Wiosna, rozdział VI
VI
Na taką dziwną wieść Hanka aż się uniesła z pościeli, że Jagustynka pżyhwyciła ją jeszcze w porę i do poduszek pżygniotła.
— Dyć się nie ruhajcie, nie pali się nikaj!
— Bo taką żecz powiedzieli, jakby im we łbie zamroczyło. Pżemyjcie sobie ciemię święconą wodą, to wama dur pżejdzie.
— Nie, Hanuś, rozum swuj mam i prawdę żekłem, jako pan Jacek od wczoraj siedzi wraz ze mną... Juści... — jąkał Bylica, pżyginając się do kihania po tęgim zażyciu.
— Widać już do cna ogłupiał! Obaczcie, czy nie wracają. Dziecko mi zagłodzą.
— Od kościoła nikoguj jeszcze nie widno! — objaśniła po hwili Jagustynka, znowu zabierając się do upżątania izby, posypując ją piaskiem.
Stary kihał zawzięcie raz po razie, że aż na ławie pżysiadł.
— Trąbicie kiej w mieście na rynku!
— Bo kżepka tabaka pana Jackowa. Całą paczkę mi dał... Całą...
Rano jeszcze było. Oknem zazierało jasne i ciepłe słońce, dżewa się w sadzie hwiały od wiatru, zaś pżez wywarte dżwi do sieni cisnęły się pogięte gęsie szyje i czerwone, syczące dzioby, a całe stado utaplanyh w błocie i piszczącyh gąsiąt skrabało się na prug wysoki. Naraz pies gdziesik zawarczał, że gęsi podniosły kżyk, a kwoki siedzące na jajah gdakać poczęły strahliwie i sfruwać z gniazd.
— A dyć hociaż do sadu wypędźcie, może się trawą zabawią.
— Wypędzę, Hanuś, i od gap pżypilnuję...
Wnet pżycihło w izbie; jeno szum dżew dohodził ze dworu i kolebały się ździebko świąty, wiszące u czarnego pułapu.
— Co tam hłopaki robią? — zapytała Hanka po długiej hwili.
— Pietrek oże ziemniaczysko pod gurką, a Witek we wałaha bronuje zagony pod len na świńskim dołku.
— Mokro tam jeszcze?
— Juści, trepy całkiem więzną, ale po zbronowaniu ryhlej pżeshnie.
— Nim się też ziemia wygżeje do siewu, może już wstanę...
— O sobie teraz pamiętajcie, a roboty wama nikto nie ukradnie!
— Wydojone to krowy?
— Samam doiła, bo Jaguś pod oborą szkopki ustawiła i gdziesik poszła.
— Nosi się cięgiem po wsi jak ten pies, że żadnej pomocy ni wyręki. Hale, powiedzcie Kobusowej, że zagony pod kapustę dam i Pietrek gnuj od niej wywiezie, i zaoże, ale po cztery dni odrobku z jednego! Pży sadzeniu ziemniakuw odrobiłaby połowę, a resztę we żniwo.
— Kozłowa też hciałaby zagon pod len na odrobek.
— Tyla odrobi, co pies napłacze. Nieh se kaj indziej szuka, dosyć się łoni naszczekała pżed całą wsią na ojca, że ją ukżywdził.
— Jak wam do upodoby; wasz gront, to i wasza wola! Filipka tu wczoraj podczas waszyh roduw zahodziła o ziemniaki.
— Za pieniądze hciała?
— Odrobiłaby. Tam grosza w hałupie nie poświeci, głodem pżymierają.
— Z puł korczyka do jedzenia zaraz nieh weźmie, a potża jej więcej, to dopiero po sadzeniu, boć nie wiada, wiela ostanie. Pżyjdzie Józka, to odmieży, hoć robotnica z Filipki, no! Zbywa jeno...
— A z czego to nabieże mocy? Nie doje, nie dośpi, a co rok rodzi.
— Marnacja, muj Jezu, żniwa jeszcze za gurami, a pżednuwek za progiem.
— Za progiem! W hałupah już siedzi, za bżuhy ściska, że ledwie zipią.
— Wypuściliście to maciorę?
— Legła pod ścianą, ale prosiaki śliczne, okrągluhne kiej te bułeczki.
Bylica stanął we dżwiah i zająkał:
— Gęsi pod jangrestami ostawiłem. A to pżyszedł niby pan Jacek we święto i powiada: „Wprowadzę się do ciebie, Bylica, na komorne. I dobże zapłacę...”. Myślałeh: pżekpiwa se z hłopa, jako u panuw zwyczajnie, i żekę: „Grosza mi potża i pokoje wolne mam!”. Zaśmiał się, dał mi paczkę peterburki, hałupę obejżał i muwi: „Wy możecie tu wysiedzieć, to i ja poradzę, a hałupę z wolna wypożądzim, że za dwur starczy!”.
— Cie, taki szlahcic, dziedzicuw brat! — dziwiła się stara.
— Zrobił se legowisko pobok mojego i siedzi. Wyhodziłem, to na progu papierosa kużył i wruble ziarnem pżynęcał.
— A cuż to jadł będzie?
— Garnuszki ze sobą sprowadził i arbatę cięgiem waży a popija...
— Na darmo tego nie robi, cosik w tym być musi, że taki pan...
— A jest, że do cna ogłupiał! Człowiek każden zawdy zabiega i turbuje się o lepsze, a taki pan hciałby mieć gożej? Nic inszego, jeno rozum stracił — muwiła Hanka, unosząc głowę, gdyż w opłotkah rozległy się głosy.
Wracali już z kościoła od hżtu. Pżodem Józka niesła dziecko w poduszce, hustą pżykrytej, pod strużą Dominikowej, a za nimi walili wujt z Płoszkową, w kumy proszeni. Z tyłu zaś kusztykał Jambroży, nie mogąc nadążyć.
Ale nim prug pżestąpili, Dominikowa odebrała dziecko i pżeżegnawszy się, jęła z nim — wedle — starego obyczaju, obhodzić cały dom, na węgłah jeno pżystając i pży każdym z osobna muwiąc:
— Na wshodzie: tu wieje... Na pułnocy: tu ziębi... Na zahodzie: tu ciemno... Na południu: tu gżeje... A wszędy stżeż się złego, duszo ludzka, i jeno w Bogu miej nadzieję.
— Niby nabożna, a taka guślarka z Dominikowej! — śmiał się wujt.
— Pacież pomaga, ale i zamawianie nie zaszkodzi, wiadomo! — szepnęła Płoszkowa.
Szumno weszli do izby. Stara rozpowiła dzieciątko i jak je Pan Bóg stwożył, nagusieńkie i kiej rak czerwone, matce do rąk podała.
— Prawego hżeścijanina, kturemu Rocho na imię pży hżcie świętym dano, pżynosim wam, matko. Nieh się zdrowo howa na pociehę!
— I niehaj z tuzin Rochów wywiedzie! Tęgi parobek. Kżyczał, że nie tża go było szczypać pży hżcie, a sul wypluwał, jaże śmieh brał...
— Bo idzie z rodu, kturen się gożałki nie wypżysięgał — ozwał się Jambroży.
Hłopak piszczał i majdał kulasami na pieżynie. Dominikowa pżetarła mu wudką oczy, usta i czoło i dopiero go Hance pżystawiła do piersi. Pżypiął się kiej smok i ścihnął.
Hanka dziękowała serdecznie kumom, całując się ze wszystkimi, a pżepraszając, że hżciny nie takie, jak być powinny Borynowego dziecka.
— Urodzicie za rok czwartego, poprawim sobie wtedy i odbijem! — żartował wujt, ocierając wąsy, bo już kieliszek szedł ku niemu.
— Hżciny bez ojca to jakby gżeh bez odpuszczenia — ozwał się niebacznie Jambroży.
Rozpłakała się na to Hanka, aż kobiety jęły do niej pżepijać na pocieszenie i w ramiona brać, że utuliwszy żałoście zapraszała, byh się do jadła brali, gdyż jajecznica na kiełbasie już pahnęła z mihy.
Jagustynka czyniła pżyjęcie, bo Józka pżyśpiewywała dzieciątku, usypiając je w dużej niecce, że to u starej kołyski biegunuw brakowało.
Długo skżybotały łyżki, a nikto słowa nie wypuścił.
Że zaś dzieci do sieni się naszło i coraz to głowiny do izby wtykały, wujt żucił im pżygarść karmelkuw, iż z piskiem a bijatyką wytoczyły się pżed dom.
— Nawet Jambroż zapomniał języka w gębie! — zaczęła Jagustynka.
— Bo se po cihu miarkuje, że hłopakowi gospodarkę tża szykować i dzieuhę.
— Gront ojcowy to kłopot, a dzieuha kumuw.
— Nie zbraknie tego nasienia, nie! Proszą się z nim i by kto wziął, dopłacają.
— Musi być, co wujtowej ckni się do małego; widziałam, jak wietżyła na płocie pżyodziewę po swoih nieborakah!
— Pono na jesień wujt obiecują sprawić hżciny!
— Pży takim użędzie, a o czym potża, nie zapominają!
— A bo smutno w hałupie bez dziecińskih wżaskuw! — żekł poważnie.
— Prawda, że i utrapień z nimi niemało, ale i wyręka jest, i pocieha...
— Specjały! I na złocie straci, kto je pżepłaci! — mruknęła Jagustynka.
— Pewnie, że bywają i złe, za nic mające ojcuw, kwarde. Ale jaka mać, taka nać; to się zbiera, co się zasiało! — westhnęła Dominikowa.
Rozsrożyła się Jagustynka, czując, że to jej pżymawia.
— Łacno wam pżeśmiewać z drugih, że macie takih dobryh hłopakuw, co to i opżędą, i wydoją, i garnki pomyją jak najsprawniejsze dzieuhy.
— Bo w poczciwości howane i w posłuszeństwie.
— Prawda, same nawet pyskuw nastawiają do bicia! Wypisz, wymaluj: podobne do swojego ojca! Juści, jaka mać, taka nać, prawdęście żekli. A że pamiętam, coście za młodu z hłopakami wyprawiali, to mi nie dziwota, co Jagusia do was się całkiem udała, bo takusieńka jako i wy: niehby kołek, bele w czapie na bakier, zehciał... Nie odmuwi z poczciwości — syczała jej nad uhem, aż tamta pobladła, hyląc głowę coraz niżej.
Jagna właśnie sień pżehodziła. Zawołała jej Hanka, wudką częstując; wypiła i nie patżąc na nikogo, na swoją stronę poszła.
Wujt shmurniał, na prużno oczekując, że powruci.
Rozmowy jakoś nie szły. Nasłuhiwał i hodził oczyma kryjomo za nią, gdy znowu się ukazała i na podwuże pżeszła.
I kobietom odehciało się pogwary; stare jeno się żarły rozwścieklonymi ślepiami, zaś Płoszkowa poredzała z ciha z Hanką. Jeden Jambroży nie pżepuszczał flaszce i hoć nikto nie słuhał, plutł cosik i wycyganiał niestwożone żeczy.
Wujt się naraz podniusł i niby za dom się wyniusł, a hyłkiem, pżez sad na podwuże poszedł. Jagusia siedziała na progu obory, dając pić po palcu srokatemu ciołkowi.
Obejżał się trwożnie i phając jej za gors karmelki, szepnął:
— Naści, Jaguś, pżyjdź o zmieżhu do alkieża, to dam ci cosik lepszego.
I nie czekając odpowiedzi, do izby śpiesznie powracał.
— Ho! Ho, ciołek wam się zdażył, dobże go pżedacie — muwił, rozpinając kapot.
— Na howanie pujdzie, bo to z dworskiego gatunku.
— Profit będzie pewny, ile że młynażowy byk już do niczego. Ucieszy się Antek z takiego pżyhuwku.
— Muj Jezu! Kiej on go obaczy? Kiej?
— Niezadługo. Ja to wama powiadam, to wieżcie.
— Dyć wszystkih z dnia na dzień czekają.
— Muwię, że leda dzień się zjawią, cosik się ta pżeciek z użędu wie...
— A najgorsze, co pola nie hcą czekać.
— Jak się w porę nie obsieje, to straszno myśleć o jesieni!
Wuz jakiś zaturkotał. Józka, wyjżawszy za nim, powiedziała:
— Proboszcz z Rochem pżejehali.
— Ksiądz po wino do mszy się wybierał — objaśniał Jambroży.
— Że to Rocha wziął na probanta, nie Dominikową! — drwiła stara.
Nie zdążyła się odciąć Dominikowa, bo kowal wszedł i wujt podniusł się do niego z kieliszkiem.
— Spuźniłeś się, Michał, to gońże nas teraz!
— Prędko was, kumie, zgonię, bo tu już po was lecą...
Co jeno domuwił, wpadł zadyszany sołtys.
— A hodźże, Pietrze, pisaż ze strażnikami na was czekają.
— Psiahmać, że to ni pacieża spokojności! Hale cuż, użąd pierwszy...
— Odprawcie ih prędko i powracajcie.
— Abo to hwaci czasu; o pożar na Podlesiu i o wasz podkop będą penetrowali...
Wybiegł wraz z sołtysem, a Hanka, wpierając oczy w kowala, żekła:
— Pżyjdą opisywać, to im rozpowiecie wszystko, Michale.
Skubał wąsy i wbił ślepie w dzieciaka, niby się to mu pżypatrując.
— Cuż to im powiem? Tyla, co i Józka poredzi!
— Dzieuhy pżeciek do użędnikuw nie wyślę, nie pżystoi. A powiecie, że ile wiadomo, z komory niczego nie wynieśli, czy zaś co inszego nie zginęło, to już... Bogu jednemu wiadomo... I... — Stżepnęła pieżynę, pokaszlując, by nie pokazać mu tważy szydliwej, ale on się jeno ciepnął i wyszedł.
— Świedleż, juha! — pżeśmiehnęła się leciuhno.
— Że krutkie były, to się jeszcze urwały! — nażekał Jambroż, po czapkę sięgając.
— Józka, urżnij im kiełbasy, nieh se hżciny w domu pżydłużą.
— Gęś to jestem, bym suhą kiełbasę ćkał?
— Podlejcie se gożałką, byście nie wyżekali.
— Mądre ludzie powiadają: „Rahuj kaszę, kiej ją sypiesz do garnka, palicuw pży robocie nie oglądaj, ale kieliszkuw pży poczęstunku nie licz...”.
— Kaj gżysi pżydzwaniają, tam pijak do mszy służy!
Pżegadywali, nie szczędząc gożałki; ale nie wyszły i dwa pacieże, kiej sołtys jął oblatywać hałupy i wołać, by się wszyscy shodzili do wujta pżed pisaża i strażnikuw.
Ozgniewało to Płoszkową, że ująwszy się pod boki pysk na niego wywarła:
— A mam gdziesik... Za pazuhą... Wujtowe pżykazy! Nasza to sprawa? Prosilim ih? Czas mamy la strażnikuw, co? Nie psy jesteśmy, co na leda gwizd do nogi się zlatują! Potża im czego, nieh pżyjdą i pytają! Jedna droga! Nie pujdziemy! — zawżeszczała, wybiegając na drogę do gromadki wylękłyh kobiet, zbierającyh się nad stawem.
— Do roboty, kumy, w pola. Kto ma sprawę do gospodyń, powinien wiedzieć, kaj nas szukać. Hale, niedoczekanie ih, byśmy na bele pżykaz żucały wszystko i szły wystawać pod dżwiami kiej psy, trąby jedne! — kżyczała, srodze zapeżona.
Gospodynią była po Borynach pierwszą, to posłuhały jej, rozlatując się kiej spłoszone kokoszki — że zaś już większość w polah robiła od rana, pusto się zrobiło na wsi, dzieci jeno kajś niekaj bawiły się nad stawem i staruhy wygżewały pod słońce.
Juści, że pisaż się zeźlił i sielnie sklął sołtysa, ale rad nierad musiał poleźć w pola. Długo uganiali się po zagonah, rozpytując ludzi, czy kto czego nie wie o pożaże na Podlesiu. Ryhtyk to samo powiedali, co i on wiedział, bo kto by się to wydał z tym pżed strażnikami, co la siebie taił?
Czas jeno stracili do południa, nałazili się po wertepah i zabłocili po pasy, gdyż role były jeszcze miejscami pżepadziste — a na darmo.
Tak byli tym rozgniewani, że skoro pżyszli do Boryny opisywać uw podkop, starszy klął na czym świat stoi, a natknąwszy się w ganku na Bylicę, z pięściami do niego skoczył i kżyczał:
— Ty, mordo sobacza, czemu to nie pilnujesz, że ci się złodzieje podkopują, co! — I już od maci jął mu wywodzić.
— A pilnuj sobie, od tegoś postanowiony; ja nie twuj parobek, słyszysz! — odciął z miejsca stary, do żywego dotknięty.
Aż pisaż ryknął, by pysk stulił, kiej z osobą użędową muwi, bo do kozy pujdzie za hardość. Ale stary się rozwścieklił na dobre. Prostował się hardo i groźny, miotający oczyma, zahrypiał:
— A tyś co za osoba? Gromadzie służysz, gromada ci płaci, to rub, coć masz pżez wujta nakazane; a wara ci od gospodaży! Widzisz go, łahmytek jeden, pisarek jakiś! Odpasł się na naszym hlebie i będzie tu ludźmi pomiatał... I na ciebie się znajdzie większy użąd i kara...
Wujt z sołtysem żucili się go pżyciszać, bo srożył się coraz bażej i już kole siebie za czymś twardym macał drżącymi rękoma.
— A zapisz me do śtrafu, zapłacę i jeszczeh ci na gożałkę dołożę, jak mi się spodoba! — wołał.
Nie zwracali na niego uwagi, opisując wszystko podrobno i rozpytując domowyh o podkop. A stary mruczał cosik do siebie, obhodził dom, zazierał po kątah; psa nawet kopnął, nie mogąc się uspokoić.
Po skończeniu hcieli co pżegryźć, ale Hanka kazała powiedzieć, że mleka i hleba zbrakło akuratnie, są jeno ziemniaki od śniadania.
Ponieśli się do karczmy, w żywe kamienie Lipce wyklinając.
— Dobżeś zrobiła, Hanuś, nic ci nie zrobią. Jezu, to nawet nieboszczyk dziedzic, hoć miał prawo, a tak me nigdy nie sponiewierał, nigdy...
Długo nie mugł zapomnieć obrazy.
Zaraz po południu kturaś wstąpiła, powiedając, że jeszcze w karczmie siedzą i sołtys poleciał sprowadzić Kozłową.
— Szukaj wiatru w polu! — zaśmiała się Jagustynka.
— Pewnie po susz do lasu poleciała!
— We Warsiawie siedzi od wczoraj. Po dzieci pojehała do szpitala; ma dwoje pżywieźć na odhowanie, niby z tyh podżutkuw...
— By je głodem zamożyć, jak to było z tamtymi dwa roki temu.
— Może to i lepiej la hudziakuw, nie będą się całe życie tyrały kiej psy...
— I bękart człowiecze nasienie... Już ona ciężko pżed Bogiem odpowie.
— Pżeciek z rozmysłu nie głodzi. Sama nieczęsto naje się do syta, to skąd i la dzieci weźmie...
— Płacą na utżymanie, nie z dobrości je pżytula! — żekła Hanka surowo.
— Pięćdziesiąt złotyh na cały rok od sztuki, niewielka to obrada...
— Niewielka, bo pżepija z miejsca, a potem dzieciska z głodu mrą.
— Dyć nie wszystkie. A nie wyhował się to wasz Witek, a i ten drugi, co to jest w Modlicy u gospodaża!
— A bo Witka ociec wzięli takim skżatem, co jeszcze koszulę w zębah nosił, i w hałupie się odgryzł. Tak samo było i z tamtym.
— Bronię to Kozłowej? Powiadam ino, jak się mi widzi. Musi kobieta szukać jakiego zarobku, bo do garnka nie ma co wstawić.
— Juści, Kozła nie ma, to nie ma kto ukraść.
— A z Jagatą się jej nie udało. Stara miasto umżeć pozdrowiała galanto i wyniesła się od niej. Wyżala się teraz po wsi, że Kozłowa co dnia jej wymawiała, iż ze śmiercią zwłuczy, by ją poszkodować.
— Wruci pewnie do Kłębów. Gdzież jej szukać shronienia?
— Nie wruci, rozżaliła się na krewniakuw. Kłębowa nierada ją puściła od siebie, boć to i pościel stara ma, i grosz pewnie spory. Ale nie hciała ostać; pżeniesła skżynie do sołtyski i upatruje se, u kogo by mogła pomżeć spokojnie.
— Pożyje jeszcze, a w każdej hałupie teraz się pżyda, hoćby gęsi popaść albo za krowami wyjżeć. Kaj się to znowu Jagna zadziała?
— Pewnikiem u organistuw panience fryzki wyszywa.
— Pora na zabawę, jakby w hałupie brakowało roboty!
— Dyć od samyh świąt pżesiaduje tam cięgiem — skarżyła Józka.
— Zrobię z nią pożądek, że mnie popamięta... Pokażcie mi dziecko.
Wzięła je do siebie i skoro pospżątały po obiedzie, rozegnała wszystkih do roboty. Sama jeno w izbie ostała, nasłuhując niekiedy za dziećmi, bawiącymi się pżed domem pod okiem Bylicy. A po drugiej stronie Boryna leżał jak zawdy samotnie, patżał w słońce, co się pżez okno kładło na izbę smugą rozdrganą i gmerał w niej palcami, a cosik do siebie gważył z ciha, jak to dzieciątko sobie ostawione.
Na wsi też pustką wiało, bo czas się zrobił wybrany i kto jeno mugł się ruhać, wyhodził w pola, do roboty.
Od samyh świąt pogoda się już ustaliła, że co dzień było cieplej i jaśniej.
Dni szły długahne, rankami omglone, szarawe i ciho nagżane w południa, a zożami o zahodzie rozpalone — prawej zwiesny dni.
Poniekture wlekły się cihuśko, kiej te strumienia w słońcu roziskżone, hłodnawe jak one i jak one pżejżyste i zdziebko pluszczące o bżegi, puste i sinawe, a jeno kajś niekaj żułte od mleczuw, to stokrotkami rozbielone albo rozzieleniałe wieżbowymi pędami.
Pżyhodziły i ciepłe całkiem, nagżane, wilgotnawe, pżesiane słońcem, pahnące świeżyzną i tak pżejęte rostem, tak zwiesną nabżmiałe, tak mocą opite, że z wieczora, kiej ptasie głosy pżycihły i wieś legła, to zdawało się czuć w ziemi parcie kożeni i wynoszenie się ździebeł — i jakby słyszał cihuśkie szmery otwierającyh się pąkuw, pęd rostuw i głosy stwożeń, wydającyh się na świat boży.
Szły zaś i drugie, do tamtyh zgoła niepodobne.
Bez słońca, pżemglone, szaromodrawe, niskie, hmużyskami bżuhatymi pżywalone a parne, ciężkie i bijące do głowy kiej gożałka, iż ludzie czuli się jakby pijani. Dżewiny kurczyły się w dygocie, a wszelkie stwożenie, rozpierane jakąś lubością, darło się gdziesik i ponosiło nie wiada kaj i po co, że ino kżyczeć się hciało, pżeciągać albo tulać hoćby i po tyh trawah mokryh, jako te psy ogłupiałe czyniły.
To pżyhodziły już od samego świtania zadeszczone, jakby zgżebnym pżędziwem obmotane, że świata nie dojżał ni drug, ni hat skulonyh pod pżemokłymi sadami. Deszcz padał wolno, ciągle, bezustannie; ruwniuśkie, drżące nici szare jakby się odwijały z jakiegoś wżeciona niedojżanego, wiążąc niebo z ziemią, że ino pżygięło się wszystko cierpliwie i mokło, nasłuhując żęsistego tżepotu i bulgotuw strug, co się z białymi kłakami staczały z pul czarniawyh.
Zwyczajnie to było, jak każdego roku na pierwszą zwiesnę, nikto się też nad nimi nie zastanawiał. Nie pora była na deliberowanie, świt bowiem wyganiał narud do roboty, a puźny mrok dopiero spędzał, że ledwie czasu starczyło, by pojeść i nieco wythnąć.
Lipce też pżez to całe dni stojały pustką, pod strażą tylko staruh, psuw i tyh saduw, coraz gęściej pżysłaniającyh hałupy. Czasem się jeno dziad jakiś pżewlukł, odprowadzany psimi jazgotami, albo wuz do młyna. I znowu drogi leżały puste, a oniemiałe hałupy pżezierały wskroś saduw pżepalonymi szybkami na pola szerokie, na pola nieobjęte, co jakby możem ziem wieś całą okrążały; na pola, co niby matka rodzona tuliła na podołku dzieciny swoje i pży piersi wezbranej tżymała w żywiącym objęciu.
Juści, co dnie to szły robotne, ciepłe, deszczami pżekrapiane. Raz nawet śnieg pieżasty jął walić, że pżysiwił pola, jeno co na krutko, bo go wnet słońce do cna zeżarło — to i nie dziwota, że na wsi pżycihały swary, kłutnie a sprawy wszelkie, bo robota zapżęgała w twarde jażma i do ziemi wszystkie łby pżygięła.
Że już co rano, jeno świt rosisty otwarł siwe ślepie, a pierwsze skowronki zaśpiewały, wieś zrywała się na ruwne nogi, rejwah się podnosił, tżaskanie wrutni, płacze dzieci, kżyki gęsi wypędzanyh nad rowy. I wnet wyprowadzali konie, hłopaki pługi wiodły, ziemniaki wynosili na wozy i rozhodzili się tak prędko w pola, że w pacież abo dwa ciho już było na wsi a pusto. Nawet na mszę prawie nikto nie wstępował, że często granie organuw huczało w pustym kościele, rozlewając się na pola co bliższe, a dopiero na głos sygnaturki klękali po rolah do rannyh pacieży.
Wyhodzili wszyscy do roboty, a prawie tego znać nie było na ziemiah. Dopiero pżyjżawszy się baczniej, to tam kajś niekaj dopatżył pługi, konie pżygięte w pracy, gdzie wuz na miedzy i kobiety, co jak liszki czerwone gmerały się wśrud pul ogromnyh, pod niebem jasnym i wysokim.
A wokuł od Rudki, od Woli, od Modlicy, od wszystkih wsi, widnyh czubami saduw i białymi ścianami w niebieskawym powietżu, roztżęsały się gwarliwe, pełne kżykań i śpiewuw odgłosy robut. Kaj jeno okiem sięgnął za kopce graniczne, wszędy dojżał hłopuw siejącyh, pługi w orce, ludzi pży sadzeniu ziemniakuw, zaś po piaszczystyh rolah już kuż się podnosił za bronami.
Jeno lipeckie ziemie leżały w odrętwiałej cihości, smutne, ogłuhłe — jako te niepłodne wywieiska albo dżewiny shnące wśrud lasu młodego. Bo i w opuszczeniu sierocym leżały, muj Boże, odłogiem prawie, gdyż te kobiece ręce nie znaczyły i za dziesięciu hłopuw, hoć się wieś cała trudziła w pocie od świtu do nocy.
Cuż to mogły same poradzić? Zwijały się jeno kole ziemniakuw a lnuw, a po reszcie pul kuropatki skżykiwały się coraz głośniej; to zajączek często kicał, a tak wolno, że mogli zrahować, ile razy zabielił podogoniem z ozimin; wrony łaziły stadami po ugorującyh zagonah, leniwie wyciągającyh się w słońcu, na prużno czekając ręki ludzkiej.
Cuż to narud miał z tego, że dni pżyhodziły wybrane i cudne, że wynosiły się rankami jakby we srebże skąpane złote monstrancje, że zielone były, pahnące ziołami, nagżane i śpiewające ptasimi głosami, że każdy ruw złocił się od mleczuw, każda miedza mieniła się kiej wstęga szyta w stokrocie, a łęgi kiej tym puhem zrużowionym kwiatami były potżąśnięte, że każda dżewina tryskała wezbraną zielenią, a wszystek świat wzbierał taką zwiesną, aż ziemia zdawała się kipieć i bulgotać od tego wżątku zwiesnowego!
A cuż z tego, kiej pola niezaorane, nieobsiane, nieobrobione leżały — niby paroby zdrowe i kżepkie, pżeciągające się jeno na słońcu, a całe tygodnie trawiąc na niczym. Zasie na tłustyh, rodnyh ziemiah miasto zbuż ognihy się pleniły, osty stżelały w gurę, lebiody tżęsły się po dołkah, rudziały szczawie, peże kłuły się gęsto po podoruwkah jesiennyh, a na rżyskah wynosiły się smukłe dziewanny i łopiany kiej te kumy podufałe zasiadały szeroko, że co ino tliło się w pżytajeniu i strahem dotela żyło, kiełkowało teraz weselnie, szło hyżym rostem, phało się z bruzd na zagony i panoszyło się bujnie po rolah.
Aż lęk jakiś pżewiewał po tyh polah opuszczonyh.
Że zdawało się, jakby bory, hylące się nisko nad ugorami, gważyły zdumione, że strumienie lękliwiej wiły się skroś pustek, a tarniny już obwalone białymi pąkami, grusze po miedzah, pżelotne ptactwo, to jakiś wędrownik z obcyh stron i nawet te kżyże i figury, strużujące nad drogami — wszystko się rozgląda w zdumieniu i pyta dni jasnyh i tyh odłoguw pustyh:
— A kaj się to podziały gospodaże? Kaj to te śpiewy, te bujne radoście, kaj?
Jeno ten płacz kobiecy im powiadał, co się w Lipcach stało.
I tak shodził dzień po dniu bez żadnej pżemiany na lepsze — napżeciw, gdyż co dnia prawie mniej kobiet wyhodziło w pole, że to w hałupah zaległej robocie ledwie poradził.
Tylko u Borynów szło wszystko jak zwyczajnie, wolniej jeno niźli po inne lata i ździebko gożej, że to Pietrek dopiero się pżyuczał do polowyh robut, ale zawdy szło jakoś, boć i rąk pomocnyh nie brakło.
Hanka, hoć jeszcze z łużka, żądziła wszystkim tak zmyślnie i kwardo, że nawet Jaguś musiała z drugimi stawać do roboty. I o wszelkiej żeczy ruwną pamięć miała: o lewentażu, o horym, kaj orać i co gdzie siać, o dzieciah, gdyż Bylica już od hżcin nie pżyhodził — zahożał pono. Juści, że całe dni leżała w samotności, tyle jeno ludzi widując, co w obiad i wieczorem, albo Dominikową, zaglądającą do niej raz w dzień. Żadna z sąsiadek nie pokazywała się, nawet Magda, a o Rochu to jakby słuh zaginął — jak pojehał wtenczas z proboszczem, tak i nie powrucił. Strasznie mieżiło się jej to leżenie, więc aby ryhlej ozdrowieć i sił nabrać, nie żałowała sobie tłustego jadła ni jajkuw, ni mięsa; nawet pżykazała zażnąć na rosuł kokoszkę, nie nieśną po prawdzie, ale zawdy wartałą ze dwa złote.
Toteż tak prędko zmogła horobę, że już w Przewody wstała, postanawiając iść na wywud do kościoła. Odradzały jej kobiety, ale się uparła i zaraz po sumie poszła z Płoszkową.
Hwiała się jeszcze na nogah i często wspierała na kumie.
— Jaże mi się w głowie kołuje, tak zwiesną pahnie.
— Dzień, dwa i wzwyczaicie się.
— Tydzień dopiero, a zmiany na świecie za cały miesiąc.
— Na bystrym koniu zwiesna jedzie, że nie pżegoni.
— Zielono też, muj Jezu, zielono!
Juści, sady wisiały nad ziemią kiej ta hmura zieloności, że ino kominy z niej bielały i dahy się wynosiły. Po gąszczah ptastwo świergotało zapamiętale, dołem zaś od pul ciepły wiater pociągał, aż się bużyły hwasty pod płotami, a staw marszczył się i pręgował.
— Tęgie pąki wzbierają na wiśniah, ino patżeć kwiatu.
— By mruz nie zważył, to owocu będzie galanto.
— Powiadają, że kiedy hleb nie zrodzi, sad dogodzi!
— Ma się na to w Lipcach, idzie po temu! — westhnęła smutnie, spoglądając łzawo na nieobsiane pola.
Prędko się uwinęły z wywodem, bo dzieciak się rozkżyczał, a i Hanka poczuła się tak utrudzoną, że zaraz po powrocie do izby pżyległa nieco na pościeli. Ale nie odzipnęła jeszcze, kiej Witek z kżykiem wleciał:
— Gospodyni, a to Cygany do wsi idą!
— Masz diable kaftan, tego jeszcze brakowało. Zawołaj Pietrka dżwi pozamykać, byh czego nie porwały.
Pżed dom wyszła, zatrwożona wielce.
Jakoż wkrutce rozleciała się po wsi cała banda Cyganek — obdartyh, rozmamłanyh, czarnyh kiej sagany, z dziećmi na plecah, a upżykżonyh, że nieh Bóg broni. Łaziły, żebżąc, wrużyć hciały i do izb gwałtem się cisnęły. Z dziesięć ih było, a narobiły wżasku na całą wieś.
— Józka, spędź gęsi i kury w podwuże, dzieci pżywiedź do hałupy, jeszcze ukradną! — Siadła w ganku pilnować, a dojżawszy jakąś Cyganichę, zmieżającą w opłotki, poszczuła ją psem; Łapa się rozsrożył i nie puścił, że czarownica pogroziła kijem i cosik na nią mamrotała.
— Hale, gdzieś mam twoje pżekleństwa, złodziejko!
— Nie użekłaby, gdybyście ją puścili — szepnęła Jagna z pżekąsem.
— Aleby co ukradła. Takiej nie upilnuje, hoćby jej na ręce patżał, a hcecie wrużenia, to gońcie se za nimi.
Snadź trafiła w pżytajone hęci, bo Jagna poniesła się na wieś i całe to niedzielne popołudnie łaziła za Cygankami. Nie poredziła wyzbyć się jakiejś głuhej obawy ni pżezwyciężyć ciekawości wrużby, że po sto razy zawracała do hałupy i niesła się znowu za nimi; aż dopiero na zmieżhu, kiej Cyganichy pociągnęły ku lasowi, dojżawszy, że jedna wstąpiła do karczmy, wsunęła się za nią i z wielkim strahem, żegnając się raz po raz, kazała sobie wrużyć, nie bacząc na ludzi pży szynkwasie stojącyh.
Wieczorem, po kolacji, zeszły się do Józki na ganek dziewczyny i rajcowały o Cyganach, opowiadając, co kturej wywrużyły: że Marysi Balcerkównie wesele pżepowiedziały na kopaniu, Nastce wielgi majątek i hłopa, Ulisi Sochównie, że ją zwiedzie kawaler, tej pękatej Weronce Bartkowej horobę, zasie Teresce żołnierce...
— Pewnikiem bękarta! — zawarczała Jagustynka, siedząca z boku.
Nie zważali na nią, bo właśnie Pietrek się pżysiadł i jął im prawić rużności, jak to Cygany swojego krula mają, kturen cały we srebrnyh guzah hodzi, a taki ma posłuh, że kiejby pżykazał la śmiehu tylko powiesić się kturemu, a w mig to robią.
— Złodziejski krul, mocaż taki, a psami go szczują — szepnął Witek.
— Pieskie nasienie, pogany zatracone! — mruknęła stara i pżysunąwszy się, rozpowiadała, jak to Cygany dzieci kradną po wsiah.
— I żeby czarne były, to je kąpią we wyważe z olszyny, że i rodzona matka potem nie rozpozna, zaś cegłą ścierają jaże do kości te miejsca, kaj pży hżcie oleje święte kładli na nie. I prosto w diablęta pżemieniają.
— A pono takie czary i zamawiania potrafią, jaże strah muwić! — pisnęła kturaś.
— Prawda, niehby cię ohuhała, a już by ci wąsy wyrosły na łokieć.
— Pżeśmiewacie! Opowiadają, że hłopu ze słupskiej parafii, co ih pono wyszczuł psami, to Cyganicha jeno mignęła jakimś lusterkiem pżed ślepiami, a zaraz całkiem zaniewidział.
— I podobno ludzi, w co hcą, pżemieniają, nawet we zwieżaki.
— Kto się spije, ten się sam najlepiej we świnię pżemienia.
— Hale, a ten gospodaż z Modlicy, co to łoni na odpuście beł, nie łaził to na czworakah, nie szczekał?
— Zły go opętał, pżeciek dobrodziej wypędzali z niego diabła.
— Jezu, że to są na świecie takie sprawy, jaże skura cierpnie!
— Bo złe wszędy się czai jak ten wilk kiele owiec.
Trwoga wionęła pżez serca, że skupiły się bażej, a Witek, rozdygotany strahem, ciho szepnął:
— A u nas też cosik straszy...
— Nie pleć głupi bele czego! — powstała na niego Jagustynka.
— Śmiałbym to, kiej hodzi cosik po stajni, obrokuw pżysypuje, konie rżą... I za brug hodzi, bo widziałem, jak Łapa tam leciał, warczał, kręcił ogonem i łasił się, a nikoguj nie było... To pewnikiem Kubowa dusza pżyhodzi... — dodał ciszej, oglądając się na wszystkie strony.
— Kubowa dusza! — szepnęła Józka, żegnając się raz po raz.
Zatżęsły się wszystkie; mruz pżeszedł kości, a kiej dżwi jakieś skżypnęły, zerwały się z kżykiem. To Hanka stanęła w progu.
— Pietrek, a kaj te Cygany stoją?
— Muwili w kościele, że siedzą w lesie za Borynowym kżyżem.
— Tża strużować w nocy, byh czego nie wyprowadzili.
— W bliskości pono nie kradną.
— Jak się im uda. Dwa roki temu też tam stali, a Sosze maciorę wzięli... Nie tża się na to spuszczać! — ostżegała Hanka i kiej się dziewczyny rozeszły, pilnowała hłopakuw, by za sobą dobże pozamykali oborę i stajnię; zaś powracając zajżała na ojcową stronę, czy już jest Jagusia.
— Skocz no, Józka, po Jagnę. Nieh pżyhodzi do hałupy, nie ostawię dzisiaj dżwi na całą noc wywartyh.
Ale Józka ryhło oznajmiła, że u Dominikowej ciemno i na wsi już prawie wszędzie śpią.
— Nie puszczę latawca, nieh se do rana posiedzi na dwoże! — wygrażała, zasuwając dżwi.
Musiało też być już bardzo puźno, kiej posłyszawszy targanie dżwiami zwlekła się otwierać i aż się cofnęła, tak od Jagny buhnęło gożałką. Niezgożej musiała być napita, gdyż długo macała za klamką i słyhać było z izby potykanie się o spżęty i to, że jak stała, buhnęła się na łużko.
— Cie! Że i na odpuście galanciej by się nie uraczyła, no, no!
Ale już ta noc nie miała pżejść spokojnie, gdyż na samym świtaniu zatżąsł się na wsi taki wżask i lament, że kto jeszcze spał, w koszuli śpiesznie wybiegał na drogę, myśląc, iż się kaj pali.
To Balcerkowa z curkami darła się wniebogłosy, że jej konia wyprowadzili złodzieje.
W mig cała wieś się zleciała pżed hałupę, a one, rozmamłane, opowiadały niepżytomnie pośrud płaczuw i lamentuw, jako Marysia poszła o świcie pżysypać obroku — a tu dżwi wywarte, stajnia pusta i konia pży żłobie nie ma.
— Ratuj, Jezu miłościwy! Ratujcie, ludzie, ratujcie! — ryczała stara, drąc się za łeb i tłukąc się o płoty kiej ten ptak spętany.
Pżyleciał sołtys, po wujta też posłali, ale go w domu nie było. Zjawił się dopiero w parę pacieży, jeno że się ledwie na nogah utżymał — napity był, rozespany i zgoła niepżytomny, bo jął cosik mamrotać i ludzi rozganiał, aż go sołtys musiał usunąć z oczu.
Ale i tak mało kto zważał na niego w tym ciężkim strapieniu, co jak kamienie pżywaliło wszystkie dusze. Słuhali wciąż opowiadań, drepcząc ze stajni na drogę i z nawrotem, nie wiedząc, co począć, bezradni i do cna wystraszeni, aż kturaś żuciła w głos:
— To cygańska robota!
— Prawda, w lesie stoją! Penetrowały wczoraj!
— Nie kto drugi ukradł, nie! — zerwały się bużliwe głosy.
— Lecieć do nih i odebrać, a sprać złodziejuw! — wżasnęła Gulbasowa.
— Na śmierć zakatrupić za taką kżywdę!
Wżask buhnął ogromny ku wshodzącemu właśnie słońcu. Kołki zaczęły rwać z płotuw, tżąhać pięściami, kręcić się w kułko, to gdziesik już napżud wybiegać z kżykiem, kiej nowa sprawa się wydała.
Sołtyska z płaczem pżybiegła, że i im wuz ukradli z podwuża.
Osłupieli, jak kieby piorun tżasnął gdziesik z bliskości, że długi czas jeno wzdyhali, rozwodząc ręce i spoglądając na sie ze zgrozą.
— Konia z wozem ukradły, no, tego jeszcze we wsi nie bywało.
— Jakaś kara spada na Lipce.
— I co tydzień gożej!
— Pżudzi bez całe roki tylahna się nie zdażało, co teraz pżez miesiąc.
— A na czym się to jeszczeh skończy, na czym! — poszeptywały trwożnie.
Naraz żucili się za sołtysem do Balcerkowego sadu, kaj widne były końskie ślady, znaczne po rosie i na świeżej ziemi, aż do sołtysowej stodoły; tam konia wpżęgli do wozu złodzieje i kołując po rolah, wyjehali koło młynaża na drogę, biegnącą do Woli.
Puł wsi poszło, rozpatrując w cihości ślady, kture dopiero pod stogami spalonymi, pży skręcie na Podlesie, urwały się z nagła, że nie sposub ih było odszukać.
Ale ta kradzież tak sturbowała wszystkih, że hoć dzień był bardzo cudny, mało kto wziął się do roboty. Łazili poważeni, łamali ręce, użalając się nad Balcerkową, pżejmując się coraz większym strahem o swuj dobytek.
Zaś Balcerkowa siedziała pżed stajnią jakby pży tym katafalku — zapuhła z płaczu i ledwie już zipiąc, wybuhała niekiedy wśrud jękuw:
— O muj kasztan jedyny, moje konisko kohane, muj parobku najlepszy! A to mu dopiero na dziesiąty rok szło, samam go od źrebięcia wyhowała jak to dzieciątko rodzone. Dyć w tym samym roku się ulągł co i muj Stacho! A cuż my, teraz, sieroty, poczniemy bez ciebie, co?
Zawodziła tak żałośliwie, iż co miętsi płakali z nią razem, rozżalając się nad stratą, gdyż bez konia to jak pżez rąk, zwłaszcza teraz na zwiesnę i kiej hłopuw nie było.
Juści, co sąsiadki obsiadły ją, z całego serca pocieszając, a pospulnie wspominały kasztana, hwaląc go niemało.
— Piękny był koń, kżepki jeszcze, kiej dziecko łagodny.
— Skopał mi hłopaka, kumo, ale po prawdzie wałah był pżedni.
— Prawda, grudę miał w kulasah i ździebko ślepiał, ale zawdy czterdzieści papierkuw daliby za niego.
— A figlował kiej pies, nie ściągał to pieżyn z płotuw? Co?
— Szukać takiego drugiego, szukać! — wyżekały bolejąco, niby nad jakimś umarlakiem.
A Balcerkowa co spojżała na żłub, to ją nowy ryk wstżąsał i nowe żałoście hwytały za gardziel. I ta pusta stajnia, kiej świeży grub, budziła pamięć straty nieodżałowanej i kżywdy. Uspokoiła się dopiero, kiej powiedzieli, jako sołtys wziął Pietrka od Hanki, księżego Walka, młynarczyka i pojehali szukać u Cyganów.
— Hale, szukaj wiatru w polu. Kto ukradnie, showa ładnie.
Dobże już było pod wieczur, kiej powrucili, rozpowiadając, że ani śladu nikaj — jakby kamień żucił we wodę.
Wujt też się pokazał we wsi i hoć już mrok zapadał, zabrał sołtysa na brykę i pojehał donieść strażnikom i kancelarii, a Balcerkowa z Marysią poszły na sąsiednie wsie szukać na swoją rękę.
Ale wruciły z niczym; dowiedziały się jeno, że po inszyh wsiah ruwnież mnożyły się kradzieże. Bez to na ludzi padło jeszcze cięższe udręczenie, bo strah o dobytek, jaże wujt ustanowił struże i w braku parobkuw po dwie kobiety wespuł ze starszymi hłopcami miały co noc obhodzić wieś i pilnować, a oprucz tego i w każdej hałupie z osobna czuwali; wszystkie zaś dziewki poszły spać do stajni i obur.
Jednako i to nie pomogło, a trwoga jeszcze bażej urosła, gdyż mimo tyh strużowań zaraz pierwszej nocy Filipce zza wody złodzieje wyprowadzili maciorę na oprosieniu.
Prosto nie opowiedzieć, co się z tą hudziaczką wyrabiało. Tak rozpaczała, że i po dziecku nie poredziłaby ciężej, boć to był jej dobytek jedyny, za kturen rahowała się pżeżywić do żniw; ryczała też, tłukąc się o ściany, jaże strah było patżeć. Nawet do dobrodzieja poleciała z lamentami, że litując się nad nią, dał jej całego rubla i obiecał prosiaka z tyh, co się dopiero miały uląc na żniwa.
A narud już nie wiedział, co począć i jak zapobiec kradzieżom. Dzień nastał iście pogżebowy, że zaś i pogoda się pżemieniła — deszczyk siepał od rana i szare, ciężkie niebo pżygniatało świat wszystek, to smutek ogarniał dusze, ludzie hodzili w utrapieniu, wzdyhający i żalni, ze strahem myśląc o nocy najbliższej.
Jakby na szczęście pżed samym wieczorem zjawił się Rocho i biegając po hałupah, roznosił nowinę tak dziwną, że zgoła nie do uwieżenia. Oto rozpowiadał radośnie, jako we czwartek, pojutże, zjadą się całą hurmą sąsiedzi pomagać Lipcom w polnyh robotah.
Nie mogli zrazu uwieżyć, ale kiej i dobrodziej, wyszedłszy na wieś, potwierdzał najuroczyściej — radość buhnęła po ludziah, że już o zmieżhu, kiej deszcz pżestał, a ino kałuże poczerwieniały od zuż pżeciekającyh spod oparuw, zaroiły się drogi, rozbżmiewając weselnymi kżykami. Zagotowało się po hałupah od gwaruw, biegali po sąsiadah rozważać i dziwować się tej nowinie, zapominając całkiem o kradzieżah i tak się ciesząc serdecznie tą pomocą niespodzianą, że nawet mało kto pilnował tej nocy.
Nazajutż, jeno się świt pżetarł hyla tyla, cała wieś stanęła na nogi. Wypżątali hałupy, brali się do pieczenia hlebuw, ryhtowali wozy, krajali ziemniaki do sadzenia, szli w pola rozżucać nawuz, leżący na kupah — a w kturej hałupie turbowano się wedle jadła i napitku la tyh gości niespodzianyh, rozumiano bowiem, jako tża wystąpić godnie, po gospodarsku, iż bez to niejedna kura i gąska, ostawione na pżedanie, dały gardło. I niemało znowu nabrali na burg w karczmie i we młynie, że jak pżed wielkim świętem uczyniło się w Lipcach.
A Rocho, może najbardziej radosny i wzruszony, cały dzień uwijał się po wsi, popędzając jeszcze tu i owdzie do pżygotowań. A tak był jaśniejący i na podziw rozmowny, że kiej zajżał do Borynów, Hanka, ktura znowu leżała, czując się horą, żekła ciho:
— Oczy się wam świecą kiej w horobie...
— Zdrowym, jeno radosny jak nigdy w życiu. Miarkujecie: tyla hłopuw się zwali na całe dwa dni do Lipiec, że najpilniejsze roboty obrobią. Jakże się nie radować?
— Dziwno mi jeno, że tak za darmo, pżez zapłaty, za jedno „Bóg zapłać” hcą robić... Tego jeszcze nie bywało...
— A za „Bóg zapłać” pżyjadą pomagać, jak prawe Polaki a hżeścijany powinny! Juści, co tak nie bywało, ale i bez to złe panoszy się we świecie. Pżemieni się jeszcze na lepsze, zobaczycie! Narud pżyjdzie do rozumu, pomiarkuje, że nie ma się na kogo inszego oglądać, że nikto mu nie pomoże, jeno on sam sobie, wspierając jeden drugiego w potżebie! A rozrośnie się wtenczas po wszystkie ziemie kiej ten bur niezmożony i niepżyjacioły jego sczezną niby śniegi! Obaczycie, pżyjdzie taka pora! — wołał promieniejąc, a ręce wyciągał gdziesik, jakby hciał kohaniem objąć wszystek narud i wiązać go miłością w jeden pęk niepżełamany...
Ale uciekł zaraz, gdyż zaczęła wypytywać, kto sprawił taki cud, że pżyjadą z pomocą. Hodził po wsi, gdyż do puźnej nocy świeciło się po hałupah, że to dzieuhy prawie świąteczne obleczenia szykowały, spodziewając się, iż coś parobkuw jutro pżyjedzie.
A nazajutż, ledwie świt pobielił dahy, wieś już była gotowa. Z kominuw się kużyło, dziewczyny kiej opażone latały między hałupami, hłopaki zaś skrabały się po drabinah na kalenice, patżąc na drogi. Świąteczna cisza padła na wieś. Dzień pżyszedł hmurny, bez słońca, ale ciepły i dziwnie jakoś tęskny. Ptactwo zajadle świergotało po sadah, zaś głosy ludzkie cihły, ciężko się ważąc w tym nagżanym, wilgotnym powietżu.
Długo czekali, bo dopiero kiej pżedzwonili na mszę, zadudniały głuho drogi, a spod sinyh, żadkih mgieł jęły się wytaczać szeregi wozuw.
— Jadą z Woli!
— Jadą z Rzepek!
— Jadą z Dębicy!
— Jadą z Przyłęka!
Wżeszczeli ze wszystkih stron, na wypżudki biegnąc pżed kościuł, kaj już pierwsze wozy zajehały, a wkrutce wszystek plac ludźmi się zaphał i zapżęgami. Hłopi, świątecznie pżyodziani, zeskakiwali z wasąguw, żucając pozdrowienia kobietom nadhodzącym zewsząd; dzieci zaś jak zawdy wżask podniesły, otaczając pżybyłyh.
I szli zaraz na mszę, bo już w kościele zahuczały organy.
A skoro ksiądz skończył, prawie cała wieś wysypała się za wrutnie cmentaża pod dzwonnicę. Gospodynie wystąpiły na pżedzie, dzieuhy kręciły się na bokah wiercąc ślepiami parobkuw, a komornice zbiły się osobno w kupę kiej kuropatki, nie śmiejąc cisnąć się na oczy dobrodzieja, ktury wnet się ukazał, pozdrowił wszystkih i razem z Rochem jął rozpożądzać, ktury do jakiej hałupy ma jehać robić — bacząc jeno, by bogatszyh do bogatszyh kwaterować.
Tak ano w mig wszystko rozpożądził, że nie pżeszło i puł godziny, a już rozdrapali hłopuw. Pżed kościołem ostały jeno spłakane komornice, na darmo czekające, że i im kturyś pżypadnie. Po wsi zaś rwetes się czynił — wystawiali ławy pżed hałupy, duhem podając śniadania i częstując gożałką na prędsze skumanie. Dziewki rade usługiwały, ledwie tykając jadła, gdyż większość była parobkuw i tak wystrojonyh, jakby na zmuwiny, a nie do roboty zjehali.
Nie było czasu na rozgadki. Tyle jeno muwili, z kturyh są wsi i jak się wołają; nawet jedli mało wiele, wymawiając się wielce politycznie, jako jeszcze nie zarobili na sutsze jadło.
Wryhle też, pod pżewodem kobiet, zaczęli wyjeżdżać w pola.
Jakby to uroczyste świątko uczyniło się na świecie.
Puste i zdrętwiałe pola ożyły, potżęsły się głosy, ze wszystkih podwuż wytaczały się wozy, wszystkimi drużkami ciągnęły pługi, wszystkimi miedzami ludzie ruszali, a wszędy, skroś saduw i pżez pola rwały się pokżyki, leciały radosne pozdrowienia. Konie rżały, turkotały rozeshłe koła, psy ujadały zapamiętale, ganiając za źrebakami, a bujna, mocna radość pżepełniała serca i po ziemiah się niesła — i na poletkah pod ziemniaki, na jęczmiennyh rolah, na rżyskah, na zahwaszczonyh ugorah stawali i wesołym pogwarem, szumnie i rozgłośnie kiej do tańca.
Naraz pżycihło wszystko, baty świsnęły, zaszczękały orczyki, sprężyły się konie i rdzawe jeszcze pługi jęły się z wolna wpierać w ziemię i wywalać pierwsze skiby czarne i lśniące; a narud się prostował, nabierał dehu, żegnał, potaczał oczyma po rolah, pżyginał i pracy a trudu się imał.
Zgoła nabożna i święta cihość ogarnęła pola, jakby się rozpoczęło nabożeństwo w tym niezmieżonym kościele. Narud w pokoże pżywarł do zagonuw, ścihnął i ze wzdyhem serdecznym żucał święte, rodne ziarna, posiewał trud na plenne jutro, matce ziemi oddawał się wszystek i z dufnością.
Hej! Ożyły znowu lipeckie pola, doczekały się gospodaży tęskniące; a toć, jak okiem sięgnął, od boruw hmurnyh aż po wyżnie polnyh granic, po wszystkih ziemiah w tym szarozielonawym, mgławym powietżu, niby pod wodą, jaże roiło się od czerwonyh wełniakuw, pasiastyh portek, białyh kapot, koni pżygiętyh w pługah i wozuw po miedzah.
Niby pszczelny ruj obsiadł ziemię pahniącą i roił się pracowicie w cihości bladego, zwiesnowego dnia — że jeno skowronki rozgłośniej śpiewały, ważąc się gdziesik niedojżane. Wiater też pżewiał niekiedy, zatargał dżewiny, rozwiał pżyodziewy kobietom, pżygładził żyta i w bory uciekał z hihotem.
Długie godziny pracowali bez wythnienia, tyle jeno odpoczywając, co tam ktoś gżbiet wyprostował, odzipnął i znowuj się pżykładał do zagona. Że nawet na południe z rul nie zjeżdżali, pżysiedli jeno na miedzah pojeść z dwojakuw i kościom dać folgę, ale skoro tylko konie pżejadły, za pługi się imali, nie leniąc ni ociągając. Dopiero o samym zmieżhu zaczęli ściągać z pul.
Wnetki rozbłysły haty i zawżały gwarem a krętaniną. Cała wieś stanęła w łunah ogni, co się z okien i dżwi wywartyh darły na drogę; w każdej hałupie zwijali się kiele obżądkuw i wieczeży. Rwetes się podniusł, pżekżyki, rżenia koni, skżypy wieżei, cielęce beki, gęgoty gęsi na noc spędzonyh do zagrud, dziecińskie wżaski — że cała wieś huczała i tżęsła się tym dziwnie radosnym bełkotem.
Pżycihło dopiero, kiej gospodynie do mih zapraszały, tak sielnie honorując hłopuw, że sadzały ih na pierwszyh miejscah, podtykając co najlepsze, nie żałowały bowiem ni mięsa, ni gożałki...
We wszystkih hałupah wieczeżali, wszędy pżez wywarte okna i dżwi widne były głowy w krąg zebrane i gęby ruhające; skżybot łyżek się rozhodził, a smaki słoniny pżysmażonej wiały po drogah, aż w nozdżah wierciło.
Tylko jeden Rocho nikaj nie pżysiadł na dłużej. Hodził od domu do domu, siał dobrym słowem, poredzał i szedł dalej do drugih, jako ten gospodaż zapobiegliwy i o wszystkim jednako baczący, a tak samo jak cała wieś pełen wesela i może bażej jeszcze pżejęty radością.
Nawet u Hanki czuć było to dzisiejsze świątko, bo hoć pomocy nie potżebowała, to by drugim ulżyć, zaprosiła do siebie na kwaterę dwuh Rzepczaków, kture robiły u Weroniki i Gołębowej.
Tyh se wybrała, że to Rzepczaki za szlahtę się miały.
Juści, co w Lipcach pżekpiwali się zawdy z takiej szlahty i za psi pazur ih nie mieli, gożej niźli na miejskih łahmytkuw i prefesjantuw powstając; ale skoro weszli do hałupy, Hanka zaraz spostżegła, że to inszy gatunek, znaczniejszy.
Hłopy były drobne i huderlawe, z miejska w czarne kapoty odziane, ale sielnie miniaste; wąsiska im sterczały kiej wiehy konopne i oczyma toczyli gurnie, jednako rozmowni byli, a obejście mieli delikatne i mowę zgoła pańską. Obyczajny był narud, bo tak wszyćko gżecznie hwalili, a każdej poredzili tym słowem zabasować, że kobiety jaże urastały z kuntentności.
Sutszą też wieczeżę kazała Hanka nażądzić i podać im na stole pokrytym czystą płahtą.
Sielnie ih obserwowała, pżykazując wszystkim uważnie, że prawie na palcah kiele nih hodziły, z oczu odgadując potżeby. Jagna zaś, jakby całkiem głowę straciła, wystroiła się kieby na odpust i siedziała zapatżona w młodszego niby w obraz.
— Ma on swoje dwurki, na bose ani spojży — szepnęła Jagustynka, jaże Jaguś w ogniah stanęła i na swoją stronę uciekła.
Rocho wszedł był właśnie, za stołkiem się rozglądając.
— Temu się najbażej zdumieją nasze hłopy, co ludzie z Rzepek zjehali Lipcom pomagać! — żekł ciho.
— Nie o swoją sprawę pobilim się w lesie, to nikt z nas zawziętości nie żywi — odpowiedział starszy.
— Bo zawdy bywa, że kiej się dwuh za łby bieże, tżeci kożysta!
— Prawda, Rochu, ale nieh no dwuh się zgodnie zmuwi w pżyjacielstwo, to ten tżeci może niezgożej oberwać po łbie, co?
— Mądże muwicie, panie Rzepecki, mądże...
— A co dzisiaj Lipcom dolega, jutro może pżyjść na Rzepki.
— I na każdą wieś, panie Rzepecki, jeśli miasto za sobą obstawać i pospulnie się bronić, kłyźnią się, dzielą i pżez złoście wydają wrogowi. Mądre i pżyjacielskie sąsiady to jak te płoty a ściany bronne: świnia się bez nie nie pżeciśnie i zagona nie spyska...
— Wie się już o tym, Rochu, między nami, jeno hłopy jeszcze tego nie miarkują i stąd bieda idzie...
— I na to już pora pżyhodzi, panie Rzepecki: mądżeją...
Wytoczyli się wnet po wieczeży na ganek, kaj już Pietrek pżygrywał na skżypicy dziewczynom, co się były zleciały posłuhać.
Wieczur szedł cihy i ciepły, mgły białymi kożuhami zsiadały się na łęgah, czajki kwiliły z mokradeł i młyn po swojemu turkotał, a czasem dżewa zaszumiały. Niebo było wysokie, ale zawalone burymi hmużyskami, że jeno na obżeżah zwałuw pżecierały się miesięczne bżaski, a miejscami z wyrw głębokih kieby w studniah gwiazdy bystro świeciły.
Wieś huczała kiej ul pżed wyrojem. Do puźna jażyły się wszystkie okna, do puźna też w opłotkah i po drogah wżały pżyciszone szepty i śmiehy buhały wesołe. Dziewki szczeżyły zęby do kawaleruw i rade się z nimi wodziły nad stawem; starsze zaś, zasiadłszy z gospodażami na progah, ugważały się, godnie zażywając hłodu i odpocznienia.
A nazajutż, ledwie się niebo zarumieniło zożami, jeszcze w świtowyh, pżyziemnyh sinościah, zaczęli się zrywać ze śpiku i sposobić do pracy.
Słońce wzeszło pięknie, że świat, kieby tym srebrem szronami potżąśnięty, w ogniah stanął cały, w skżeniah mokrawyh i w hłodnym a żeźwym poranku. Ptactwo udeżyło w kżyk ogromny, zaszumiały dżewa, zabełtały wody, podniesły się ludzkie głosy i wiater, otżąsając, kże roznosił po wsi terkoty, wołania, ryki, dzieuszyne śpiewki, co kajś zatżepotały, i cały ten rwetes i krętaninę wyhodzącyh na robotę.
Na łęgah mgły jeszcze leżały białe kiej śniegi, jeno na wyższyh rolah pożedły i słonecznymi biczami pocięte i spędzone, dymiły już kiej z trybulażuw i ku czystemu niebu darły się stżępiastym pżędziwem. W szronah leżały jeszcze pola, kuląc się w dośpiku i nabżmiewając niby pąki, a narud z wolna wpierał się wszystkimi stronami w orosiałe, senne zagony, wtapiał się w pżesłoneczniane tumany i pżywierał do poletek w cihości — bo od ziem, od dżew, z sinyh dalekości, od wud błyskającyh krętowinami, od mgieł i od nieba, wynoszącego rozgożały krąg słońca — wszystkim światem taka wiosna waliła i bił taki czad mocy i upojenia, że jaże w piersiah zapierało, jaże dusza się tżęsła w takiej pżenajświętszej radości, co to jeno łzami skapuje cihymi, wzdyhem się wypowie albo klękaniem pżed tym zwiesnowym cudem i w najlihszej trawce widomym.
To i mnogi uw narud obzieral się długo dokoła, żegnał pobożnie, pacieże szeptał i w cihości za robotę się brał, że kiej pżedzwaniali na mszę, już wszyscy byli na swoih miejscah.
Mgły ryhło się rozwiały i pola stanęły na słonecznej jaśni, że jak okiem sięgał po lipeckih ziemiah, pociętyh pasami zielonyh ozimin, wszędy czerwieniały wełniaki, orały pługi, wlekły się brony, wodzone pżez dziewki, gmerały się żędy kobiet, sadzącyh ziemniaki, a gęsto po czarnyh i długih zagonah hodziły hłopy pżepasane płahtami — pohyleni ździebko i nabożnym, sypkim żutem ręki rozsiewali ziarna w spulhnione, czekające role...
Tak zaś wszyscy pracowali gorliwie, głuw nawet nie podnosząc, iż ani spostżegli dobrodzieja, kturen zaraz po mszy jawił się pży swoim parobku, ożącym nade drogą, a potem ku zdumieniu hodził po poletkah, pozdrawiał wesoło, częstował tabaką; komu i papierosa udzielił, tam żucił jakieś słowo łaskawe, uwdzie dziecińskie głowy pżygładził i z dzieuhami zażartował, indziej zaś to wruble stado, na zasiany jęczmień spadłe, pecyną zgonił. A często pierwszą garść siewu kżyżem błogosławił albo i sam rozżucił, a wszędy do pośpiehu pżynaglał, jakby i ekonom nie poredził lepiej.
I zaraz po obiedzie razem ze wszystkimi do roboty się stawił, objaśniając kobietom, że hoć to dzisiaj wypadało świętego Marka, ale procesja odbędzie się dopiero w oktawę, tżeciego maja.
— Nie pora dzisiaj, szkoda czasu, bo hłopy drugi raz nie pżyjadą pomagać!
Tłumaczył i sam też z pola nie zeszedł aż do samego końca; sutannę podkasał, kijem się wspierał, że to tęgie bżuho musiał dźwigać, i hodził niestrudzenie, niekiedy jeno pżysiadając po miedzah, by pot obetżeć z łysiny a odzipnąć.
Radzi mu byli serdecznie, iż pod jego okiem robota jakby szła prędzej i lekciej; hłopy zaś za honor sobie miały, co im sam dobrodziej ekonomuje.
Słońce już czerwone i pełne nad bory się zwieszało, ziemie gasły, a dale jęły modżeć, kiej pokończywszy co najpilniejsze roboty, zaczęli ściągać do wsi; śpieszyli się, byh jeszcze za widoku do dom zdążyć.
Wielu i za wieczeżę dziękowało, pżegryzając jeno co niebądź naprędce, a insi z pośpiehem brali miski wczas nażądzone. Konie, już założone do wozuw, rżały pżed domami.
Ksiądz się znowu pokazał na wsi wraz z Rochem; obhodził wszystkih i każdemu hłopu z osobna raz jeszcze dziękował za poczciwą pomoc Lipczakom.
— Bo co dasz potżebującemu, jakbyś samemu Jezusowi dawał! No, muwię wam, że hoć nieskoży jesteście dawać na mszę, hoć o potżebah kościoła nie pamiętacie, hoć już od roku wołam, że dah mi zacieka na plebanii, co dzień modlić się za was będę, za waszą poczciwość Lipcom okazaną... — wołał ze łzami, całując hylące mu się po drodze głowy.
Właśnie byli kiele kowala, skręcali na drugą stronę wsi, kiej im zastąpiły drogę zapłakane komornice z Kozłową na pżedzie.
— A to dopraszam się dobrodzieja, szlim pytać: czy to nam hłopy pomagać nie będą? — zaczęła hardo, podniesionym głosem.
— Bo czekalim, że i na nas pżyjdzie kolej, a oni już odjeżdżają...
— I my sieroty ostaniem pżez żadnego wspomożenia... — wraz muwiły.
Ksiądz zafrasował się, srodze poczerwieniawszy.
— Cuż wam poradzę? Nie wystarczyło dla wszystkih... I tak całe dwa dni poczciwie pomagali... No, muwię... — bełkotał, latając po nih oczyma.
— Juści! Pomagali, ale gospodażom, bogaczom jeno... — zaszlohała Filipka.
— Nama jako zapowietżonym nikto się nie pokwapił wspomuc...
— Nikoguj głowa nie zaboli o nas, sieroty...
— Żeby hoć kilka pługuw do ziemniakuw, to i tego nie! — szeptały łzawo.
— Moiście... Odjeżdżają już... No... Zaradzi się jakoś... Prawda, że i wam ciężko... I wasi mężowie z drugimi... No, muwię, że się zaradzi.
— A o czym to będziem czekać tej pomocy? A jak się jeszcze i tego ziemniaka nie wsadzi, to już ino postroneczka szukać! — zawiedła Gulbasowa.
— No, muwię, że się zaradzi... Dam wam swoih koni, hoćby na cały dzień, jeno mi ih nie zgońcie... Młynaża też uproszę, wujta, Boryny... Może dadzą...
— Może! Czekaj tatka latka, jaż kobyłę wilcy zjedzą! Hodźta, kobiety, nie skamlajta po prużnicy! Żebyśta nie potżebowały, to by wama dobrodziej pomogli... La gospodaży jest wszystko, a ty, biedoto, kamienie gryź i łzami popijaj! Owczaż jeno stoi o barany, bo je stżyże. A z czeguż to nas oskubie, heba z tyh wszy! — wywierała pysk Kozłowa, jaże ksiądz zatkał uszy i poszedł.
Zbiły się w kupkę i żewnymi łzami płakały, w głos wyżekając, a Rocho utulał je, jak umiał, obiecując poczciwie pomoc jaką wyjednać. Odwiudł gdziesik pod płot, bo już zaczęli się rozjeżdżać na wszystkie strony — drogi zaczerniały od koni a ludzi, zaturkotały wozy i ze wszystkih proguw leciały gorące słowa dziękczynień:
— Nieh wama Bóg zapłaci!
— Bywajcie zdrowi!
— Odpłacim się jeszcze w sposobną porę!
— A zawdy w niedzielę zajeżdżajcie do nas kiej do krewniakuw!
— Ojcuw pozdruwcie! A kobiety nam swoje pżywieźcie!
— W potżebie się kturen znajdzie, z całej duszy pomożem!
— Ostajta z Bogiem i nieh wama plonuje, ludzie kohane! — kżykali, czapami tżąhając do się i rękoma wymahując.
Dziewczyny i co ino było dzieci szły pży wozah, odprowadzając ih za wieś. Największą kupą tłoczyli się na topolowej, gdyż tamtędy aż z tżeh wsi jehali. Wozy toczyły się wolno, rozmawiali wesoło, buhając częstym śmiehem i baraszkując.
Mrok się już sypał, zoże gasły, jeno wody kajś niekaj gożały czerwono. Mgły się zwijały na łęgah i wieczorna, zwiesnowa cihość pżędła się po ziemiah. Żaby jęły gdziesik daleko a zgodnie rehotać...
Doprowadzili się do rozstajuw i tam żegnali się wśrud śmiehuw i kżykań. Ale nim jeszcze konie ruszyły z kopyta, kiej kturaś z dziewczyn zaśpiewała za nimi:
A hłopaki im na to, odwracając się z wozuw:
Dzwoniły młode głosy po rosie i we wszystek świat się niesły radosne.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.