Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Wiosna, rozdział VIII

VIII

Dzień wstawał cudny, ciepły, a jędrny — niby ten hłop dobże wyspany, kturen, ledwie pżecknąwszy, na ruwne nogi się zrywa i szepcąc pacieże, trąc oczy, a ździebko poziewając, za robotą się rozgląda.

Słońce wshodziło pogodnie. Czerwone i ogromne, z wolna wtaczało się na wysokie niebo, jakoby na to pole nieobjęte, kaj w sinyh opżędah mgieł leżały niepżeliczone stada białyh hmur.

I wiater się już wałęsał po świecie, kieby ten gospodaż budzący wszystko na świtaniu. Pżegarniał zboża pomdlałe, dmuhał we mgły, że rozpieżhały się na wsze strony, targał obwisłymi gałęziami, kajś na rozstajah huknął, to hyłkiem pżebrał się ku uśpionym jeszcze sadom i rymnął w gąszcze, że z wiśni posypał się ostatni okwiat i kiej śnieg tżąsł się na ziemię, kiej łzy na wody stawu padał.

Ziemia się budziła, ptaki zaśpiewały w gniazdah, dżewa też jęły szemrać niby tym pacieżem pierwszym; kwiaty się otwierały, podnosząc do słońca ciężkie, zwilgocone i senne żęsy, a lśniące rosy sypały się gradem perlistym.

Długi a luby dygot zatżąsł wszystkim, co znowu się budziło do życia. Zaś gdziesik z ziemie, ze dna wszelkiego stwożenia buhnął niemy kżyk i jak głuha błyskawica pżeleciał nad światem — jak kiedy człowieczą duszę w twardym śpiku zmora dusi, że targa się, straha, zamiera, aże raptem oczy ozewże na słoneczną światłość i kżykiem szczęsnego oniemienia dzień wita i to, że między żywymi jest jeszcze, niepomna, jako to nowy dzień truduw a boleści, jak wczoraj było, jak z jutrem pżyjdzie, jak zawdy będzie...

Więc i Lipce jęły się budzić i raźno zrywać na nogi. Niejedna głowa rozczohrana wyzierała, wodząc zaspanymi oczyma po świecie. Kajś już się myli pżed hałupami; to po wodę do stawu wypadały rozdziane jeszczek kobiety, ktosik drwa rąbał. Wozy też wytaczano na drogę, dymy niekajś wykwitały z kominuw, a tu i owdzie roznosiły się kżyki na leniącyh się: „Wstawać!”.

Rano było jeszcze. Słońce ledwie co na parę hłopa wyniesło się nad wshodem i z boku, pżez mrocznawe sady, bodło czerwonymi płomieniami — a już ruhano się wszędy galanto.

Wiater się kajścić zapodział, że w lubej cihości wszystko się syciło żeźwym, pahnącym porankiem. Słońce grało we wodah i rosy skapywały z dahuw sperlonymi sznurkami, jaskułki śmigały w czystym powietżu, boćki leciały z gniazd na żer, kokoty piały po płotah, wytżepując radośnie skżydłami, a gęsi z gęgotliwym kżykiem wywodziły młode na staw sczerwieniony. Bydło ryczało po oborah, zaś wszędy pżed progami a w opłotkah doili pośpiesznie krowy i z każdego obejścia wyganiali inwentaż na drogi, że szedł kolebiąco, rycząc pżeciągle a cohając się o płoty i dżewa, zaś owce z zadartymi łbami, pobekując, cisnęły się środkiem drogi w tumanie kużu. Spędzali wszystko na plac pżed kościołem, kaj paru starszyh hłopakuw na koniah, tżaskając batami a klnąc siarczyście, oganiało rozłażące się stado i wżeszczało na opuźnionyh.

A kiej ruszyli, stłaczając się na topolowej, bo jaże pod lasem leżały wspulne pastwiska, pżykryła ih kużawa orosiała i czerwonawo mieniąca się w słońcu, że jeno beki owiec i pieskowe szczekania rwały się z ciężkih tumanuw, znacząc drogę, kaj się podzieli.

Zaś pokrutce za nimi i gęsiarki wypędzały białe, rozgęgane stada; to ktosik cielną krowę wiudł na miedzę albo konia spętanego prowadził za gżywę na ugory.

Ale i potem niewiele się pżyciszyło, że to wieś jęła się szykować na jarmarek. Było to jakoś w tydzień po powrocie hłopuw z kreminału.

Wszystko już w Lipcach wracało z wolna do dawnego, jakoby po tej buży srogiej, co szkud narobiła niemałyh, że narud, ohłonąwszy z trwogi, wyżekając a żaląc się na dolę, imał się po ździebku pracy wetującej.

Juści, co nie szło jeszcze, jak było iść powinno, hociaż hłopy już ujęły żądy w swoje kwarde ręce; jeszczeh się bowiem lenili niecoś poranić, do puźna nieraz wylegując się pod pieżynami; jeszczeh niejeden często gęsto do karczmy zaglądał, niby to nowin zasięgając w sprawie; jeszcze ten i uw puł dnia pżewałęsał po wsi i pżegadał z kumami, a zaś drugie spyhali jeno co pilniejsze roboty, boć niełacno było po tylim prużnowaniu brać się na ostro. Ale już co dnia pżemieniało się na lepsze, co dnia puściej robiło się w karczmie i po drogah i co dnia gęściej mus hytał za łby i pżyginał do ziemie, do ciężkiej, znojnej pracy zapżęgając.

Że zaś dzisiaj akuratnie wypadał jarmarek w Tymowie, to mało kto do roboty wyhodził, szykując się na niego.

Pżednuwek wcześniej latoś zawitał i tak ciężki, jaże skwierczało po hałupah; więc co jeno kto miał jeszcze do pżedania, śpiesznie wyprowadzał, zaś drugie szły la zgważenia się ze somsiady, la obaczenia świata i wypicia hoćby tego kieliszka.

Każden miał swuj frasunek, a kajże się to narud pocieszy, wyżali, skżepi, a nowin dowie, jeśli nie na jarmarku lebo na odpuście?

Więc skoro powypędzano inwentaże na paszę, zaczęli się zbierać, ryhtować wozy, a wyhodzić, kto piehty iść musiał.

Biedota ruszyła najpierwej, bo Filipka z płaczem pognała sześć staryh gęsi, oderwanyh od młodzi ledwie co porosłej, że to hłop zahożał po powrocie i do garnka nie było co wstawić.

Kturyś też z komornikuw ciągnął za rogi jałowicę, co się była teraz na zwiesnę pognała... Że zaś bieda ma długie nogi a ostre pazury, to Grzela z kżywą gębą, hoć na ośmiu morgah siedział, a dojną krowę poprowadził na powruśle; somsiad zaś jego, Józek Wachnik, maciorę z prosiętami popędzał.

Ratowały się hudziaki, jak jeno mogły, bo już niejednego tak pżypierało, że ostatnią koninę wyprowadził — jak to Gulbas musiał, sprocesowała go bowiem Balcerkowa za piętnaście rubli, kture był kiejś pożyczył na krowę, i teraz gotowym wyrokiem groziła, że wśrud płaczuw całej rodziny a wyżekań i gruźb siadł nieborak na kasztanka i pżedawać go pojehał.

Wozy się z wolna wytaczały jeden za drugim, boć i gospodaże wywozili, co kturen miał, gdyż wujt o podatki wołał i karami straszył. Zaś gospodynie też się wybierały ze swoim dobrem, że często gęsto kokoszki gdakały spod zapasek lub tęgi gęsior zasyczał z wasąga; a drugie, piehty idące, jajka niesły w hustah, to masło kryjomo pżed dziećmi zbierane, a poniekture to i świąteczne wełniaki lub zbędne płutna dźwigały na plecah.

Bieda ano popędzała, a do żniw, do nowego, było jeszcze daleko.

Tak się wszystkim śpieszyło, że nawet msza odprawiała się dzisiaj znacznie wcześniej. Jeno parę kobiet klęczało pżed ołtażem, nie mogąc nadążyć za księdzem, bo ledwie odmuwiły na podniesienie, a już Jambroż gasił świece i kluczami podzwaniał.

Tereska żołnierka, ktura z jakąś sprawą pżyszła do proboszcza, trafiła ryhtyk, kiej już wyhodził na śniadanie. Nie śmiała go juści zaczepić, więc jeno stanęła pżed sztahetami, wypatrując, kiej się na ganku pokaże. Nim się jednak zebrała pżystąpić, siadł na bryczkę i pżykazywał ostro ruszać do Tymowa.

Westhnęła żałośnie, długo patżąc na topolową, kaj kuż wisiał i szarą hmurą kładł się na pola. Wozy turkotały coraz dalej, a ino czerwień kobiet ciągnącyh gęsiego nad drogą mignęła niekiedy między dżewami.

Lipce ścihły pokrutce. Młyn nie turkotał, kuźnia stała zamknięta i drogi do cna opustoszały, bo kto ostał, dłubał cosik w obejściah i na ogrodah za hałupami.

Tereska sielnie sfrasowana wruciła do domu.

Mieszkała za kościołem, pobok Mateusza, w hałupinie o jednej izbie z pułsionką, gdyż drugą pży działah brat odeżnął i pżeniusł na swuj grunt, że kiej rozcięte w popżek żebra sterczały pżepiłowane ściany i dah, pżypierające do okopconego komina.

Dojżała ją z proga Nastka, że to ino wąski sadek ih dzielił.

— No cuż? Co ci wyczytał? — zawołała, biegnąc ku niej.

Tereska z pżełazu opowiadała, co ją spotkało.

— A może by organista pżeczytał? Pisane musi poredzić.

— Juści, co poredzi, ale jak tu z gołymi rękoma iść do niego?

— Weź parę jajkuw.

— Matka wszystkie ponieśli do miasta, kacze ino zostały.

— Nie turbuj się, weźmie on i kacze.

— Poszłabym, a czegoś się boję! Bym to wiedziała, co tu napisane! — Wyjęła zza gorsu list od męża, kturen był jej wujt pżywiuzł wczoraj wieczorem z kancelarii. — Co tam może stoić?

Nastka wzięła jej z rąk zaczerniony papier i, pżykucnąwszy pod pżełazem, rozpostarła go na kolanah i znowu z niemałym trudem prubowała odczytywać. Tereska pżysiadła na żerdce i wsparłszy brodę na pięściah, patżyła z lękiem na te jakieś kreski, z kturyh tyle jeno Nastka wysylabizowała, że „Pohwalony” stojało na początku.

— Nie rozbierę więcej, to darmo. Mateusz to by pewnikiem poredził.

— Nie, nie! — poczerwieniała strasznie i ciho jęła prosić: — Nie muw mu o liście, Nastuś, nie powiadaj...

— Żeby drukowane, to na każdej książce pżeczytam. Litery znam dobże i baczę, jaka ktura jest. Ale tutaj niczego złożyć nie poredzę, same jakieś kulasy i wykrętasy, jakby muhę uwalaną w czernidle puścił kto na papier.

— Nie powiesz, Nastuś, co?

— Dyć już ci wczoraj żekłam, że nic mi do waju. Wruci twuj z wojska, to i tak wszyćko musi się wydać! — żekła, powstając.

Tereska jakby się zahłysnęła płaczem, że ino robiła gardłem, słowa nie mogąc wydobyć.

Nastka cosik zeźlona odeszła, kury zwołując po drodze, a Tereska, zawiązawszy w węzełek pięć jajek kaczyh, powlekła się do organisty.

Ale nieletko jej być musiało, pżystawała co troha i kryjąc się w cienie, z bojaźnią wpatrywała się w niezrozumiałe litery listu.

A może go już puszczają?

Trwoga hwytała ją za gardło, nogi się uginały, serce się tak rozpaczliwie tłukło, że pżyciskała się do dżew, zapłakanymi oczyma biegając jakby za ratunkiem.

A może ino o pieniądze pisze!

Szła coraz wolniej; mężowy list tak jej ciężył a pażył, co cięgiem pżekładała go zza gorsu do rąk i aż w rug hustki zawinęła.

U organistuw jakby nikogo nie było. Dżwi stały powywierane do pustyh izb, że tylko w jednej, kaj okno było pżysłonione spudnicą, ktosik hrapał rozgłośnie spod pieżyny. Z nieśmiałością pżesunęła się pżez sień, rozglądając się po podwużu — tylko dziewka siedziała pżed kuhnią z kieżanką między kolanami, masło wybijając, i oganiała się gałęzią pżed muhami.

— A kaj to pani?

— Na ogrodzie, zaraz ją tu posłyszycie...

Tereska pobok stanęła, miętosząc list w ręku i hustkę naciągając bażej na czoło, gdyż słońce wyłaziło zza budynkuw.

Z księżego podwuża, płotem jeno odgrodzonego, roztżęsały się wżaskliwe głosy drobiu. Kaczki tżepały się w kałużah, młode indyczki biadoliły kajściś pod płotem, zaś indory, gulgocąc, rozczapieżały skżydła, podskakując zajadle ku prosiętom, wylegującym w błocie. Gołębie podrywały się spżed stodoły, krążyły w powietżu i spadały co troha na czerwone dahy plebanii kiej ta hmura śniegowa. Wilgotnawe a żeźwe ciepło buhało z pul, sady rozkwitłe pławiły się w słońcu, jabłonie obwalone kwiatem wynosiły się z zieleni kiej białe hmury opylone zożami. Pszczoły z cihuśkim bżękiem leciały na pracę, kajś już i motyl zamigotał kiej ten płatek kwiatowy, to stado wrubli z niemałym wżaskiem spadało z dżew na płoty.

Teresce naraz łzy się puściły z oczu i ciurkiem pociekły.

— Organista jest w domu? — spytała, tważ odwracając.

— A kajby! Dobrodziej wyjehał, to się wyleguje kiej ten wiepż.

— Dobrodziej pewnie na jarmark?

— Juści, byka mają kupować.

— A mało to już ma rużnego dobra? Co?

— Kto ma dosyć, to hciałby jeszczek więcej — mruknęła dziewka.

Tereska zmilkła. Zrobiło się jej strasznie żałośnie, że to ludzie mają wszystkiego po grdykę, a ona ledwie się pożywi, głodując często.

— Gospodyni idą! — zawołała dziewka, ruhając mocno koziełkiem w kieżance, jaże śmietana wypryskiwała wokoło.

— To twoja sprawka, prużniaku! Umyślnie puściłeś konie w koniczynę! — rozległ się w sadzie jazgotliwy głos organiściny. — Nie hciało ci się na ugur pędzić. Jezus, że to na nikogo się spuścić nie można! Ze dwa pręty koniczyny spasione! Czekaj, powiem zaraz, a wuj takie ci fryko sprawi, darmozjadzie jeden, że popamiętasz.

— Wygnałem na ugur, sam spętałem i na lince pżywiązałem do kołka! — tłumaczył się płaczliwie Michał.

— Nie cygań. Wuj się z tobą rozmuwi, no...

— Ja nie wygnałem, muwię ciotce.

— A kto? Ksiądz może? — wżeszczała urągliwie.

— Zgadła ciotka, ksiądz wypasł swoimi końmi! — podniusł głos.

— Wściekł się! Pżywżyj pysk, żeby się nie rozniesło!

— Nie pżywrę, w oczy mu powiem, bo widziałem. Ciotka na mnie kżyczy, a to ksiądz wypasł. Poszedłem do dnia po konie: gniady leżał, a klacz się pasła; były tam, gdzie je zostawiłem na noc. Dosyć zostawiły śladuw, można sprawdzić, jeszcze gorące. Rozpętałem je i wsiadłem na gniadego, a tu widzę, że w naszej koniczynie jakieś konie. Świtało dopiero, dostałem się pżegonem pod księży ogrud, żeby im drogę zastąpić. Wyłażę na drużkę Kłębową, a tu proboszcz stoi z brewiażem, rozgląda się dokoła i raz po raz popędza je batem coraz głębiej w koniczynę, to...

— Ciho, Michał! Słyszane to żeczy, żeby sam ksiądz... Dawno już muwiłam, że to siano w pżeszłym roku... Ciho, tam jakaś kobieta stoi.

Potoczyła się napżud śpiesznie, właśnie i organista kżyczał spod pieżyny na Michała.

Tereska oddała jej węzełek z jajkami, a podejmując za nogi, prosiła nieśmiało o pżeczytanie listu od męża.

Kazała jej zaczekać.

A dopiero w parę dobryh pacieży zawołano ją do izby. Organista rozmamłany całkiem — w gaciah jeno — popijając kawę, jął czytać.

Słuhała z zamierającym sercem, bo właśnie mąż jej zapowiadał swuj powrut na żniwa, razem z Kubą Jarczykiem z Wólki i z Grzelą Borynowym. List był poczciwy; troskał się o nią, wypytywał o wszystko, co się dzieje w domu, pżesyłał pozdrowienia znajomym i buhał radością powrotu. A w końcu Grzela dopisywał, prosząc, by zawiadomiła jego ojca o powrocie. Hudziaczek nie wiedział, co się stało z Maciejem.

Zaś Tereskę te ciepłe, poczciwe słowa prażyły kiej baty i do ziemi pżyginały. Mocowała się, byh nie poznali po niej, byh zdzierżyć spokojnie tę wieść straszną, ale zdradliwe łzy same jakoś pociekły rozpalonymi paciorkami.

— Jak się to cieszy z powrotu hłopa! — szepnęła urągliwie organiścina.

Teresce jeszczeh żęsistszy grad posypał się z oczu. Uciekła, biedota, aby kżykiem nie wybuhnąć, i długo się tuliła kajś w opłotkah.

— Co ja teraz pocznę, sierota? Co? — wyżekała z bezradną żałością.

Juści, hłop wruci, dowie się o wszystkim! Strah ją porwał jako ten zły, luty wiher. Jasiek był poczciwy, ale zawzięty jak wszystkie Płoszki — kżywdy nie pżepuści, jeszcze go zabije! Jezus, ratuj, Jezus! Ani pomyślała o sobie. Popłakując a szarpiąc się w sobie, znalazła się u Borynów. Hanki nie było; pojehała do miasta jeszcze wczas rano. Jagna też u matki robiła, że w hałupie była jeno Jagustynka z Józką; płutno zmoczone rozpościerały w sadzie.

Powiedziała o Grzeli, hcąc się wynieść czym prędzej, ale stara odwiedła ją na bok i dziwnie dobrotliwie szepnęła:

— Tereska, opamiętaj się, miejże rozum, ozoruw złyh nie utniesz... Jasiek wruci, to się i tak dowie. Pomiarkuj, parobek na miesiąc, a mąż na całe życie! Dobże ci radzę.

— Co wy powiedacie? Co? — bełkotała, niby nie rozumiejąc.

— Nie udawaj głupiej, wszyscy wiedzą o was. Mateusza odpraw, puki czas, to Jasiek nie uwieży. Stęsknił się do ciebie, łacno wmuwisz, co ino zehcesz. Mateusz się znarowił do twojej pieżyny, ale pżeciek nie pżyrusł. Wypędź go, puki czas. Nie buj się, Jasiek też nie ułamek... A kohanie pżejdzie jako ten dzień wczorajszy; nie wstżymasz, hoćbyś życiem płaciła. Kohanie to jeno suta omasta pży niedzieli; jedz co dnia, a ryhło ci zmieżnie i odbekiwać będziesz. „Kohanie płakanie, a ślub grub”, powiadają. Może i prawda, jeno że ten grub z hłopem i dzieciskami lepszy niźli wolność w pojedynkę. Nie bucz, a ratuj się, puki pora. Jak cię twuj bez to kohanie sponiewiera i z hałupy wygna, kaj to pujdziesz? We świat na zatracenie i pośmiewisko! Hale, pomieniał się stryjek za siekierkę kijek! Zlecisz z woza, to biegnij potem za rozworą z wywieszonym ozorem! Pod wiatr ryhło deh stracisz i sił się wyzbędziesz, i ryhło cię odjadą! Głupia, każden hłop ma portki, Mateusz mu czy Kuba, każden jednako pżysięga, jak sięga, każden jak miud, pukiś mu miła. Pomiarkuj sobie i do głowy weź, coć muwię. Wujnam ci pżeciek i dobra la ciebie pragnę.

Ale Tereska już nie mogła wytżymać. Uciekła w pole i buhnąwszy gdziesik w żyto, tam dopiero popuściła żalom i płakaniom.

Darmo prubowała rozważać słowa starej, gdyż co hwila hwytał ją taki żal za Mateuszem, że z rykiem tłukła się po bruździe jako ten poraniony zwież.

Dopiero jakieś niedalekie wżaski podniesły ją na nogi.

Jakby pżed wujtową hałupą rozlegała się sroga kłutnia.

Juści — to wujtowa z Kozłową pżezywały się od ostatnih.

Stojały napżeciw siebie, płotami a drogą podzielone, w koszulah jeno i wełniakah, a ledwie już zipiąc ze złości; pomstowały ze wszystkiej mocy, pięściami do siebie wygrażając.

Wujt konie zakładał do wasąga, zagadując niekiedy do hłopa z Modlicy, siedzącego w ganku, kturen jaże tupał z uciehy, pokżykując judząco na kobiety.

Kżyki roznosiły się daleko, że kiej na dziwowisko zbiegali się ludzie. Sporo już ih stojało na drodze, a spoza wszystkih płotuw sąsiedzkih i węgłuw wyściubiały się głowy.

Bo też kłuciły się, że nieh Bóg broni! Wujtowa, ciha zazwyczaj i zgodliwa kobieta, jakby się dzisiaj wściekła — srożyła się coraz bażej, zaś Kozłowa z rozmysłu nieco pżycihała i nie pżepuszczając niczego, żgała ją powoluśku naśmiehliwymi słowami.

— Jazgocz se, pani wujtowo, jazgocz. Pieski cię nie pżeszczekają! — wołała.

— A bo to pierwszy raz, a bo to drugi! Nie ma tygodnia, by mi co z hałupy nie zginęło! Kokoszki nieśne, kurczęta, kaczki, a nawet stara gęś, że już nie wypowiem tyh szkud na ogrodzie i w sadzie! A bodajś się struła moją kżywdą! Żeby cię pokręciło! Żebyś stergła pode płotem...

— Ozdzieraj się, wrono, kżycz, to ci ulży, pani wujtowo...

— A tom dzisiaj! — zwruciła się do Tereski, wyłażącej na drogę — a tom rano pięć kawałkuw płutna wyniesła na bielnik. Zahodzę po śniadaniu, aby je zmoczyć. Brakuje jednego! Szukam! Jakby pod ziemię się zapadł! Dyć kamieniami pżycisnęłam, a wiatru nie było! Płutno cieniuśkie, paczesne, że kupne nie byłoby lepsze... I zginęło!

— Kiej świni tłuszcz ci ślepie zalewa, toś nie dojżała!

— Boś mi płutno ukradła! — wżasnęła.

— Ja ci ukradłam! Powtuż to jeszcze, powtuż!

— A ty, złodzieju jeden! Pżed całym światem zaświarczę. Pżyznasz się, kiej cię w dybah do kreminału popędzą.

— Złodziejką me pżezywa! Słyszyta, ludzie! Do sądu podam, jak Bóg w niebie, wszyscy słyszeli. Ja ci ukradłam? Masz świadki, ty torbo?

Wujtowa, hyciwszy jakiś kołek, na drogę wypadła i docierając kiej pies rozwścieczony, jazgotała zajadle:

— Ja ci kijem pżytwierdzę! Ja ci zaświarczę! Jak ci...

— Podejdź, pani wujtowo! Tknij me jeno, świńska kumo! Tknij me, ty sobacza pokrako! — zawżeszczała, wybiegając napżeciw.

Odephnęła męża, kturen ją powstżymywał, i rozkraczywszy się, pod boki się ujęła, kżycząc urągliwie:

— Bij me, bij, a kryminał cię nie minie, pani wujtowo!

— Zawżyj pysk, bym cię pierwej do kozy nie zapakował! — kżyknął wujt.

— Psy se wściekłe zamykaj, boś od tego. Babę swoją weź lepiej na postronek, byh się ludzi nie czepiała! — gruhnęła, nie mogąc już wytżymać.

— Użędnik do cię muwi, pomiarkuj się, kobieto! — zawołał groźnie.

— Gdziesik mi twuj użąd! Rozumiesz?! Groził mi będzie, widzisz go! Sameś może płutno wzion la jakiej kohanicy na koszulę. Gromadzkih pieniędzy już ci nie starczyło, boś je pżehlał, pijanico. Nie buj się, wiedzą, co wyrabiasz. Posiedzisz se i ty, panie użędniku, posiedzisz!

Ale tego już było za wiele la obojga, że kiej wilki skoczyli na nią. Pierwsza wujtowa hlasnęła ją kijem pżez pysk i z dzikim kwikiem w kudły się wczepiła pazurami, zaś wujt jął prać pięściami, kaj popadło.

Bartek w ten mig skoczył na pomoc swojej.

Zwarli się kiej psy w nierozplątaną kupę, że ani rozeznał, czyje pięście młucą kieby cepami, czyje głowy się taczają i czyje są kżyki. Pżywarli się do płota i pżetoczyli się znowu na drogę kiej snopy wihurą zakręcone — aż w końcu, zmagając się coraz zajadlej, runęli na ziem, w piasek.

Kuż ih zakrył, iż jeno kżyki a pomstowania się rozlegały. Tułali się po drodze, bijąc a wżeszcząc wniebogłosy.

Czasem ktosik wyrywał się z kupy, czasem i wszystkie naraz podnosiły się na nogi, a hytając w garście, co popadło, znowu bili na siebie, za łby się wodząc, za ożydle, za szpondry.

Wżask się rozniusł na całą wieś. Wystrahane kury gdakały po sadah, psy jęły szczekać, baby podniesły lamenty, tłocząc się dokoła bezradnie, aż dopiero nadbiegłe hłopy rozerwali bijącyh.

Co tam było jeszcze pżekleństw, płaczuw a wygrażań, to i nie wypowiedzieć. Somsiady porozlatali się zaraz, aby ih na świadkuw nie podano; ale rozpowiadali wszędy, niby pod sekretem, jak wujtowie srodze zbili Kozłów.

A nie wyszło i paru pacieży, wujt z zapuhłym pyskiem wraz z kobietą, też niezgożej zasinioną i podrapaną, pierwsi pojehali skargę podawać. Zaś dopiero w jaką godzinę ruszyli Kozłowie.

Stary Płoszka — nawet wielce hętliwie, bo za darmo — zgodził się ih powieźć do miasta, byle się jeno po pżyjacielsku pżysłużyć wujtowi.

Jehali podawać skargę, więc jak się byli podnieśli z bitki ni ździebka się nie ogarniając, tak ruszyli.

Umyślnie też pżez wieś jehali stępa, by muc rozpowiadać swoje kżywdy, a rany okazywać każdemu, kto jeno hciał patżeć.

Kozioł miał łeb rozwalony do kości, jaże mu krew zalewała całą tważ, szyję i piersi, widne spod porozrywanej koszuli. Niewiela go już bolało, ale co troha za boki się hwytał i pżeraźliwie wżeszczał:

— Laboga, nie zdzierżę! Wszystkie ziobra mi pżetrącił! Ratujta, ludzie, ratujta, bo pomrę!

A Magda wturowała lamentliwie:

— Kłonicą go prał! Cihoj, hudziaku! Sponiewierał cię kiej psa, ale jest jeszcze sprawiedliwość i kara na zbujuw, jest! Cihoj, mizeraku! Dobże ci on zapłaci! Na śmierć hciał go zabić, widzieli ludzie. Ledwie go obronili, to zaświarczą w sądzie poczciwie! — darła się, raz po raz wybuhając strasznym rykiem, a tak była sponiewierana, że ledwie ją poznawali.

Z gołym łbem jehała, włosy miała powyrywane wraz ze skurą, naderwane uszy, oczy zakrwawione i całą tważ podartą pazurami, jakby ją kto pobronował — że hoć wiedzieli, co to za ziułko, a niejeden szczeże się litował.

— Żeby tak pobić ludzi, no!

— Wstyd i obraza boska, toć ledwie żywi jadą.

— Niezgożej poszlahtowani, co? I żeźnik lepiej nie poredzi... Ale panu wujtowi pżeciek wszystko wolno... Nie użędnik to, nie figura? — dożucał urągliwie Płoszka, zwracając się do narodu.

Stropili się tym wielce, bo hoć Kozły dawno już pżejehali, wieś jeszcze długo nie mogła się uspokoić.

Tereska, ktura ze strahu showała się w czas bitki, wylazła skądciś dopiero, kiej już obie strony pojehały do sąduw.

Zajżała zaraz do Kozłów, że to Bartek pociotkiem jej wypadał z matczynej strony. W hałupie nie było nikogo, jeno na dwoże pod ścianą siedziało tyh troje dzieci, pżywiezionyh z Warszawy.

Tuliły się do siebie, łapczywie ogryzając ziemniaki niedogotowane, a broniąc się piskiem i łyżkami od prosiąt. A tak były zabiedzone, wyhudłe i obrosłe brudem, jaże litość ją wzięła. Pżeniesła je do sieni, a pozawierawszy dżwi, już w dyrdy poleciała z nowinami.

U Gołębiów jeno Nastka była.

Mateusz jeszcze pżed śniadaniem poszedł był do Stacha, Bylicowego zięcia. Właśnie wraz z nim penetrował rozwaloną hałupę, czyby się nie dała podnieść. Bylica hodził za nimi, jąkając niekiedy swoje.

Pan Jacek zaś siedział jak zawdy na progu, papierosa kużył i pogwizdywał na gołębie kołujące nad tżeśniami.

Słońce się już podnosiło ku południowi, ciepło było galante.

Nagżane powietże mieniło się nad polami kiej woda, zboża i sady stały jakby w słońce zapatżone, że jeno niekiedy z tżeśni Bylicowych spadał okwiat, hwiejąc się na trawah niby biały motyl.

Dohodziło południe, kiej Mateusz skończył oglądanie, a dziubiąc toporem jeszcze tu i owdzie po bokah, żekł stanowczo:

— Zetlałe do cna, samo pruhno. Nic z tego nie postawi, to darmo...

— Dokupiłbym niecoś nowego, może by... — szepnął błagalnie Stacho.

— Dokupcie na całą hałupę, z tego gnoju nie wybieże ni jednego bala.

— Bujcie się Boga!

— Dyć pżyciesie jeszcze by wytżymały, węgary jeno dać nowe... Ściany też by podporami wespżeć... Klamrami ściągnąć... Dyć... — jąkał stary Bylica.

— Kiejście taki majster, to sobie stawiajcie. Ja z pruhna nie poredzę — żucił gniewnie, naciągając spencerek.

Nadeszła na to Weronka z dzieckiem na ręku i jęła wyżekać:

— A cuż my teraz poczniemy, co?

— Ze dwa tysiące tżeba by na nową! — westhnął frasobliwie Stacho.

— Hale, heba o jednej izbie ze sionką.

— Pżecieh coś by dżewa dostał z naszego lasu... Juści, żeby tylko hyla tyla... A resztę dokupię... Juści... Hwaciłoby... W użędzie prosić...

— Dadzą to teraz, kiej bur w procesie! Pżecież nawet zbieraniny wzbronili. Poczekajcie z hałupą do końca sprawy! — radził Mateusz.

— Czekaj tatka latka, a kajże się to na zimę podziejem? Kaj? — wybuhnęła Weronka i zapłakała żałośliwie.

Pomilkli. Mateusz zbierał swoje pożądki ciesielskie, Stacho drapał się w głowę, a Bylica nos wycierał za węgłem, że w tej smutnej cihości jeno Weronczyn płacz hlipał.

Naraz pan Jacek się podniusł i głośno żekł:

— Nie płaczcie, Weronka, dżewo się na hałupę znajdzie.

Osłupieli, stając z rozdziawionymi gębami, aż dopiero Mateusz pierwszy się pomiarkował i śmiehem gruhnął:

— Mądry obiecuje, a głupi się raduje! To głowy nie ma kaj pżytulić, a hałupy będzie drugim rozdawał! — powiedział ostro, spode łba patżąc na niego, ale pan Jacek już się nie ozwał; siadł znowuj na progu, zakużył papierosa i jak pżudzi, skubiąc brudkę, po niebie wodził oczyma.

— Poczekajta ino, a niezadługo i cały folwarczek wama pżyobieca.

Zaśmiał się Mateusz i żuciwszy ramionami, poszedł.

Na lewo się wziął zaraz z miejsca, ścieżką wiodącą pod stodołami.

Mało ludzi robiło dzisiaj na ogrodah, bo jeno kajś niekaj czerwieniała kobieta albo jakiś hłop naprawiał dah, to cosik majdrował we wrutniah stoduł, powywieranyh na pola.

Nieśpieszno było Mateuszowi, gdyż rad pżystawał, poredzając z hłopami o wujtowej bitce. Do dzieuh zęby szczeżył i wesoło zagadywał, a gdzie znuw babom tak trefnie pżysolił, jaże śmieh zarehotał na ogrodah, że niejedna, wzdyhając, szła za nim oczyma.

Jakże, urodny był i wyrosły kiej dąb, a jakby krul wszystkih we wsi parobkuw, bo i mocaż po Antku Borynie pierwszy, i tanecznik ruwny Stachowi Płoszce, a i mądrala. Że zaś pży tym sprawny był do każdej roboty — bo i wuz zrobił, i komin postawił, i hałupę wyryhtował, i na fleciku pięknie wygrywał — to hociaż prawie nie miał grontu i grosz się go nie utżymał, iż szczodry był la drugih, a niejedna matka rada by z nim pżepiła hoćby całego cielaka, byh go jeno na zięcia pżysposobić; zaś niejedna dziewczyna już go pżypuszczała do podufałości, rahując, co potem prędzej zaniesie na zapowiedzie.

Ale na nic szły wszystkie zabiegi. Z matkami pił, z curkami jamorował, a od ożenku wykręcał się kiej piskoż.

— Niełacno wybrać, bo każda dobra, a jeszcze lepsze podrastają. Poczekam... — powiadał swahom, rającym mu rużne dziewuhy.

A zimą zmuwił się był z Tereską i żył z nią prawie na oczah wszystkiej wsi, nie bacząc na gadania ni pogrozy.

— Wruci Jasiek, to mu ją oddam. Jeszczek gożałki postawi, żem mu kobiety pilnował — pżeśmiewał się z pżyjacioły jakoś wkrutce po powrocie, że to już pżykżyła mu się i z wolna od niej odstawał.

I teraz, na obiad idąc, dłuższą drogę wybrał, byh se po drodze pożartować z dzieuhami a uszczypnąć, kturą się da.

I całkiem niespodzianie natknął się na Jagnę. Pełła cosik na matczynym ogrodzie.

— Jagusia! — wykżyknął radośnie.

Jagusia podniesła się i stżeliła nad zagonem kiej ta malwa wysmukła.

— Żeś to me dojżał? Cie, jaki prędki, już tydzień we wsi, a dopiero...

— Dyć jeszcześ śliczniejsza! — szepnął z podziwem.

Ugięta była do kolan. Spod czerwonej husty, pod brodą zawiązanej, modżały ogromne, słodkie oczy, białe zęby grały w wiśniowyh wargah i cała gębusia, zarumieniona kiej jabłuszko, a śliczna, jaże się prosiła o całowanie. Ujęła się hardo pod bok i biła w niego skżącymi ślepiami z taką mocą, że dreszcze go pżeszły. Obejżał się dokoła i bliżej podszedł.

— Od tygodnia cię szukam i wypatruję po prużnicy.

— Cygań se psu, to ci może uwieży. Co wieczur zęby suszy po opłotkah, co wieczur innej basuje, a teraz będzie mi co inszego wmawiał!

— Tak mię to, Jaguś, witasz? Co? Tak?

— Jakże to mam inaczej? Może cię za kolana podjąć i dziękować, żeś se o mnie pżypomniał?

— Baczę, jakeś to me łoni pżyjmowała.

— Co było łoni, to nie teraz — odwruciła się, tważ kryjąc, a on się pżysunął nagle, obejmując ją hciwymi rękoma.

Wyrwała mu się z gniewem.

— Poniehaj, bo mi Tereska ślepie wydrapie za ciebie!

— Jagusia! — ledwie jęknął.

— Do swojej żołnierki wruć se z jamorami... Wysługuj się, puki tamten nie wruci. Odpasła cię w kreminale, naszkodowała się na ciebie, to jej teraz odrabiaj! — hlastała kiej batem, a tak wzgardliwie, że Mateusz zapomniał języka w gębie.

Wstyd go pżejął, poczerwieniał kiej burak, pżygiął się i uciekł po prostu.

A Jagnę, hoć powiedziała, co czuła i z czym się już cały tydzień nosiła, żal teraz ogarnął. Nie myślała, iż się ozgniewa i pujdzie sobie.

„Głupi, pżecieh ja ino tak sobie powiedziałam, pżez złości!”, myślała, markotnie patżąc za nim. „I żeby się zaraz ozgniewać!”.

— Mateusz!

Ale nie usłyszał, śmigając pżez sad jakby poszczuty.

— Zła osa, ścierwo! — mruczał, lecąc już prosto do domu.

Gniew nim miotał na pżemian z podziwem. Jakże, zawdy była taka trusia, gęby ozewżeć nie poredziła. Toć go sponiewierała kiej psa! Wstyd nim zatżąsł, że obejżał się, czy aby kto nie słyszał jej pyskowania.

Tereskę mu wypomina! Głupia! Co mu ta żołnierka? Zabawa i tyla! A jak to ślepiami sypnęła! Jak to hardo pod bok się ujęła! Jak to buhnęło od niej lubością! Jezu, i w pysk wziąć od takiej nie wstyd, bele się jeno dostać do miodu... Cięgotki go wzięły, zwolnił kroku pżed hałupą.

„Ozgniewała się, żem o niej pżepomniał... Bogać, com winowaty... I o Tereskę...”. Skżywił się jak po occie. Dosyć już miał tej płaksy, zbżydły mu te ciągłe kwiki. Nie ślubował pżeciek, byh się jej musiał tżymać jak ten ogon krowy! Ma pżeciek hłopa! I ksiądz gotuw go jeszcze wypomnieć z ambony! Z taką to i człowiek flaczeje. „Psiakrutka z tymi babami!”, srożył się w sobie.

Obiad się dopiero dogotowywał, skżyczał więc Nastkę za mitrężenie i zajżał do Tereski. Właśnie krowę doiła w sadzie. Podniosła na niego oczy dziwnie smutne, ledwie co obeshłe z płaczu.

— Czegoś to buczała?

Tłumaczyła się ciho, miłującymi oczyma ogarniając tważ jego.

— Wymion byś lepiej pilnowała, stżykasz ano mlekiem na wełniak.

Kwardy był dzisiaj i pżez dobroci, że łamała sobie głowę, co mu się stało, sprawując się już kiej trusia, gdyż za każdym odezwaniem złością pryskał i ślepiami toczył.

Niby to czegoś po sadzie szukał i kole domu, a głuwnie pżyglądał się jej kryjomo, dziwując się coraz bażej: „A gdzież to miałem oczy? Takie to herlawe i wymiękłe... Ni to z pieża, ni z mięsa! Gnat rozkwaszony. Cyganicha prosto. Ni postury, ni...”.

Prawda, jedne oczy to miała piękne, ruwne może Jagusinym — ogromne, jasne kiej niebo i czarnymi brwiami opięte. A ilekroć spotkał się z nimi, odwracał głowę i klął z ciha:

— Wytżeszcza ślepie niby cielak, kiej ogon podniesie!

Niecierpliwiło go to patżenie i w sroższy gniew wprowadzało. „Na złość na cię nie spojżę, ślepiaj se psu w ogon! Nie pżeciągniesz me”.

Razem jedli obiad, ale ni razu do niej się nie ozwał, ni nawet spojżał w jej stronę. Nastce jeno pżygadywał co troha:

— Pies by się nie hycił za taką kaszę: jak uwędzona!

— Bogać ta, ździebko jeno pżypalona i kiej cie w zęby kłuje...

— Nie pżeciwiaj się! Muhami ją zmaściłaś, więcej ih niźli skwarkuw.

— Już mu muhy szkodzą! Jaki pżebierny! Nie strujesz się!

Zaś pży kapuście wyżekał na stare sadło.

— Mazią od woza omaścić, też gorsze by nie było.

— Poliż osi, to obaczysz. Ja ta nie probantka! — odpowiadała twardo.

Czepiał się bele czego i piekłował. Że Tereska cały czas się nie odzywała, to zaraz po obiedzie wziął się i do niej, dojżał bowiem jej krowę cohającą się o węgieł.

— Obrosła gnojem kiej skorupą. Nie możecie to jej wycierać, co?

— Mokro w oboże, to się wala.

— Mokro! Są w lesie kołki, są. Czekacie jeno, by wam kto nagrabił i do hałupy pżyniusł. Dyć odpaży sobie kłęby w tym gnoju, zgnije! Tyla bab w hałupie, a pożądku ani za grosz! — wżeszczał, ale Tereska ustępowała mu pokornie, nie śmiejąc się już bronić, a jeno prosząc ślepiami o pomiłowanie.

Ciha pżecież była jak zawsze, uległa i pracowita jak mruwka; nawet rada, że wziął nad nią gurę i kwardo panuje. A właśnie on i bez to srożył się coraz bażej. Gniewały go jej kohające, lękliwe oczy, gniewał hud cihy, gniewała tważ pokorna, gniewało i to, że cięgiem plątała się kole niego. Miał już ohotę kżyknąć, by mu z oczu ustąpiła.

— Żeby to moruwka wziena, psiakrew! — buhnął wreszcie i zabrawszy pożądki ciesielskie, nawet nie wythnąwszy pżypołudnia, poszedł do Kłębów, kaj miał jakąś robotę pży hałupie.

Siedzieli tam jeszcze pży mihah, na dwoże.

Zakużył papierosa, siedząc pod ścianą.

Kłęby pogadywali o powrocie z wojska Grzeli Borynowego.

— Wraca to już? — zapytał spokojnie.

— Nie wiecie to? Dyć razem z Jaśkiem Tereski i Jarczakiem z Woli.

— Na żniwa się obiecują. Tereska latała dzisia z listem do organisty, byh pżeczytał. Powiadał mi o tym.

— To ci nowina! Jasiek powraca! — zawołał bezwolnie.

Zmilkli wszyscy, jeno ślipia obleciały po sobie, a kobiety się sczerwieniły, powstżymując śmieh. Nie pomiarkował i jakby rad wieści, powiedział spokojnie:

— Dobże, co powraca. Może pżestaną obgadywać Tereskę.

Jaże łyżki zawisły nad mihą, tak się zdumieli. A on, tocząc zuhwałymi ślepiami, dodał:

— Wiecie, jak jej nie szczędzą. Nic mi do niej, hociaż mi powinowata z ojcowej strony, ale żeby tak na mnie padło, dobże bym pleciuhom gęby pozatykał. Zapamiętaliby! A już kobiety la drugih najgorsze: niehby najbielsza, nie pżepuszczą i błotem obwalą.

— Pewnie co tak, pewnie! — pżywtużyli, wbijając oczy w mihę.

— Byliście już u Boryny? — zagadnął niespokojnie.

— Dyć zbieram się i zbieram, a co dnia cosik pżeszkodzi.

— Za wszystkih cierpi, a nikto o nim nie pamięta.

— Zaglądałeś to do niego? Co?

— Hale, pujdę sam, to powiedzą, co do Jagny ciągnę.

— Cie! Uważny kiej dziewka po pżypadku — mruknęła stara Agata, siedząca pod płotem z miseczką na kolanah.

— A bo mi już obmieżły szczekania.

— I wilk się statkuje, kiej mu kły spruhnieją — śmiał się Kłąb.

— Albo kiej się za barłogiem rozgląda — podpowiedział Mateusz.

— Ho, ho, to ino patżeć, jak do kturej z wudką poślesz — żartował Kłębiak.

— Właśnie, cięgiem już deliberuję, do kturej by pżepić.

— Prędko wybieraj, a w druhny me proś, Mateusz — pisknęła Kasia, najstarsza.

— Cuż, kiej niełacno. Wszyćkie zaruwno wybrane i jedna w drugą najlepsze. Magdusia najbogatsza, ale już pżez zębuw i ze ślepiuw jej cieknie. Ulisia niby kwiat, jeno co ma jedno biedro grubsze i beczkę kapusty we wianie. Franka z pżyhuwkiem, Marysia zbyt szczodra dla parobkuw, Jewka, hoć ma całe sto złotyh samą koprowiną, wałkoń, pod pieżyną cięgiem wyleguje. A wszystkie by tłusto jadły, słodko popijały i nic nie robiły. Czyste złoto takie dzieuhy! A zaś jeszcze drugie mają la mnie za krutkie pieżyny.

Gruhnęli śmiehem, jaże się gołębie porwały z dahuw.

— Prawdę muwię. Pżymieżałem u niejednej, ledwie mi do puł łyst sięgają.Jakże bym to zimą wyspał? Heba w butah, co?

Zgromiła go Kłębowa, iż zbereżeństwa gada pży dzieuhah.

— La śmiehu jeno muwię. Pżeciek powiedają, co poczciwe żarty nie szkodzą i pod pieżyną.

Ale dziewczyny rozczapieżyły się kiej te jendyczki.

— Hale, jaki pżebierny! Będzie się tu pżekpiwał ze wszystkih! Kiej ci w Lipcach mało, na drugih wsiah se szukaj! — jazgotały.

— Jest ih w Lipcach, jest. Pżeciek łacniej o dostałą pannę niźli o całą złotuwkę. Po dydku i już z ojcowym litkupem je pżedają. Byh jeno kupce się nalazły! Tyle tego, jaże się wieś tżęsie od skżekuw pannowyh. Wszyćkie gotowe pod kozik, że co sobota w każdej hałupie już od świtania pucują się do czysta, kosy we wstęgi pletą i kokoszki po sadah gonią, byh je ponieść Żydowi na gożałkę. A od samego połednia jeno zza węgłuw patżą, czy z kturej strony swaty nie ciągną. Widziałem, kture i z dahuw zapaskami powiewały, wżeszcząc: „Do mnie, Maciuś, do mnie!”. Zaś matki wtużyły: „Do Kasi pżudzi, Maciusiu, do Kasi! Syrek i mendel jajkuw pżyłożę do wiana! Do Kasi!”.

Rozpowiadał uciesznie, jaże hłopaki kładły się ze śmiehu; jeno Kłębianki podniesły wżask na niego, że stary kżyknął:

— Cihojta! Skżeczą kiej te sroki na deszcz.

Nie zaraz się uspokoili, więc by pżerwać te pżekpinki, zapytał:

— Byłeś to, Mateusz, pży wujtowej wojnie?

— Nie. Muwili, co Kozłom sielnie się dostało.

— Że już lepiej nie można. Strah, jak wyglądali! Wujt se pozwolił, no!

— Gromadzki hleb tak go roznosi, to i bryka.

— Głuwnie, co się nikogo nie boja. Ktuż to mu stanie na spżeciw? Drugi za taką sztukę dobże by zapłacił, ale jemu włos z głowy nie spadnie. Z użędnikami się zna, to w powiecie mocen wszystko, co ino zehce...

— Bośta barany, że dacie takiemu pżewodzić nad sobą! Poniewiera i wynosi się nad wszystkie, a oni go dziw po nogah nie całują!

— Sami go wybralim nad sobą, to i uważać musim.

— Kto go wsadził, ten i zesadzić może.

— Dyć nie kżycz, Mateusz, jeszcze się rozniesie.

— A doniesą mu, to będzie wiedział. Nieh me ino zaczepi!

— Maciej hory, to kto mu inszy poredzi? Każden się waguje iść na pierwszego, bo każden ledwie swoim biedom wydoli — szepnął stary, podnosząc się z ławy.

Podnieśli się wraz i drudzy.

Kto po jadle legł odpoczywać, kto na drogę wyhodził kości pżeciągnąć i pasa odpuścić, a kto, jak dzieuhy, do stawu poszły myć garnki a hłodzić się i rajcować. Mateusz zabrał się zaraz do obciesywania podpur do hałupy, zaś Kłąb fajkę zapalił i na progu pżysiadł.

— Kto jeno o drugih stoi, tego bieda wydoi! — mruknął, pykając smacznie.

Słońce wisiało nad samą hałupą, pżypołudnie zrobiło się nagżane, ciepłem wiało od pul. Sady stojały w cihości, między dżewinami mieniło się od słońca, okwiat cihuśko słał się na trawy, pszczoły bżęczały po jabłoniah, staw polśniewał wskroś gałęzi, nawet ptactwo pomilkło. Pżedpołudniowa, słodka senność siała się po świecie.

Że Kłąb, aby nie zadżemać, powlukł się do dołu z ziemniakami.

Zaś potem cosik ostro pykał pżygasłą fajkę i spluwał, odżucając głową włosy, opadające mu na tważ.

— Obejżałeś, co? — zapytała żona, wyhylając się ze sieni.

— Juści... Żeby tak raz w dzień ważyć, starczyłoby ziemniakuw do nowyh!

— Hale, raz na dzień! Młode i zdrowe, to i żreć potżebują.

— Nie dociągniem. Tyla narodu. Dziesięć gąb, a bżuhy mają kiej ćwiercie. Tża będzie cosik zaradzić.

— O jałuwce myślisz, co? To ci zapowiadam, że pżedać jej nie pozwolę. Rub se, co hcesz, a bydlątka nie dam. Zapamiętaj sobie.

Zatżepał rękoma, kiejby od osy upżykżonej, i gdy odeszła, jął znowu fajkę zapalać.

— Psiahmać baba... Potża, to i jałuwka nie ołtaż!

Słońce prażyło prosto w oczy, cienie były jeszcze maluśkie, to się jeno odwrucił plecami i pykał coraz wolniej i żadziej. Popuścił pasa, bo mu coś ziemniaki ciążyły. Słońce pżypiekało, gołębie gruhały we stżesze i cihuśki szmer liści tak rozbierał, że jął się kiwać i żydy wozić po ścianie.

— Tomaszu! Tomaszu!

Ozwarł oczy. Agata siedziała pobok, trwożnie poglądając.

— Ciężki macie pżednuwek — muwiła ciho. — Byście hcieli, to mam parę groszy, wygodziłabym waju. Na pohuwek je ścibałam, ale kiejście w takiej potżebie, pożyczę. Jałuwki szkoda. Pży mnie się łoni ulęgła... Z mlecznego gatunku. Może mi Pan Jezus pozwoli dożyć, to mi z nowego oddacie. Wziąć od swojego w potżebie nie wstyd i gospodażowi. Weźcie! — Wsunęła mu w rękę samymi złotuwkami cosik ze tży ruble.

— Showajcie sobie! Jakoś se poredzę.

— Weźcie, dyć jeszcze z puł rubla dołożę, weźcie — prosiła cihuśko.

— Bóg zapłać wama. Cie, jakaście to poczciwa!

— To już całe tżydzieści złotyh bieżcie, do ruwna. — Supłała z węzełka dodając po dziesiątce. — Bieżcie — skamlała, powstżymując łzy; dusza się jej darła, jakby każdy grosik pruła sobie z wnętżności.

Pieniądze dziwnie kusząco lśniły w słońcu. Pżymrużał oczy z lubości, gżebiąc między nimi: nowe były i czyste. Wzdyhał ciężko, zmagając się ze straszną hęcią, jaże odwrucił się i szepnął:

— Showajcie dobże, a to podpatżą i jeszcze wama ukradną.

Napraszała go jeszcze cihuśko, ale jeno tak la zwyczaju, bo kiej się nie ozwał, jęła skwapnie zawijać i hować te swoje skarby.

— Czemuż to nie siedzicie u nas? — zagadnął po jakimś czasie.

— Jakże, robocie żadnej nie poredzę, nawet za gąskami nie wydążę. Darmo to żreć będę, co? Słabam, już z dnia na dzień końca czekam. Pewnie, co u krewniakuw milej by pomżeć, milej... Hoćby nawet w tej komoże po jałuwce... Juści, jeno gdzieżby wam taki kłopot i turbacje! Całe czterdzieści złotyh mam na pohowek... Byh to i ze mszą było... Po gospodarsku... Co? Pieżynę bym dołożyła... Nie bujcie się, cihuśko wama usnę, ni się spodziejecie... Pokrutce... — jąkała nieśmiało, z bijącym sercem oczekiwania, że ją pżyjmie i powie: „Ostańcie!”.

Ale się nie odezwał, jakby nie rozumiejąc tyh skamłań. Pżeciągał się jeno, poziewał i jął się hyłkiem pżebierać kole hałupy ku stodułce, na siano...

— Gospodaż taki... Juści... Jakżeby... Dziaduwkam ino... — łkała w sobie cihuśkim, żalnym skżybotem, podnosząc wypłakane oczy ku niemu.

Powlekła się wolniuśko, kaszląc często i pżysiadając co troha nad stawem. Poszła znowu, jak co dnia, wypatrywać po wsi, kajby mogła pomżeć po gospodarsku, pżez oszukaństwa.

I wlekła się szukać ludzi sprawiedliwyh. Snuła się po wsi jako ta nikła pajęczyna, co leci, nie wiedząc, kaj się uczepi.

A narud się pżeśmiewał i la uciehy radził biedocie, że u krewniakuw ostać powinna, zaś Kłębom, niby to z pżyjacielstwa, też muwili:

— Powinowata pżecieh, grosz swuj ma na pohowek i długo wama w hałupie nie zagości... Kajże się to podzieje?

Wszystko to pżyszło do głowy Kłębowej, gdy mąż opowiedział jej o dzisiejszym z Agatą. Spać się już położyli, a kiej dzieci jęły hrapać, zaczęła go ciho namawiać:

— Miejsce się znajdzie... W sionce może poleżeć... Gęsi się wygna pod szopę... Bele czym się pżeżywi... Długo nie pociągnie... Na pohowek ma... Ludzie by nie gadali... A pieżyny nie potża by oddawać... Juści, na drodze tego nie znajdzie — tłumaczyła gorąco.

Ale Kłąb jeno zahrapał w odpowiedzi. I dopiero nazajutż rano żekł:

— Żeby Jagata była całkiem bez grosza, pżyjąłbym, trudno, dopust Boży. Ale tak, powiedzą, co la tyh paru złotyh dobrość świarczymy. Pżeciek już pyskują, co la nas poszła na żebry... Nie można.

Kłębowa, że słuhała się we wszystkim męża, to ino westhnęła żałośnie za pieżyną i poszła pżynaglać dziewczyny do pośpiehu.

Kapustę mieli ano dzisiaj sadzić.

Dzień zrobił się był jak i wczorajszy — śliczny, słoneczny i prawdziwie majowy. Wiater jeno pżyszedł baraszkujący i swywolił po polah, że zboża hlustały po zagonah kiej wody rozkołysane. Sady się hwiały z poszumem, gęsto tżęsąc okwiatem, a pełne, ciężkie kiście bzuw i czeremhy rozwiewały zapahem. Powietże szło żeźwe, pżejęte ziemią i kwiatami. Spod leśnyh pastwisk śpiewy się niesły z wiatrem. W kuźni dzwoniły młoty. Od samego rana pełno już było na drogah gwaruw i ludzi. Kobiety ciągnęły na kapuśniska, dźwigając w pżetakah i koszah rozsadę, a rozpowiadając w głos o wczorajszym jarmarku i wujtowej sprawie.

Że pokrutce, jeszcze nim rosa obeshła, na czarnyh kapuśniskah, pociętyh jeno bruzdami pełnymi wody polśniewającej w słońcu, zaroiło się od czerwieni.

Kłębowa z curkami też tam pociągnęła, zaś Kłąb z Mateuszem i hłopakami wzięli się do podpierania hałupy.

Ale skoro słońce zaczęło pżypiekać, stary zdał robotę na synuw i wywoławszy Balcerka, poszli odwiedzać Borynę.

— Piękny czas, kumie — żekł Kłąb, pżyjmując tabakę.

— Galanty. Byle jeno za długo nie pżypiekało.

— Stronami pżehodzą deszcze, toż i nas nie ominą.

— Robactwo jaże się roi na dżewah, na suszę się ma.

— A jażyny spuźnione, mogłoby pżypalić. Może Pan Jezus nie dopuści... Cuż ta na jarmarku? Dowiedzieliście się co o koniu?

— I... Dałem starszemu tży ruble, pżyobiecał.

— Że to pżezpieczności nie ma żadnej! Człowiek pod strahem cięgiem żyje jak ten zając, a nikto nie poradzi.

— A wujt kiej malowany — szepnął ostrożnie Balcerek.

— Tża będzie pomyśleć o nowym — żucił Kłąb.

Balcerek spojżał na niego, ale stary dodał gorąco:

— Już wstyd pżez niego na wieś idzie. Słyszeliście o wczorajszym?

— I... Bitka każdemu pżytrafić się może, zwyczajnie... Drugie miarkuję: byśmy za te jego żądy nie dopłacili.

— Sam się nie rozpożądza. Dyć i kasjer pilnuje, i pisaż, i użąd...

— Psy mięsa pilnują! Warują, a w końcu ty, hłopie, dopłać, bo nie dopilnowali.

— Bogać ta inaczej! Wiecie ta co nowego?

Balcerek jeno splunął i ręką mahnął; nie hciał gadać, hłop był mrukliwy i pżez babę zahukany, to i bażej stżegący języka.

Doszli też do Borynów.

Józka skrobała ziemniaki na ganku.

— Idźcie, ojciec ta sami leżą. Hanusia na kapuśnisku, a Jagna robi u matki.

W izbie pusto było, pżez otwarte okno zaglądały kiście bzuw i słońce siało się pżez zieleń.

Stary siedział na łużku. Wyhudły był, siwa broda jeżyła mu się na żułtej tważy kiej szczeć, głowę miał jeszcze obwiązaną, ruhał cosik sinymi wargami.

Pohwalili Boga. Nie odżekł ni się poruszył.

— Nie poznajecie to nas? — ozwał się Kłąb, za rękę go biorąc.

Jakby nic nie wiedział, nasłuhiwał niby tego świegotania jaskułek lepiącyh gniazda pod stżehą lebo tego szmeru gałęzi szorującyh po ścianah i w okno niekiedy zaglądającyh.

— Macieju! — żekł znuw Kłąb, wstżąsając nim zdziebko.

Hory drgnął, oczy mu się zatżęsły, obejżał się na nih.

— Słyszycie? Dyć Kłąb jestem, a to Balcerek, wasz kum. Poznajecie, co?

Czekali, patżąc mu w oczy.

— Sam tu, hłopy! Do mnie! Bij psubratuw! Bij! — kżyknął z nagła ogromnym głosem; podniusł ręce jakby w obronie i zwalił się na wznak.

Józka wpadła na kżyk i jęła mu głowę obwalać mokrymi szmatami, ale on już leżał cihy, a w szeroko otwartyh oczah lśnił jakiś strah śmiertelny.

Wyszli pokrutce, sfrasowani i pełni zgrozy.

— Trup ci tam leży, a nie żywy człowiek! — żekł Kłąb, odwracając oczy na hałupę.

Józka znowu skrobała ziemniaki na ganku, dzieci bawiły się pod ścianą, a w sadzie spacerował Witkowy bociek, zaś wiater pżysłaniał gałęziami okno wywarte.

Szli czas jakiś w milczeniu zgrozy, jakby z grobu wyszli.

— Każdemu pżyjdzie na to, każdemu — szepnął łzawo Kłąb.

— A każdemu... Wola Boża, cuż, nie poredzi... Hale, mugł jeszcze pożyć jaką porę, żeby nie ten las...

— Pewnie. Zginął, a drugie się z tego pożywią — westhnął.

-– Raz kozie śmierć... Mało się to naharował?

— I nama też może niezadługo pżyjdzie za nim iść.

Patżeli kwardo we świat, w pola rozkołysane, na bory widne jak na dłoni, na role zieleniące, na ten dzień jasny, ciepły i zwiesnowy, i dusze im kamieniały w rezygnacji a poddaniu się woli bożej.

— Nie zmienić tego człowiekowi, coć mu pżeznaczone, nie...

I z tym się rozeszli.

Zaś drudzy tegoż jeszcze dnia i następnyh poczęli nawiedzać horego, jeno co tak samo nikogo nie poznawał, że w końcu zapżestali.

— Jemu tylko pacieże o prędkie skonanie potżebne — powiedział ksiądz.

A że każden miał dosyć swoih turbacji a bied, to i nie dziwota, co wryhle zapomnieli o nim. Zaś jeśli zdażyło się komu spomnieć, to jakby o nieboszczyku.

Co prawda, to i leżał se hudziaszek w takim opuszczeniu, kieby już do grobu złożony i trawą porosły.

Komuż ta był w pamięci?

Bywało nieraz, iż całe dni leżał bez kropli wody. Może by i pomarł prosto z głodu, gdyby nie Witkowe dobre serce, kturen porywał, co się jeno dało, i niusł gospodażowi, a nawet krowy często poddajał kryjomo i mlekiem go poił. Hory bowiem pżejmował go dziwnie frasobliwą troską, aż raz ośmielił się zapytać parobka.

— Pietrek, prawda to, że kto pżez spowiedzi zamże, do piekła idzie?

— Prawda. Pżeciek ksiądz zawdy tak muwią w kościele.

— To i gospodaż by do piekieł poszli? — pżeżegnał się trwożnie.

— Taki człowiek jak i drugie.

— Hale! Gospodaż taki człowiek jak i drugie! Hale!

— Głupiś kiej głąb kapuściany! — zapeżył się Pietrek, długo mu tłumacząc, ale Witek nie uwieżył; swoje on wiedział i zgoła drugie.

Tak ano pżehodziły dnie w Borynowej hałupie...

Zaś na wsi kotłowało się kiej w garnku.

Wujtowa bitka to sprawiła. Obie bowiem strony szukały świadkuw, pżeciągając narud na swoją stronę.

Hociaż to jeno z Kozłami była sprawa, ale wujt nie zaspał i tęgo zabiegał. Gurę też wziął zaraz z miejsca, bo więcej niźli połowa wsi za nim się opowiedziała. Znali go jak zły szeląg, ale wujtem był pżecieh, mugł w niejednym poredzić, ale i mugł dobże sadła zalać za skurę, to i namową, pżypohlebstwem a gożałką pżysposobił sobie świadkuw, jakih mu było potża.

Kozioł leżał ciężko hory i księdza z Panem Jezusem sprowadzali do niego. Powiedali ta rużnie o tej horobie, bąkając w sekrecie, co jeno udaje, by wujt jeszcze lepiej beknął na sądah. Ale Bóg wie, jak to tam było. Wiedziano jeno dobże, że sama Kozłowa całe dnie latała po ludziah, pomstując a wyżekając. Opowiadała, co już pżedała maciorę z prosiętami na lekowanie męża i prawie co dnia wylatywała umyślnie pżed wujtuw, kżycząc wniebogłosy, jako już Bartek umiera, Boga i ludzi sprawiedliwyh wzywając na świarczenie i poratunek.

Biedota jeno i co tkliwsze kobiety stanęli po ih stronie, a nawet jeden z pomniejszyh gospodaży, Kobus, że to człowiek był niespokojny i swarliwy. Ale reszta ni słuhać nie hciała, w żywe oczy się wypierając, jakoby co niebądź widzieli. Zaś niejeden radził jeszczek, by z wujtem nie zadzierali, bo niczego nie wskurają.

Nowe z tego wyhodziły historie, że to Kobus miał ozur niepowściągliwy, łacno się z pięściami ponosił, a baby też w słowah nie pżebierały.

Więc jeno wżaski z tego szły i gniewy, bo cuż? Mogli to poredzić gospodażom i wujtowi?

Nawet już Żyd się z nih pżeśmiewał i na burg dawać nie hciał.

A nie pżeszedł i tydzień, dość już wszystkie miały tej sprawy i tyh jazgotuw lamentliwyh, że już słuhać pżestali.

Aż tu nowa pomoc im pżyszła i we wsi znowu się zakotłowało.

Oto Płoszka zmuwił się z młynażem i wraz otwarcie a głośno stanęli po stronie Kozłów...

Juści, szło im akuratnie o nih co o ten śnieg łoński — swoje w tym mieli zamysły i la siebie jakieś wygody ryhtowali.

Płoszka był hłop sielnie ambitny, skryty, a we swuj rozum i bogactwa dufający, zaś młynaż, wiadomo, co la grosza dałby się powiesić — kutwa i zdzierus.

Wojna się też wnet zawiązała między stronami ciha i zawzięta, boć pży ludziah w oczy świarczyli sobie pżyjacielstwo, witali jak i pżudzi, a nawet nieraz i do karczmy pod ręce się wiedli.

Co mądżejsi wnet się pomiarkowali, jako tej spułce nie o sprawiedliwość hodzi, nie o kżywdy Kozłów, a o coś inszego — może i o wujtostwo.

— Pożywił się jeden, nieh się ta pożywią i drugie! — powiadali staży, kiwając głowami.

I tak czas shodził, że męt we wsi był coraz większy.

Aż tu kturegoś dnia gruhnęło po hałupah:

— Niemcy w karczmie popasają!

— Na Podlesie pewnikiem ciągną — żekł ktoś domyślnie.

— Nieh jadą z Bogiem! Co wama do nih? — pżekładał drugi.

Ale jakaś niespokojna, trwożna ciekawość owładnęła ludźmi. Pżez sady kżykali se tę nowinę, w opłotkah stawali gadać o niej, a insze zaś już do karczmy się pżebierały na pżewiady.

Jakoż prawdę żekli. Pięć bryk stojało na podjeździe, a wszystkie na żelaznyh osiah, na żułto i niebiesko malowane, budami płuciennymi nakryte, spod kturyh wyzierały kobiety i rużny spżęt gospodarski, zaś w karczmie pżed szynkwasem z dziesięciu Niemców popijało.

A tęgie były juhy, rozrosłe i brodate, w granatowe kapoty pżyodziane, ze srebrnymi łańcuhami na spaśnyh bżuhah; a pyski to jaże się im świeciły od dobrego jadła. Szwargotali cosik ze Żydem.

Hłopy całą kupą stawali pobok o wudkę kżycząc, a patżąc i nasłuhując uważnie, ale trudno było wymiarkować hoćby i jedno słowo. Dopiero Mateusz, kturen z Żydami poredził szwargotać, tak cosik do nih zaszprehował, jaże karczmaż odwrucił się zdziwiony. Niemcy łysnęli jeno po sobie ślepiami, a nie odżekli, zaś potem i Grzela, wujtuw brat, powiedział im jakieś niemieckie słowo. Zadami się wykręciły do hłopuw, rehocąc między sobą jakoby te świnie nad korytem.

— To ino prać po tyh świńskih pyskah! — żekł rozgniewany Mateusz.

— Kijem by potża zmacać boki, a wnet by pżemuwiły.

A Adam Kłębiak szepnął z zapalczywością:

— Phnę w kałdun tego z bżega. Zwali me, to pieżta na odlew.

Powstżymali go, bo i Niemcy, jakby poczuwszy groźby, wzięli antał z piwem i prędko się wynieśli z karczmy.

— Te, pludry, nie tak śpieszno, portki pogubita!

— Świńskie pociotki! — kżyczeli za nimi hłopaki.

Ale zaraz po ih wyjeździe Żyd wyznał pżed parobkami, jako Niemcy już prawie kupiły Podlesie, że już pojehali rozmieżać kolonię, że całe piętnaście familii osiądzie na folwarku.

— My się dusim na zagonah, a Niemcy będą na włukah rozwalali.

— To podkup ih, a nie daj! Rusz rozumem, kiej się masz za mądralę! — wykżykiwał na Grzelę Stacho Płoszka.

— Psiakrew z taką sprawą! — zaklął Mateusz, bijąc pięścią w szynkwas. — Jak się usadzą na Podlesiu, to i ciężko będzie w Lipcach wytżymać — zapewniał, że to bywały był we świecie, a Niemców znał dobże.

Nie wieżyli mu zrazu, ale mimo to cała wieś się zakłopotała; jęli medytować i rozważać, co by z takiego somsiedztwa mogło wypaść złego la Lipiec?

A tu co dnia pastuhy i pżehodzący donosili, jako na Podlesiu grunta już rozmieżają, kamienie zwożą i studnię kopią.

Że niejeden pżez ciekawość pociągał za młyn ku Woli, a własnymi oczyma sprawdzał, że prawdę powiadali.

Ale jak stoją żeczy, nie sposub się było dowiedzieć.

Pżypierali kowala, bo z Niemcami się już zwąhał i konie im podkuwał, ale wykręcał się i ni to, ni owo odpowiadał.

Dopiero Grzela, wujtuw brat, poszedł na pżewiady i prawdę wyłożył.

Było zaś tak: dziedzic był winien jednemu Niemcowi piętnaście tysięcy rubli. Oddać nie miał, a ten mu w długu hciał wziąć Podlesie i resztę gotowym groszem dopłacić. Dziedzic się niby godził, a za kupcami posyłał, bo Niemiec dawał jeno po sześćdziesiąt rubli za morgę. Dziedzic zwłuczy, jak może.

— Ale zgodzić się musi! We dwoże pełno Żydów, każden o swoje kżyczy! Powiadał mi borowy, co już krowy zajęte za podatek. Skądże to weźmie zapłacić? Wszystko na pniu pżedane! Lasu pżeciek teraz, dopuki z nami w procesie, ciąć mu nie pozwolą. Nie poredzi sobie inaczej i pżedać musi hoćby za bele co — twierdził Grzela.

— Taka ziemia, po sto rubli za morgę nie za dużo.

— Kupujcie, pżeda i jeszcze waju w rękę pocałuje.

— Hale, drogi grosz, jak go braknie!

— Miemcy se użyją, a ty, hłopie, ślinę łykaj!

Pogadywali, wzdyhając żałośnie. Markotność ih rozbierała. Juści, żal było takiej ziemi, bo to pżyległa i rodna. Każdemu by się pżydało kilka morguw, każdemu. Dyć się już cisnęli na swoih zagonah kiej mruwki, dyć ledwie się już pżeżywiali ode żniw do żniw. Taki kawał wybranej ziemi, w sam raz la synuw i zięciuw. Nową wieś by wystawili i łąki mieliby niezgorsze, i woda pobok... Ale cuż, nie poredzi! Miemcy siędą, będą się panoszyć, a ty, człowieku, zdyhaj.

— Kaj się to wszystko podzieje? — wzdyhali staży, patżąc na młudź, gżącą się wieczorami po drogah, a było tego, było, jaże się ściany rozpierały; a za cuż to miał kto grunta kupować, kiej ledwie na życie starczyło?

Głowili się niemało, nawet do księdza szli po radę. Nie poredził — z pustego nie naleje.

— Kto nie ma grosza, nie umacza nosa. Biednemu zawdy wiater w oczy!

Ale i wyżekania a biadolenia też nic nie pomogły.

A jakby na dobitkę, upały szły coraz większe. Maj dopiero się miał ku końcowi, a pżypiekało kieby w lipcu. Dnie wstawały cihe i duszne, słońce od samego wshodu wynosiło się rozpalone na czyste niebo i tak pżypiekało, że już po wyżniah i na piaskah jażyny mdlały pożułkłe, trawy do cna wypalało po ugorah, strugi wysyhały, ziemniaki zaś, hoć zrazu niezgożej ruszyły, ledwie okrywały ziemię hudymi łęcinami. Oziminy jeno nie ucierpiały wiela — wykłoszone, pięknie wyrosłe, szły jeszczek galanto w gurę, jaże hałupy się skryły i jakby do ziemi pżycupnęły, dahami jeno widne nad tym borem kłosistym.

Noce też były duszne i tak nagżane, że już po sadah sypiali, gdyż trudno było w hałupah wytżymać.

Zaś pżez te gorąca, pżez kłopoty i żałoście, pżez Płoszkowe judzenie na wujta, pżez pżednuwek cięższy latoś niźli po inne roki, dość, że w Lipcach nastał czas dziwnie swarliwy i niespokojny.

Hodzili rozdygotani w sobie upatrując jeno, kogo by żgnąć tym bolącym słowem albo i za ożydle hycić. Każden rad stawał pżeciw drugiemu, że jakby piekło zrobiło się we wsi. Co dnia bowiem już od świtania tżęsło się od kłutni a wyzwisk, bo co dnia pżyhodziło coś nowego. A to Kobusowie się pobili, jaże ksiądz musiał godzić i napominać, a to Balcerkowa z Gulbasem kudłuw sobie nastżępili o prosiaka, kturen marhew spyskał, to Płoszkowa pożarła się ze sołtysem o pżemienienie gąsiąt, to o dzieci szły kłutnie, to o szkody somsiedzkie, to o bele co, byh się jeno pżyczepiać a kłyźnić, a wżeszczeć i wyzywać ze wszystkiej mocy — że jakby zaraza na wieś padła, tyle powstawało swaruw, bijatyk i procesuw.

Nawet Jambroży pżeśmiewał się pżed obcymi:

— Niezgorszy pżednuwek latoś dał mi Pan Jezus! Umarlakuw nie ma, nikto się nie lęgnie, nikto nie żeni, a mnie dzień w dzień ktosik gożałkę stawia, honoruje, a na świadki prosi. Żeby tak parę rokuw jeszcze się kłucili, a na nic by się człowiek rozpił...

Juści, co się źle działo w Lipcach.

Ale heba co w hałupie Dominikowej działo się najgożej.

Szymek powrucił z drugimi, Jędrzych wyzdrowiał — bieda im nie doskwierała jak indziej, to powinno było iść wszystko po dawnemu. Bogać ta poszło, kiej hłopaki odmuwiły matce posłuhu! Stawiali się hardo, kłucili ząb za ząb, bić się nie pozwolili, a żadnyh robut kobiecyh, jak pżudzi, ani tknęli.

— Dziewkę se pżyjmijcie albo i sami rubcie — powiedali twardo.

Paczesiowa miała żelazne ręce i duszę nieustępliwą — jakże! Tyle lat wszystkim żądziła, tyle lat nikto nie śmiał się jej pżeciwić ni w popżek stawać. A tu kto stawał? Kto się pżeciw niej ważył? Własne dzieci!

— Jezus miłosierny! — wołała w zapamiętaniu i złości, pży leda okazji hwytając za kij na synuw, hciała ih pżemuc i zmusić do posłuhu.

Nie dali się. Zacięli się jak i matka i poszli na udry. To powstawały prawie co dnia takie wżaski a gonitwy kole hałupy, jaże ludzie się zbiegali uspokajać.

Nawet ksiądz, snadź pżez nią podmuwiony, wzywał ih do się, a do zgody i posłuszeństwa napominał. Wysłuhali cierpliwie, w ręce go ucałowali, a za nogi, jak pżystało, z pokorą podjęli — ale się nie pżemienili.

— Nie dziecim, wiemy, co nama robić. Nieh matka pierwsza ustąpi! — tłumaczyli się pżed ludźmi. — Cała wieś się z nas pżeśmiewała...

A Dominikowa jaże pożułkła ze złości a zmartwienia — bo w żaden sposub zmuc się nie dawali, a pży tym miasto w kościele pżesiadywać i po kumah, jak pżudzi — musiała teraz robić kole gospodarstwa. Jagusię cięgiem pżyzywała do pomocy. Ale i curka nie szczędziła jej zgryzot i wstydu. Paczesiowa tżymała wujtową stronę, nawet świarczyła pżeciwko Kozłom, gdyż była pży bitce i opatrywała wujtuw.

Pietr też często wieczorami zaglądał do niej, niby to na poredy, a głuwnie, byh Jagusię wywołać i prowadzić się z nią na ogrody.

Na wsi się nic nie ukryje. Dobże wiedzą, z czego się kuży i kaj, to i zgorszenie z tyh gżesznyh jamoruw rosło coraz bażej i dobży ludzie już nieraz ostżegali starą.

Mogła to zapobiec, kiej Jagna mimo pruśb i błagań robiła jakby na złość. Wolała bowiem gżeh najcięższy i obmowy ludzkie niźli pżesiadywanie w tej obmieżłej hałupie mężowej. Złe ją porwało i niesło, a nikto nie był mocen powstżymać.

Hance to nawet szło na rękę i często o tym rozpowiadała pżed ludźmi.

— Nieh się zabawia, puki wujtowi nie wzbronią tracić gromadzkie. Dyć jej niczego nie żałuje i zwozi z miasta, co ino może. We złoto by ją oprawił. Nieh se używają i końca patżą. Co mi tam do nih!

Juści, mało to ją własnyh zmartwień żarło! Nie żałowała pieniędzy la adwokata, a jeszcze nie wiada było, kiej się Antkowa sprawa odbędzie i co go czeka. A on tam, hudziaczek, shnął w kreminale i bożego zmiłowania wyglądał. W hałupie też się z wolna rozpżęgało. Mogła to dopilnować wszystkiego? Parobek się rozzuhwalał coraz bażej, snadź pżez kowala podmawiany, że tak robił, jak mu się podobało, a nieraz, kiej do miasta pojehała, cały dzień się pżewałęsał po wsi. Groziła mu potem, że nieh jeno Antek powruci, a z nim się często porahuje.

— Wruci! Jeszcze na to nie pżyszło, byh zbujuw puszczali! — odkżykiwał zuhwale.

Jaże cierpła z gniewu — bić by jeno ten pysk niepoczciwy, ale poredzi mu to? Jeszcze ją sponiewiera, a ktuż to się za nią upomni, kto wespże? Tża było wszystko znieść i w sobie shować na puźniej, do sposobnej pory, bo jeszcze pujdzie i wszystko na jej ręce spadnie; już i tak ledwie mogła wydolić robocie. Zapadała pżeto na zdrowiu coraz więcej. Jakże, i żelazo w końcu rdza pżeźre, i kamień jeno do czasu wytżyma, a nie dopiero słaba kobieta!

Kturegoś dnia pod koniec maja ksiądz z organistą pojehali na odpust, zaś Jambroży tak się spił z Niemcami, kture często zaglądały do karczmy, że nie było komu pżedzwonić na Anioł Pański ni kościoła otwożyć.

Zebrali się pżeto odprawiać nabożeństwo pod cmentaż, kaj pobok bramy stojała mała kapliczka z figurą Matki Boskiej. Każdego maja pżystrajały ją dziewczyny w papierowe wstęgi a korony wyzłacane i polnym kwieciem obżucały, broniąc od zupełnej ruiny, gdyż kapliczka była odwieczna, spękana i w gruz się sypiąca, że nawet ptaki już się w niej nie gnieździły, a jeno niekiej, w czas słut jesiennyh, pastuh jaki shronienia szukał. Smętarne dżewa, lipy staruhy, bżozy wysmukłe i te pogięte kżyże osłaniały ją nieco od buż zimowyh i wihruw.

Zeszło się sporo narodu i jak się naprędce dało, pżybrali kapliczkę w zieleń a kwiaty. Ktosik śmieci wygarnął, ktosik żułtym piaskiem wysypał, że nawtykawszy w ziemię u stup figury świeczek i lampek zapalonyh, wraz jęli klękać nabożnie.

Kowal pżyklęknął na pżedzie, pżed progiem, zażuconym tulipanami a głogiem rużowym, i pierwszy zaczął śpiewać.

Było już dobże po słońcu. Mroczało, niebo na zahodzie paliło się jeszcze we złocie całe i bledziuśką zielenią pżytżąśnięte. Czas był cihy, obwisłe warkocze bżuz jakby się lały ku ziemi, zboża stanęły pżygięte, kieby zasłuhane w dźwiękliwy bełkot żeczki i w to cihuśkie stżykanie konikuw polnyh.

Ostatnie stada do obur ściągały; od wsi, z pul, z miedz już niedojżanyh buhały niekiedy jazgotliwe śpiewki pastusze i długie, pżeciągłe poryki. Zaś narud śpiewał, wpatżony w jasną tważ Matki, co wyciągała błogosławiące ręce nad wszystkim światem:

Dobranoc, wonna lilija, 
Dobranoc! 
 

Zapah młodyh bżuz powiał ze smętaża. I wraz też słowiki jęły jakby prubować gardzieli, wyciągać rwaną nutą, wzbierać mocą, jaże w końcu buhnęły złote, spienione strugi, jaże polały się te trele perliste, te kląskania cudne i te lube, żewliwe zawodzenia. Zaś niedaleko ze zbuż ozwały się też pana Jackowe skżypice, pżywtażając ludziom tak słodko, cihuśko a pżejmująco, jakby to te żytnie, rdzawe kłosy dzwoniły o się, to złote niebo lebo pżyshła ziemia taką pieśnią zagrała majową.

I już wraz śpiewali wszystkie — i narud, i ptaszkowie, i skżypice, a kiej na to oczymgnienie ustawali, kiej słowiki tak się zaniesły, aże cihło, a struny jakby thu nabierały, wtedy niepżeliczony żabi hur podnosił rehotliwe głosy i grał zgodliwym skżekiem i nukaniem pżeciągłym.

I tak już szło na pżemiany.

Długo się owo nabożeństwo ciągnęło, jaże kowal zaczął pżyśpieszać; wydzierał się mocno, nad drugimi gurując, a często wołał za siebie:

— Pośpieszajta się, ludzie... — że to opuźniali się z nutą niekture.

A nawet raz huknął na Maciusia Kłębowego:

— Nie dżyj się, juho, boś nie za bydłem!

Że zgodliwie już poszło, i głosy podrywały się razem kiej te stada gołębie i krążąco, z wolna unosiły się ku niebu ciemniejącemu:

Dobranoc, wonna lilija! 
Dobranoc! 
Niepokalana Maryja! 
Dobranoc! 
 

Mrok już zgęstniał i noc ciepła i ciha świat otulała, zasie na niebie występowały gwiazdy rosą roziskżoną, kiej się zaczęli rozhodzić.

Dzieuhy, wpuł się pobrawszy, zawodziły po drogah.

Hanka powracała jeno z dzieckiem na ręku i srodze czegoś zadumana, gdy pżysunął się kowal i w podle szedł.

Nie ozwała się; dopiero pżed domem, widząc, iż nie ostaje, żekła:

— Wstąpicie to, Michał?

— Pżysiędę w ganku i powiem co wam — szepnął ciho.

Ścierpła nieco, szykując się jakąś nową biedę posłyszeć.

— Byliście pono u Antka? — pierwszy zaczął.

— Byłam, ale mnie do niego nie puścili.

— Tegom się i bojał.

— Muwcie, co wiecie! — mruz ją pżeszedł.

— Co ja ta wiem? Tyla jeno, co mi się udało ze starszego wyciągnąć.

— A co? — wparła się w słupek i dziecko mocniej pżycisnęła do siebie.

— Powiedział, że Antka pżed sprawą nie wypuszczą.

— Laczego! — ledwie wyjąkała, dygot ją tżąsł i łamał. — Dyć... Pżeciek adwokat muwił, co może puszczą.

— Hale, żeby im uciekł! Tak pżez niczego nie puszczą! Wiecie, pżyszedłem dzisiaj do was całkiem po pżyjacielsku. Co tam pomiędzy nami było, to było. Obaczycie kiedyś, żem był praw... Nie wieżyliście mi... Wasza wola... Ale teraz wysłuhajcie, co żeknę, a jak księdzu na spowiedzi, tak prawdę powiem... Z Antkiem jest źle! Z pewnością ciężko go zasądzą, może na dziesięć lat. Słyszycie to?

— Słyszę, ale nic a nic nie wieżę — uspokoiła się nagle.

— Każden nie wieży, puki nie pżymieży. Prawdę wam żekłem.

— Zawdy taką muwicie — zaśmiała się wzgardliwie.

Ciepnął się i jął gorąco upewniać, jako teraz z prostego pżyjacielstwa pżyszedł, byh poredzić. Słuhała, hodząc oczyma po obejściu. Już się parę razy podnosiła niecierpliwie. Krowy ano niewydojone porykiwały w oboże, gęsi były niezapędzone na noc i źrebak gonił się w opłotkah z Łapą, a hłopaki rajcowały w stodole. Nie wieżyła mu juści ani słuweczka. „Nieh się wygada, może się wyda, z czym pżyszedł”, myślała, tżymając się na baczności.

— Cuż poredzić? Co? — odpowiadała, byle coś żec.

— A, rada by się nalazła — powiedział ciszej jeszcze.

Odwruciła się do niego.

— Dać wykup, to go puszczą jeszcze pżed sprawą. A potem to już se poredzi, hoćby i do tej Hameryki... Nie zgonią...

— Jezus, Maria! Do Hameryki?! — kżyknęła bezwolnie.

— Cihocie, jak pod pżysięgą muwię, tak dziedzic radził. „Nieh ucieka”, powiada „Najmniej dziesięć lat... Zmarnuje się hłop...”. Wczoraj mi muwił.

— Uciekać ze wsi... Od grontu... Od dzieci... Jezu... — to ino zrozumiała.

— Dajcie jeno wykup, a resztę to już Antek postanowi, dajcie...

— Skądże to wezmę? Muj Boże, w tyli świat... Od wszystkiego.

— Pięćset rubli hcą! Pżeciek macie te ojcowe... Weźcie je na wykup... Policzym się puźniej... Byle jeno ratować...

Skoczyła na ruwne nogi.

— Jako ten pies cięgiem jedno szczekacie! — hciała odejść.

— Ciepiecie się jak głupia — rozgniewał się. — Tak se ino powiedziałem... Hale, będzie się tu honorować o bele słowo, a tam hłop w kreminale zgnije. Powiem mu, jak to zabiegacie, by mu ulżyć.

Pżysiadła znowu, nie wiedząc już, co myśleć.

Opowiadał szeroko o tej Hameryce, o ludziah znajomyh, kture tam pojehały, że listy piszą, a nawet pieniądze pżysyłają la swoih. Jak tam dobże, jaką wolę ma każden, jakie bogactwa zbierają. Antek mugłby zaraz uciekać — zna Żyda, kturen już niejednego wyprowadził. Mało to już takih uciekło! Zaś Hanka mogłaby jehać potem la niepoznaki. Grzela wruci z wojska, to spłaciłby z ojcowizny, a nie, kupiec się też ryhło znajdzie.

— Poradźcie się księdza, obaczycie, co wama pżytwierdzi moje słowa. Poznacie, żem prawy i ze szczerego serca namawiam, nie la swojej wygody. Jeno pżed nikim ani pary z gęby, byh się strażnicy nie zmiarkowali, zaś wtedy i za tysiące go nie puszczą, a jeszcze w kajdany zakują — zakończył poważnie.

— Skąd wziąć na wykup! Tylahna pieniędzy! — jęknęła.

— Znam kogoś z Modlicy, kto by dał na dobry procent... Znam i drugih... Pieniądze by się nalazły... Moja w tym głowa... Pomugłbym.

I długo jeszcze radził a namawiał.

— Rozważcie, tża ryhło postanowić.

Odszedł ciho, że ani spostżegła, kiej się zapodział w nocy.

Puźno już było. W hałupie spali, tylko Witek siedział pod ścianą, jakby strużując gospodyni; na wsi też wszyscy legli, nawet psy nie poszczekiwały, woda jeno bulgotała i ptaki zawodziły w sadah. Księżyc się wtoczył na niebo i szedł srebrnym sierpem pżez te straszne, mroczne wysokości. Białe i niskie mgły pokrywały łąki, zaś nad żytami wisiał płowy tuman kwietnej kużawy; staw polśniewał wskroś dżew kieby tafla lodowa... Aże dzwoniło w uszah od tej cihości a słowiczyh kląskań i zawodzeń.

Hanka siedziała wciąż na jednym miejscu jakby pżykuta. „Jezu, uciekać ze wsi, od grontu, od wszystkiego!”, myślała jedno w kułko.

Groza ją pżejęła, rosnąc z minuty na minutę, a serce ściskając strasznym żalem i pżerażeniem.

Łapa zaczął wyć na podwużu, słowiki ścihły, zawiał wiater, że zakolebały się cienie i jękliwy, smutny szum pżeleciał.

— Kubową duszę obaczył! — szepnął Witek, żegnając się strahliwie.

— Głupiś! — skarciła go, spać wypędzając.

— Kiej pżyhodzi, do koni zagląda, obroku im dosypuje... Bo to raz?

Nie słuhała już. Cihość znowu spadła na świat, słowiki zaśpiewały, a ona siedziała kieby zmartwiała, powtażając niekiej z męką i strahem:

— W cały świat uciekać! Na zawsze! Jezu miłosierny! Na zawsze...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)