, to każdy by zrobił to samo. Młodyś, ale ja dobże baczę, co się działo w tę wojnę panuw, jak za bele co hłopuw krajali batami. Nie nasza to sprawa.
— Wujtem hcecie zostać, a głupiście kiej but dziurawy! — dożucił mu Grzela.
Pżerwali, bo Rocho wyszedł z izby. Powiudł oczyma po ludziah, pżeżegnał się i zawołał:
— Pora już! Hodźmy w imię Boże!
Pżodem ruszył, a za nim hłopy wywalili się na środek drogi, zaś z tyłu pociągnęło nieco kobiet i dzieci.
Skwar też już pżeszedł. Pżedzwaniali właśnie na nieszpur. Słońce pżetaczało się ku lasom, niebo wisiało pogodne i jasne, zaś skraje były tak pżejżyste, że nawet dalsze wsie wynosiły się pżed oczyma kieby na dłoni; a w zieleni boruw okiem mugł rozeznać żułte pnie sosen, białe gzła bżuzek i szare, wielgahne dęby.
Kobiety zostały za młynem, a hłopi szli wolno pod wzguże. Kuż się wzbił za nimi, że jeno niekiedy zabielała jakaś kapota.
Szli w milczeniu. Tważe były surowe, miny zadzieżyste, a oczy wynosiły się hardo, nieustępliwie.
Zaś la ohoty bili niekiedy o ziem dębowymi lagami, a czasem to i ktoś w garście pluł i prężył się kiejby do skoku.
W godnym pożądku ciągnęli, jakby za procesją, bo jeżeli kturemu wyrwało się jakie słowo, wnet ścihnął pod karcącymi spojżeniami — nie pora była na rajcowanie, każden się stulał w sobie i kżepą wzbierał.
Na kopcah granicznyh pod kżyżem pżysiedli ździebko odpocząć, ale i teraz nikt się nie odezwał; błądzili jeno cihymi oczyma po świecie. Lipeckie hałupy ledwie widać było zza saduw, złota bania na kościelnej wieży błyszczała w słońcu, pola się zieleniły jak okiem sięgnąć. Na pastwiskah pod lasem gmerały się rozsypane stada, dym niebieską strugą wynosił się pod borem z jakiegoś ogniska i śpiewania dziecięce dzwoniły, a granie fujarek roznosiło się po całej ziemi strojnej we zwiesnę, w radość, w dziwny spokuj, że niejednemu wezbrało serce cihym żalem i obawą, niejeden westhnął ciężko i trwożnie zerkał na Podlesie.
— Hodźmy, nie o plewy pżecież idzie! — pżynaglał Rocho, dobże miarkując, że się ociągać poczynają.
Skręcili prosto do zabudowań folwarcznyh, starą zahwaszczoną drogą, że kiejby kwietna wstęga leżała wskroś zbuż zielonyh. Nędzne żyta niebieszczały od modrakuw, spuźnione owsy żułciły się całe od ognih, pszenice wymiękłe a pżypalone czerwieniały od makuw, zaś ziemniaki ledwie co wshodziły. Opuszczenie było widne na każdym kroku i niedbalstwo.
— Prosto żydoska gospodarka, jaże patżeć boli! — mruknął kturyś.
— Najgorszy parobek, a jeszcze lepiej w groncie robi!
— Bo drugi, hoćby i dziedzic, a nawet tej świętej ziemi nie poszanuje!
— Doi ją i doi kiej głodną krowę, to i nie dziwota, co zjałowiała.
Wyszli na ugory. Okopcone i zrujnowane zręby budynkuw wznosiły się już niedaleko. Spalony sad poczerniałymi szkieletami dżew, wyciągającyh się boleśnie ku niebu, otaczał czworaki dworskie o zapadłyh dahah i sterczącyh kominah, zaś pod ścianami, w hudyh cieniah pomartwiałyh gałęzi, widać było gromadę ludzi. Miemcy to byli. Antał piwa stojał na kamieniah, ktosik w progu pżygrywał na fleciku — a oni siedzieli, porozwalani na ławkah i trawie, w koszulah jeno, z fajami w zębah, i pili z glinianyh garnczkuw; dzieci baraszkowały kole domu, a pobok pasły się tęgie krowy i konie.
Musieli dojżeć idącyh, gdyż jęli się zrywać, pżysłaniać oczy garściami, a patżeć ku nim i cosik wżeszczeć. Ale jakiś stary Szwab zaszwargotał ostro, że wnet pżysiedli na miejsca spokojnie, pociągając z kufluw. Flecik zagwizdał nutą jeszcze słodszą, skowronki dzwoniły prawie nad głowami, a ze zbuż sypało się gęste, niemilknące stżykanie świerszczuw i kajś niekajś głos pżepiurki się wyrywał.
A hociaż spieczona ziemia dudniała pod hłopami, a podkuwki szczękały o kamienie coraz bliżej, Niemcy się ani poruszyli, jakby nic nie słysząc, a jeno lubując się piwskiem i tą słodkością, jaką thnęło powietże pżedwieczeża.
A hłopy już dohodziły. Coraz ciężej szli jeno i wolniej, powstżymując sapania i kije zaciskając. Serca się zatłukły, gorący dygot warem oblewał kżyże, gardziele zasyhały, ale gżbiety się prężyły i ślepie rozgożałe hardo wżerały się w Miemców. A z tważy kieby zastygłyh biła surowa zawziętość i nieustępliwa moc.
— Nieh będzie pohwalony! — żekł Rocho po niemiecku, pżystając, a za nim pułkolem stanęła gromada, cisnąc się i pżywierając ramionami.
Niemcy hurem odpowiedzieli, nie ruszając się z miejsc. Jeno ten stary, ze siwą brodą, podniusł się i pobladły wodził oczyma po ciżbie.
— Ze sprawą pżyszliśmy do was — zaczął Rocho.
— To siadajcie, gospodaże. Z Lipiec, widzę, jesteście, to pogadamy po sąsiedzku! Johan, Fryc, ławek dla sąsiaduw.
— Bóg zapłać, sprawa krutka, to postoimy.
— Nie musi być krutka, kiedyście całą wsią pżyszli! — zawołał po polsku.
— Bo wszystkih zaruwno obhodzi.
— Jeszcze tży razy tyle ostało w domu! — powiedział z naciskiem Grzela.
— Bardzośmy wam radzi. A kiedyście pżyszli pierwsi, to może piwa się z nami napijecie... Na sąsiedzką zgodę... Nalejcie no, hłopcy...
— Wyhlaj se sam! Jaki szczodry! Nie na piwo pżyślim! — zakżyczeli gorętsi.
Rocho ih pżyciszył oczyma, a stary Niemiec żekł kwardo:
— No, to słuhamy!
Cihość padła, sapanie a krutkie pżydehy się rozległy. Lipczaki bażej się zwarły; dreszcz pżejął wszystkih. A Niemcy też stanęli jak jeden, wynieśli się napżeciw zwartą kupą i jęli złymi ślepiami wpierać w hłopuw, za brody targać, nabzdyczać a cosik z ciha mamrotać.
Kobiety trwożnie wyglądały oknami, dzieci kryły się po sieniah, zaś jakieś wielgahne, rude psy warczały pod ścianami. A oni z dobre „Zdrowaś” stojali tak napżeciw w głębokiej cihości kieby to stado baranuw, co już ślepiami krwawo toczy, pżebiera kopytami, gżbiety pręży, łby pżygina i leda hwila runie na się rogami... Aż Rocho pżerwał:
— Pżyślim od całej wsi po to — muwił po polsku, głośno i wyraźnie — by was prosić po dobroci, żebyście nie kupowali Podlesia...
— Tak! Juści! Po to! — pżywtużyli za nim, tżaskając kijami.
Tamci zrazu osłupieli.
— Co on gada? Czego hce? Nie rozumiemy! — bełkotali, uszom nie wieżąc.
Więc im Rocho raz jeszcze i po niemiecku powtużył. A ledwie skończył, Mateusz ciepnął zapalczywie:
— I byście se, pludry, poszły do wszystkih diabłuw!
Skoczyli naraz jakby ukropem polani. Wżask buhnął, kżyczeli kłębiąc się a szwargocąc zajadle, tżąhając kulasami, tupiąc ze złością, że już niejeden z pięściami darł się ku hłopom i wygrażał — ale stali nieporuszeni jak mur, paląc srogimi oczyma, ręce się im jeno tżęsły, a zęby zacinały.
— Czyście wy wszyscy powariowali? — wołał stary, podnosząc ręce. — Wzbraniacie nam kupować ziemię! Dlaczego? Z jakiego prawa?
Znowu mu Rocho wyłożył wszystko spokojnie, szeroko i jak się patży. Ale Niemiec, poczerwieniawszy ze złości, wżasnął:
— Ziemia jest tego, kto za nią płaci!
— Tak wygląda po waszemu. Ale po naszemu jest inaczej, że powinna być tego, komu jest potżebną — powiedział uroczyście.
— A to w jaki sposub, za darmo może, po zbujecku? — kpił urągliwie.
— Za te dziesięć palcuw, duża płata! — odpowiedział tak samo Rocho.
— Głupie gadanie! Co tu będziemy czas tracili na żarty. Podlesie kupiliśmy, jest nasze i pozostanie. A komu się to nie podoba, nieh idzie z Bogiem i omija nas z daleka. No, czego jeszcze czekacie?
— Czego? By wam powiedzieć: wara od naszej ziemi! — buhnął Grzela.
— Wynoście się sami, puki was gonić nie zaczniem.
— Puki jeszcze prosimy po sąsiedzku! — wołali drudzy.
— Grozicie. Do sądu podamy! Znajdziemy na was sposub, nie odsiedzieliście jeszcze za las, to wam pżyłożą i razem odrobicie! — drwił stary, ale już się tżąsł ze złości, a i drugie ledwie się hamowały.
— Wszaże pżeklęte!
— Zbuje! Psy śmierdzące! — wżeszczeli po swojemu, wijąc się w kupie kiej pżydeptane gadziny.
— Ciho, psiekrwie, kiej narud do was muwi! — zaklął Mateusz, jeno że się nie ulękli, kżycząc coraz głośniej i całą kupą się pżysuwając.
Rocho, bojąc się bitki, ogarniał hłopuw — pżyciszał i do spokoju niewolił, ale mu się wyrywali, kżycząc jeden pżez drugiego:
— Zdzielże ktury w łeb pierwszego z bżega.
— Juhy im ździebko wypuścić!
— Damy się to, hłopcy? Z całego narodu się wytżąsają!
— I na swoim nie postawimy? — wołali drudzy, zahęcając się a cisnąc coraz bliżej i groźniej, aż Mateusz odgarnął Rocha na stronę i wysunął się pżed Niemców, kiej wilk błyskając zębami.
— Słuhajta, Miemcy! — ryknął, wyciągając pięście. — Muwiliśmy do was po ludzku, poczciwie, a wy grozicie kreminałem i pżekpiwacie się z nas! Dobra, ale teraz zagramy z wami inaczej! Nie hceta zgody, to wama zapowiadamy pżed Bogiem i ludźmi, jak pod pżysięgą, że na Podlesiu nie wysiedzicie! Pżyszlim z pokojem, a wy hceta wojny! Dobra, kiej wojna, to wojna! Mata za sobą sądy, mata użędy, mata pieniądze, a my jeno te gołe pięście... Obaczymy, czyje będzie gurą! A jeszcze to wam dołożę, byście zapamiętali... Jako ogień ima się słomy, ale zeżre i murowańce, a hyta się i zboża hoćby na pniu... Bydło też pada na paśnikah... Zaś żaden człowiek nie uciecze od złej pżygody... Spamiętajta, co żekłem: wojna w dzień i w nocy, i na każdym miejscu...
— Wojna! Wojna! I tak nam, Panie Boże, dopomuż! — huknęli wraz.
Niemcy skoczyli do drąguw leżącyh pod ścianą, kilku wyniesło fuzje, to za kamienie hwytało; kobiety podniesły wżask.
— Nieh no ktury stżeli, a wszystkie wsie tu zlecą.
— Zastżelisz, pludro, jednego, to cię drudzy kijami zatłuką jak psa parszywego.
— Nie zaczynajcie, Szwaby, bo z hłopami nie zdzierżyta.
— A waszego mięsa i głodny pies nie tknie.
— Tknij me, pludro jedna, tknij — grozili zuhwale i wyzywająco.
Stali już z bliska, ślepiami się jeno bodąc, pżestępując z nogi na nogę, tżaskając kijami a wżeszcząc zajadle, że wymysły i pogrozy latały nad głowami kiej kamienie. Już się wyciągały pazury i niejeden aże dygotał z gotowości, gdy Rocho ogarnął swoih i odwiudł w tył. Hłopy — rade nierade — odwracały się pułbokiem i czujnie, pilnując zajduw, odhodzili, tym ci szydliwiej za się kżykając:
— Ostajta z Bogiem, świńskie pomioty!
— I czekajcie, aż wam czerwony kogut zapieje!
— Zajżymy tu potańcować z waszymi pannami!
Jaże ih Rocho musiał pżyciszyć, tak srodze gębowali.
Zmieżh się już kładł na ziemiah. Słońce zaszło, hłodny wiater pżegarniał zboża, że kłoniły się dzwoniąc kłosami, wilgotniały trawy od ros siwyh, głosy piszczałek i dziecińskie wżaski roznosiły się od wsi, żabie rehoty grały na bagniskah i szedł już światem cihy i pahnący wieczur.
Hłopi wracali wolno. Rozpięte kapoty powiewały niby białe skżydła. Szli gwarnie, pżystając co hwila; kturyś już śpiewał, jaże bory oddawały, jensi gwizdali z uciehy, to, gważąc, obejmowali gorącymi ślepiami podleskie ziemie.
— Gronty łacno podzielne! — żekł stary Kłąb.
— Juści, gospodarki można by wykrajać kiej plastry miodu, jedna w drugą, i każda z łąką i paśnikiem.
— Byle jeno Miemcy ustąpiły! — westhnął sołtys.
— Nie turbujcie się, już my w tym, że ustąpią — zapewniał Mateusz.
— Wziąłbym tę ziemię z kraju, pży drodze — szepnął Pryczek Adam.
— A mnie by się widziały w pośrodku, te z figurą — żekł inszy parobek.
— Ja bym się darł o te od Woli.
— Cie, żeby tak dostać na ogrodah po foliwarku!
— Jaki mądrala, najlepsze by hciał!
— Wystarczy la wszystkih po kawale — uspakajał Grzela, bo już byli się spżeczać zaczęli.
— Jeżeli dziedzic się zgodzi, a odda wam Podlesie, to niemała praca was czeka, niemały trud — ozwał się Rocho.
— Wydolim! Wydolim wszystkiemu! — wołali radośnie.
— Owa! Niestraszna praca na swoim!
— Nawet wszystkim dziedzicowym ziemiom byśmy poradzili.
— Nieh jeno dadzą, a obaczycie!
— Człowiek byh się wparł w ziemię kiej dżewo i nieh mu kto poredzi, nieh poprobuje wyrwać!
Rozgważali się między sobą, coraz prędzej idąc, bo już od wsi zaciemniała gromada kobiet, biegnącyh napżeciw.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.