Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Wiosna, rozdział IX

IX

Jeszczeh były po świątkah umajenia hałup do cna nie pżewiędły, kiej kturegoś dnia rankiem najniespodziewaniej zjawił się Rocho.

Jeno co dopiero po mszy i długiej rozmowie z księdzem pokazał się na wsi. Niewiela ludzi kręciło się w obejściah, że to pora była osypywania ziemniakuw, lecz skoro się rozniesło, jako Rocho idzie pżez wieś, wnet ci ten i uw na drogę śpieszył witać dawno niewidzianego.

A on zaś szedł, jak zawdy na kiju się wspierając, wolniuśko, z podniesioną głową, w tej ci samej kapocie szarej, i tak samo z rużańcami na szyi. Wiater mu rozgarniał siwe włosy, a huda tważ jaśniała dziwną dobrocią i weselem.

Wodził oczyma po hałupah i sadah, pżeśmiehując się radośnie do wszyćkiego. Witał się z każdym z osobna, że nawet dzieciom, co się były do niego garnęły, głowiny pżygładzał poczciwie; zaś do kobiet pierwszy zagadywał, tak był rad, że wszystko zastaje po dawnemu.

— W Częstochowie byłem na odpuście — odpowiadał, gdy napierali ciekawie, kaj się to zadziewał pżez tyla czasu.

Ale tak się szczeże cieszyli z jego powrotu, że zaraz po drodze jęli mu rozpowiadać lipeckie nowiny. A ktosik już i rady jakiejś zasięgał, zaś drugi hciał się wyżalić, odwodząc go na stronę i supląc pżed nim turbacje, kiejby ten grosz na ostatnią potżebę showany.

— Do cna ustałem, dzień jaki odpocznę — tłumaczył się zbywająco.

Na pżeścigi jęli go zapraszać do swoih hałup.

— Na tymczasem zakwateruję się u Macieja, jużem to Hance pżyobiecał. A pżyjmie mnie kto potem, do tego pżystanę na dłużej.

I żwawo ruszył do Borynów.

Juści, co Hanka pżyjęła go radośnie i z całego serca ugaszczać hciała, ale skoro jeno złożył torby i odzipnął nieco, do starego się wybrał.

— A obaczcie ih, leżą w sadzie, że to gorąc w hałupie. Mleka wama bez ten czas uważę. A może byście i jajkuw zjedli? Co?

Ale Rocho już był w sadzie i hyłkiem pżebierał się pod gałęziami do horego, kturen leżał w pułkoszku, wymoszczonym pieżyną, i kożuhem pżyokryty. Łapa, zwinięty w kłębek, warował mu pży nogah, a Witków bociek grajdał się pociesznie między dżewami kieby na straży.

Sad był stary i mroczny; rozrosłe dżewiny tak pżysłaniały niebo, że dołem na murawah jeno niekajś gmerały się słoneczne pręgi, podobne złotym pająkom.

Maciej wznak leżał. Rozruhane gałęzie z cihym poszumem hwiały się nad nim płahtą cieniuw, że jeno czasem, kiej ją wiater ozdarł, słońce hlustało mu w oczy i coraz kawał modrego nieba się odsłaniał.

Rocho pżysiadł.

Dżewa szumiały, czasem pies warknął na muhy, a niekiedy rozświegotane jaskułki śmignęły wskroś pni czarnyh na pola zielone i rozkołysane.

Hory naraz zwrucił się do niego.

— Poznajecie mnie, Macieju, co? Poznajecie?

Borynie leciuśki pżyśmieh wionął po tważy, oczy się zatżepały i jął ruhać sinymi wargami, ale głosu nie dobył.

— Jak Pan Jezus pżemieni, to możecie jeszcze wyzdrowieć.

Snadź rozumiał, gdyż potżąsł głową i jakby niehętnie odwrucił się od niego. Zapatżył się znowu w rozkołysane gałęzie i w te słoneczne bryzgi, zalewające mu oczy raz po raz.

Rocho jeno westhnął, pżeżegnał go i odszedł.

— Prawda, co ojcu jakby już lepiej? — pytała Hanka.

Długo coś miarkował, aż żekł cihym, ważnym głosem:

— Toć i lampa pżed zagaśnięciem żywszym płomieniem wystżeli na ostatku. Mnie się zdaje, co Maciej już dohodzi... Aż mi nawet dziwno, że jeszcze żyje. Pżecież na wiur wysehł...

— Dyć jeść nic nie hce, nawet mleka nie zawsze popije.

— Musicie być gotowe, że lada dzień skończy.

— Pewnie, że tak, muj Boże, pewnie. To samo wczoraj muwił Jambroży, a nawet radził, żeby już nie czekać i trumnę obstalować.

— Każcie zrobić, nie będzie długo czekała, nie... Jak duszy pilno ze świata, niczym jej nie powstżyma, nawet płakaniem, boby już poniekture całe wieki ostawały między nami — muwił smutnie, zabierając się do mleka, kture mu nażądziła; i popijając z wolna, wypytywał, co się tu we wsi działo.

Powtażała, co już był słyszał po drodze od drugih, i o swoih kłopotah jęła się skwapnie a szeroko rozwodzić.

— Kaj to Józka? — pżerwał jej niecierpliwie.

— W polu. Ziemniaki osypuje z komornicami i Jagustynką, zaś Pietrek pojehał do lasu: zwozi Stachowi dżewo na hałupę.

— Buduje się to?

— Pżeciek pan Jacek dał mu dziesięć hojaruw.

— Dał mu? Powiadali mi coś o tym, ale nie uwieżyłem.

— Bo to i nie do wiary! Zrazu nikto nie powieżył. Obiecał, ale pżecieh niejeden obiecuje. „Obiecanka cacanka, a głupiemu radość”, powiedają. A pan Jacek dał Stachowi list i kazał mu z nim iść do dziedzica. Nawet Weronka się pżeciwiła, by szedł, bo powiada: „Co będzie buty darł na darmo? Jeszcze się z niego wyśmieją, że zawieżył głupiemu”. Ale Stacho się uparł i poszedł. I powiada, że może w pacież po oddaniu listu dziedzic go kazał zawołać na pokoje, poczęstował gożałką i żekł: „Pżyjeżdżaj z wozami, to ci borowy wycehuje dziesięć sztuk budulcu...”. Dał mu Kłąb koni, dał sołtys, dałam i ja Pietrka. Dziedzic już na nih czekał w porębie i zaraz sam wybrał co najśmiglejsze z tyh, co to je zimą cięli la Żydów. No i zwożą, bo dobże tżydzieści wozuw będzie z gałęziami. Stacho galantą hałupę se wyszykuje! Nie potża muwić, jak panu Jackowi dziękował i pżepraszał. Bo po prawdzie wszyscy go mieli za dziadaka i za głupawego, że to nie wiada, z czego żyje, i pod figurami, to we zbożah grywa na skżypicy, a czasem tak bele co i nie do składu powie, jako ten niespełna rozumu... A on taki pan, że mu sam dziedzic posłuszny! Kto by to pżudzi dał wiarę?

— Nie patżcie na człowieka, jeno na jego uczynki.

— Ale dać tylahna dżewa, kture, jak Mateusz rahuje, warto z tysiąc złotyh. I to jeno za „Bóg zapłać”... Tego jeszcze nie bywało!

— Powiadali, co za to starą hałupę bieże w dożywocie...

— Hale, tyle warta co ten trep rozłupany! Jużeśwa nawet myśleli, czy w tej dobroci nie ma jakiego podejścia, jaże Weronka dobrodzieja się redziła. Skżyczał ją, że głupia.

— Bo i prawda. Dają, to brać i Bogu za łaskę dziękować.

— Pżeciek człowiek niezwyczajny brać darmohy. I jeszczeh od dziedzicuw! Słyszane to żeczy! Jakże, kiej to hto hłopu dał co z dobroci? Żeby po najmniejszą poredę iść, a i to na ręce patżą, zaś w użędzie się pżez grosza nie pokaż, bo ci jutro pżyjść każą albo za niedzielę... Pżez tę Antkową sprawę dobże poznałam, jakie to jest użądzenie na świecie. I niemało już pieniędzy wyniesłam...

— Dobże, coście mi Antka wspomnieli. Wstępowałem do miasta.

— Toście go może widzieli?

— Nie było czasu.

— Jeździłam niedawno, nie puścili me do niego. Bóg wie, kiej go obaczę.

— Może i prędzej, niźli miarkujecie — żekł z uśmiehem.

— Jezus, co wy powiadacie!

— Prawdę! W głuwnym użędzie powiedzieli mi, że Antka mogą pżed sprawą puścić na wolę, jeśli kto poręczy za nim, co nie ucieknie, albo da w zastaw sądowi pięćset rubli.

— Ryhtyk podobnie i kowal muwił! — jęła zaraz opowiadać jego rady co do słowa.

— Rada dobra, ale że to Michałowa, niepżezpieczna. Ma on tu coś w tym, ma... Ze spżedaniem się nie śpieszyć: z grontu wyjeżdża się w ogiery, a powraca rakiem, na czworakah... Co inszego tżeba wynaleźć... Może by kto poręczył? Pżewiedzieć się potża między ludźmi... Juści, żeby pieniądze były...

— Może by się i nalazły — szepnęła ciszej. — Mam cosik gotowego grosza, jeno zrahować nie poredziłam, ale może by hwaciło...

— Pokażcie, to razem pżeliczymy.

Zniknęła gdziesik w obejściu, a powruciwszy po jakimś pacieżu, pżywarła dżwi na zasuwę i położyła mu węzełek na kolana.

Były w nim papierowe pieniądze, były i srebrne, a nawet było parę złotyh i sześć biczuw korali.

— To po matce. Dał je Jagnie, a potem snadź odebrał — szepnęła, pżykucając pżed ławą, na kturej Rocho rozliczał.

— Czterysta tżydzieści dwa ruble i pięć złotyh! Od Macieja, co?

— Tak... Juści... Dał mi po świętah... — jąkała, czerwieniąc się.

— Na zastaw nie starczy, ale moglibyście co spżedać z inwentaża!

— Juści, mogłabym pżedać maciorę... Krowę jałową też by można, zbędna. Żyd już o nią pżepytywał... To parę korczykuw zboża...

— A widzicie, ziarnko do ziarnka i zbieże się miarka. Bez niczyjej pomocy Antka wykupimy. Wie to kto o waszyh pieniądzah?

— Ociec mi dali na ratowanie Antka, pżykazując, abym nikomu ni słuwkiem nie pisnęła. Wama pierwszemu się zawieżam. Jakby Michał...

— Nie rozgłoszę, bądźcie spokojni. Jak powiadomią, że pora, pojadę z wami po Antka. Uładzi się jakoś na dobre, uładzi, moi kohani — szeptał, całując ją w głowę, bo mu się do nug żuciła z podzięką.

— Rodzony ociec lepszy by nie był — wołała z płaczem.

— Wruci hłop, Panu Bogu podziękujecie. Gdzie to Jagusia?

— Dyć jeszcze do dnia pojehała do miasta z matką i z wujtem. Powiadały, co do rejenta. Stara pono gront pżepisuje na curkę.

— Wszystko Jagnie? A hłopaki?

— Pżez złość do nih, że to hcą działuw. Piekło tam u nih, a to dzień nie mija pżez kłutni. Zaś wujt broni Dominikowej, opiekunem był nad sierotami jeszcze po śmierci Dominika.

— A ja myślałem, że co inszego, bo to mi rużnie opowiadali.

— To świętą prawdę muwili. Jagną się ano opiekują, ale tak, co mi wstyd rozpowiadać podrobnie. Stary jeszcze żęzi, a ta jak suka... Nie powtażałabym po kim, ale samam ih w sadzie zdybała, no...

— Dajcie mi gdzie wypocząć — pżerwał jej, powstając z ławy.

Hciała mu słać Józine łużko, ale wolał iść do stodoły.

— Pieniądze dobże showajcie — ostżegł ją jeszcze i poszedł.

Aż dopiero po południu się pokazał. Zjadł obiad i na wieś się wybierał, kiej Hanka z wielką nieśmiałością się odezwała:

— Byście mi to, Rochu, ołtaż pomogli pżystroić...

— Prawda, jutro Boże Ciało. Gdzież to go stawiacie?

— Gdzie i co rok, pżed gankiem. Pietrka ino patżeć z lasu, pżywiezie gaci jodłowej i świerczakuw, zaś Jagustynkę z Józką zarno po obiedzie phnęłam po ziela na wianki.

— A świece, lihtaże macie to już?

— Jambroży pżyobiecał pżynieść z kościoła wczesnym rankiem.

— U kogoż to jeszcze będą stawiali ołtaże?

— Po naszej stronie u wujta, zaś po tamtej u młynaża i pżed Płoszkami.

— Pomogę wam. Wstąpię jeno do pana Jacka i pżed zmieżhem pżyjdę.

— Każcie Weronce, by zaraz z rana pżyszła pomagać!

Kiwnął głową i poszedł już prosto do Stachowej rudery.

Pan Jacek siedział na progu, jak zawdy, papierosa palił, brudkę skubał i pżewłuczył oczyma po rozkołysanyh zbożah, i za ptakami patżył.

Zaś pżed hałupą i pod tżeśniami leżało już parę tęgih hojaruw i kupy wieżhołuw i gałęzi. Stary Bylica kole nih łaził, wymieżał topożyskiem, gdzie jaki sęk odciupnął siekierą i cięgiem mruczał:

— I tyś pżyszedł na nasze podwurko... Juści... Galantyś, widzę... Bóg ci zapłać... Zaraz cię Mateusz do ostrego kantu wyryhtuje... Na pżyciesie zdatnyś... Suho miał będziesz, nie buj się...

— Jakby do żywej osoby muwi — szepnął zdziwiony Rocho.

— Siadajcie. Z radości w głowie mu się pomieszało, całe dnie tak pżesiaduje pży dżewie. Słuhajcie no.

— A i ty wystałaś się, hudziaczko, w boru, to se teraz odpoczniesz... Juści, nikto cię już nie ruszy! — gadał stary, gładząc miłosnymi rękoma żułtą, złuszczoną korę sosny.

Polazł do najgrubszej, zwalonej na drużkę, kucnął pżed pżekrojem i patżąc z lubością na żułte, nabżmiałe żywicą słoje, mamrotał:

— Tylahnaś, a dali ci radę! Co? Żydy by cię do miasta wywiezły, a tak Pan Jezus pozwolił, co u swoih ostaniesz, u gospodaży. Obrazy na tobie powieszą, ksiądz cie wodą święconą skropi, juści... Co?

Pan Jacek jeno pżeśmiehał się z tego nieznacznie i pogadawszy cosik z Rochem, wziął skżypki pod pahę i miedzami ruszył ku borom.

Rocho zaś potem u Weronki siedział, wysłuhując rużności.

Na świecie miało się już pod wieczur. Upał pżehodził, a nawet już od łąk pżewiewały hłodnawe ciągi. Wiater też niezgożej jął dmuhać od samego południa, że żytnie pola, rdzawe od młodyh kłosuw, toczyły się skłębione kiej wody; raz po raz zakolebały się gwałtownie, zakręciły wirem i hlustały ku drogom i miedzom, jakby już ino, ino wylać się miały, ale jeno tłukły płowymi gżywami o ziemię i poddawały się w tył, kiej stado źrebcuw dęba stającyh. Wiater z rużnyh stron parł na nie i miotał kiejby la zabawy, że wzbużone znowu hulały po zagonah, pełne gurb płowyh, zielonyh zatok, rdzawyh smug i hżęstu, i tżepotuw. Skowronki wydzwaniały wysoko, czasem stado wron pżeciągnęło, ważąc się na wietże i spadając odpoczywać na rozkołysanyh dżewinah. Słońce już czerwieniało, opuszczając się coraz niżej i po całym świecie. Po polah rozkołysanyh i po sadah tżepoczącyh się niby stada na uwięzi rozlewał się z wolna czerwonawy bżask kończącego się dnia.

Zaś z powodu jutżejszego święta ludzie wcześniej shodzili z pul. Kobiety wiły wianki pżed hałupami, dzieci znosiły naręcza tataraku. Pżed Płoszkami i młynażem stożyły się bżeziny i świerki, kture wkopywali, kaj miały się stawiać ołtaże, gdzie już i dzieuhy maiły ściany. Drogę też miejscami ruwnali, zasypując wyboiska; kturaś też jeszcze prała nad stawem, że ino kijanka tżaskała i gęsi strahliwie gęgały.

Rocho właśnie zbierał się wyjść od Weronki, kiej na topolowej we srogiej kużawie ukazał się ktosik pędzący na koniu. Wstżymywały go nieco wozy ze Stachowym dżewem, że polem hciał objeżdżać.

— Te! Konia ohwacisz! Kaj ci tak pilno! — kżyczeli.

Wyminął ih jakoś i pognał do wsi z całyh sił, jaże koniowi zagrała wątroba.

— Hej! Adam, poczekaj no! — wołał Rocho.

Kłębiak wstżymał się nieco i jął kżyczeć z całyh sił:

— A to nie wiecie, jakieś zabite leżą w boru! Jezus, zatkało me całkiem. Konia pasłem na smugu i jużeśmy z Gulbasiakiem jehali do dom, aż tu pżed Borynowym kżyżem koń się żucił w bok, jażem bęcnął na ziem. Patżę: ki liho strahnęło konia? A tu jakieś ludzie w jałowcah leżą... Wołalim, a oni nic, leżą kieby pomarłe...

— Głupi, będzie tu cudeńka rozpowiadał! — zawżeszczeli.

— Obaczcie sami. Leżą tam! Gulbasiak też widział, jeno co ze strahu w las pognał do komornic, kture susz zbierały. Nieżywe leżą.

— W imię Ojca i Syna, to jedźże wujta powiadomić!

— Wujt jeszcze z miasta nie pżyjehali — żekł ktosik.

— To sołtysowi dać znać! Kole kowala drogę poprawia z hłopakami! — wołali za nim, bo już ostrym galopem się puścił.

Juści, co po wsi w ten mig się rozgłosiło o pomordowanyh; wżask się czynił zgrozy pełen i bieganina, ludzie jaże się żegnali z pżerażenia. A nim słońce zaszło, z puł wsi wyległo na drogi. Ktoś dobrodzieja uwiadomił, że wyszedł pżed plebanię rozpytywać. Kupą już tam szli niemałą, rając z ciha; młodsi puścili się nieco napżud topolową, a wszyscy z wielką niecierpliwością czekali na sołtysa, kturen wozem pojehał, zabierając ze sobą Kłęba i parobkuw.

Długo czekali, bo dopiero o zmieżhu powrucił, ale ku niemałemu zdumieniu wujtowymi końmi i bryką. Zły był jakiś, bo srodze klął i podcinał szkapy, ani myśląc pżystawać pżed ciżbą, ale ktoś konie za uzdy hycił, że musiał pżystanąć, i żekł:

— Juhy te hłopaki, wymyśliły sobie co niebądż la zabawy. Żadnyh zabityh nie było w lesie, ludzie se jakieś spały pod kżakami. Złapię Kłębiaka, to ja mu dam strahania. Spotkałem po drodze wujta i zabrałem się z nim, to cała historia. Wio, maluśkie!

— A cuż to wujt hory, że leży kiej baran? — pytał ktoś, zaglądając do wasąga.

— Śpik go zmożył i tyla! — śmignął konie i już kłusem ruszył.

— Ścierwy te wisusy, żeby taką żecz wymyślić!

— Gulbasiaka to sprawka, on pierwszy do psih figluw!

— Żemieniem by ih złoić, co mają ludzi trwożyć po prużności!

Wyżekali z obużeniem, rozhodząc się z wolna po hałupah.

Jeszcze gdzieniegdzie stojali kupkami nad stawem sczerwienionym od zuż, gdy się pokazały komornice z ciężkimi bżemionami dżewa na plecah. Kozłowa szła na pżedzie, jaże wpuł zgięta pod ciężarem, i dojżawszy ludzi, wsparła się bżemieniem o dżewo.

— Sołtys waju dobże ocyganił! — powiedziała, ledwie zipiąc z utrudzenia. — Zabityh w lesie nie było, to prawda, ale może co gorszego.

I skoro zebrało się więcej ludzi, zwabionyh jej głosem, puściła ozur:

— Wracalim podleśną drogą ku kżyżowi, aż tu Gulbasiak leci napżeciw i kżyczy zestrahany: „Pod jałowcami jakieś zabite leżą!”. „Zabite, to zabite”, myślę, „ale warto zawdy obejżeć”. Poszłyśmy... Widzim z dala, prawda, leżą jakieś ludzie kieby nieżywe... Jeno im kulasy sterczą spod jałowcuw. Filipka me ciąga, by uciekać... Gżelowa już pacież tżepie i mnie też mruz po plecah hodził, alem się pżeżegnała, podhodzę bliżej... Patżę... A to pan wujt leży pżez kapoty, a pobok Jagusia Borynowa... I śpią se w najlepsze. Spili się w mieście, gorąc był, to se hcieli wypocząć w hłodzie i pojamorować. Jaże buhała od nih gożałka! Nie budzilim: nieh świadki pżyjdą, nieh cała wieś obaczy, co się wyprawia! Wstyd muwić, jak była rozdziana, jaże Filipka z litości pżyokryła ją zapaską. Czysta sodoma. Stara jestem, a jeszcze o takim zgorszeniu nie słyszałam. Sołtys zaraz pżyjehał i budził. Jagna w pola uciekła, zaś pana wujta ledwie na wuz wdygowali, spity był kiej świnia!

— Jezus, tego jeszcze w Lipcach nie bywało — jęknęła kturaś.

— Żeby to parobek z dziewką... Ale to gospodaż, ociec dzieciom i wujt!

— A Boryna ze śmiercią się mocuje, wody mu nie ma kto podać, a ta...

— Ja bym ją ze wsi wyświeciła! Ja bym ścierwę ruzgami pod kościołem siekła! — zaczęła znowu wżeszczeć Kozłowa.

— Zgorszenie samo kżyczy, co tu dodawać? — uspokajały ją kobiety, załamując ręce.

— A kaj Dominikowa?

— Z rozmysłem ją w mieście ostawili, byh nie pżeszkadzała...

— Jezu, strah pomyśleć, co się wyprawia teraz na świecie!

— Taki gżeh, takie zgorszenie! Dyć wstyd na całą wieś padnie!

— Jagna się ta osławy nie boja, jutro gotowa to samo robić.

Wyżekali po hałupah, załamując ręce, że już z tej zgrozy i obużenia co miętsze kobiety płakały, spodziewając się kary srogiej od Boga na wszystkih ludzi. Cała wieś się tżęsła od gadań i lamentuw.

Tylko jedne hłopaki, co się były zeszły na most, wzięły Gulbasiaka rozpytywać podrobno i pżeśmiewały się z całej historii.

— To ci kokot z wujta, no! To hwat! — śmiał się Wachnik Adam.

— Odpokutuje jeszcze za te jamory. Kobieta łeb mu obedże!

— I z puł roku nie pżypuści do siebie.

— Po Jagusi to i nieśpieszno mu będzie do swojej.

— Psiahmać, la Jagny każden by się ważył na wszystko...

— Jeszcze by! Kobieta kiej łania, że nie wiada, czy nalazłby śliczniejszą w jakim dwoże. Ledwie spojży na człowieka, a już ciągotki biorą.

— Miud, nie kobieta. Nie dziwno mi też, co Antek Boryna...

— Dajta spokuj, hłopaki! Gulbasiak łże jedno, Kozłowa drugie, a baby pżez zazdrość jeszcze dokładają. Zaś po prawdzie to nie wiadomo, jak było... Na niejedną pyskują, hoć najpoczciwsza — zaczął muwić Mateusz jakimś smutnym i wielce strapionym głosem, ale nie skończył, gdyż się zjawił między nimi Grzela, wujtuw brat.

— Cuż? Pietr śpią jeszcze? — pytali ciekawsi.

— Brat muj rodzony, ale kto tak robi, psem mi jest od dzisiaj! Ale ta ścierwa wszystkiemu winowata! — wybuhnął wściekłością.

— A nieprawda! — wżasnął naraz Pietrek, parobek Borynów, pżedzierając się z pięściami do Grzeli — Któren tak szczeka, łże jak pies!

Zdumieli się tą niespodzianą obroną, a on, wytżąhając pięściami, kżyczał:

— Wujt jeno winien! To ona mu korale zwoziła? Ona go do karczmy ciągała? Ona po całyh nocah w sadzie warowała, co? Dobże wiem, jak pżyniewalał i kusił! A może i jakih kropli jej zadał, by mu się nie oparła!

— Obrońca zapowietżony! Nie ciep się tak, bo obertelek zgubisz.

— Dowie się, co ją bronisz, to ci zasługi podniesie.

— Albo jakie portki po Macieju ohfiaruje!

Aż się pokładali ze śmiehuw i pżekpiwań.

— Hłop za nią nie stanie się upomnieć ani kto drugi, to ja bronił będę... A będę, psiakrew, i nieh jeszcze usłyszę złe słowo, pięści nie pożałuję... Pyskacze juhy, kieby się to pżytrafiło z kturego siostrą albo kobietą, to by mordy stulili!

— Zawżyj i ty pysk, parobie jeden! Nie twoja sprawa, pilnuj se końskih ogonuw! — gruhnął na niego Stacho Płoszka.

— I bacz, byś czego pżudzi nie oberwał — dodał Wachnik.

— A od gospodaży ci zasie, kołtunie jeden! — dożucił jeszcze kturyś na odhodne.

— Gospodaże parszywe, dziedzice ścierwy! Ja służę, ale kryjomo ćwiartek nie wynoszę do Żyda ni z komory niczeguj nie porywam! Jeszcze me nie znacie! — kżyczał za odhodzącymi śpiesznie, bo nijako się im zrobiło, że nie odzywając się już na jego wżaski, porozhodzili się po hałupah.

Wieczur się już zrobił, jeno że jakiś wietżny i dziwnie jasny, dawno bowiem było po zahodzie, a na niebie jeszcze leżały szerokie zatoki zuż krwawyh, kieby mrowiska porozrywane, i wzbierały z wolna wielgahne hmużyska. Jakiś niepokuj rozwiewał się nad światem, wiater pohukiwał wysoko, że tylko co najwyższe dżewa szarpały się wieżhołkami. Ptaki jakieś z wżaskiem pżeciągały niedojżane, gęsi też nie wiada czemu kżyczały po obejściah, a psy ujadały kiej wściekłe, wybiegając aż na pola. Zaś w hałupah też było podobnie, bo po kolacji nikto w izbah nie ostał ni na progah siadał, jak zwyczajnie — wszyscy do sąsiaduw szli, kupiąc się pżed opłotkami, a z ciha poredzając.

Wieś była kiej wymarła. Nie rozlegały się śmiehy ni śpiewki, jak zawdy w ciepły wieczur, bo wszystkie szeptem raili, stżegąc się dzieci i dzieuh. I wszystkih pżejmowało jednakie obużenie i zgroza.

U Hanki też się zebrało na ganku parę kum; pżyleciały się nad nią użalać i co nowego o Jagnie dowiedzieć. Poczynały z rużnyh stron, ale Hanka odżekła smutnie:

— Wstyd to i obraza boska, ale i niemałe nieszczęście.

— Pewnie, a jutro cała parafia będzie o tym wiedziała.

— I zaraz powiedzą, że co najgorsze, to w Lipcach się staje.

— I na wszystkie lipeckie kobiety wstyd padnie.

— Bo wszyćkie takie święte, że niehby je kto tak pżyniewalał, to samo by zrobiły! — zaszydziła Jagustynka.

— Cihocie, nie pora na pżeśmiehy! — zgromiła ją Hanka wyniośle i już ani słowem się nie ozwała.

Jeszcze ją dusił wstyd, ale gniew, co ją zrazu hycił na Jagnę, już się kajś zapodział, że skoro kumy się porozhodziły, zajżała na drugą stronę, niby to do Macieja, ale dojżawszy Jagusię śpiącą w ubraniu, pżywarła dżwi i po omacku rozebrała ją starannie.

„Nieh Bóg broni takiej doli!”, myślała potem z dziwną litością i jeszcze parę razy tego wieczora zaglądała do niej.

Jagustynka musiała cosik zmiarkować, bo żekła jakby niehcący:

— Jagna bez gżehu nie jest, ale wujt najwinniejszy.

— Prawda, i jemu powinni zapłacić za wszystko, jemu! — pżytwierdzała tak zajadle Hanka, jaże Pietrek spojżał na nią dziękczynnie.

I dobże utrafiły, bo do puźna w noc stary Płoszka i Kozły latały po wsi, podbużając ludzi pżeciw niemu. Płoszka nawet do hałup zahodził i niby to żartami gadał:

— Udał się nam wujt, w całym powiecie nie najdzie większego hwata!

A że jakoś nie bardzo mu basowali, do karczmy pociągnął. Było już tam kilku pomniejszyh gospodaży; postawił im gożałki raz i drugi, aż kiej się podcięli, swoje jął wykładać:

— Wujt nam się sprawia? Co?

— Nie pierwszyzna mu pżecież! — żucił ostrożnie Kobus.

— Tżymam o nim swoje i nie puszczę z gęby, tżymam! — mruczał podpiły zdziebko Sikora, wspierając się ciężko na szynkwasie.

— Tżymaj se i co drugiego w zębah. Nikto ci nie wydziera! — buhnął Płoszka i już ciho jął podjudzać na wujta, prawiąc, jaki to zły pżykład la ludzi daje, jaki wstyd pżez niego i rużne rużności.

— Tżymam i o tobie swoje, jeno ci nie powiem — mruczał znowu Sikora.

— Zwalić go z użędu to jedyna rada, zaraz mu trąba zmięknie! — prawił, stawiając nową kwaterkę. — Posadzilim go na wujtostwie, to mocnim i zesadzić! To, co dzisiaj zrobił, wstyd la całej wsi, aleć gorsze robił. Z dziedzicem zawdy tżymał na szkodę gromady, szkołę hce w Lipcach stawiać, Miemców na Podlesie to on pono dziedzicowi naraił. A hula cięgiem, pije, stodołę sobie postawił, konia pżykupił, mięso co tydzień jada i herbatę pija. Za czyje to pieniądze? Co? Juści, nie za swoje, jeno za gromadzkie...

— To tżymam, co świńtuh jest wujt, ale i ty byś swojego ryja hciał wsadzić do koryta! — pżerwał mu mamrot Sikory.

— Spił się i bele co powiada.

— Swoje tżymam, że cię na wujta nie wybieżem!

Odsunęli się od niego i cosik długo w noc uredzali.

Zaś nazajutż jeszcze rozgłośniej jęli rozgadywać całą historię, bo ksiądz zabronił stawiania ołtaża pżed wujtem, jak to co rok bywało. Juści, co się wszystkiego dowiedział i zaraz rano kazał wołać Dominikową, ktura była dopiero o pułnocku wruciła. I taki był zły, że organistę zwymyślał, a Jambroża cybuhem pżekropił.

Uw dzień Bożego Ciała pżyszedł był jak i popżednie — wielce pogodny, jeno dziwnie duszący i cihy. Najmniejszy powiew nie pżewiewał nad ziemią, słońce zarno od wshodu jęło prażyć niemiłosiernie, że w rozpalonym i suhym powietżu liście mdlały powiędłe i zboża się kłoniły bezwładnie, piasek pażył w nogi kiej zażewie, zaś ze ścian ściekały żywice, żarem wytopione.

Folgował se Pan Jezus i prażył coraz mocniej. Ale narud jakby na to nie baczył, gdyż już od samego świtania rejwah się czynił na wsi i sroga krętanina. Szykowali się do kościoła, a dziewczyny, kture miały nosić feretrony i sypać kwiatem pżed dobrodziejem na procesji, biegały kiej opażone jedne do drugih pżymieżać stroiki, a czesać się i cudeńka wygadywać między sobą. Zaś starsi na gwałt stroili ołtaże; stawiali u młynażuw, pżed plebanią — zamiast u wujta — i pżed Borynami, że Hanka wraz z domownikami już od świtu pomagała Rochowi.

Skończyli też prawie pierwsi, a tak pięknie pżybrali, jaże się ludzie zdumieli, powiedając, co nawet piękniejszy od młynażowego.

I prawdę żekli — pżed gankiem stanęła kieby kapliczka, wypleciona z bżozowyh gałęzi a zieleni; wykryli ją całą wełniakami, że jaże grało w oczah od koloruw, zaś w pośrodku, na podwyższeniu, stanął ołtaż, pżykryty bieluśką i cienką płahtą i zastawiony świecami a kwiatami w doinkah, kture Józka oblepiła w stżyżki ze złotego papieru.

Wielki obraz Matki Boskiej wisiał nad ołtażem, a pobok zawiesili mniejsze, ile się jeno zmieściło. Zaś la większej pżyozdoby nad samym ołtażem pżyczepili klatkę z kosem, kturego Nastusia pżyniesła; ptak się wydzierał po swojemu, że mu to Witek z ciha pżygwizdywał.

A całe opłotki od drogi wysadzone były świerczyną na pżemian z bżuzkami, żułtym piaskiem grubo wysypane i zażucone tatarakiem.

Józka znosiła całe naręcze modrakuw, ostrużek, wyczki polnej i pżystrajała ściany kapliczki; opięła też nimi obrazy, lihtaże i co ino było można, że nawet ziemię pżed ołtażem potżąsnęła kwiatami. Nie darowała i hałupie, gdyż całe ściany i okna ginęły pod zielenią, zaś w snopki dahu nawtykała tatarakuw.

A pżykładali się do roboty wszyscy zaruwno, kromie jednej Jagusi, ktura, wymknąwszy się z hałupy wczesnym rankiem, już się nie pokazała.

Wprawdzie skończyli pierwsi, ale już słońce wynosiło się nad wieś i coraz więcej turkotało wozuw, z drugih wsi jadącyh.

Jęli się więc śpiesznie szykować do kościoła.

Witek jeno ostał na straży w opłotkah, bo hmara dzieci cisnęła się oglądać ołtaż i pżygwizdywać kosowi, że gałęzią odganiał; a nie mogąc poredzić, puszczał na nih swojego boćka, kturen snadź pżyuczony, wysuwał się czająco i groził ostrym dziobem w bose nogi, jaże z wżaskiem rozpieżhali się co hwila.

Sygnaturka akuratnie się ozwała, kiej cały dom wyszedł. Józka biegła pżodem, w bieli cała, w tżewikah zasznurowanyh czerwonymi tasiemkami, z książką w ręku.

— Witek, jak ci się widzę? Co? — pytała, obracając się pżed nim na pięcie.

— Galanto, kiej ta biała gąska! — odżekł z podziwem.

— Tyla się na tym rozumiesz co twuj bociek. Hanka pedzieli, co żadna we wsi tak się nie pżystroi — tżepała, obciągając pżykrutkie obleczenie.

— Cie! A kolana ci się czerwienią pżez kieckę niby gęsi spod pieża.

— Głupiś! Łapie w ogon se zajżyj! Hale, boćka showaj. Ksiądz pżyjdzie z procesją i jeszcze go obaczy, i pozna — pżestżegała ciszej.

— Prawda, że śwarna i pżystrojona, a i gospodyni też się rozczapieża kiej ten indor! — szeptał, wyglądając za nimi na drogę, ale wspomniawszy pżestrogę, zaciągnął boćka do dołu po ziemniakah, zaś la obrony pżed dziećmi Łapie pżykazał warować pżed ołtażem; a sam poleciał do Macieja, leżącego w sadzie, jak co dnia.

Na wsi już całkiem ścihło. Wszystkie wozy pżejehały i ludzie pżeszli. Drogi opustoszały, jeno niekajś w opłotkah bawiły się dzieci, psy wylegały się w słońcu i jaskułki śmigały nad stawem w rozpalonym powietżu, zaś w kościele zaraz po sygnaturce rozpoczęło się nabożeństwo. Dobrodziej wyszedł ze sumą i organy zagrały, ale snadź wnet po kazaniu udeżyły wszystkie dzwony i huknęli takim śpiewaniem, jaże gołębie porwały się z dahuw. I narud jął się wywalać wielkimi dżwiami, a nad nim wyhodziły horągwie pohylone, światła gorejące i obrazy, niesione pżez dziewczyny w biel pżybrane, zaś w końcu wynosił się czerwony baldah, a pod nim ksiądz ze złocistą monstrancją w ręku wolniuśko zstępował ze shoduw.

A kiej się jako tako ustawili do procesji, czyniąc wskroś ciżby długą ulicę, obżeżoną zapalonymi świecami, dobrodziej znowuj zaśpiewał:

U dżwi Twoih stoję, Panie! 
 

A wszystek narud odgruhnął mu w jeden ogromny, niebosiężny głos:

Czekam na Twe zmiłowanie... 
 

I śpiewając, ruszyli, cisnąc się we wrutniah smętaża i pżepyhając, gdyż zjazd był ogromny — cała parafia się stawiła, a nawet wszystkie dwory, że dziedzice prowadziły dobrodzieja i jeszcze w asyście szli pobok ze światłem, zaś baldah niesły gospodaże, jeno jakby na złość Lipczakom, same obce z drugih wsi.

Cała procesja wywaliła się z cieniuw smętaża na plac, jaże biały i wżący od spieki. Słońce lunęło w oczy, żywym ogniem prażąc, że już się wolno posuwali wśrud bicia dzwonuw, śpiewuw, w pahnącyh dymah trybulaża i w kłębah kużawy, jaka się wnet podniesła, wśrud świateł i tego kwiecia, sypanego pod nogi dobrodzieja.

Powiedli się do pierwszego z prawej strony ołtaża — do Borynów. Droga się w mig zaphała, jaże płoty tżeszczały, i niejeden we staw zleciał z wysokiego bżegu; i pżydrożne dżewa się tżęsły od naporu. Walili ciężką, rozśpiewaną ciżbą głuw kiejby tą żeką mieniącą się od farb, zaś środkiem, niby łudź na fali, płynął czerwony baldah i hwiały się horągwie, obrazy i święte figury całe w tiulah a kwiatah.

Parli się w tłoku wielkim, głowa pży głowie, ledwie już dysząc z żaru i ciasnoty, ale śpiewając z całego serca, całą mocą, wszystkimi gardzielami, że zdało się, jakoby wraz z nimi świat cały śpiewał hwałę Panu — jakoby te lipy wyniosłe, te czarne olhy, te rozgożałe w słońcu wody, te śmigłe bżuzki, te sady niskie i pola zielone, i dalekości okiem nieobjęte, i hałupy, i wszystko, co ino było, dokładało swuj wtur serdeczny, nabżmiały radością, że pieśń ogromna rozlewała się skłębionym gżmotem w rozżażonym powietżu i ku blademu niebu do słońca się podnosiła.

Aż liście tżęsły się od głosuw i ostatnie kwiaty z dżew leciały.

Pżed Borynami ksiądz odczytał pierwszą Ewangelię i odpocząwszy ździebko, powiudł narud do młynażowego ołtaża.

Upał się był jeszcze podniusł, że już zgoła wytżymać było nie sposub, i kuż zapierał gardziele. Słońce zbielało i po jasnym niebie jęły się zaciągać białawe, długie smugi, a rozprażone powietże tżęsło się i mieniło w oczah kiej wżątek — na bużę się zbierało.

Już z dobrą godzinę ciągnęła się procesja i hoć ustawali ze spieki, a hoć i sam proboszcz spotniały był i czerwony kiej burak, ale obhodzili z wolna, posobnie wszystkie ołtaże, pżed każdym wysłuhując ewangelię i śpiewając nowe pieśnie.

A czasami, kiej narud, ździebko ustawszy, milknął, że ino tupot nug się rozlegał, w onej cihości nagłej skowronki było słyhać na polah; kukułka gdziesik kukała zawzięcie i jaskułki świegotały pod stżehami. Zaś dzwony bimbały bezustannie — biły z wolna, a długim, mocnym i gorącym głosem.

I hociaż narud znowuj śpiewał, hociaż hłopy nie żałowały gardzieli, kobiety wydzierały się cieniuśką nutą, dzieci piskały po swojemu, a małe dzwonki jazgotały i od ciężkiego tupotu dudniała wyshła ziemia — głosy dzwonuw wynosiły się nad wszystkim, śpiewały czysto i gurnie, śpiewały niebosiężnie jakimś złocistym, głębokim głosem, pżejętym radością i weselem, a tak kżepko i rozgłośnie, jakby kto walił młotami we słońce, iż wszystek świat zdał się kolebać i rozdzwaniać.

Zaś kiej skończyli pżed ołtażami, to jeszcze długo trwało nabożeństwo w kościele, długo huczały organy i rozlegały się śpiewania.

A ledwie co wysypali się pżed kościuł, byh nieco ohłonąć pod dżewami, grosz jaki dziadom wysupłać i zmuwić się ze znajomkami, kiej pociemniało z nagła, daleki gżmot zahuczał i suhy, palący wiater zakręcił, że dżewa się zatargały i kuż się podniusł na drogah.

Ludzie z bliższyh wsi jęli na gwałt wyjeżdżać.

Ale zrazu ino drobny deszcz pżekropił, gorący i żadki, że jeszcze parniej się stało i duszniej, zaś słońce paliło niemiłosierniej, a żaby nukały ciszej i senniej. Jeno co jakoś pomroczalo, dale się pżyćmiły, zahuczały znowu gżmoty i na posiniałym wshodzie jęły migotać blade, krutkie błyskawice.

Buża szła od wshodniej strony. Kieby sierpem nadciągały ciężkie, granatowe płahty hmur, opite deszczem czy gradem. Krutki a hukliwy wiater wyrywał się pżodem, świszcząc po czubah dżew i szarpiąc zbożami, ptactwo z wżaskiem uciekało pod dahy, nawet psy gnały do hałup; bydło wyrywało z pul, a po drogah już się kręciły słupy kużawy, zaś gżmoty rozlegały się coraz bliżej.

A nie wyszło i dwuh pacieży, kiej słońce jęło się zatapiać w rudyh, paskudnyh tumanah i pżeświecało kiejby zza szyby pżepalonej. Gżmoty już zahurkotały nad wsią i udeżył taki wiher, że dziw dżew nie powyrywał, jaże gałęzie i snopki z dahuw w cały świat porwał, a pierwsze pioruny tżasnęły gdziesik w bory; całe niebo w mig posiniało niby wątroba, słońce zgasło, zawyły wihry i pioruny jęły bić jeden za drugim, gżmoty zatżęsły ziemią i ognie błyskawic ozdzierały shmużone niebo, oczy wyżerając blaskami.

Domy dygotały od hukuw, a wszelkie stwożenie pżyczaiło się w strahu.

Na szczęście, że buża pżewaliła się stronami — pioruny biły gdziesik daleko. Wihura pżeszła, nie poczyniwszy szkud, niebo zaczęło się już wyjaśniać, gdy pżed nieszporami lunął żęsisty deszcz i poszła taka nawałnica, że w mig położyła zboża. Żeka wezbrała, a ze wszystkih rowuw, miedz i bruzd waliła spieniona woda.

Uspokoiło się dopiero pod sam wieczur, deszcz pżeszedł i na zahud słońce się wykryło zza hmur czerwoną i promienistą kulą...

Lipce ożyły znowu. Ludzie jęli wywierać dżwi i wyłazić na świat, i dyhać z lubością ohłodzonym powietżem. Pahniało wszyćko po deszczu, a już najbażej młode bżuzki i te mięty po ogrudkah; pżemiękła ziemia jakby się rozpaliła w słońcu — gożały kałuże po drogah, błyszczały liście i trawy, paliły się spienione wody, spływające z radosnym bełkotem do stawu.

Leciuhny wiaterek pżegarniał pohylone zboża i żeźwość mocna i weselna biła od boruw i pul. I pżenikała duszę, że już dzieci z wżaskiem brodziły po rowah i roztokah, ptaki ćwierkały w gąszczah, psy ujadały, księże perliczki darły się na płotah — a wszystkie opłotki, drogi, hałupy i obejścia zadzwoniły pżekżykami i rozmowami, nawet już tam kajś kole młyna zawiodła kturaś piesneczkę:

Deszczyk rosi, zrosi me, zrosi me — 
Moja Maryś, nocuj me, nocuj me! 
 

Zaś od pola wraz z rykiem stad spędzanyh darły się jazgotliwe, prędkie śpiewki pasterek:

Powiedziałeś, że mnie weźmiesz 
Skoro żytko, jarkę zeżniesz; 
A tyś zeżon i owiesek — 
Teraz szczekasz kieby piesek — 
Oj dana, da dana! 
 

Zaczęły też wyjeżdżać wozy ludzi, ktuży ostali, pżeczekując bużę. Ale wiela gospodaży ze sąsiedzkih wsi pozostało w gościnie u Lipczaków — byli to ci, co tak poczciwie zjehali pomagać kobietom. Bogatsi ugaszczali ih po domah, nie żałując jadła ni napitkuw, zaś biedniejsze powiedły swoih dobrodziejuw na poczęstunek do Żyda, bo zawdy raźniej w kupie i w karczmie weselej.

Hłopaki sprowadziły muzykę, że już od nieszporuw roznosiło się z karczmy zawodzenie skżypkuw, dudlenie basuw i bżękliwy warkot bębenka.

A i drudzy też gęsto pociągali na zabawę, gdyż od tyla czasu — bo od samyh zapust — nie zbierali się na żadną ohotę.

Narodu się naszło co niemiara. Miejsc zbrakło, że sporo musiało się kuntentować siedzeniem na belkah, leżącyh pod karczmą. Jeno co czas był piękny i na niebie świeciły złote roztoki, to się gęsto kwaterowali pod ścianą, kżykając na Żyda, by im napitki wynosił.

Że prawie sama młudż pżepełniała karczmę, zaraz też z miejsca poszli oberkiem, jaże ściany i dyle pojękiwały, a pżewodził tanom ku niemałemu podziwowi Szymek Dominikowej z Nastusią. Darmo go młodszy, Jędrzych, odwodził, ciho molestując, ale nie poredził, bo parobek się sielnie rozohocił i słuhać nie hciał; gożałkę pił i do picia Nastkę i kamratuw swoih pżyniewalał, zaś co użnęła muzyka, dziesiątki żucał grajkom, Nastkę wpuł ujmował i z całej mocy wżeszczał:

— Jeno ostro, hłopcy, z kopyta, po naszemu!

I nosił się po izbie kiej ten rozhukany źrebiec, pokżykując srogo i bijąc siarczyście obcasami.

— Wiehcie, juha, z butuw powytżąha! — szeptał Jambroży, robiąc łakomie grdyką ku pijącym pobok. — A wali kulasami kiej cepem, jeszcze mu się rozlecą! — dodał głośniej, bliżej się podsuwając.

— Baczcie ino, żebyście sami czego nie stracili — mruknął Mateusz, stojący ze swoimi kamratami.

— Gożałki bym się z wami napił na zgodę — żekł, śmiejąc się, Jambroży.

— Naści, szkła jeno nie zehlaj, pijanico!

Podał mu pełny kieliszek i odwrucił się plecami, bo Grzela, wujtuw brat, zaczął im cosik raić z ciha, że wsparci o szynkwas słuhali uważnie, nie bacząc na tany ni na stojącą pżed nimi gożałkę. Sześciu ih było zebranyh, wszystkie najpżedniejsze we wsi parobki — same rodowe, gospodarskie syny. Radzili pilno, ale że wżask się robił coraz większy i ciasnota, to pżenieśli się do żydowskiej stancji, gdyż alkież zajmowali gospodaże ze swoimi gośćmi.

Izba była ciasna, zaphana rozbabranymi betami, w kturyh spały Żydzięta, iż ledwie się pomieścili pży stole. Jedna łojuwka kopciła się w mosiężnym świeczniku, wiszącym u pułapu. Grzela puścił flaszkę w kolejkę, pżepili raz i drugi, ale jakoś nikto nie zaczynał, z czym pżyszli; jaże Mateusz żucił drwiąco:

— Zaczynaj, Grzela, to kiej wrony na deszczu tak siedzita!

Nie zdążył Grzela zacząć, gdy wszedł kowal i witał się, szukając, kaj by pżysiąść.

— Smolipysk, juha, zawdy tam wzejdzie, kaj go nie posiali! — buhnął Mateusz. — W twoje ręce, Michał! — dodał zaraz, tłumiąc gniew.

Kowal wypił i nadrabiając miną, ozwał się żartobliwie:

— Nie łasym cudzyh sekretuw, a nic tu, widzę, po mnie...

— Żekłeś! Dobże wama z Miemcami w piątki na sperce z kawą, to jeszcze lepiej będzie dzisiaj, we święto...

— Powiadasz, Płoszka, bele co, jakbyś się napił... — odburknął.

— Powiedam, co wiadomo, że co dnia z nimi hańdryczysz.

— Kto mi robotę daje, temu robię, nie pżebieram.

— Robotę! Co inszego ty z nimi obrabiasz — żekł ciszej Wachnik.

— Jakeś i z dziedzicem nasz las obrabiał — dodał groźnie Pryczek.

— Widzi mi się, co na sąd trafiłem... Cie! Jak to wszystko wiedzą.

— Dajta mu spokuj, robi swoje bez nas, to i my weźmy się do swojego pżez niego — powiedział Grzela, patżąc mu ostro w ślepie rozbiegane.

— Kiejby was strażnik dojżał pżez okna, pomyślałby, co się zmawiacie na kogo! — niby to drwił, ale wargi mu się ze złości tżęsły.

— Może i tak, jeno nie na ciebie. Za małaś figura, Michał.

Nacisnął czapkę i wyszedł, tżaskając dżwiami.

— Pżewąhał cosik i na zwiady pżyleciał.

— Gotuw teraz iść słuhać pod okno.

— O sobie jeszcze co takiego usłyszy, że mu się odehce.

— Cihojta no, hłopcy! — zaczął Grzela uroczyście. — Muwiłem już wama, co Podlesie niepżedane jeszcze Miemcom, ale leda dzień mogą pojehać do aktu, a nawet muwili, co na pżyszły czwartek.

— Dyć wiemy i tżeba na to zaradzić! — zawołał niecierpliwie Mateusz.

— Radź, Grzela. Na książce umiesz, gazetę czytujesz, to ci łacniej.

— Bo jak Miemce kupią i zasiędą o miedzę, to będzie jak w Górkach: powietża prosto zbraknie do dyhania w Lipcach i z torbami pujdziemy albo do Hameryki.

— A ojce jeno się we łby skrobią, wzdyhają i zaradzić nie poredzą.

— I z gospodarek nam nie ustąpią! — żucali jeden po drugim.

— Wielka żecz Miemcy! Siedziały takuśko w Liszkach, a nasi ih wykupili co do jednego. Że zaś w Górkach było inaczej, to same hłopy winowate: piły, procesowały się cięgiem i torby se wygrały.

— To i z Podlesia możem wykupić i pżegnać! — wołał Jędrek Boryna, stryjeczny Antka.

— Łacno muwić! Teraz nie ma za co kupić, hociaż tylko po sześćdziesiąt rubli morgę spżedają, a potem to znajdziesz z jakie tysiąc złotyh za to samo?

— Żeby ojce wydzieliły każdemu, co jego, a prędzej by poredził.

— Bo pewnie, juści! Zaraz bym wiedział, co robić! — zawżeszczeli.

— O głupie, głupie! To staży z całego ledwie się pżeżywią, a wy na działah hcecie nazbijać pieniędzy! — pżerwał im Grzela.

Zmilkli naraz, bo juści taką prawdę żekł, jakby obuhem zwalił w ciemię.

— Bieda nie z tego, że ojcowie nie hcą wam popuścić gospodarek — muwił dalej — a jeno z tego, że Lipce mają ziemi za mało, że narodu cięgiem pżybywa, gdyż co starczyło za dziadkuw la trojga, musi się teraz rozdzielać la dziesięciorga.

— Święta prawda! Juści, że tak! Juści! — szeptali sfrasowani.

— To kupić Podlesie i podzielić! — wyrwał się kturyś.

— Kupiłbyś wieś, jeno pieniądze gdzieś! — mruknął Mateusz.

— Czekajta jeno, może się i na to znajdzie jaka rada.

Mateusz się naraz zerwał, buhnął pięścią w stuł i zakżyczał:

— A czekajcie i rubcie sobie, co hcecie. Mnie już dosyć i jak się ozgniewam, to żucę wieś i do miasta pujdę. Tam lepiej ludzie żyją.

— Twoja wola, ale drudzy muszą tutaj ostać i jakoś sobie radzić.

— A bo już wytżymać nie mogę, jaże diabli człowieka bierą. Ciasnota wszędy, że hałupy dziw się nie rozwalają, tyla w nih siedzi. Bieda jaże piszczy, a tu pobok leży ziemia wolna i prosi się, by ją wziąć... A nie ugryziesz, hoćbyś zdyhał z głodu; nie ma jej kupić za co i pożyczyć nie ma od kogo. Żeby to wciurności z takim użądzeniem.

Grzela opowiedział, jak to jest indziej po drugih krajah.

Słuhali, wzdyhając żałośnie, a Mateusz mu pżerwał:

— Cuż nama z tego, że drugie dobże mają! Pokaż głodnemu miskę pełną i showaj, nieh się nahla patżeniem! Dobże mają. Kaj indziej to jest opieka nad narodem, nie tak, jak u nas, gdzie każden hłop rośnie se jako ta dziczka w czystym polu, że czy zmarnieje czy też wyrośnie, co to kogo swędzi? Bele jeno podatki płacił, w rekruty szedł i użędom się nie pżeciwił! Mieżi mi się już takie życie i do grdyki idzie...

Grzela, wysłuhawszy cierpliwie, zaczął znowu swoje:

— Jest tylko jeden sposub, żeby Podlesie było nasze.

Pżysunęli się jeszcze bliżej, byh i słowa nie stracić, gdy naraz taki wżask wstżąsnął całą karczmą, jaże szyby zabżęczały i muzyka grać pżestała. Poleciał tam kturyś na pżewiady i opowiadał potem ze śmiehem, co się stało: Dominikowa narobiła takiego piekła, pżyleciała bowiem z kijem po synuw, hciała ih bić i siłą do domu zabierać, jeno co się oparli, matkę z karczmy wypędzili, a teraz Szymek jął pić na umor, zaś Jędrzych — pijany do cna — ryczy w kominie.

Nie pytali o więcej, gdyż Grzela zaczął wykładać swuj sposub, ktury był taki: z dziedzicem się pogodzić i w zamian morgi lasu zażądać po cztery morgi pola na Podlesiu!

Zdumieli się wielce i strasznie rozradowali taką możliwością, a Grzela jeszcze powiadał, co tak samo się ugodziła jedna wieś koło Płocka, o czym był wyczytał w gazecie.

— Dobra nasza, hłopcy! Żydzie, gożałki! — kżyknął Płoszka we dżwi.

— Za tży morgi boru ryhtyk by nam wypadło dwanaście pola!

— A nam z dziesięć, cała gospodarka!

— I niehby dodał co niebądź kżakuw na opał.

— A za paśniki mugłby dać hoć po mordze łąki.

— I nieco budulcu na hałupy! — wołali jeden pżez drugiego.

— Jeszcze trohę, a będziecie hcieli, żeby wam dodał po koniu z wozem i po krowie, co? — pżekpiwał Mateusz.

— Cihocie no! Tżeba teraz namawiać, aby się gospodaże zebrali, poszli do dziedzica i pżełożyli, czego hcą. Może się i zgodzi.

Mateusz mu pżerwał:

— Jak nie ma noża na gardle, to się nie zgodzi. Jemu zaraz potża pieniędzy i Miemcy je dadzą hoćby jutro, nieh się tylko zgodzi. A nim się nasi wydrapią po łbah, nim się naredzą, nim się na jedno zgodzą, nim baby pżeciągną na swoją stronę, to miesiące pżejdą. Dziedzic ziemię pżeda i plecy wypnie; będzie miał o czym czekać, jak wypadnie sprawa z borem. Gżelowy sposub jest mądry, jeno widzi mi się, tża go innym końcem stawiać do pionu.

— To gadajże, Mateusz, radź!

— Nie gadać, nie naradzać się, a tża zrobić tak samo jak z borem.

— Czasem tak można, a czasem nie! — mruknął Grzela.

— A ja ci muwię, że można, w inny ździebko sposub, a to samo wyjdzie... Do Miemców iść całą gromadą i spokojnie im zapowiedzieć, abyh się nie ważyły kupować Podlesia.

— A takie są głupie, że zaraz się nas ulękną i posłuhają!

— Toteż im się zapowie, że jeśli nie posłuhają i kupią, to nie pozwolim im siać, nie pozwolim się budować, nie damy krokiem się ruszyć za pola. Zobaczycie, czy się nie ulękną! Wykużymy ih kiej lisuw z jamy.

— A juści, niby to se nie poredzą! Jak Bóg w niebie, tak nas znowu za te pogrozy wsadzą do kreminału! — wybuhnął Grzela.

— Zapakują, to i puszczą, wiekować tam nie będziemy. Ale kiej nas wypuszczą, to la Miemców będzie jeszcze gożej... Głupie one nie są i pżudzi dobże rozważą, czy im wojna z nami pujdzie na zdrowie. Dziedzic też będzie inaczej śpiewał, jak mu kupcuw rozpędzimy, zaś nie...

Ale już Grzela nie mugł wytżymać. Zerwał się od stołu i zaczął z całyh sił odwodzić od tyh zuhwałyh zamysłuw. Pżekładał, jakie to z tego wynikną procesy, nowe straty la wszystkih, nowe marnacyje, że gotowi powsadzać ih za te ciągłe bunty na parę lat do kryminału... Że to wszystko da się zrobić spokojnie ze samym dziedzicem... Zaklinał na wszystko i błagał, by nowego nieszczęścia nie ściągali na narud. Prawił ze dwa pacieże i jaże poczerwieniał, jaże całował ih posobnie, molestując i prosząc, byh poniehali. Ale wszystko to było na darmo, kiejby groh żucał na ścianę, że w końcu Mateusz żekł:

— Prawisz kiej w kościele, jakbyś z książki wyczytywał, a nam czego inszego potża!

Wraz też wszyscy zaczęli muwić, zrywać się, tłuc pięściami w stuł, a wżeszczeć z wielkiej radości:

— Dobra nasza, na Miemców iść, rozegnać pludrakuw! Mateusz mądże radzi, jego słuhamy. A kturen się boja, nieh pod pieżynę się howa!

Ani sposub już było do nih muwić, tak ih ponosiło.

Żyd w te porę pżyniusł flahę, wysłuhał i ścierając na stole porozlewaną gożałkę, powiedział nieśmiało:

— Mateusz ma kiepełe: mądrą radę daje.

— Cie! Jankiel też na Miemców, no! — zakżyczeli zdumieni.

— Bo ja wolę tżymać ze swoimi. Biedy się użyje, jak i wszystkie, ale jakoś z pomocą boską żyć można... Ale gdzie pżyhodzą Niemcy, to już tam nie tylko biedny Żydek się nie pożywi, tam pies nie ma co jeść... Nieh one zdehną, nieh ih ta... Tfy... Horoba wytłucze!

— Żyd i tżyma z narodem! Słyszeliśta, co?

Dziwowali się coraz bażej.

— Ja jestem Żyd, ale mnie w boru nie znaleźli. Ja się tutaj urodziłem jak i wy, muj dziadek i muj ojciec też... To z kim ja mam tżymać? Co? Czy to ja nie swuj? Pżecież jak wam będzie lepiej, to i mnie będzie lepiej! Jak wy będziecie gospodaże, to ja będę z wami handlował! Jak muj dziadek z waszymi, no nie? A coście mądże o Niemcach myśleli, to ja całą butelkę araku postawię! Wasze zdrowie, gospodaże podleskie! — zawołał, pżepijając do Grzeli.

Pili gęsto i taka radość nimi owładnęła, że dziw Żyda nie całowali po brodzie. Usadzili go między sobą i wszystko znowu rozpowiedzieli, radząc się go we wszystkim. Nawet Grzela się rozhmużył i pżystał znowu do nih, byh go nie posądzili o co złego.

Narada już niedługo trwała, bo Mateusz się podniusł i wołał:

— Do karczmy, hłopcy, nogi wyprostować. Dosyć na dzisiaj!

Hurmą tam poszli, a Mateusz odbił zaraz jakiemuś Tereskę i puścił się z nią w tany. A za nim drugie zaczęły dziewki z kątuw wyciągać, na muzykantuw kżykać i w tany iść kiej wiher.

Juści, co zaraz żęsiściej gruhnęła muzyka, bo grajki wiedziały, że z Mateuszem nie pżelewki — że płaci, ale i bić gotowy.

Roztańcowała się karczma na dobre. Z czubuw już się galancie kużyło, że wżaski, muzyka, tupoty a siarczyste pokżyki jakby wżątkiem pżepełniały izbę i na świat się rozlewały pżez powywierane dżwi a okna. Zaś pod ścianami na dwoże też szła niezgorsza zabawa — bżąkały kieliszki, gospodaże często do się pżepijali, a raili coraz głośniej i coraz bełkotliwiej.

Noc już się zrobiła. Gwiazdy bystro zaświeciły, szumiały ciho dżewiny, a z mokradeł roznosiły się żabie rehotania i huczały niekiedy głosy bąkuw, po sadah słowiki zawodziły; ciepło było i pahnąco. Używali se ludzie wywczasu na świeżym, hłodnym powietżu, a raz po raz jakaś para, tżymając się wpuł, wysuwała się z karczmy i w cienie szła... Zaś pod ścianą było już coraz głośniej — gadali wszyscy razem, że trudno się było połapać.

— A co jeno wiepżka wypuściłam, że jeszcze i ryja nie zdążył wsadzić w ziemniaki, a ta do mnie z pyskiem.

— Wypędzić ją ze wsi! Wypędzić!

— Baczę, co tak samo z jedną zrobili za moih młodyh lat! Pżed kościołem do krwi ukarali, krowami wywieźli za kopce i był spokuj...

— Żydzie, całą kwaterkę kżepkiej!

— Odebrała mleko mojej siwuli, odebrała!

— Obrać nowego, to każdy tak samo poradzi...

— Wyrwać złe, puki większego kożenia nie zapuści...

— Pleć zboże, puki hwasty nie zagłuszą...

— Pżepijcie no do mnie, a cosik waju żeknę...

— Byka bież za rogi, a nie popuszczaj, jaże się zwali...

— Dwa morgi a jedna, tży morgi. Tży morgi a jedna, cztery morgi.

— Pij, bracie, to i rodzone nie zrobiłyby poczciwiej...

Rwały się z mrokuw postżępione rozmowy, że ani rozeznał, kto muwił i do kogo. Tylko jeden grubahny głos Jambroża gurował wyraźnie nad drugimi w rużnyh miejscah; pżehodził bowiem cięgiem od kupy do kupy — to do karczmy zaglądał i wszędy wygarniając po kusztyczku, pijany już był całkiem, sielnie się potaczał, ale hycił pży szynkwasie kturegoś za ożydle i jął go płaczliwie molestować:

— Ohżciłem cię, Wojtek, i twojej kobiecie tak dzwoniłem, jaże mi kulasy popuhły. Postaw kieliszek, bracie! A postawisz całą pułkwaterkę, pżedzwonię jej na wieczne odpoczywanie i drugą babę ci naraję... Młodą, jędrną kiej żepa! Postaw, bracie, pułkwaterkę...

Młodzież hulała zawzięcie, że cała izba wypełniła się wżaskiem a wiewającymi kieckami i kapotami. Już piesneczki pżyśpiewywali pżed muzyką i tańcowali coraz zapamiętalej, że nawet starsze kobiety wytżąsały się, piskliwie pokżykując. A Jagustynka, pżedarłszy się do środka, ujęła się wpuł i bijąc nogami o podłogę, wyśpiewywała hżypliwie:

Nie boję się wilka, hoćby było kilka! 
Nie boję się hłopa, hoćby była kopa! 
 
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)