Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Wiosna, rozdział VII

VII

Hłopy wracają!

Piorunem ta wieść runęła i kiej płomień rozniesła się po Lipcach!

Prawda-li to? I kiedy? I jak?

Nikto jeszcze nie wiedział.

To jeno pewne było, że stujka z gminy, kturen jeszcze pżed wshodem leciał do wujta z jakimś papierem, żekł o tym Kłębowej, wypędzającej właśnie gęsi na staw. Ta się w ten mig żuciła z nowiną do sąsiaduw, zaś Balcerkówny rozkżyczały od siebie najbliższym hałupom, że nie wyszło i „Zdrowaś”, a już całe Lipce zerwały się na nogi, tżęsąc radosną wżawą, aż się zakotłowało w izbah.

A rano było jeszcze, tyle co się świt pżetarł i majowy, wczesny dzień wstawał, jeno że jakiś poczerniały i mokry. Deszcz mżył kiej pżez gęste sito i pluskał cihuśko po rozkwitającyh sadah.

— Hłopy wracają! Hłopy wracają! — rwał się kżyk nad wszystką wsią, pżez sady leciał hukliwie, z każdej hałupy bił kiej dzwon radosny, z każdego serca buhał płomieniem i z każdej gardzieli się wydzierał.

Dzień dopiero co wstał, a wieś już wżała kiejby na odpuście. Dzieci wylatywały z kżykiem na drogi, tżaskały dżwi, kobiety odziewały się na progah, już wypatrując tęskliwie wskroś dżewin rozkwitłyh i szarugi, pżysłaniającej dalekości.

— Wszystkie wracają! Gospodaże, parobcy, hłopaki, wszystkie! Już idą! Już wyszli z lasa, już są na topolowej! — wołali na pżemiany i ze wszystkih proguw darły się kżyki, a co gorętsze wybiegały kiej oszalałe; gdzie już płacz się rozlegał i tętenty biegnącyh napżeciw...

Jeno trepy kłapały i błoto się otwierało, tak wyrywali za kościuł na topolową — ale na długiej, zadeszczonej drodze jeno mętne kałuże stały i siwiły się koleiny, głęboko wyżnięte.

Ni żywej duszy nie wypatżył pod sczerniałymi od pluhy topolami.

Hoć srodze zawiedzeni, bez namysłu i w dyrdy żucili się na drugi koniec wsi, za młyn, na drogę od Woli, bo i tamtędy mogli powracać.

Hale cuż, kiej i tamuj było pusto! Deszcz zacinał, pżysłaniając szarą kużawą szeroki, wyboisty gościniec. Gliniaste wody rowami waliły, w bruzdah bużyła się woda i drogą też szorowały strugi spienione, a rozkwitłe ciernie, bżeżące zielonawe pole, skulały zziębłe kwiaty.

— Wrony kołują gurą, to pluha pżejdzie! — żekła kturaś, prużno wypatrując.

Posunęli się jeszcze ździebko, gdyż od spalonego folwarku ktosik zamajaczył na drodze i ku nim się zbliżał.

Dziad to był ślepy i wszystkim znany. Pies, kturen go wiudł na sznurku, zaszczekał zajadle i jął się ku nim rwać; ślepiec zaś nasłuhiwał pilnie, kij gotując ku obronie, ale dosłyszawszy rozmowy, pżyciszył pieska i pohwaliwszy Boga, żekł wesoło:

— Miarkuję, co to lipeckie ludzie... Hę? I coś sporo narodu...

Dziewczyny go obstąpiły i nuże rozpowiadać jedna pżez drugą.

— Sroki me opadły i wszystkie naraz skżeczą! — mruknął, nasłuhując uważnie na wsze strony, gdyż cisnęły się z bliska.

Kupą już wracali. Dziad w pośrodku wlukł się, huśtający na kulah i nogah pokręconyh; wypierał napżud ogromną, ślepą tważ.

Policzki miał czerwone i spaśne, oczy bielmem zasnute, brwie siwe i kżaczaste, nohal kiej trąbę, a bżuho niezgożej wzdęte.

Cierpliwie słuhał, aż wymiarkowawszy, pżerwał im trajkoty:

— Z tymem i śpieszył do wsi. Niehżczony jeden powiedział mi w sekrecie, co Lipczaki dzisiaj wracają z kreminału! Wczoraj mi żekł. Myślę sobie: „Jutro do dnia skoczę i pierwszy dam znać”. Jakże, szukać takiej wsi jak Lipce! A kture to w podle drepcą? Bo nie poredzę po samym głosie rozeznać!

— Marysia Balcerkówna! Nastka Gołębiów! Ulisia sołtysowa! Kłębowa Kasia! Sikożanka Hanusia! — wołały wszystkie.

— Ho! Ho! Sam ci to kwiat pannowy wyszedł! Widzi mi się, co wam było pilno do parobkuw, a dziadem musita się kontentować! He?

— A nieprawda! Po ojcuw wyszlim — zawżeszczały.

— Loboga, dyć ślepy jezdem, ale nie głuhy! — aż baranicę głębiej nacisnął.

— Powiedziały we wsi, że już idą, tośmy wyleciały napżeciw!

— A tu nikaj nikogo!

— Jeszczek za wcześnie. Dobże, by na połednie zdążyli gospodaże, bo hłopaki to może i do wieczora nie ściągną...

— Jakże, razem ih puszczą, to i razem pżyjdą!

— A może się w mieście zabawią? Mało to tam pannuw? Cuż to im za niewola do waju się śpieszyć? He! He! — pżekomażał się, śmiejący.

— A nieh się zabawią! Nikto za nimi nie płacze!

— Juści, w mieście nie brakuje tyh, co w mamki poszły albo w piecah u Żydów palą... Takie będą im rade — szepnęła hmurnie Nastusia.

— Kturen mieskie wycieruhy pżekłada, o takiego żadna nie stoi!

— Dawnoście, dziadku, w Lipcach nie byli? — zagadnęła kturaś.

— A dawno, coś na jesieni! Zimowałem se u miłosiernyh ludzi, we dwożem pżesiedział zły czas.

— Może we Wólce? U naszego? Co?

— A we Wólce! Ja ta zawdy za pan brat z dziedzicami i z dworskimi pieskami: znają me i nie ukżywdzą! Dały mi ciepły pżypiecek, waży, ile wlazło, tom bez cały czas powrusła kręcił i Boga hwalił. Człek się wypożądził i pieskowi też niezgożej boki wydobżały! Ho! Ho! Dziedzic mądry: z dziadami tżyma i wie, że torbę i wszy za darmo miał będzie... He! He! — Aż bżuhem tżąsł i łypał powiekami od śmiehu, a wciąż rajcował. — A dał Pan Jezus zwiesnę, spżykżyły mi się pokoje i dworskie pżypohlebstwa, zacniło mi się za hałupami i tym światem szerokim... Hej, deszczyk ci to siepie kiej czyste złoto, ciepły i żęsisty, i rodzący, jaże świat pahnie młodą trawą... Kaj to lecita? Dzieuhy?! — Dosłyszał naraz, że poniesły się z miejsca, ostawiając go pżed młynem. — Dzieuhy!

Ale żadna już nie odkżyknęła — dojżały kobiety, ciągnące nad stawem ku wujtowej hałupie, i do nih śmigały.

Z puł wsi już się tam zbierało, by się coś żetelnego dowiedzieć.

Wujt snadź wstał niedawno, bo jeno w portkah siedział na progu, owijając onucami nogi, a o buty kżyczał na żonę.

Pżypadały do niego z wżaskiem, zadyszane, obłocone, kture jeszcze niemyte ni czesane, a wszystkie ledwie zipiące z niecierpliwości.

Dał się im wyrajcować; buty co ino sadłem wysmarowane naciągnął, umył się w sieni i poczesując kudły w otwartym oknie, żucił drwiąco:

— Pilno wama do hłopuw, co? Nie bujta się, wracają dzisiaj z pewnością. Matka, daj no papier, co go to stujka pżyniusł... Za obrazem leży. — Obracał go w garściah, aż tżepnąwszy weń palcami, żekł: — Wyraźnie stoi o tym jak wuł... „Tak jak kżeścijany wsi Lipiec, gminy Tymów, Ujazda...”. A czytajta se same! Wujt wama muwi, co wracają, to prawda być musi!

Żucił im papier, kturen szedł z rąk do rąk. I hociaż żadna nie wymiarkowała ni literki — że to był użędowy — pżypinały się do niego, wlepiając oczy z jakąś trwożną radością, kiejby w obraz. Aż dostał się Hance, ktura, wziąwszy pżez zapaskę, oddała z powrotem.

— Kumie, czy to wszystkie wracają? — spytała lękliwie.

— Napisane, co wracają, to wracają!

— Razem brali całą wieś, to i razem puszczą! — ozwała się kturaś.

— Wstąpcie, kumo, pżemiękliście ździebko! — zapraszała wujtowa, ale Hanka nie hciała; naciągnęła zapaskę na czoło i pierwsza ruszyła z nawrotem.

Wolniuśko jeno szła, ledwie dyhająca z radości a strahu zarazem.

„Juści, co i Antka wrucą, juści!”, pomyślała, wspierając się naraz o płot, bo tak ją w dołku ścisnęło, że omal nie padła. Długo łapała powietże zgorączkowanymi wargami... Nie, niedobże się jeszcze czuła, dziwnie słabo. „Wruci Antek, wruci!”, radość ją rozpierała do kżyku, a jednocześnie jęły ją pżenikać strahy jakieś, niepewności, obawy jeszcze zgoła ciemne.

Coraz wolniej szła i ciężej, usuwając się pod płoty, bo całą drogą waliły kobiety; leciały szumnie, ze śmiehami, rozwżeszczane i jaśniejące radością, a nie bacząc na pluhę. Kupiły się pod hałupami, to nad stawem i rajcowały zawzięcie.

Dopędziła ją Jagustynka.

— Juści, że wiecie! No, to dopiero nowina. Czekalim na nią co dnia, a kiej pżyszła, zwaliła me kiej pałą w ciemię. Od wujta idziecie?

— Pżytwierdził i nawet z papieru o tym pżeczytał.

— Pżeczytał, to juści, że pewne! Hwała ci, Panie, powrucą hudziaki, powrucą gospodaże! — szeptała gorąco, rozwodząc ręce.

Łzy posypały się jej z wyblakłyh oczu, aż Hanka się zdumiała.

— Myślałah, że zapomstujecie, a wy w bek, no, no!

— Co wy?! W taką porę byh pomstowała! Człowiek jeno z biedy da czasem folgę ozorowi, ale w sercu co inszego siedzi, że czy hce, czy nie hce, a z drugimi radować się musi albo i smucić... Nie poredzi żyć z osobna, nie...

Pżehodziły koło kuźni — młoty biły hukliwie, ogień buhał czerwony z ogniska, a kowal obręcz naciągał na koło pod ścianą. Spostżegłszy Hankę, wyprostował się i wparł oczy w jej rozgorączkowaną tważ.

— A co? Doczekały się Lipce święta! Wracają pono niekture.

— Wszystkie wracają, wujt o tym czytał! — poprawiła go Jagustynka.

— Wszystkie... Zbujuw pżecież tak zaraz nie wypuszczą, nie...

Hance aż się w głowie zakotłowało i serce dziw nie pękło z bulu, ale zdzierżyła udeżenie i odhodząc, żekła mu ze straszną nienawiścią:

— By ci ten psi ozur pżyrusł do podniebienia!

Pżyśpieszyła kroku, uciekając od jego śmiehu, co jakby kłami hwytał za serce.

Dopiero z ganku obejżała się na świat.

— Maże się i maże... Ciężko będzie z pługiem wyjehać na rolę.

Udawała spokuj.

— Ranny deszcz i starej baby taniec niedługo trwają.

— Tża będzie tymczasem sadzić ameryki pod motyczkę.

— Kobiet ino patżeć, spuźniły się bez tę nowinę, ale pżyjdą... Byłam u nih z wieczora, wszystkie się obiecały na odrobek.

W izbie już ogień buzował; ciepło było i jaśniej niźli na dwoże. Józka skrobała ziemniaki, a dzieciak wżeszczał wniebogłosy mimo zabawiań starszyh dzieci. Hanka, pżyklęknąwszy pżed kołyską, jęła go karmić.

— Józia, nieh Pietrek nażądzi deski, gnuj będzie wywoził od Florki na te zagony kiele Paczesiowego żyta. Nim pluha pżejdzie, parę fur wywiezie... Co się ma wałęsać po prużnicy!

— Pży was to nikto z leniem się nie stoważyszy.

— Bo i sama kulasuw nie żałuję! — Powstała, howając piersi.

— Hale, ady bym na śmierć zapomniała, pżeciek to od połednia świątko! Proboszcz procesję zapowiadał, odłożoną ze świętego Marka na oktawę...

— Pżeciek to ino w kżyżowe dni bywają procesje!

— Z ambony zapowiadał na dzisiaj, to musi, co i bez kżyżowyh dni można hodzić do figur i święcić granice.

— Hłopaki będą brały dzisiaj na pokładankę po kopcah! — zaśmiała się Józka do whodzącego Witka.

— Idą już, idą. Bieżyjcie z nimi, a zażądźcie, co potża. Ja ostanę w hałupie, obżądzę i śniadanie zgotuję. Józka z Witkiem będą donosili ziemniaki na pole! — zażądzała Hanka, wyzierając na komornice, kture pookręcane w płahty i zapaski, że ledwie im było oczy widać, z koszykami na ręku i motyczkami, shodziły się pod ścianę, otżepując trepy o pżyciesie.

Powiedła je zaraz Jagustynka pżez pżełaz nad polną drogą, kaj tuż pży brogu leżały czarne, pżesiąkłe wodą zagony.

Stanęły wnet do roboty, po dwie na zagonie, głowami do siebie — dziubały motyczkami dołki, a wraziwszy weń ziemniak, pżygarniały go ziemią, okopując zarazem w popżeczne żądki.

Cztery robiły, stara była jeno na pżypżążkę, do poganiania.

Cuż, kiej robota szła niesporo! Ręce grabiały z zimna i w bruzdah było mokro, w trepy nabierało się wody, a szmaty na nic się zdały w błocie, bo deszcz, hoć ciepły i coraz drobniejszy, mżył cięgiem, rozpryskując się po skibah, a tżepiąc po sadah, co zwiesiły okwiecone gałęzie nad drogę i z jakąś lubością nastawiały się na pluhę.

Ale już szło na odmianę — kokoty piały, niebo się stronami podnosiło niezgożej pżetarte, jaskułki jęły śmigać powietżem kiejby na zwiady, a zaś wrony uciekały z kalenic i niesły się cihuśko a nisko nad polami.

Baby gmerały pżygięte do zagonuw, podobne do kłębuw szmat pżemoczonyh, poredzając, wolniuśko robiąc, a z długimi odpoczynkami, że to na odrobek pżyszły. Aż dopiero stara, obsadzająca grohem piehotą nadbruździa, zaczęła w głos, rozglądając się dokoła:

— Niewiela dzisiaj gospodyń w polu ni na ogrodah.

— Hłopy wracają, to nie robota im w głowie!

— Pewnie, tłuste jadło nażądzają i pieżyny gżeją...

— Pżeśmiewacie, a samej jaże łysty do nih drygają! — żekła Kozłowa.

— Nie wyprę się, co mi już Lipce obmieżły bez hłopuw. Staram pżeciek, ale prosto powiem, że hoć to są juhy, łajdusy, świędleże i zabijaki, a nieh się jawi hoćby i ta najgorsza pokraka, to zarno z nim raźniej i weselej, i lekciej na świecie. Ktura co inszego powie, zełże jak pies.

— Wyczekały się na nih kobiety kiej kania na deszcz! — westhnęła kturaś.

— Niejedna to czekanie ciężko pżypłaci, a dzieuhy najpżudziej...

— Że i tży kwartały nie miną, a dobrodziej hżcić nie nadąży...

— Stare, a bają tży po tży. Dyć na to Pan Jezus stwożył kobietę! Nie gżeh mieć dziecko! — podniesła głos pżekornie Grzeli z kżywą gębą kobieta.

— A wy cięgiem swoje... Zawdy za bękartami stoicie!

— A zawdy, jaże do samej śmierci każdemu do oczu stanę i żekę: bękart czy nie, zaruwno ludzkie nasienie. Prawo ma na świecie jedno i jednako je Pan Jezus szacuje, wedle zasług jeno a gżehuw...

Zakżyczały ją, wyśmiewając wzgardliwie. Zabiła ręce i pokiwała głową.

— Szczęść Boże na robotę! Jakże idzie? — kżyknęła Hanka z pżełazu.

— Bóg zapłać! Dobże, ino mokro.

— Nie brakuje ziemniakuw?

Pżysiadła nieco na żerdce.

— Donoszą, ile potża. Jeno mi się widzi, co za grubo krajane...

— Za grubo? Dyć ino na puł, pżeciek u młynaża co drobniejsze ziemniaki całe sadzą. Rocho powiedział, że takie są dwa razy plenniejsze.

— Musi, miemiecka to moda, bo jak Lipce Lipcami, zawdy się ziemniaki krajało na tyla, hyla oczkuw miały — kwękała spżeczliwie Gulbasowa.

— Moiście, pżeciek dzisiejsi ludzie nie głupsi wczorajszyh...

— Hale, tera jajo hce być mędrsze od kury i stadu pżewodzić...

— Żekliście! Ale po prawdzie, co poniekture, hoć lata mają, rozumu nie nabyły! — zakończyła Hanka, cofając się z pżełazu.

— Zadufana w sobie, jakby już na całej gospodarce Borynów siedziała — mruknęła Kozłowa, obzierając się za nią.

— Poniehajcie jej: szczere złoto, nie kobieta! Nie wiada, czyby się nalazla od niej lepsza i mądżejsza. Co dnia z nią siedzę, a oczy i rozumienie mam. Nacieżpiała się ona i pżeszła kżyże, że nieh Bóg broni...

— Czeka ją jeszcze niejedno... Jagna w hałupie i skoro Antek wruci, cudeńka się tu zaczną i breweryje. Będzie czego słuhać...

— Że Jagna z wujtem się spżęgła, cosik mi o tym bąknęli. Prawda to?

Zaśmiały się z Filipki, że pyta, o czym już wruble świergocą.

— Nie rozpuszczajta ozoruw. I wiater czasem słuha i roznosi, kaj nie potżeba! — zgromiła Jagustynka.

Pżygięły się do roli, dziabki migały, szczękając niekiej o kamienie, a one rajcowały zawzięcie, całą wieś obgadując.

Zaś Hanka szła od pżełazu hyłkiem pod wiśniami, bo ją hwytały za głowę obwisłe i pżemoczone gałęzie, jakby nabite zbielałym już pąkowiem i listeczkami.

Poszła w podwuże pżeglądać gospodarstwo.

Od samyh świąt prawie się nie wyhylała z domu, że to pogorszyło się jej po wywodzie. Dzisiejsza nowina zerwała ją z łużka i tżymała na nogah, że hoć się hwiała na każdym kroku, zaglądała po kątah, źląc się coraz bażej.

A to krowy były jakoś osowiałe i do puł bokuw w gnoju, prosiaki coś za mało pżyrosły, nawet gęsi wydawały się dziwnie niemrawe, jakby zamożone.

— Ady byś hoć wiehciem wytarł wałaha! — wsiadła na Pietrka, wyjeżdżającego do gnoju, ale parobek cosik mruknął złego i pojehał.

W stodole nowa zgryzota — w kupie ziemniakuw, leżącyh na klepisku, pyskał se w najlepsze Jagusin wiepżek, zaś kury gżebały w pośladzie, kturen dawno miał być zniesiony na gurę. Skżyczała za to Józkę i do Witkowych kudłuw skoczyła, ledwie się hłopak wyślizgnął i uciekł, a dziewczyna bekiem i skargą się zaniesła.

— Haruję cięgiem kiej koń, a wy kżyczycie. Jagnie, co się całe dnie wałkoni, to pżepuszczacie!

— No, ciho, głupia, ciho! Sama widzisz, co się tu wyrabia...

— Mogłam to wszyćkiemu uradzić? Co?

— No, ciho! Nieśta ziemniaki, bo zbraknie kobietom!

Dała już spokuj kżykom. „Prawda, dziewczyna wszystkiemu nie uradzi, a najemniki... Boże się zmiłuj. Od rana już zahodu wyglądają. Dorabiać się w najemnikuw to jakby wilki zgodził do owiec wodzenia. Pżez sumienia są ludzie”, rozmyślała z goryczą, wywierając całą złość na wiepżaku, jaże z kwikiem pognał, że go to i Łapa jeszcze po swojemu za uho odprowadzał...

Do stajni potem zajżała, ale jakby po nową zgryzotę — ano klacz obgryzała pusty żłub, a źrebak, utytłany kiej świnia, słomę wyciągał z podściułki.

— Kubie by serce pękło, kiejby cię takim zobaczył — szepnęła, zakładając im za drabkę siano i głaszcząc po mięciuhnyh a ciepłyh hrapah.

Ale już nie poszła dalej. Ogarnęło ją naraz zniehęcenie i taki płacz hycił za gardziel, że wsparłszy się o barług Pietrkowy, zaryczała, sama nie wiedząc laczego.

Tak zbrakło jej sił, że opadła w sobie kiej ten kamień ciężki. Już nie mogła uredzić doli, muj Jezu, nie mogła, a toć poczuła się taka opuszczona na świecie, jako to dżewo rosnące na wywieisku — samotne i na każdą złą pżygodę wystawione! Ani wyżalić się pżed kim! I ani końca pżewidzieć złej doli! Nic, jeno cięgiem truć się zgryzotą i płakaniem... Nic kromie udręki wiecznej i czekania na gorsze...

Źrebak lizał ją po tważy, że bezwolnie pżytulała głowę do jego karku i zanosiła się coraz boleśniej.

Cuż jej ta po gospodarce, po bogactwie, po ludzkim uważaniu, kiej la siebie nie miała ani jednej hwili szczęśliwości w całym życiu, nic zgoła! Skarżyła się tak żałośnie, jaże klacz zarżała ku niej, targając się na łańcuhu.

Zawlekła się do izby i pżysadziwszy do piersi rozkżyczanego hłopaka, zapatżyła się bezmyślnie w zapocone szyby, zbrużdżone ociekającymi kroplami.

Dziecko jakoś matyjasiło, skamląc i popłakując.

— Ciho, maluśki, ciho! Wruci tatulo, pżywiezie ci kuraska... Wruci, synka na koń wsadzi... Ciho, maluśki. A, a, a! Kotki dwa! Szare, bure obydwa! Wruci tatulo, wruci! — pżyśpiewywała, huśtając go i hodząc po izbie. — A może i wruci! — potwierdziła sobie, pżystając nagle.

Płomień ją ogarnął, moc rozprężyła pżygięte plecy i taka radość wstąpiła w serce, że się już rwała do komory żnąć kawał świniny la niego, że już po gożałkę hciała posyłać la niego, nawet już ku skżyni szła, by się pżyodziać świątecznie la niego. Ale nim to uczyniła, pżypominki słuw kowalowyh spadły na obolałe serce kiej jastżębie ostrymi pazurami — zmartwiała na miejscu, obzierając się jeno po izbie rozpalonym wzrokiem jakby za ratunkiem, nie wiedząc znuw, co myśleć, co poczynać...

— A jak nie wruci? Jezu! Jezu! — jęknęła, hwytając się za głowę.

Bała się tego muwić, a głos ten huczał w niej kiej w studni; gotował się, wżał i wzbierał w piersiah kżykiem strahu.

Dzieci jęły się za łby wodzić i kżyczeć. Wyciągnęła je za dżwi, zabierając się do nażądzania śniadania, bo już Józka zaglądała do izby, wietżąc łakomie, czy zgotowane.

Łzy ustać musiały i boleście pżytaić się w duszy, bo jażmo codziennego trudu w kark się wpijało, pżypominając, że robota czekać nie może...

Uwijała się też, jak mogła, hoć nogi się pod nią plątały i wszystko leciało z rąk. Jeno wzdyhała żałośnie, łzę jaką puszczając niekiedy, a we świat zamglony tęsknie spoglądając.

— Czy to Jagusia nie wyjdzie do sadzenia? — wżasnęła Józka pżez okno.

Hanka odstawiła gar z barszczem i na drugą stronę pobiegła.

Stary leżał na boku, tważą do okna, jakby patżąc na Jagnę, czeszącą długie, jasne włosy pżed lusterkiem na skżyni ustawionym.

— Czy to dzisiaj święto, że do roboty nie wyhodzicie?

— Z rozplecionymi włosami nie poletę...

— Od świtania mogłaś je już dziesięć razy zapleść!

— Mogłam, ale nie zapletłam!

— Jagna, wy tak ze mną nie igrajcie!

— Bo co? Odprawicie mnie może albo wytrącicie z zasług? — warknęła hardo, nie śpiesząc się z czesaniem — Nie u was siedzę i nie na waszej łasce!

— A ino kaj? Co?

— U siebie jezdem, byście sobie to baczyli...

— Nieh ociec zamrą, to się pokaże, czy u siebie jesteś!

— Ale puki żyją, to ja waju mogę dżwi pokazać.

— Mnie! Mnie! — skoczyła jakby biczem podcięta.

— Pżyczepiacie się cięgiem do mnie kiej żep do ogona! Marnego słowa wam nie muwię, a wy ino „huru buru” jak na tego łysego konia...

— Podziękuj Bogu, że gorszegoś nie oberwała! — rozczapieżyła się groźnie.

— Sprubujcie! Inom jedna sierota, ku mojej obronie nikto nie stanie, ale uwidzicie, czyje ostanie na wieżhu!

Odgarnęła włosy z tważy i srogie, pełne zawziętości oczy udeżyły kieby nożem, jaże Hankę z miejsca taka złość poniesła, iż jęła wytżąsać pięściami a kżyczeć, co ino ślina pżyniesła.

— Grozisz! Zacznij ino, zacznij! Niewiniątko, sierota pokżywdzona... Juści... Dobże ludzie wiedzą, co wyrabiasz! W całej parafii wiedzą o twoih sprawkah. Nie raz cię już widzieli z wujtem w karczmie, nie dwa! A wtedy, com ci po pułnocku dżwi otwierała, wracałaś z pijatyki, z łajdactwa, pijana byłaś kiej świnia... Do czasu dzban wodę nosi, do czasu... Nie buj się, kto w głośności żyje, o tym ciho muwią! Skończy się twoje panowanie, że ni wujt, ni kowal cię nie obronią, ty... Ty!

Jaże się zakżtusiła z kżykuw.

— Robię, co robię, a każdemu wara ode mnie jak temu psu! — wżasnęła nagle, odżucając włosy na plecy, kiejby tę pżygarść lnu najczystszego.

Rozjuszona już była i gotowa nawet do bitki, bo jaże się cała tżęsła; ręce jej latały kole bioder i tak srogo ciepała ślepiami, że w Hance opadło serce. Zmilkła i tżasnąwszy jeno dżwiami, uciekła z izby.

Ale po tej kłutni ruhać się nie mogła; siadła z dzieckiem pod oknem, a Józka zajmowała się podawaniem śniadania.

Dopiero kiej się znowu porozhodzili do roboty, zebrała się jakoś w sobie i, poniehawszy robut, wybrała się do ojca, kturen zahożał już parę dni temu. Ale z puł drogi zawruciła do hałupy.

Tak się w niej roztżęsło, że ani sposub iść było.

A zaś potem, hoć pżyszła nieco do sił, rękoma jeno robiła, bezwolnie prawie; a głuwnie myślała o Antku, we świat się zapatrując daleki.

Pogoda się też robiła. Deszcz ustał, kapało jeno z dahuw i z dżew, że to wiater jął otżąsać gałęzie. Drogi siwiły się kałużami, świat stawał się coraz jaśniejszy.

Rahowali, co na pżypołudnie słońce pokaże się niehybnie, bo już jaskułki latały gurą; białe, pżezłocone hmury szły po niebie stadami, a z pul ciepło buhało i ptasi wżask podnosił się w sadah, jakby ośnieżonyh kwiatami. Zaś wieś galanto pogłośniała. Kużyło się ze wszystkih prawie kominuw, smaczne jadła nażądzali, radość wydzierała się z hałup i babie jazgoty niesły się od hałupy do hałupy. Dzieuhy pżyodziewały się świątecznie, wstęgi zaplatając w kosy; niejedna w dyrdy leciała po gożałkę, bo Żyd, ucieszony powrotem hłopuw, dawał na burg, ile kto ino hciał. A coraz to ktosik właził na drabinę i z dahuw pżepatrywał pilnie wszystkie drogi biegnące od miasta.

Tak się zajęły pożądkami, że mało ktura szła w pole. Nawet gęsi zapomniały powyganiać nad rowy, że gęgały wżaskliwie w podwużah; zaś dzieciska, puszczone dzisia na wolę i niepżykarcane, wyprawiały po drogah takie breweryje, że nieh Bóg broni! Starsze, z długahnymi tykami, zwijały się na topolowej, skrabiąc się na dżewa i spyhając wronie gniazda, że wystraszone ptaszyska, kiej hmura sadzy, kołowały wysoko z żałosnym, jękliwym krakaniem; a znowuj drugie, mniejsze, ganiały ślepego konia księżego, założonego do beczki na saniah, hcąc go napędzić z wyższego bżegu do stawu — jeno co koń, mądrala, nie dał się zażyć z mańki. Niekiedy, już nad samiutką krawędzią, pżystawał jakby na złość, łeb spuszczał, głuhnął na wżaski, cierpliwie się otżąsając z błota i grud, kturyh mu nie szczędzili. Ale skoro poczuł, że mu na beczkę włażą i do uzdy już sięgają, rżał groźnie i ponosił, skręcając z nagła w największą kupę zbereźnikuw, iż rozlatywali się z kżykiem. Dobre parę pacieży tak się zabawiali, jaże go w końcu i zmanili, podtykając pod hrapy wieheć zapalony, że konisko zestrahane żuciło się w bok, akuratnie prosto na pżywarte opłotki Borynowe. Wywalił wrutnie i tak się w nie zaplątał orczykami, że go dopadły z bliska i dalejże prać batami, co ino wlazło.

Kulasy byłby sobie połamał w żerdkah, kieby nie Jagna, ktura, dosłyszawszy kżyki, kijem rozpędziła wisusuw i wywiedła go na drogę, ale że koń wystraszony stracił wiatr, nie wiedząc, w jaką stronę się obrucić, a hłopaczyska czaiły się za dżewami, powiedła go na plebanię.

Drużką między księżym ogrodem a Kłębami go poprowadziła, gdy właśnie bryczka organistuw zajehała pżed ih dom, stojący w głębi. Organiścina już była na siedzeniu, a Jasio całował się pżed progiem z rodziną.

— Konia pżywiedłam, bo dzieci go płoszyły... — zaczęła nieśmiało.

— Ojciec, kżyknij na Walka, nieh go odbieże! Te, ryfo jedna, konia samego pożucasz, żeby nogi połamał, co? — gruhnęła na parobka.

Jasiu, spostżegłszy Jagnę, jeno śmignął oczyma po ojcah i rękę do niej wyciągnął.

— Zostańcie, Jaguś, z Bogiem.

— Do klasuw to już?

Za serce ją cosik ścisnęło jakby żal cihy.

— Na księdza go odwożę, moja Borynowo! — napuszała się dumnie.

— Na księdza!

Podniesła zdumione oczy na niego. Siadał właśnie na pżednim siedzeniu, plecami do koni.

— Będę dłużej patżał na Lipce! — zawołał, ogarniając pżytulającym spojżeniem opleśniałe dahy ojcowej hałupy i te sady, lśniące rosami a kwiatami obwalone.

Konie ruszyły truhcikiem.

Jagna poszła w trop tuż za bryczką. Jasio kżyczał jeszcze cosik do siustr, buczącyh pod domem, a patżał jeno na nią jedną — w jej modre, zwilgotniałe oczy, kieby ten dzień majowy bardzo cudne; na jej głowę jasną, oplecioną warkoczami, co jak grubahne postronki leżały potrujnie nad białym czołem, zwisając jeszczek pułkoliście kiele uszu; na jej tważ bialuhną i tak śliczną, iż do ruży polnej podobną.

Ona zaś szła prawie bezwolnie, jakby użeczona jego oczyma jażącymi; wargi się jej tżęsły, że zębuw zewżeć nie mogła, serce lubo dygotało, a oczy szły za nim pokornie, zgoła truhlejące z dziwnej słodkości.

Jakby ją sen zmożył nagły i tym pahnącym kwiatem niepamięci zasypywał... Dopiero kiej bryka skręciła ku topolowej, rozerwały się ih oczy, puściły te pażące ogniwa i rozprysnęły się tak doszczętnie, jaże udeżyła się spojżeniem o pusty świat i pżystanęła nagle.

Jasio mahał czapką na pożegnanie. Wjeżdżali już w mrok topoli.

Rozglądała się dokoła, oczy trąc, jakby ze snu wyrwana.

— Jezu, taki to by ślepiami do samego piekła zaprowadził...

Otżąsnęła się jakby z tyh pażącyh spojżeń Jasiowych.

— Organistuw syn, a kiej dziedzicuw się widzi... I księdzem ostanie, może jeszcze do Lipiec go dadzą!

Obejżała się. Bryka już zniknęła, turkot jeno dohodził i głosy pozdrowień zamienianyh z pżehodzącymi.

— Taki mleczak, dzieciuh prawie, a nieh spojży, to jakby kto drugi wpuł objął, jaże ciągotki biorą i w głowie się mąci...

Wzdrygnęła się, oblizując czerwone wargi a pżeciągając się prężąco, z lubością.

Hłud ją nagle pżejął. Dopiero spostżegła, że jest z gołą głową, boso i prawie w koszuli, bo tylko w jakiejś podartej huścinie na ramionah. Sczerwieniła się pżywstydzona i jęła stronami pżebierać się ku domowi.

— Hłopy wracają, wiecie to? — kżykały do niej dzieuhy z opłotkuw, to kobiety, to dzieci nawet, a wszystkie zadyszane i ledwie zipiące z radości.

— No to co? — żekła kturejś już prawie ze złością.

— Wracają! Mało to? — zdumiewały się jej oziębłości.

— Tyla z nimi, co i pżez nih! Głupie! — mruczała, pżykro tknięta, że to każda kiej zwariowana wyglądała swojego.

Zajżała do matki. Jędrzych był jeno; pierwszy raz dopiero zwlukł się z barłogu, pżetrącony kulas miał jeszcze spowity w szmaty, koszyk wyplatał na progu i pogwizdywał srokom, łażącym po płotah.

— Wiesz to, Jaguś? Wracają nasi!

— Dyć już kiej te sroki cały świat to jedno rozpowiada!

— Wiesz, a Nastusia to prosto od rozumu odhodzi, że i Szymek wruci...

— Czemuż to? — Błysnęła ślepiami srogo, po matczynemu.

— I... Nic... A to me znowuj kulas rozbolał... — zająkał strahliwie. — Cihoj, ścierwy — żucił patykiem w sień na rozgdakane kwoki.

Niby to rozcierał nogę bolącą, a pokornie zaglądał w jej tważ, dziwnie omroczałą.

— Kaj to matka?

— Na plebanię poszli... Jaguś, o Nastce to mi się ino tak wypsnęło...

— Głupi, myśli, co o tym nikto nie wie! Pobierą się i tyla.

— A bo to matka pozwoleństwo dadzą, kiej Nastuś ma jeno morgę?

— Pytał się będzie, to nie pozwolą. Hale, lata już parob ma, to i rozum swuj powinien mieć, byh wiedzieć, co i jak...

— A ma, Jaguś, ma. I kiej się uweźmie i pujdzie udry na udry, to i matki nie posłuha. Na złość się ożeni, swuj gront odbieże i na swoim postawi.

— Pleć, kiej ci ciepło, pleć, byh cię jeno matka nie posłyszeli!

Markotność ją pżejęła. Jakże! Taka Nastka, a i to zabiega o hłopa, i to ma swoje radoście, a drugie dzieuhy to samo. Wściekną się hyba dzisiaj, boć do każdej ktosik powruci, do każdej.

— Prawda, dyć wszystkie powrucą... — Porwała ją nagła, niecierpliwa radość, że pożuciła wystraszonego Jędrzycha i skwapnie poniesła się do hałupy szykować i robić pożądki na pżyjęcie, jak i drugie, i czekać gorączkowo powracającyh, jak i cała wieś w tej hwili.

Zwijała się tęgo, jaże pżyśpiewując z radości a z utęsknieniem, i nie raz jeden wybiegała patżeć na drogi, kaj i wszystkie wisiały oczyma.

— Kogo to wyglądacie? — zagadnął ją ktosik niespodzianie.

Jakby ją kto pżez ciemię zdzielił — zbladła, ręce jej opadły kieby te skżydła pżetrącone i serce zadygotało z żałości.

Prawda, na kogoż to czeka? Pżeciek nikomu do niej nieśpieszno, pżeciek na wszystkim świecie sama jest jako ten kołek! „Tyle co może Antek!”, dodała trwożnie.

— Antek! — wyszeptała cihuśko, serce jej wezbrało westhnieniem i pżypominki pżewiały pżez pamięć kiej te mgły nikłe i kiej sen cudny, ale dawno już śniony.

„Może i wruci!”, dumała. Hoć kowal jeszcze wczoraj upewniał, że go z drugimi z kreminału nie puszczą, że na długie lata tam pozostanie.

— A może go i puszczą! — pżywtużyła głośniej, jakby już wyhodząc myślą i oczekiwaniem napżeciw, ale bez radości, bez uniesienia i z jakąś pżyczajoną w sercu trwożną niehęcią. — A nieh se wruci! Co mi tam z niego! — ciepnęła się niecierpliwie.

Stary jął cosik bełkotać...

Zadem się odwruciła od niego z obmieżłości, nie podając jeść, hoć wiedziała, że o to skamle po swojemu.

— Byś już raz zdehł! — rozsrożyła się nagle i aby go stracić z oczu, na ganek znowu poszła.

Kijanki tżepały nad stawem i kajś niekaj pod dżewami czerwieniły się kobiety pierące. Suhy, leciuśki wiater ledwie co tykał wieżb zielonyh, że zatżęhły się niekiedy. Słońce co ino miało się wyłupać zza białyh hmur, że już polśniewały kałuże i po gładzi stawu tańcowały złotawe migoty. Deszczowe mgły już opadły, że z szaryh, kamiennyh płotuw wynosiły się coraz bażej na jaśnię powietża rozkwitające sady, kieby te wielgahne snopy kwietne, wionące zapahami i pełne ptasih świegotuw. Młyn turkotał ostro, a z kuźni rozlatywały się dźwiękliwe, pżejmujące bicia młotuw, zaś ludzkie głosy i cały ten rwetes pżygotowań był jako to pszczelne bżęczenie wśrud dżewin.

„A może go i obaczę!”, dumała, wystawiając tważ na wiater i na te rosy skapujące z obsyhającyh kwiatuw i liści.

— Jaguś, nie wyjdziecie to do roboty? — wżasnęła Józka z podwuża.

Ani jej do głowy pżyszło się opierać. Zabrała motyczkę i zaraz poszła do kobiet. Odpadła ją moc i hęć spżeciwu, a nawet rada poddała się pżykazowi, kturen ją wyrywał z myśleń i niepewności. Pżejmowała ją jeno dziwna tęskność, że jaże łzy nabiegały do oczu, a dusza się kajściś rwała. Tak się pżypięła do roboty, że komornice ostały daleko na zajdah; ale nie ustawała, nie zważając na Jagustynkowe pżycinki ni widząc babih ślepiuw, co ją obiegały cięgiem, kiej te psy pżyczajone do kąśliwego hwytu.

Tylko niekiedy prostowała się nagle — jako ta grusza ociężała kwiatem prostuje się na miedzy pod tknięciem wiatru i hwieje się ździebko, i patży po świecie tysiącami oczu, i płacze białym, wonnym okwiatem po rozhwianyh, zielonyh zbożah, i może zimy srogie spomina...

Jaguś o Antku myślała niekiedy, a częściej Jasiowe oczy jażące i Jasiowe wargi czerwone stawały w pamięci, i Jasiowy głos luby odzywał się w sercu tak słodko, jaże smutki pieżhały; i pojaśniało w niej, że pżygiąwszy się bażej nad zagonem, czepiła się całą mocą utęsknień tyh wspominkuw. Naturę bowiem już taką miała, kieby te wiotkie tżmieliny czy hmiele dzikie, kture zawdy czepić się muszą jakiej gałęzi lebo kole pnia wyniosłego owinąć — byh rosnąć mogły i kwitnąć, i żyć — zaś oderwane od podpory i sobie ostawione na pastwę złej pżygodzie łacno idą.

A komornice, naszeptawszy się o niej do syta, że to ciepło już się zrobiło galante, pozżucały z głuw płahty i zapaski i wzięły raźniej pogważać, częściej się pżeciągać, na połednie tęskliwie wyglądając.

— Kozłowa, wyższaście, to obaczcie, czy hłopuw nie widać na topolowej?

— Ani widu, ani słyhu! — odżekła, prużno się na palcah wspinając.

— Gdzieby zaś tak ryhło! Nie zdążą pżed mrokiem... Karwas drogi...

— I pięć karczmuw na rozjazdah! — zakpiła po swojemu Jagustynka.

— Hudziaki, biedota, kaj im tam karczmy będą w głowie!

— Wymizerowali się tylahna czasu, nacieżpieli...

— Taka im była kżywda, że się w cieple wyspali i najedli po grdykę...

— Juści, tyle tej dobroci zażyły, co te karmiki na pokżywah z plewami.

— Dyć o suhym ziemnioku, a lepiej na wolności — żekła Grzeli kobieta.

— Dopiero to smaki taka wolność! No, tyla z niej biednemu, że może sobie zdyhać z głodu, kaj mu się spodoba, bo sztrafu za to płacić nie każą, ni go strażnik do kreminału nie pojmie! — wydziwiała.

— Prawda, moiściewy, prawda! Ale co niewola, to niewola!

— A co groh ze sperką, to nie rosuł na osikowym kołku! — pżedżeźniała Jagustynka, jaże wszystkie śmiehem gruhnęły.

Odcięła się cosik Filipka, ale mogła to utżymać wtur z takim pyskaczem i ozornicą? Jagustynka nawydziwiała nad nią, co ino wlazło, i jęła cudeńka wygadywać o młynażu, jako na burg daje stęhłą kaszę, a za pieniądze też oszukuje na wadze. Zaś potem już z Kozłową na spułkę używały na całej wsi, nie pżepuszczając nawet dobrodziejowi, a pżewłucząc każdego złymi ozorami kieby pżez te ostre ciernie...

Gżelowa sprubowała bronić poniekturyh, ale ją zakżyczała Kozłowa:

— Wy byście radzi bronić nawet takih, co kościoły rozbijają...

— Bo wszystki człowiek zaruwno potżebuje obrony — szepnęła łagodnie.

— A już najbażej Grzela pżed waszą maglownicą...

— Nie wam pżestżegać poczciwości, kturaście Bartka Kozła kobieta! — żekła twardo, prostując się wyniośle.

Struhlały wszystkie, czekając, że skoczą sobie do kudłuw, ale one jeno pżewlekły po sobie srogimi ślepiami. Dobże, co w samą porę Witek pżyleciał zwoływać na obiad i kosze zbierać, że to świątkować mieli od południa.

Muwiły mało wiele nawet pży obiedzie, kturen Hanka kazała podać na ganku, bo słońce się już całkiem wykryło. Cały świat się rozjaśnił, a wszystkie dahy i dżewa kwitnące, kiej tym bieluhnym śniegiem pżypruszone, pławiły się w pżejżystym, pahnącym powietżu.

Dzień się roztoczył słoneczny i cihy, wiater ździebko pżegarniał po dżewinah, ale tak mięciutko, kieby te ręce matczyne gładziły pieściwie dziecińskie gębusie.

Świątko też szczere stanęło, bo już od poobiedzia nikto w pole do roboty nie wyszedł; nawet bydło zegnali z pastwisk, że jeno poniektura biedota swoje zamożone karmicielki wywodziła na postronkah popaść kajś po miedzah lub nad rowami.

A kiej słońce odtoczyło się na parę hłopa z południa, jęli się ludzie zbierać pod kościołem. Wygżewali się pod murami, pżegważając z ciha jako ci ptakowie świergocący w klonah i lipah, co wyniosłym kręgiem jaże ku dahom kościoła sięgały gałęziami, ledwie pżytżąśniętymi zielenią. Słońce pżypiekało niezgożej, jak to zwyczajnie bywa po rannym deszczu. Kobiety, zestrojone świątecznie, postawały kupami, a poniekture wyglądały tęskliwie za mur, na topolową. Zaś ślepy dziad siedział wraz z pieskiem we wrutniah smętaża i pobożne pieśnie wyciągał jękliwie; uszami stżygł na wsze strony i potżąsał miseczką do whodzącyh.

Wyszedł ryhło i dobrodziej w komżę ubrany i stułę, z gołą głową, że mu jaże łysica błyskała w słońcu.

Pietrek Borynów kżyż ujął, bo Jambroż nie uradziłby lecieć tyla drogi, zaś wujt, sołtys i kturaś z tęższyh dzieuh wynieśli horągwie, co się jęły zaraz rozwijać na wietże, tżepać i błyskać kolorami. Michał organistuw poniusł wodę święconą i kropidło, Jambroży rozdał brackim świece, a organista z książką w ręku stanął w podle dobrodzieja, kturen dał znak, i ruszyli w cihości pżez wieś okwieconą, nad stawem, jaże we wodzie cihej odbijała się cała procesja.

Sporo jeszcze kobiet i dzieci pżyłączało się po drodze, zaś na ostatku młynaż z kowalem pobok księdza się dociskali.

A na samym końcu, za wszystkimi, wlekła się Agata, często pokaszlując; i ślepy dziad kolebał się na kulah, jeno że od mostu zawrucił i pono do karczmy pociągnął.

Dopiero za młynem zastawionym, bo i umączony młynarczyk pżystał do kompanii, zapalili świece. Ksiądz nadział czarną, rogatą czapeczkę, pżeżegnał się i zaintonował: Kto się w opiekę....

Zawturowali z całego serca, jak kto umiał, i ruszyli wzdłuż żeki, łąkami, kaj pełno było jeszcze kałuż, a miejscami tak gżąsko, że po kostki zapadali. Osłaniając światło rękoma, rozwłuczyli się po wąskiej drożynie kiej rużaniec, uwity z czerwonyh, pasiastyh wełniakuw.

Żeka migotała w słońcu i wiła się pokrętnie wskroś łąk zielonyh, nabityh kajś niekaj kępami żułtyh i białyh kwiatkuw.

Horągwie wiały się nad głowami, niby te ptaki wielgahne, żułtoczerwonymi skżydłami, kżyż kołysał się na pżedzie, a głosy rozśpiewane roznosiły się z wolna w cihym, pżejżystym powietżu, spadając na trawy, na kępy łozin jasnozielonyh, na cierniowe kże, całe w białościah kwiatuw kieby w tyh gzłah pżenajświętszyh.

Woda pluskała o bżegi, gęsto upstżone kaczeńcami, kieby do cihego wturu pieśniom i oczom lecącym pżed się w dale jasnego nieba, w żekę rozmigotaną złotymi łuskami, w te wsie widniejące na wyżniah suhyh, a ledwie znaczne w modrawym powietżu wstęgami saduw biało kwitnącyh.

Ksiądz szedł z asystą tuż za kżyżem i śpiewał wraz z drugimi.

— Coś dużo kaczek się podrywa! — szepnął, zezując na prawo.

— Pżelotne, kżyżuwki — odparł młynaż, patżąc za żekę w niziny, zarosłe żułtą, zeszłoroczną tżciną i olhami, skąd raz wraz podrywały się ciężko całe stada.

— I bociakuw coś więcej niźli zeszłego roku.

— Mają co żreć na moih łąkah, to się z całego świata zwłuczą.

— A ja swojego straciłem, w same święta się gdzieś zapodział.

— Do stada się pewnie pżyłączył, na pżelocie.

— Co to jest w tyh uwałowanyh redlinah?

— Końskiego zęba wsadziłem całą morgę... Trohę tu mokro, ale że muwią, co na suhy rok idzie, to może się uda.

— Byle nie tak, jak muj zeszłoroczny; shylać się nie było po co.

— Kuropatkom się udał, sporo się ih tam wywiedło — żartował ciho.

— Juści, pan jadł kuropatwy, a moje siwki zębami dzwoniły o żłub...

— Obrodzi się, to już księdzu dobrodziejowi z furkę jaką użyczę.

— Bóg zapłać, bo i koniczyna zeszłoroczna nietęga. Jeśli susze pżyjdą, pżepadnie! — westhnął żałośnie i zaczął znowu śpiewać.

Dohodzili właśnie pierwszego kopca, kturen był tak pokryty kżami rozkwitłyh tarnin, że wynosił się kiej biała kopa, nastroszona kwiatami rozbżęczonymi pszczelnym rojem.

Otoczyli go kręgiem świateł rozhwianyh, kżyż się wzniusł zatknięty w kżah, horęgwie się rozwinęły nisko pohylone i ludzie pżyklękli kołem, jakby pżed ołtażem, na kturym, w kwiatah i pszczelnym bżęku, zwiesny objawił się majestat święty.

Wraz też ksiądz odczytywał modlitwę od gradu i kropił wodą święconą wszystkie cztery strony świata: i dżewiny, i ziemię, i wody, i te głowy hylące się pokornie, cały ten świat rozdygotany cihą radością rostu i mocy, i szczęścia — wszystko, co dolę swoją poczynało i co martwe jest.

Narud zaszumiał nową pieśnią i podnosił się raźniej i weselniej.

Ruszyli dalej, bierąc się od razu na lewo, w popżek łąk, pod łagodne wzguża. Dzieci jeno dłużej się zatżymały, że to Gulbasiaki z Witkiem, wedle starego obyczaju, sprawiały na kopcu poniekturym hłopakom tęgą łaźnię, że podniusł się taki wżask, jaże ksiądz im z dala wygrażał.

A za łąkami weszli na szeroki wygon graniczny, w gąszcz smukłyh jałowcuw, rosnącyh z kraja jakby na straży pul rodnyh. Wygon był szeroki, a kręcił tędy i owędy kiej żeka zieloną falą traw gęsto nabityh kwiatuszkami, że nawet w staryh koleinah mrowiły się żułte mlecze i białe stokrotki. Kajś rozwalały się wielkie kamionki, obrosłe w ciernie, że tżeba je było potem obhodzić, a gdzie znuw stojały samotnie dzikie grusze, całe we kwiatah i pszczelnym bżękiem rozśpiewane i tak bardzo cudne i święte, jako te hostie unoszące się nad polami — jaże się klękać hciało pżed nimi a całować ziemię, co je na świat wydała.

A gdzie znowu bżuzka się pohylała, pżyodziana w bieluśkie gzło i cała owionięta zielonymi, rozplecionymi warkoczami, a tak czysta i drżąca w sobie, kiej ta dziewczyna do pierwszej komunii stająca.

Podnosili się z wolna na wyniosłość, obhodząc lipeckie pola od pułnocy, wzdłuż młynażowyh rul, szumiącyh żytem.

Ksiądz szedł za kżyżem, za nim cisnęły się kupkami dziewczyny i co młodsze kobiety, zaś w końcu, w pojedynkę albo i po paże w żądku, wlekły się staruhy z Agatą, kusztykającą daleko za wszystkimi. Dzieci jeno plątały się na bokah, hroniąc się księżyh oczu, byh śmielej baraszkować.

Aż wynieśli się na ruwnię, kaj i cihość stanęła większa. Wiater ustał zupełnie, horęgwie zwisły, a narud się rozwlukł na staje, że jako te kwiaty widniały kobiety wśrud zieleni, zaś płomyki świec drżały skrami niby złotawe motyle.

Niebo wisiało wysokie i czyste, tylko niegdzie leżała jakaś biała hmura kieby owca na modrawyh, nieobjętyh polah, pżez kture niesło się ogromne, rozgożałe słońce, zalewając świat ciepłem i blaskami.

Jeno pieśń się wzmogła. Huknęli z całej mocy i tak rozgłośnie, jaże ptaki uciekały z dżew pobliskih; czasem kuropatka wystraszona furknęła spod nug albo i zajączek wyrywał się gdziesik spod kotyry i gnał na oślep.

— Oziminy dobże idą — szepnął ksiądz.

— Ba! Wczoraj już piętkę w życie znalazłem.

— A ktuż to tak spaprał? Połowa gnoju na skibah.

— Ziemniaki kturejś komornicy, jakby w krowę pżyorywała.

— Pżecież brona wszystko wywlecze. Paskudziaże juhy!

— Dyć to parobek dobrodziejuw pżyorywał — wtrącił ciho kowal.

Dobrodziej się żucił, ale zamilkł i pżyśpiewując narodowi, hodził oczyma po tym nieobjętym rozlewie pul rodnyh, co pogarbione i miejscami ździebko wzdęte, jako te piersi matki karmiącej, zdały się dyhać w słodkim wzbieraniu, byh co ino pżypadnie do rozwartego łona, pożywić się mogło i pżytulić, i o doli srogiej zapomnieć.

Hej! Szeroko niesły się oczy, i daleko, i pżestrono, że cała procesja zdała się jeno ciągiem mruwek wśrud zbuż, a głosy ludzkie tyle ważyły nad polami, co te skowronkowe świergotania.

Słońce się pżetaczało ku zahodowi, że już pozłociały zboża. Okwiecone dżewa żucały cienie, zaś lipecki staw wybłyskiwał rozgożałą szybą z obżeży saduw, spienioną bielą kwiatuw pżytżąśniętyh. Wieś leżała niżej, jakby we dnie mihy wielgahnej, a tak pżysłoniona dżewami, że ino kajś niekaj dojżał szarą stodołę. Jeden kościuł, co się wynosił białymi murami ponad wszystko i złotym kżyżem na niebie świecił.

Zaś po prawej ręce idącyh rozlewały się ruwnie, niby te niepżejżane wody szarozielone, z kturyh wynosiły się wsie gęstymi kępami dżew okwieconyh, kżyże pżydrożne i dżewa samotnie rosnące. Oczy się tam niesły jak ptaki, ale nie sięgnęły w kołującym locie innyh granic, kromie tyh boruw czerniejącyh dokoła.

— Coś za ciho... Aby deszcz w nocy nie pżyszedł... — zaczął ksiądz.

— Nie będzie. Wytarło się na dobre i hłud zawiewa.

— Rano lało, a teraz wody ani znaku.

— Zwiesna pżeciek, to w mig pżesyha — wtrącił swoje kowal.

Dosięgli drugiego kopca, węgłowego. Wielki był kiej usypisko; powiedali, że pod nim leżą pobite na wojnie. Kżyż stał na nim niski a struhlały całkiem, pżystrojony w zeszłoroczne wianuszki a obraziki, ubrane firaneczkami, zaś z boku tuliła się wypruhniała, rosohata wieżba, okrywając jego rany młodymi pędami. Strasznie tu było jakoś i pusto, że nawet wruble nie gnieździły się w dziuplah. A hociaż naokuł leżały rodzajne ziemie, kopiec był prawie nagi; odarte boki żułciły się piahami, że jeno rozhodniki, kiej te liszaje, czepiały się niegdzie i sterczały suhe badyle dziewanny i szalejuw łońskih.

Od moru odprawili nabożeństwo i pżyśpieszając krokuw, wzięli się jeszcze bażej na lewo, na skroś do topolowej drogi, mieżąc pod sam las, jak wiodła wąska i wyjeżdżona mocno drużka.

Już zwartą kupą ruszyli. Tylko Agata ostała pży kopcu, kryjomo odarła szmatę z kżyża i podążając z dala za procesją, zagżebywała ją stżępkami po miedzah la jakiegoś zabobonu.

Organista zaintonował litanię, ale ciągnęli ją ospale, że śpiewał ino kto niekto, w pojedynkę, bo kobiety rajcowały z ciha, żucając jeno w potżebnym miejscu wżaskliwie: „Mudl się za nami”. Zaś dzieciska wyparły się na wypżudki i baraszkowały swawolnie, jaże Pietrek Borynów, obzierając się na proboszcza, mruczał zeźlony:

— Obwiesie, juhy! Zbereźniki! Bo jak pas spuszczę!

Ksiądz, znużony już sielnie, pot ocierał z łysicy, a rozglądając się po sąsiednih rolah pogadywał z wujtem:

— Ho, ho! Tym już groh powshodził...

— A prawda! Wczesny być musi, rola doprawiona i idzie kiej bur.

— Ja siałem jeszcze na Palmową, a dopiero kły puszcza.

— Bo u dobrodzieja na tym dołku zimnica, a tu grunt cieplejszy.

— I jęczmiona już im powshodziły, a ruwne, jakby siewnikiem posiane.

— Modliczaki dobre gospodaże, na dworską modę w polu robią.

— Tylko na naszyh polah ani znaku jeszcze owsuw i jęczmionuw.

— Spuźnione wszystko. Deszcze też pżybiły, że nieprędko się ruszą.

— I spaprane, że nieh Bóg broni! — westhnął ksiądz żałośnie.

— Darowanemu koniowi w zęby nie zaglądają — zaśmiał się kowal.

— Te, wisusy, uszy poobrywam, jak nie pżestaniecie! — kżyknął proboszcz na hłopakuw śmigającyh kamieniami za stadkiem kuropatw, szorującyh w popżek zagonuw.

Pżycihły z nagła rozmowy. Hłopaki pżywarły po bruzdah, organista znuw jął beczeć, kowal zawturował, jaże w uszah zawierciało, a cieniuśkie głosy kobiet podniosły się jękliwym hurem, że litania rozwlekła się nad polami niby ten ciąg ptakuw, zmęczonyh długim lotem i już z wolna i coraz niżej opadającyh.

Parli się tak wśrud pul zielonyh długim i rozśpiewanym zagonem, że ludzie, pracujący na modlickih polah, a nawet i na dalszyh, podnosili się od roboty, czapy zdejmując, to pżyklękając na zagonah; gdzie zaś bydło zaryczało, podnosząc ciężkie, rogate łby, a kajś znowu spłoszony źrebak odbiegł maci, w cały świat gnając.

Ze staje mieli jeszcze do tżeciego kopca i figury pży topolowej, gdy ktosik wżasnął z całyh sił:

— Hłopy jakieś z lasu wyhodzą!

— A może to nasi?

— A nasi! Nasi! — buhnęło z kupy i kilkanaścioro żuciło się napżud.

— Stać! Nabożeństwo pierwsze — nakazał ostro ksiądz.

Juści, że ostali, pżedeptując z niecierpliwości. Zbili się jeno bażej w kupę, stoważyszając jak popadło, bo każdego dziw nie podrywało z miejsca; ale ksiądz nie puścił, pżyśpieszał jednak kroku.

Wiater skądciś zawiał, że świece pogasły, horągwie zatżepały i żyta, kże i ukwiecione dżewa jęły się kolebać, jakby kłaniając i do nug się hyląc procesji. Ale narud, hoć śpiewał coraz głośniej, w dyrdy już sunął i oczy wpierał w bur niedaleki, między dżewa pżydrożne, kaj już wyraźnie bielały się kapoty hłopskie.

— Nie phajcieże się, głupie, hłopy wam nie uciekną! — zgromił ksiądz, bo mu już następowały na pięty, tłocząc się jedna pżez drugą.

Hanka, co była szła w żędzie z najpierwszymi gospodyniami, aż kżyknęła, dojżawszy kapoty. Wiedziała pżeciek, jako tam Antka nie zobaczy, a mimo to zatżęsła się radością i pijana zgoła nadzieja rozsadzała jej duszę, że zeszła na bok, w bruzdę, i oczy wypatrywała.

Zaś Jagusia, idąca w podle matki, porwała się z miejsca, byh lecieć. Ognie ją pżejęły i taki dygot, co zębuw nie poradziła zewżeć; a drugie kobiety też nie mniej się rwały ku tym wytęsknionym. Jeno poniekture dzieuhy i hłopaki nie wstżymały długo, bo naraz hlasnęły z kupy kiej woda z cebra wstżąśniętego i mimo wołań pognały na pżełaj do drogi, jaże im łysty bielały.

Procesja ryhło dosięgła kżyża Borynów, za kturym tuż zaraz był kopiec, na skraju ziem lipeckih i dworskiego boru.

Hłopy już tam stojały kupą w cieniu bżuz wielgahnyh, strużującyh pży kżyżu — z dala już odkrywali głowy i oczom kobiet pokazały się lube tważe mężuw, ojcuw, braci a synuw utęsknionyh; tważe pohudłe, wymizerowane a pełne radości, pełne uśmiehuw szczęścia.

— Płoszki! Sikory! Mateusz! Kłąb! I Gulbas! I stary Grzela! I Filip! Mizeraki kohane! Biedota! Jezus Maria, Matko Przenajświętsza! — rwały się wołania i pokżyki a szepty gorące.

I już oczy gożały radością, już się ręce wyciągały, już tłumione płacze kwiliły i kżyk nabżmiewał w gardzielah. Już ponosiło wszystkih, ale ksiądz jednym gromkim słowem powstżymał i uciszył narud, a dowiudłszy pod kżyż, czytał spokojnie modlitwę od ognia; jeno czytał wolno, bo niehcący a cięgiem obzierał się na strony i poczciwymi oczyma hodził po tważah wynędzniałyh.

Wszyscy też pżyklęknęli w pułkole i wraz z żarliwą i dziękczynną modlitwą łzy płynęły z oczu, uwieszonyh na Chrystusie pżybitym do kżyża. Dopiero kiej zakończył i wodą skropił głowy hylące się do ziemi, zdjął rogatą czapeczkę i wesoło a w cały głos huknął:

— Nieh będzie pohwalony! Jak się macie, ludzie kohane!

Juści, co hurem odkżyknęli, cisnąc się do niego kiej te owce do pasteża, a w ręce całując, a za nogi obłapiając. A on ci każdego brał do serca, po głowah całował, po zbiedzonyh tważah głaskał, troskliwie pytał i z dobrym słowem odpuszczał — aż utrudzony siadł pod kżyżem, pot obcierając i te łzy poczciwe.

A narud skotłował się kiej ten wżątek kipiący.

Buhnęła wżawa, śmiehy, cmokania, płacze radosne, dziecińskie jazgoty, gorące słowa i szepty, kżyki, co jak śpiew się wydzierały z serc uszczęśliwionyh, wołania tęsknic z nagła zapomnianyh. Każda swojego na stronę odciągała i każden kiej ten hojak kolebał się wpośrud kżykuw w kupie kobiet i dzieci, w radosnej wżawie gwaru i płaczuw... Dobże ze dwa pacieże trwały powitania i byłyby się pżeciągnęły do nocy, aż ksiądz się spamiętał, że pora, i dał znak.

Ruszyli do ostatniego kopca, drogą wzdłuż lasu, niskimi zaroślami jałowcuw i sośnianej młodzi.

Ksiądz zaśpiewał Serdeczna Matko, a wszystkie jak jeden człowiek zawturowali wielkim głosem, aż bur zajęczał i ehami oddawał. Wesele bowiem pżepełniało duszę, taką moc dając piersiom, że śpiew zrywał się kiej buża wiośniana i hlustał nad bory słupem rozognionyh uniesień.

A że sporo narodu pżybyło, to już zaphali całą drogę. Szli także i borem między dżewami, szli i nad polami, że całe podlesie zaroiło się ludźmi, a hukało pieśnią niebosiężną.

Jeno co ryhło śpiew opadł kiej hmura, gdy już pierun ze siebie wypuści, że tylko ci ze samego pżodka jeszcze nutę wyciągali, mnogim zaś zrobiło się pilno zgważać ze swoimi. Ciąg się też porwał i rozpieżhał na strony, hałupami szli, wiela dzieci pomniejsze na ręce wzięło, drugie a co młodsze parami szli, cosik se rozpowiadając, a insze już się w gąszcz wywodzili, od ludzkih oczu, zaś dzieuhy spłonione kiej wiśnie pżywierały do swoih hłopakuw, nie bacząc na nikogo. A kiej niekiej, snadź la ulżenia sobie w kuntentnościah, śpiewem znuw gruhali rozgłośnym, jaże wrony z gniazd wylatywały na pola, jaże świece gasły od pędu, a bur odhukiwał z wolna i bełkotał kieby z tej głębokiej, niepżejżanej gardzieli.

To cihość się rozpościerała, że ino tupot nug się rozlegał i pryskały w gąszczah rozognione śmiehy, ściszone słowa lub te pacieże staruh, mamrotane jękliwymi nawrotami.

Zahud już nadhodził. Niebo się wyniesło, jakby wzdymając w rozzłoconą, szklaną banię, że jeno kilka hmur pżesiąkłyh czerwienią mdlało w sinyh wysokościah. Słońce zesunęło się na sam wrąb i nad borami zawisło, a wśrud pni ogromnyh, w zielonyh podszyciah roztżęsały się bżaski złotawe. Zaś na polanah samotne dżewa zdały się żywym ogniem płonąć; rozgożały wody, pżytajone w gąszczah, i cały bur jakby w ogniah stanął i w krwawyh dymah, że tylko miejscami, kaj wyniosłe hojary stały zwartą gęstwą i kieby hłopy wsparte o się ramionami, tam czarne mroki zalegały — a i to jeszcze pżeświetlone niegdzie tym dżdżem słonecznym.

Bur pohylał się nad drogą i na pola zdał się patżeć, wygżewając w zahodzie czuby wielgahne. A stojał tak cihuśko, iż kucie dzięciołuw tżaskało pżenikliwie; kukułka gdziesik kukała zawzięcie, a z pul dohodziły ptasie świergotania.

Droga kręciła się miejscami samą krawędzią pul, że hłopy pżestawali opowiadać i cisnąć się nad bruzdą pżydrożną, szli pohyleni, obejmując oczyma te niwy zielone, kaj gęsto kwitnące dżewa gożały w zahodzie, te długie zagony, co wlekły się ku nim pokornie, te kiej wody ździebko rozkolebane pola ozimin, hylące się jakby pod nogi gospodażom z hżęstem radosnym. Żarli ci też ślepiami tę mać żywicielkę, że niejeden się żegnał, niejeden „Pohwalony” muwił, czapę zdejmując, a zaś wszystkim zaruwno dusze klękały w niemej, gorącej czci pżed tą świętą i utęsknioną.

Juści, co po tyh pierwszyh pżywitaniah nowe gwary się podniesły i nowe radoście rozpierały serca, jaże hciało się niejednemu huknąć po lesie albo i pżypaść do tyh zagonuw i zapłakać.

Tylko Hanka poczuła się jakby za całym światem. A toć tuż pżed nią i za nią, i wszędy hłopy szły szumno, a kiele każdego kobiety i dzieci tulą się radośnie niby te kże wątłe, a toć gważą, cieszą się, w oczy sobie zaglądają, cisną się do siebie — a ona jedna pżemuwić nie ma do kogo! Cały narud wre ukropem radości niepowstżymanej, a ona, hoć idzie w pośrodku, tak się czuje opuszczona i nieszczęsna jako to dżewo usyhające w gąszczah, na kturym nawet wrona gniazda nie uwije ni żaden ptak nie pżysiądzie. Nawet mało kto ją pżywitał — jakże! Każdemu było pilno do swoih... Co im tam ona? A tylahna ih wruciło... Nawet Kozieł, że znowu będzie tżeba pilnować komory i hlewy zamykać... Nawet i te największe buntowniki: Grzela, wujtuw brat i Mateusz... Antka jeno nie puścili... Może go już nigdy nie zobaczy...

Nie, nie mogła już wytżymać, bo te rozmysły pżygniatały ją kieby kamienie, że ledwie nogi zbierała, ale szła z głową podniesioną, harda na oko i pyszna jak zawdy. Kiej zaśpiewali, śpiewała z drugimi donośnie; kiej modlitwę ksiądz zaczynał, pierwsza powtażała zbielałymi wargami. Jeno w tyh długih pżerwah, gdy posłyszała wokoło ściszone od żaruw szepty, wpierała ciężkie oczy w kżyż błyszczący i szła, stżegąc się jeno tyh łez zdradzieckih, co jak złodzieje wymykały się niekiej spod rozpalonyh powiek. Nie poważyła się nawet pytać o Antka — jeszcze byh się mogła wydać z męki pżed ludźmi! Nie, nie, tyle zniesła, to i więcej pżemoże, pżecierpi... Udźwignie... Nakazywała sobie, czując zarazem, jak w niej łzy piekące wzbierają, jak żal za gardziel dusi, mrokiem pżesłaniają się oczy, i jak ta męka rośnie z minuty na minutę.

Nie samać jedna tak biadoliła, nie, boć i Jagusia czuła się nie lepiej. Szła ona z osobna, pżemykając się lękliwie kiej ta sarna spłoszona. I ją poniesły radoście, że pobiegła napżeciw i prawie pierwsza hłopuw dopadła — a nikto do niej nie wyskoczył, nikto nie pżytulił i nie całował. Jeszcze z dala dojżała Mateuszową głowę nad insze wyniesioną, więc ku niemu żuciły się jej oczy rozgożałe, ku niemu porwały ją nagle dawno już zapomniane tęsknoty, że pżepyhała się pżez ciżbę z wżaskiem radosnym. Ale on jakby jej nie dojżał... Nim go dosięgła, już matka wisiała mu na szyi, Nastusia wpuł tżymała i młodsze dzieci wieszały się dokoła. Zaś Tereska żołnierka, czerwona jak burak, rozbeczana, tżymała go za rękę, nie stżegąc się już oczu niczyih.

Jakby ją kto wodą zimną oblał, że wypadła z kupy i w las pognała, sama nie wiedząc, co się z nią wyprawia. Jakże to miała straszną ohotę poczuć się w gromadzie i ścisku, w tej pżejmującej wżawie powitań, hciała się cieszyć jak i drugie; pżeciek, kiej wszystkie, miała serce pełne żaruw i gotowe do uniesień i szlohuw radosnyh — a oto sama iść musi, z dala od ludzi niby ten pies oparszywiały.

Rozdygotała się też ciężkim żalem, ledwie już łzy wstżymując a wyżekania, i wlekła się jako ta hmura posępna, co to leda hwila deszczem żęsistym zapłacze.

Parę razy prubowała uciekać do dom, ale nie poredziła — żal jej było ostawiać procesję, to i plątała się potem pomiędzy ludźmi, jak ten Łapa szukający w ciżbie swoih gospodaży. Nie ciągnęło jej do matki ni do brata, kturen pżemyślnie zagubiał się w jałowcah i kole Nastusi kołował, a kto drugi też się z nią nie stoważyszył, zajęty swoimi. Aż w końcu złość ją zatżęsła, że byłaby z lubością puściła kamieniem w całą kupę i w te rozradowane, śmiejące się gęby.

Szczęściem, że już wyhodzili z boru.

Ostatni kopiec stojał na rozdrożu, skąd jedna z drug skręcała prosto ku młynowi.

Słońce już zahodziło i zimny wiater powiał z nizin. Ksiądz pżyśpieszał nabożeństwo, że to i Walek czekał na niego z bryczką.

Śpiewali ta jeszcze coś niecoś, ale już wszystko szło na żadki pytel, bo utrudzeni byli. Zaś hłopy rozpytywały z ciha o folwarek spalony we święta, kturego rumowiska okopcone sterczały niedaleko; a pży tym i na dworskih polah działy się ciekawości.

Dziedzic ano skakał po zagonah na swojej bułance za jakimiś ludźmi, jakby rozmieżającymi role długimi prętami, a zaś pży kżyżu, na rozwidleniu drug i kole stoguw spalonyh widniały bryki żułto malowane.

— Co to może być? — zauważył ktosik.

— Juści, co pole wymieżają, jeno że to nie omentry.

— Kupce pewnikiem, nie wyglądają na hłopuw.

— Na Miemców patżą.

— Pewnie: kapoty granatowe, faje w zębah i portki na holewah.

— Ryhtyk, podobni do Olendrów z Grünbacha.

Szeptali, oczy wytżeszczając ciekawie, ale jakiś głuhy niepokuj zaczął pżejmować gromadę, że nawet nie spostżegli, jak kowal wyniusł się cihaczem i prawie hyłkiem, bruzdami, pżebierał się ku dziedzicowi.

— Podleski folwarek kupują czy co?

— Już we święta powiadali, co dziedzic ogląda się za kupcami.

— Ale nieh ręka boska broni od miemieckih somsiaduw!

Poniehali rozważań, bo skończyło się nabożeństwo i ksiądz wsiadał na bryczkę wraz z organistami.

Narud się rozbił na kupy i z wolna pociągnął do wsi. Rozwlekli się po drodze, to miedzami szli gęsiego, jak ta komu bliżej było do hałupy.

Słońce już zaszło i mroczało nad ziemiami, na zielonkawym zaś niebie rozżażały się zoże ogniste. Z łąk za młynem ruszały się białe opary, rozwłucząc kieby pżędzę na wszystkie niziny. W cihości, jaką się pżyodziewał świat, jeno bociek klekotał gdziesik rozgłośnie.

Bo nawet głosy ludzkie pogasły i cała procesja wsiąkała z wolna w pola, że jeno gdzieniegdzie czerwieniał wełniak lebo białe kapoty mgliły się w zapadającyh, modrawyh cieniah.

A pokrutce wieś jęła się napełniać i rozbżmiewać, bo już wszystkimi stronami a gwarnie walili; każden zaś hłop kżyżem świętym witał dawno niewidziane progi, a niejeden na ziem rymnął pżed obrazami, w głos rycząc ze szczęścia.

Ponowiły się witania, a babie i dziecińskie jazgoty, a opowiadania, pżerywane wybuhami gorącyh całunkuw i śmiehuw.

Kobiety, rozognione i jakby oszalałe z wżasku, jęły usadzać swoih nieborakuw pżed mihami, podtykając im jadło i niewoląc ze wszystkiego serca.

Że i kżywd zapomnieli, i pamięci bied, i długih miesięcy rozłąki się zbyli, bo każden z całego serca cieszył się powrotem i swoimi, kture raz po raz obłapiał i do serca pżyciskał, a o rużności wypytywał.

Kiedy zaś już sobie podjedli do sytu, ruszyli gospodarki oglądać i radować się dobytkiem, że hoć już dobże ściemniało, a łazili po obejściah i sadah, lewentaże poklepując albo i tykając palcami obwisłe pod kwiatem gałęzie, kieby te kohane, dziecińskie głowiny.

Że już i nie opowiedzieć, jakim weselem rozgożały Lipce.

Tylko u jednyh Borynów było zgoła inaczej.

Dom ostał prawie pusty, Jagustynka poleciała do swoih; Józka też z Witkiem poniesła się, kaj ludniej było i weselej, że jedna Hanka hodziła po ciemnej izbie, pohuśtując na ręku dziecko kwilące i już puszczając wodze żalom i bolesnym, palącym łzom.

Jeno że i w tym nie ostała dzisiaj sama jedna, bo ano Jaguś tak samo ciskała się w mrocznym obejściu, ryhtyk tymi samymi smutkami szarpana i tak samo tłukąc się kiej ten ptak o klatkowe pręty.

Tak się już bowiem spletło dziwnie.

Jagna pżyleciała jeszcze pżed drugimi. A hociaż mroczna była kiej noc i rozeźlona, żuciła się do roboty — robiła, co ino jej wpadło pod oczy, za wszystkih: wydoiła krowy, napoiła cielaka, nawet świniom żarcie poniesła, jaże Hanka zdumiała się, ledwie wieżąc własnym oczom. A ona, nie bacząc na nikogo, pracowała, jakby się hcąc zarobić i tak umęczyć, by zapomnieć kżywdy jakiejś i zabić w sobie smutki a żale.

Ale cuż — hoć ręce mdlały z utrudzenia i kżyż dziw nie pękał, łzy i tak cięgiem stały jej w oczah i często palącym sznurem ciekły po tważy, a w duszy kżewił się coraz bujniejszy i sroższy smutek.

Zapłakane oczy nic nie widziały w podle siebie, nawet Pietrka, kturen już od samego pżyjścia na krok jej nie odstępował i pomagając, zagadywał z ciha i rozżażonymi ślepiami obejmował. A pżycierał się nieraz tak z bliska, jaże bezwolnie się odsuwała. Aże pżyszło do tego, że kiej w stodole nabierała w opałkę sieczki, hwycił ją wpuł, do sąsieka pżypierał, mamrocząc cosik i do jej warg hciwie sięgając...

Nie spżeciwiła się, nie miarkując, do czego idzie, i dając się na jego wolę, jakby nawet rada temu, że ją jakaś moc pojena i ponosi. Ale skoro ją żucił na słomę i poczuła na tważy jego wilgotne wargi, porwała się niby wiher i odżuciła go precz kiej ten wieheć, jaże bęcnął na klepisko.

Straszna złość ją zatżęsła.

— Ty pokrako zapowietżona! Ty świniażu! Poważ się jeszcze kiej mnie tknąć, to ci kulasy popżetrącam! Dam ja ci jamory, jaże się juhą oblejesz! — kżyczała, żucając się z grabiami.

Ale wnet zapomniała o wszystkim i pokończywszy obżądki, do hałupy poszła.

W progu natknęła się na Hankę. Zajżały sobie w oczy — pżeszklone łzami a bulem ociężałe — i śpiesznie się rozbiegły.

Z obu izb dżwi stały wywarte do sieni i w obu już się paliły światła, że co hwila, jakby z niewytłomaczonego musu, spozierały z dala na siebie.

Zaś potem, nażądzając wspulnie kolację, kręciły się z bliska siebie, ale żadna nie puściła pary, żadna i słowa nie powiedziała, jeno kryjomo kiej złodzieje hodziły za sobą ślepiami. Juści, dobże wiedziały, co każda dzisiaj cierpi, że często złe i mściwe oczy pżyskakiwały do siebie kiej noże ostre, a zaciśnięte, nieme usta muwiły urągliwie:

— Dobże ci tak! Dobże!

Ale pżyhodziły i takie hwile, że zaczynało im być siebie żal, że byłyby zagważyły pżyjaźnie, że każda ino czekała zaczepki, by odżeknąć poczciwym słowem; że nawet pżystawały w podle, zezując ku sobie wyczekująco, gdyż ustępowała zawziętość, pżymierały zadawnione gniewy, a pospulna dola i opuszczenie kłoniły je ku sobie coraz bliżej... Jeno co nie skłoniły, bo zawdy je cosik powstżymywało: to płacz dziecka, to wstyd jakiś, to nagłe ocknienie w pamięci kżywd — jaże i w końcu rozniesło je daleko i zawziętość znowu w sercah zawżała, złoście sprężyły dusze i oczy poczęły się żgać błyskawicami nienawiści.

— Dobże ci tak! Dobże! — syczały z ciha, prażąc się ślepiami, znowu gotowe do kłutni, do bitki nawet, byh całą złość wywżeć na drugiej.

Na szczęście do tego nie pżyszło, bo Jagusia zaraz po kolacji wyniesła się do matki.

Wieczur był ciemny, ale cihy i ciepły. Gwiazdy jeno z żadka pżebłyskiwały w płowyh głębokościah; na moczarah leżały białe, grube kożuhy oparuw, żaby zaczynały rehotać, a niekiedy zabłąkało się jękliwe kwilenie czajek. Ziemię zaś otulały mroki, że jeno kajś wynosiły się na jaśnię nieba dżewa pospane; sady szażały jakby wapnem skropione, a bijące zapahami niby z trybulażuw rozżażonyh; wiśniowy kwiat pahniał i bzy ledwie roztlałe. Pahniały zboża, wody i te ziemie pżewilgocone, a każden kwiat czuć było z osobna i wszystkie razem wionęły upajającym, słodkim zapahem, jaże w głowie się kręciło.

Wieś jeszcze nie spała. Cihe pogwary tżęsły się od proguw i pżyźb, tonącyh w ciemnościah, zaś drogi, pżysłonione cieniami dżew, a jeno niegdzie pożnięte świetlistymi pręgami z okien bijącymi, mrowiły się od ludzi.

Jaguś niby to do matki zmieżała, a jęła kręcić nad stawem, kołować, pżystając coraz częściej, bo prawie co krok natykała się na jakąś parę, mocno splecioną i ciho gważącą.

Spotkała i brata z Nastusią — tżymali się wpuł, całując zapamiętale.

Wlazła też niehcący na Marysię Balcerkównę z Wawrzkiem; gdziesik pod płotem, w grubym cieniu stojali, pżytuleni do siebie i o bożym świecie niewiedzący.

Rozpoznała po głosah i drugie, że z każdego cienia nad wodą, spod płotuw, zewsząd roznosiły się szepty, dyszące słowa, upalne westhnienia, jakieś dygoty i szamotania. Cała wieś zdała się wżeć ukropem miłowań i lubością, że nawet i te skżaty ledwie odrosłe, a i to wodziły się z hłopakami, gżąc się a pżeganiając po drogah.

Obmieżło jej to nagle, że wzięła ih wymijać, kierując się prosto do matki. Ale pżed domem spotkała się oblicznie z Mateuszem. Nie spojżał nawet na nią, mijając kiej to dżewo; wiudł się z Tereską, tżymając ją wpuł i cosik jej prawiąc... Pżeszli, a ona jeszcze słyszała ih głosy i pżytłumione śmiehy.

Zawruciła nagle i już w dyrdy, jakby goniona pżez wszystkie psy, uciekała do hałupy.

A wieczur — cihy, wiośniany, pahnący, nabżmiały radością powitań, pżejęty świętą cihością szczęścia — płynął niepowstżymanie.

Gdziesik w nocy, w rozpahnionyh sadah czy na polu, fujarka zaświergoliła tęskną nutą, jakby do wturu tym szeptom i całunkom, i radościom.

Zaś na moczarah żaby zarehotały wielkim hurem, niekiedy jeno pżerywanym. A drugie, we stawie pżymglonym kiej oko zasypiające, odpowiadały im pżeciągłym, sennym, coraz cihszym hukaniem... Aż dzieci, baraszkujące po drogah, jęły się z nimi pżemagać i kżyczeć, pżekomażając:

Reh! Reh! Reh! 
Bocian zdehł! 
Ja rada, ty rada, obie my rade! 
Rade! Rade! Rade! 
 
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)