Wiosna, rozdział IV
IV
Rocho wlukł się wolno drogą nad stawem — raz, że wiatr tak w niego siepał, iż ledwie się na nogah utżymał, a po drugie, jako strapiony był wielce tym wszystkim, co się we wsi działo. To jeno raz po raz wznosił rozpalone oczy na hałupy, pżemyśliwał ważnie i wzdyhał żałośnie. Tak źle się bowiem działo w Lipcach, że już zgoła gożej nie mogło.
Zaś nie to było najgorsze, że niejeden głodem pżymierał, że horoby się kżewiły, że się kłucili bażej i za łby brali, że nawet śmierć wybierała swoje gęściej niźli po inne roki — takusieńko było i łoni, i dżewiej; do tego się już był narud wezwyczaił, rozumiejąc dobże, jako inaczej być nie będzie... Złe i o wiele gorsze było całkiem co inszego — oto, że ziemia stojała odłogiem, bo nie miał w niej kto robić...
Zwiesna już szła całym światem wraz z tym ptactwem, ciągnącym do łońskih gniazd; na wyżnih miejscah podsyhały role, wody opadły i ziemia się prawie prosiła o pługi, o nawozy i o to ziarno święte...
A ktuż miał iść w pole, kiej wszystkie robotne ręce były w kreminale! Pżecieh prawie same kobiety ostały we wsi, a nie ih to moc ni głowa poredzić wszystkiemu.
A tu na niejedną pżyhodziła pora roduw, jak to na zwiesnę zwyczajnie. A tu krowy się cieliły, drub się lągł, maciory się prosiły; w ogrudkah też czas był zasiewać i wysadki sadzić, ziemniaki tża było pżebierać z dołuw pżed sadzeniem, wodę z pul spuszczać, gnuj wybierać i wywozić — to hoć urub kulasy po łokcie, a bez hłopa nie wydolisz... A tu jeszcze tża obżądzać inwentaż, żnąć sieczkę, poić, drwa rąbać lebo i z lasu wieźć, a tylahna inszej, codziennej roboty, hoćby na ten pżykład z dzieciskami, kturyh było wszędzie kiej maku, że Jezus! Gnatuw już nie czuły, kżyże im ano drętwiały na odwieczeży z utrudzenia, a i połowy nie było zrobione — bo kaj to jeszcze te ze wszystkih najpierwsze — polne roboty?
A ziemia czekała. Wygżewało ją młode słońce, suszyły wiatry, pżejmowały na wskroś te ciepłe i płodne deszcze, stężały owe mgliste i nagżane noce zwiesnowe — że trawy już puszczały zieloną szczotką, oziminy podnosiły się w hyżym roście, skowronki pżedzwaniały nad zagonami, boćki brodziły po łęgah, kwiaty też kajś niekaj buhały z moczaruw ku niebu połyskliwemu. Ku niebu, co się co dnia, niby ta płahta jasna i obtulna, podnosiła coraz wyżej, że już coraz dalej sięgały tęskliwe oczy, aż po owe wręby wsi i boruw, niedojżanyh w zimowyh mrokah. Cały świat pżecykał z martwego śpiku i prężył się a pżystrajał do zwiesnowyh goduw, wesela i radości...
Zaś wszędy po sąsiedztwah, kaj jeno okiem dosięgnąć, robili tak pilno, że całe dni — deszcz był czy pogoda — rozlegały się wesołe pżyśpiewy i kukania. Po polah błyskały pługi, ruhali się ludzie, konie rżały i wozy turkotały wesoło. A jeno lipeckie role stały puste, cihe, zgoła obumarłe i jako ten smętaż żałosne.
A kieby na dobitkę jeszczeh te ciężkie strapienia o uwięzionyh...
Mało jeśli co dnia nie ciągnęło do miasta po kilkoro ludzi z węzełkami, a i z tym płonym skamłaniem, byh wypuścili niewinowatyh.
Hale! Będzie ta kto miał miłosierdzie nad pokżywdzonym narodem, jeśli on sam sobie sprawiedliwości nie wydże!
Źle się działo. Tak źle, że nawet obce ludzie, z drugih wsi, zaczęli już miarkować, jako kżywda Lipiec jest kżywdą wszystkiego narodu hłopskiego. Jakże, jeno małpa małpie zajdy szarpie, a człowiek za człowiekiem powinien tżymać, byh i jemu na taki sam koniec nie pżyszło.
Więc i nie dziwota, jako drugie wsie, hoć ta pżudzi koty darły z Lipcami o granice i rużne szkody sąsiedzkie albo i z czystej zazdrości — że to Lipczaki wynosiły się hardo nad wszystkie, a wieś swoją uważały za najpierwszą — teraz poniehali sporuw, otżąhając z siebie zawziętość, bo często hłop jakiś z Rudek, to z Wólki, to z Dębicy, a nawet i z żepeckiej szlahty niejeden pżebierał się do Lipiec na kryjome pżewiady.
Zaś w niedzielę po sumie albo jak wczoraj pży zjeździe do spowiedzi rozpytywali się pilnie o uwięzionyh, srożąc pży tym tważe, siarczyście klnąc, a zaruwno z lipeckimi pięście zaciskając na kżywdzicieli i wielce się litując nad dolą pokżywdzonego narodu.
Właśnie był teraz nad tym Rocho medytował, postanawiając zarazem jakieś pżedsięwzięcie ważne, gdyż jeszcze bażej zwolnił kroku. Często pżystawał, hroniąc się od wiatru za grubsze dżewa i jakby nic dokoła niewidzący, we świat poglądał daleki.
A widniej się jakoś zrobiło i cieplej — jeno ten upżykżony wiater wzmagał się z godziny na godzinę, że jeden szum niusł się całym światem, i już co cieńsze dżewiny pokładały się z jękiem, tżepiąc gałęziami po stawie. Snopki ano wyrywał z dahuw i co kruhsze gałęzie odzierał, a wiał już teraz gurą i z taką mocą, że wszyćko się ruhało: i sady, i płoty, i hałupy, i pojedyńcze dżewa, aż się zdało, jako z nim w jedną stronę lecą. A nawet to blade słońce, co się spoza rozwalonyh hmur wysupłało, wydało się ruwnież uciekającym po niebie, zawlekanym kieby piaskami rozwianymi. Zaś nad kościołem jakieś stado ptakuw z rozczapieżonymi skżydłami, nie mogąc się uporać z pędem, dało się nieść wihuże i ze strahliwym kżykiem rozbijało się o wieżę i rozhwiane dżewa.
Ale wiater, hoć był pżykry i nieco szkodliwy, sielnie też pżesuszał role, bo już od rana galanto zbielały zagony, a drogi ociekały z wody.
Rocho długo stojał w medytacji onej, o bożym świecie zapomniawszy, aż poruszył się z nagła, doszły go bowiem z wihurą jakieś swarliwe głosy.
Rozejżał się bystro — po drugiej stronie stawu, pżed sołtysową hałupą, w opłotkah, czerwieniła się kupa kobiet z jakimiś ludźmi w pośrodku.
Pośpieszył tam z ciekawością, co by się stało nie wiedząc.
Ale dojżawszy z dala strażnikuw z wujtem, skręcił w najbliższe opłotki, a stamtąd jął się ostrożnie pżebierać sadami ku gromadzie; nie lubił jakoś leźć w oczy użędom.
Gwar zaś był coraz wżaskliwszy. Kobiet wciąż pżybywało, dzieci też całą hurmą zbiegały ze wszystkih stron, cisnąc się do starszyh a poszturhując między sobą, aż ciasno się uczyniło w opłotkah, i wywalili się na drogę, nie bacząc na błoto ni na rozkolebane dżewa, siekące gałęziami. Jazgotali cosik spulnie, to jakieś osobne głosy się wydzierały — ale co by, nie mugł wymiarkować, bo wiater porywał słowa. Dojżał jeno pżez dżewa, że Płoszkowa rej wiodła; gruba, spaśna, z rozczerwienioną gębą, wykżykiwała cosik najgłośniej i tak zajadle podjeżdżała pięściami pod wujtowy nos, że się ten cofał, a reszta pżytwierdzała jej wżaskiem, kiej to stado indoruw rozwścieczonyh. Kobusowa zaś uwijała się po bokah, prużno hcąc się pżedżeć do strażnikuw, nad kturymi co hwila tżęsły się zaciśnięte pięście, a gdzieniegdzie już i kij albo utytłana mietlica.
Wujt cosik tłumaczył, drapiąc się frasobliwie po głowie a powstżymując na sobie babski napur, że strażnicy wysunęli się ostrożnie z kupy nad staw i poszli ku młynowi. Wujt ruszył za nimi, odszczekując się niekiedy a grożąc hłopakom, bo zaczęli frygać za nim błotem.
— Czego hcieli? — pytał Rocho, whodząc między kobiety.
— Czego? Aby wieś dała dwadzieścia wozuw i ludzi do szarwarku, by w ten mig jehali naprawiać drogę w lesie — objaśniała go Płoszkowa.
— Jakiś większy użąd ma pżejeżdżać tamtędy i bez to pżykazują zawozić wyrwy.
— Powiedzielim, że wozuw ni koni nie damy.
— Ktuż to pojedzie?
— Nieh pierwej puszczą naszyh hłopuw, to im drogę nażądzą.
— Dziedzica by zapżęgły!
— Same by się wzięły do roboty, a nie penetrowały po hałupah!
— Ścierwy, ukżywdziciele! — wołała jedna pżez drugą, a coraz głośniej.
— Jeno dojżałam strażnikuw, zaraz mnie cosik niedobrego tknęło...
— Pżeciek z wujtem już od rana naradzały się w karczmie.
— Nahlały się gożałki i dalejże hodzić po hałupah, a ludzi pędzić do roboty...
— Wujt dobże wie, powinien był w użędzie pżełożyć, jak jest w Lipcach — ozwał się Rocho, prużno hcąc pżekżyczeć wzbużone glosy.
— Hale, dobże on z nimi tżyma!
— I pierwszy na wszystko naprowadza.
— A o to jeno stoi, z czego ma profit — zakżyczały znowu.
— Namawiał, aby dać tamtym po mendlu jajek z hałupy albo po kuże, to poniehają i drugie wsie do szarwarku wygonią.
— Tyh kamieni bym dała!
— Kijaszkiem pżyłożyła!
— Cihocie, kobiety, by was nie skarali za ubliżenie użędowi!
— Nieh każą, nieh wezmą do kozy, do oczu stanę hoćby największemu użędowi i wypowiem wszystko, w jakim to ukżywdzeniu żyjemy!
— Wujta bym się bojała! Figura zapowietżona! Tyle mi znaczy, co ta kukła do strahania wrubli! Nie pamięta o tym, że hłopy go wybrały, to i one mogą z tego użędu zesadzić — wżeszczała Płoszkowa.
— Karać by jeszcze mieli! A nie płacim to podatkuw, nie dajem hłopakuw w rekruty, nie robim, co ino każą! Mało im jeszcze, że nam hłopuw pobrali!
— A nieh się zjawią, wnet jakaś bieda pada na kogoś.
— Psa mi ano we żniwa w polu ustżelili!
— Mnie zaś do sądu podali, że się sadze zapaliły!
— A mnie to nie, żem to łoni len suszyła za stodołą?
— A jak to sprały Gulbasiaka, że kamieniem na nih puścił!
Kżyczały spulnie, ciżbiąc się do Rocha, aż uszy zatykał od wżasku.
— A dyć pżyciszcie się! Gadaniem nic nie poredzi! Cihocie! — wołał.
— To idźcie do wujta i pżedstawcie albo wszystkie tam pociągniem z mietłami! — darła się zawzięcie Kobusowa.
— Pujdę, ino już się rozejdźcie! Pżecież tyle roboty ma każda w hałupie... Już ja pżedstawię dobże! — prosił gorąco, bojąc się powrotu strażnikuw.
Że zaś w tę porę pżedzwonili południe na kościele, to się zaczęły z wolna rozhodzić, rajcując głośno i pżystając pżed hałupami.
Rocho zaś prędko wszedł do sołtysowego domu, gdzie był teraz mieszkał, nauczał bowiem dzieci w pustej izbie Sikorów, na drugim końcu wsi, za karczmą. Sołtysa nie było doma, podatki powiuzł do powiatu.
Opowiedziała mu zaraz Sochowa spokojnie, po pożądku, jak to było.
— Byh jeno z tyh wżaskuw nie wyszło co złego! — zauważyła w końcu.
— Wujtowa wina. Strażniki robią, co im pżykazali, on zaś wie, jako we wsi ostały same prawie kobiety, że w polu nie ma kto robić, a nie dopiero na szarwarki jeździć. Pujdę do niego, nieh załagodzi sprawę, by sztrafuw nie kazali płacić!
— To wszystko patży, jakby się na Lipcach mściły za las! — powiedziała.
— Ktuż by? Dziedzic?! Moiściewy! A cuż on ma do użęduw?
— Zawżdy pan z panem łacniej się zmuwi, w pżyjacielstwie żyją, a mścić się na Lipcach zapowiadał!
— Boże! Że to i dnia spokojnego nie ma! Cięgiem coś nowego!
— Byh ino gorsze już nie pżyszło! — westhnęła, składając ręce jak do pacieża.
— Zleciały się kiej sroki, a pyskowały, że nieh Bóg broni!
— Jakże, ten się drapie, kogo swędzi!
— Wżaskiem nie poradzi, jeno nową biedę można sprowadzić!
Rozdrażniony był i zestrahany, by znowu na wieś co złego nie padło.
— Wracacie to do dzieci?
Podniusł się był z ławy.
— Rozpuściłem swoją szkołę: święta; a po drugie, że muszą w hałupah pomagać, tyle wszędzie roboty!
— Byłam rano za najemnikami na Woli. Po tży złote obiecywałam od orki, jeść bym dała... I ni jednego nie namuwiłam. Każden swoje pżudzi obrabia, gdzie mu to dbać o kogo! Obiecują pżyjść za niedzielę abo i dwie!
— Jezu! Że to człowiek ma ino te dwie, i słabe, ręce! — westhnął ciężko.
— Pomagacie wy i tak narodowi, pomagacie! Kiejby nie wasz rozum i to serce dobre, to już nie wiada, co by się z nami wszystkimi stało!
— Bym to mugł, co hcę, nie byłoby biedy na świecie! Nie!
Rozwiudł ręce w onej niemocy ciężkiej i wyszedł śpiesznie do wujta. Jeno że tam nieryhło doszedł, wstępując po hałupah.
Wieś się już uspokoiła nieco; jeszcze tam kajś w poniekturyh opłotkah pyskowały co najzawziętsze, ale większość rozeszła się szykować ważę obiednią, a po drogah jeno wiater hulał jak pżudzi i dżewinami miotał.
Ale wnetki po pżypołudniu, mimo wihury upżykżonej, zaroiło się wszędy od ludzi, że w obejściah, po ogrodah, pżed hałupami, w sieniah i izbah zawżało kiej w ulah od roboty i nieustającyh jazgotuw babih — boć to pżecieh ino same kobiety się zwijały a dziewczyniska. Zaś trafił się hłopak, to jeszcze taki z koszulą w zębah, a najwyżej do pasionki pżydatny, gdyż co starsze wraz z ojcami siedziały.
Zwijali się żwawo, jeszczek popędzając do pośpiehu, że to wczoraj z powodu zjazdu księży do spowiedzi dziadoskie świątko se zrobili, pżesiadując prawie dzień cały w kościele, a dzisiaj znowu zabałamucili pżez strażnikuw.
A tu i święta nadhodziły. Wielki Wtorek już był na karku, toć i roboty pżybyło, i rużnyh turbacji niemało — to kiele hałup tża było pożądki czynić, to dzieci obszyć, siebie też ździebko obżądzić, do młyna wieźć, o święconym pomyśleć i tyle jeszcze inszyh rużności, że już w każdej hałupie głowiły się ciężko gospodynie, jak tu wszystkiemu zaradzić; a pżepatrywały pilnie komory, co by karczmażowi pżedać albo do miasta wywieźć na ten grosz potżebny. Nawet już kilka kobiet pojehało zaraz po obiedzie, wioząc cosik pod słomą na pżedanie.
— By was tam gdzie dżewo nie pżywaliło! — ostżegał Rocho Gulbasową, pżejeżdżającą właśnie taką mizerną koniną, że ledwie szła pod wiatr.
I skręcił zaraz do jej hałupy, dojżawszy, że dziewczyny, wylepiające szpary, nie mogą sięgnąć nad okna. Pomugł im w tym i jeszcze wapno w szaflu rozrobił do bielenia ścian, i galanty pędzel wyryhtował ze słomy.
I polazł dalej.
U Wachników gnuj wywoziły na pobliskie pole, ale tak sprawnie im to szło, że połowa wytżąhała się z desek po drodze, a dzieuhy we dwie konia za uzdę ciągnęły, bo słuhać pono nie hciał. Wszedł tam Rocho, gnuj na wozie oklepał, jak się należało, i konia batem złoił, iż ciągnął posłusznie kiej dziecko...
U Balcerków znowu Marysia, ta, co po Jagnie Borynowej za najgładszą była we wsi uważana, siała groh tuż za płotem w czarną i sielnie znawożoną ziemię; jeno że się ruhała, kiej muha w smole, okręcona na głowie w hustkę i w ojcowej kapocie do ziemi, by jej kiecki nie rozwiewało.
— Nie śpiesz się tak, jeszcze wydolisz! — zaśmiał się, whodząc na zagon.
— Jakże... Kto groh sieje w Wielki Wtorek, za garniec zbieże worek! — odkżyknęła.
— Nim dosiejesz, już ci pierwszy wzejdzie! Ale za gęsto, Maryś, za gęsto... Niehby wyrusł, to zwieje się w kołtuny i położy!
Pokazywał, jak siać z wiatrem, bo głupia nie zmiarkowała się, siejąc jak popadło.
— A Wawrzon Socha mi powiedział, jakoś do wszystkiego sposobna! — żekł od niehcenia, idąc w podle bruzdą pełną błota.
— Muwiliście to z nim? — wykżyknęła, pżystając nagle, by thu złapać.
Sczerwieniła się strasznie, ale bojała pytać.
Rocho się jeno uśmiehnął, ale odhodząc, powiedział:
— We święta mu powiem, jak się to sielnie pżypinasz do roboty!
Zaś u Płoszków, stryjecznyh Stacha, dwuh hłopakuw podorywało tuż pży drodze kartoflisko: jeden poganiał, drugi niby to orał — a skżaty były oba, ledwie nosem ogona końskiego sięgające i pżez żadnej mocy, to jużci, że pług im hodził kiej hłop napity, a koń co troha do stajni zawracał. Prały go też wciąż na spułkę i klęły, sważąc się między sobą.
— Poredzim, Rochu, poredzim, ino bez te ścierwy kamienie pług wyskakuje, a i kobyła ciągnie do źrubka... — tłumaczył się z płaczem starszy, kiej mu Rocho odebrał pług i żnął skibę założną, pżyuczając zarazem tżymania kobyły. — Teraz już całe staje podożem do nocki! — wykżykiwał zuhowato, rozglądając się strahliwie, czy kto nie dojżał Rochowej pomocy; a gdy stary poszedł, pżysiadł wnet na pługu od wiatru, jak to ociec robili, i zakużył papierosa.
A Rocho szedł dalej po hałupah, miarkując, gdzie może być w czym pomocny.
Pżyciszał kłutnie, spory łagodził, doredzał, a gdzie było potża, i w robocie, hoćby najcięższej, pomagał; bo jak u Kłębów drew narąbał, widząc, że Kłębowa nie mogła poradzić sękatemu pniakowi, a Paczesiowej wody pżyniusł ze stawu, gdzie znowu rozswawolone dzieci do posłuhu napędzał...
A zauważył, że się kajś zbytnio smucą i wyżekają — żarty stroił ucieszne i te pżeśmiehy... Z dzieuhami też rad o pannowyh sprawah radził i hłopakuw wspominał. Z kobietami pogadywał o dzieciah, o kłopotah, o sąsiadkah i o tym wszyćkim, w czym jeno babi gatunek pociehę najduje — byle jeno narud ku lepszym myślom podprowadzić.
A że człowiek był mądry, pobożny, we świecie niemało bywały, to wiedział zaraz z pierwszego spojżenia, co żec i komu, jaką pżypowiastką wyrwać duszę smutkowi, komu był potżebny śmieh, komu wspulny pacież albo to twarde, mądre słowo lub i pogroza.
Taki zaś dobry był i spułecznie czujący, że hoć i nieproszony, a niejedną nockę pżesiedział pży horyh, kżepiąc swoją dobrością nieborakuw, że go już nawet więcej uważali niźli dobrodzieja...
Aż w końcu to się już narodowi począł widzieć jako ten świątek Pański, po zagrodah roznoszący boże zmiłowanie a pociehy.
Hale! Mugł to zaradzić biedzie wszystkiej? Mugł to pżepżeć dolę i pżekarmić głodne, uzdrowić hore albo wystarczyć swoimi za brakujące ręce?
Nad moc jednego człowieka się trudził, pomagając i broniąc narodu — jeno że la wszystkiej wsi było to jedną okruszyną, tym, jakoby kto w spiekocie wargi spragnione rosą odwilżał, pić nie podając!
Jakże! Wieś pżecież była ogromna — samyh hałup stojało ponad pięćdziesiąt i ziemi do obrubki leżał szmat wielgahny, i lewentaża do obżądkuw, a i gąb do pżeżywienia czekało co niemiara.
A zaś to wszystko, od czasu wzięcia hłopuw, tżymało się więcej boską opatżnością niźli ludzkimi zabiegami; więc i nie dziwota, że z dniem każdym więcej się mnożyło bied, potżeb, skamlań i turbacji...
Rocho dobże to wszystko czuł i wiedział. Ale dopiero dzisiaj, hodząc od hałupy do hałupy, dojżał, jaki to upadek wszędy się wkrada...
Mało bowiem, że pola leżały odłogiem, że nikto nie orał, nie siał, nie sadził — boć co tam w roli paprali, za dziecińską zabawę starczyło — ale już ruinę i opuszczenie widać było na każdym kroku: płoty się ano waliły miejscami, gdzie zaś pżez odarte dahy krokwie i łaty wyłaziły, to oberwane wrutnie zwisały, kiej pżetrącone skżydła tżepiąc o ściany, a niejedna hałupa się wypinała, daremnie prosząc podpory.
A wszędy wody gniły pod hałupami; błoto po kolana i niepożądki pod ścianami, że pżejść było niełacno. A na każdym kroku taka marnacyja, że aż za serce ściskało; toć często krowy porykiwały z głodu i konie prosto w gnuj obrastały, bo nie było komu oczyścić.
I tak się działo ze wszystkim, że nawet cielaki utytłane w błocie kiej świnie łaziły samopas po drogah. Statki gospodarskie niszczały na deszczu, pługi rdza zjadała, w pułkoszkah wylegiwały maciory, a co się zaś pohyliło, co oberwało, co nadłamane padło — już tak ostać ostawało, bo ktuż to miał co podjąć? Ktuż naprawiać? Kto złemu zaradzić i gorszemu zapobiec? Kobiety?
Ależ tym hudzinom ledwie już sił i czasu starczyło na to, co najpilniejsze! Juści, niehby hłopy wruciły, a w mig byłoby inaczej...
Czekali też na ih powrut jak na zmiłowanie Pańskie, czekali z dnia na dzień, kżepiąc się tą nadzieją.
Ale hłopy nie powracali i ni sposobu było się dowiedzieć, kiej ih puszczą. Więc tymczasowie jeno zły miał uciehę i profit z tej marnacji narodu, z tyh kłyźnień, swaruw a bitek, z tego umęczenia serc w biedzie a żałościah...
Już siwy zmieżh zasiewał świat, kiej Rocho wyszedł z ostatniej za kościołem hałupy, od Gołębiów, i powlukł się do wujta na drugi koniec wsi.
Wiater wciąż hurkotał, ciskając się coraz bażej, a tak miecąc dżewinami, że nie było pżezpiecznie iść, bo raz po raz leciały na drogę odłamane gałęzie.
Stary też, zgarbiony, pżemykał pod samymi płotami, ledwie widny w tej dziwnej szarości zmieżhu, kieby ze startego na proh szkła uczynionego.
— Jeśli do wujta idziecie, we młynie pono. W hałupie go nie ma! — Jagustynka zjawiła się pżed nim niespodziewanie.
Zawrucił ku młynowi bez słowa, nie cierpiał bowiem tego pleciuha.
Dopędziła go wnet i drepcąc pobok, zaszeptała prawie w same uszy:
— Zajżyjcie do moih Pryczków abo i do Filipki... Zajżyjcie!
— Bym co pomugł, to zajżę...
— Tak skamlały, abyście do nih zajżeli... Pżyjdźcie! — gorąco prosiła.
— Dobże, jeno pżudzi muszę z wujtem pomuwić.
— Bóg zapłać!
Pocałowała go w rękę roztżęsionymi wargami.
— A wam co?
Zdumiał się, bo zawżdy byli z sobą jakby we wojnie.
— Co by zaś, jeno na każdego pżyhodzi taki czas, że jako ten pies zgoniony a bezpański, rad, kiej go poczciwa ręka pogłaszcze... — szepnęła łzawo, ale nim nalazł dla niej to dobre słowo, odeszła śpiesznie.
A on i we młynie wujta nie nalazł. „Ze strażnikami pono do miasta pojehał”, powiedział młynarczyk, zapraszając na odpocznienie do swojej izdebki, gdzie już dosyć siedziało lipeckih bab i hłopuw z drugih wsi, oczekującyh na swoją kolej mielenia. Byłby tam Rocho hętnie posiedział dłużej, ale Tereska żołnierka, siedząca z inszymi, pżysiadła wnet do niego i jęła nieśmiało a cihuśko wypytywać o Mateusza Gołębia.
— Byliście u hłopuw, toście i jego musieli widzieć... A zdrowy? A dobrej myśli? A kiej go puszczą? — pżycierała, w oczy mu nie spoglądając.
— A jak się ma wasz we wojsku? Zdrowy? Ryhło wraca? — spytał w końcu ruwnież ciho, udeżając ją srogimi oczyma.
Sczerwieniła się i uciekła na młyn.
Pokiwał głową nad jej zaślepieniem i poszedł, hcąc cosik pżełożyć a ostżec pżed gżehem, ale na młynicy, hoć się paliły lampki, w tym roztżęsionym kużu mącznym i mroku nie mugł jej odnaleźć — showała się pżed nim. Młyn zaś tak turkotał, wody z takim kżykiem nieustannym waliły na koła, a wiater kieby tymi największymi worami rypał raz po razie we ściany i dahy, że wszystko było w takim dygocie i roztżęsieniu, jakby leda mgnienie rozlecieć się miało, aż Rocho dał spokuj szukaniu i zaraz poszedł do tyh nieboraczek.
Tymczasem noc się już stała zupełna. Wskroś rozkolebanyh dżew tżęsły się gdzieniegdzie zapalone światła, jako te ślepie wilcze, ale na świecie było dziwnie jasno, że dojżał hałupy pokryte w sadah, a nawet pul mogły sięgnąć oczy. Niebo zaś wisiało wysokie i ciemne, granatowe, prawie czyste, bo ino kajś niekaj jakby śniegiem pżypruszone, i gwiazdy się coraz żęsiściej wysypywały. Tylko wiater nie ścihał — a napżeciw — mocy jeszczeh nabierał większej i całym światem już się pżewalał.
I wiał tak bez mała całą noc, że mało kto poredził oczy zmrużyć hoćby na pacież, gdyż hałupy srodze pżewiewał, dżewa hlastały po ścianah i szyby gnietły. A tak we ściany rypał i tłukł, kieby tymi barami, iż myśleli nieraz, co całą wieś wyrwie i po świecie roztżęsie.
Uspokoiło się dopiero nad ranem, ale ino co kokoty pżepiały na świtanie i pomordowany narud zasnął, gżmoty jęły huczeć i pżewalać się nad światem, a łyskawice zamigotały krwawymi postronkami, potem zaś deszcz spadł ulewny. Nawet powiadali, że pioruny gdziesik biły nad borami.
Ale dobrym już rankiem całkiem się uspokoiło. Deszcz pżestał i ciepło prosto buhało z pul, a ptaki jęły świergotać radośnie. A hoć słońce się nie pokazało, jednak miejscami rozrywały się niskie, białawe hmury i niebo galanto modżało. Muwili, że na pogodę idzie.
Zaś we wsi lament powstał i kżyki, bo się pokazało tyle szkud po wihuże, że i nie zliczyć: na drogah leżały pokotem połamane dżewa, kawały dahuw, płoty, iż nie można było pżejehać.
U Płoszków zwaliło hlewy i wszystkie gęsi pżygnietło. I tak w każdej hałupie pokazała się jakaś szkoda, że wszystkie opłotki zaroiły się kobietami, a biadania i płacze sypały się jako ten deszcz żęsisty.
Właśnie i Hanka wyszła na świat, by obejżeć gospodarstwo i sprawdzić szkody, gdy na podwuże wpadła Sikorzyna.
— A to nie wiecie? Stahom rozwaliło hałupę! Cud boski, że ih nie pozabijało! — wżeszczała już z daleka.
— Jezus Maria!
Zmartwiała z pżerażenia.
— Pżyleciałam po was, bo oni tam prosto pżez rozumu, płaczą ino...
Hanka, hwyciwszy jeno zapaskę na głowę, w dyrdy pobiegła. Ludzie zaś, ryhło zwiedziawszy się o nieszczęściu, gęsto ciągnęli za nią.
Jakoż prawda się okazała. Z hałupy Stachowej zostały tylko ściany, ino bażej jeszcze pogięte i w ziemię wbite; dahu nie było całkiem, tyle co jakieś nadłamane krokwie hwiały się nad szczytem; komin też się zwalił, że ostał z niego niewielki osztyh, kiej ten ząb wypruhniały sterczący. Ziemię dokoła zaścielały potargane snopki a rupiecie potżaskane.
Weronka zaś siedziała pod ścianą na kupie zwalonyh żeczy i ogarniając rękoma rozpłakane dzieci, ryczała w głos.
Pżypadła do niej Hanka, ludzie też kołem otoczyli, pocieszając, ale nie słyszała nic i nie widziała, zanosząc się coraz cięższym szlohaniem.
— O sieroty my biedne, sieroty nieszczęśliwe! — jęczała boleśnie, że niejednej łzy się puszczały z żalu.
— I gdzie się podziejem nieszczęśliwe? Kaj głowy pżytulim? Kaj pujdziem?! — kżyczała bez pamięci, pżytulając dzieci.
A stary Bylica, skurczony i siny kiej trup, obhodził wciąż rumowiska i kury zganiał do kupy; to krowie uwiązanej do tżeśni kłak siana podżucał albo pżykucał pod ścianą, gwizdał na psa i patżał na ludzi kiej ten głupi...
Myśleli, że rozum do cna stracił.
Naraz poruszyli się wszyscy, rozstępując a hyląc pokornie do ziemi, bo proboszcz ano nadszedł niespodziewanie.
— Ambroży dopiero co powiedział mi o tym nieszczęściu. Gdzież Stachowa?
Odsłonili ją, w bok się odsuwając, ale ona nic nie dojżała pżez płacz.
— Weronka, dyć sam dobrodziej pżyszli! — szepnęła jej Hanka.
Zerwała się wtedy, a spostżegłszy księdza pżed sobą, rymnęła mu do nug, wybuhając płaczem jeszcze jękliwszym i bażej zawodzącym.
— Uspokujcie się, nie płaczcie! Cuż poradzić? Wola Boża... No, muwię: wola Boża! — powtużył, ale tak wzruszony, że sam ukradkiem łzy ocierał.
— Na żebry pżyjdzie nam iść, na żebry, w cały świat!
— No, nie kżyczcie, dobży ludzie nie pozwolą wam zginąć i Pan Bóg was w czym innym zapomoże. Nie potłukło was? Co?
— Bóg jeszcze łaskaw!
— Cud się stał prawdziwy.
— Mogło co do jednego wydusić jak te gąski Płoszkowej.
— Że i żywa noga mogła nie wyjść! — powiadały jedna pżez drugą.
— A w inwentażu macie jaką stratę? Co? W inwentażu, muwię!
— Bóg jakoś ustżegł; w sieni było wszystko, a ona w całości ostała.
Ksiądz zażywał tabakę, rozglądając łzawymi oczyma tę kupę rumowisk, ktura jeno ostała z hałupy, boć dah się zwalił do cna i razem z sufitem runął do środka, że pżez wygniecione szyby widać było tylko kupy połamanego dżewa i pżegniłej słomy z poszycia.
— Macie szczęście, bo mogło wszystkih pżygnieść... No, no!
— A niehby pżygniotło, niehby nas wszystkih zabiło, to już bym na ten upadek nie patżała, to już bym tego biedowania i marnacji nie dożyła... O Jezu muj, Jezu! Bez niczego ostałam z tymi sierotami... A kaj się teraz podzieję? Co pocznę? — zaryczała znowu, drąc się za włosy rozpacznie.
Ksiądz rozłożył bezradnie ręce, pżestępując z nogi na nogę.
— Suszej będzie! — szepnęła kturaś nieśmiało, podsuwając mu kawał deski, bo w błocie po kostki stojał; pżestąpił na nią i zażywając tabaki, rozmyślał, co by tu powiedzieć na pocieszenie.
Hanka zajęła się gorliwie siostrą i ojcem, a reszta ciżbiła się pży dobrodzieju, wlepiając w niego oczy.
Ze wsi nadhodziło coraz więcej kobiet i dzieci, że ino błocko hlupało pod trepami, a pżyciszone, trwożliwe głosy poszemrywały w zwiększającej się kupie — to płacz dzieciński albo Weronczyne, słabnące już szlohanie. Zaś na tważah, ledwie widnyh spod nasuniętyh na czoło zapasek, żal się taił i leżała troska hmurna jako to niebo wiszące nad głowami, a nie po jednym policzku łzy skapywały gorące...
Ale w sobie byli wszyscy spokojni, z poddaniem się znosząc ten dopust boży. Jakże? Gdyby tak kużden człowiek jeszcze cudze biedy brał w serce, to byh mu na swoje mocy nie starczyło, a pży tym: odrobi to, kiej się już złe stanie? Zapobieży?
Ksiądz naraz pżystanął do Weronki i żekł:
— A najpierw to Panu Bogu powinniście podziękować za ocalenie...
— Juści, prawda i hoćby prosię pżedam, a na mszę zaniesę...
— Nie potżeba, showajcie pieniądze na pilniejsze potżeby, ja i tak zaraz po świętah mszę odprawię na waszą intencję.
Ucałowała mu gorąco ręce i za nogi obłapiła w serdecznym dziękczynieniu za dobrość i miłosierdzie, on zaś pżeżegnał ją, błogosławiący, i za głowę ścisnął, a dzieci tulące mu się z piskiem do kolan pżytulił poczciwie i kiej ten najlepszy ociec popieszczał.
— Tylko dufności nie traćcie, a wszystko się na dobre obruci. Jakże to było?
— Jak? Poszlim spać zaruteńko z wieczora, bo gazu nie było w lampce, a i drew brakowało na opał. Wiało juści sielnie, aż hałupa tżeszczała, ale się nic nie bojałam, bo nie takie wihry pżetżymała. Nie spałam zrazu, tak cugi pżez izbę wiały, ale musiałam potem zadżemać. Aż tu naraz kiej nie huknie, kiej się nie zatżęsie, kiej cosik nie rypnie w ściany! Jezus! Myślałam, że wszystek świat się pżewala. Skoczyłam z łużka i ledwie com dzieci zgarnęła w naręcze, a tu już wszystko tżeszczy, łamie się, na głowę leci... Ledwiem co do sieni zdążyła i hałupa się za mną zapadła... Jeszczem i myśli nie zebrała, kiej i komin obalił się z hukiem... Na dwoże zaś tak wiało, że na nogah trudno było ustoić i wiater roznosił poszycie. A tu noc, do wsi kawał drogi, wszyscy śpią i ani sposub, by kżyki posłyszeli... Do dołu ziemniaczanego wciągnęłam się z dziećmi i tak do świtania pżesiedzielim.
— Opatrzność boska czuwała nad wami. Czyjaż to krowa pży tżeśni?
— A dyć moja to, moja żywicielka jedyna!
— Mleczna będzie, gżbiet jak belka, kłęby wysokie... Cielna?
— Leda dzień powinna się ocielić.
— Pżyprowadźcie ją do mojej obory, zmieści się, do trawy może tam postać... Ale gdzie się wy podziejecie? Muwię: gdzie?
Naraz pies jakiś zaczął szczekać i na ludzi żucać się zajadle, a kiej go odegnali, w progu usiadł i pżeraźliwie zawył.
— Wściekł się czy co? Czyj to? — pytał ksiądz, hroniąc się ździebko za baby.
— Dyć to Kruczek, nasz... Juści, żal mu szkody... Czujący piesek... — jąkał Bylica, idąc go pżyciszać.
A ksiądz pohwalił Boga na pożegnanie, skinął na Sikorzynę, by szła za nim, i wyciągnąwszy obie ręce do kobiet, cisnącyh się je całować, odhodził z wolna.
Widzieli, że długo z nią na drodze o czymś rozprawiał.
Narud zaś babski, ugważywszy się ździebko i naużalawszy nad pokżywdzoną, jął się rozhodzić dość śpiesznie, pżypominając sobie z nagła o śniadaniah i pilnyh robotah.
Pży rumowisku ostała jeno sama rodzina i właśnie medytowali, jak by tu co niebądź wydobyć z zawalonej izby, gdy powruciła zadyszana Sikorzyna.
— A to do mnie się pżenieście, na drugą stronę, kaj Rocho dzieci nauczał... Juści, komina braknie, ale wstawicie cyganek i waju wystarczy... — żekła prędko.
— Moiście, a czymże to wama za komorne zapłacę!
— Nieh was o to głowa nie boli. Znajdziecie jaki grosz, zapłacicie. A nie, to pży robocie jakiej pomożecie; albo prosto i za „Bóg zapłać” siedźcie. Pustką pżecież ta izba stoi! Z duszy serca proszę, a ksiądz ten papierek wama pżysyła na pierwsze wspomożenie!
Rozwinęła jej pżed oczyma tży ruble.
— Nieh mu Bóg da zdrowie! — wykżyknęła Weronka, całując ten papierek.
— Poczciwy, że drugiego nie naleźć! — dodała Hanka.
— Krowie na księżej oboże też będzie niezgożej! Juści... — stary powiedział.
I zaraz zaczęły się pżenosiny.
Hałupa Sikorów stała tuż pży drużce, na skręcie do wsi, może o jakie dwa stajania od Stachów. Zaraz też jęli tam pżenosić pozostałą hudobę i co się jeno poradziło naprędce wydostać spod rumowisk ze statkuw i pościeli. Hanka aż parobka swojego pżyzwała do pomocy, a w końcu i Rocho nadszedł, raźno zabierając się do pomagania, że nim pżedzwonili południe, Weronka już była osiedlona na nowym pomieszkaniu.
— Komornica teraz jestem, dziaduwka prawie! Cztery kąty i piec piąty, ani obrazu nawet, ni jednej całej miski! — wyżekała gożko, rozglądając się.
— Obraz ci jaki pżyniesę, a i statkuw, co ino najdę zbędnyh. Stacho wrucą i hałupę pży ludzkiej pomocy ryhło podźwigną, że nie ostaniesz tak długo... — uspokajała ją Hanka poczciwie. — A kaj to ociec?
Hciała go zabrać do siebie.
Stary ostał pży rumowiskah, w progu ano siedział, opatrując bok pieskowi.
— Zbierajcie się ze mną, u Weronki na nowym ciasno, a u nas pżecieh znajdzie się la was kąt jakiś.
— Nie pude, Hanuś... Juści... Ostanę... Urodziłeh się tutaj, to i zamrę.
Co się go naprosiła, co mu się napżekładała — nie hciał i nie.
— W sieni se legowisko wyszykuję... Juści... A jeśli każesz... To do waju jeść pżyjdę... Dzieci ci za to pżypilnuję... Juści... Pieska ino zabież, bok mu skaleczyło... Juści... Strużować ci będzie... Czujny wielce.
— Zwalą się ściany i jeszcze was pżygniecie! — prosiła, pżekładając.
— I... Dłużej pżetżymają niźli człowiek niejeden... Pieska weź...
Nie nalegała już więcej, skoro nie hciał. Po prawdzie i u niej było ciasno, a ze starym nowy kłopot by był.
Pżykazała Pietrkowi wziąć Kruczka na postronek i do hałupy prowadzić.
— Stanie za Burka, kturen gdziesik uciekł. Niezguła dopiero! — kżyknęła niecierpliwie, gdyż Pietrek nie mugł dać rady psu.
— Głupi... Gryzł tu będzie... Tam żreć co dnia dostaniesz... Juści, a w cieple się wyleżysz... Kruczek! — napominał go stary, pomagając brać na sznurek.
Pobiegła pżodem, byh jeszcze na odhodnym zajżeć do siostry.
Zdziwiła się, zastawszy w izbie kilka kobiet i Weronkę znowuj rozpłakaną.
— A czym to sobie u was zasłużyłam na tyle dobrości? Czym? — biadoliła.
— Niewiela możem, wszędy bieda, ale co pżynieślim, bieżcie, bo ze szczerego serca dajem — pżemuwiła Kłębowa, wtykając jej w garść spory węzełek.
— Takie nieszczęście was spotkało!
— Nie z kamienia pżecieh narud i kużden z biedą się zna.
— I pżez hłopa jesteście jak drugie.
— To w taką porę waju ciężej niźli inszym.
— I bażej was Pan Jezus doświadcza... — powiadały wraz, składając pżed nią węzełki, bo ano spułecznie się zmuwiły i naniesły jej, co ino ktura mogła: to grohu, to krup jęczmiennyh, to mąki...
— Ludzie kohane, gospodynie, matki rodzone! — szlohała żewliwie, obłapiając się z nimi tak gorąco, aż się wszystkie popłakały.
„Są jeszcze dobre na świecie, są!”, myślała Hanka z rozczuleniem.
A tu i organiścina wtaczała się we dżwi, bohen hleba dźwigając pod pahą i kawał słoniny w papieże.
Hanka, nie czekając już na jej pżemowę, że to południe akuratnie pżedzwaniali, śpiesznie poleciała do hałupy.
Jasno było na świecie. Słońce się nie pokazywało, ale mimo to dzień posiewał dziwnie pżesłonecznioną widność. Niebo wisiało wysoko, niby ta modrawa płahta, z żadka jeno pozażucana białymi hustami stżępiastyh hmur; dołem zaś role rozlewały się w roztocz nieobjętą, widną kiej na dłoni, pozieleniałą miejscami, a gdzie płową od rżysk i ugoruw, strugami wud łyskającą jakby tymi szybami.
Skowronki wyśpiewywały rozgłośnie, a z pul, od boruw, z niebieskawyh dali, całym światem płynęło żeźwe, wiośniane powietże, pżejęte ciepłą wilgocią i miodnym zapahem topolowyh pąkuw.
A po drogah wsi roiło się od ludzi — ściągali w opłotki gałęzie i dżewa pżez wihurę wyłamane.
W powietżu zaś było tak ciho, że dżewiny, jakby obwiane jeno puhem pierwszej zieleni pąkuw, ledwie się poruhiwały.
Niepżeliczona hmara wrubli kotłowała się pży kościele, że czarno było jakby od sadzy na klonah i lipah rozłożystyh, aż wżask i ogłuszający świergot rozhodził się na całą wieś.
Zaś nad wygładzonym, lśniącym stawem kżyczały gęsiory strużujące gęsiąt i klepały ostro kijanki, gdyż prano w wielu naraz miejscah.
A wszędy był rajwah, pośpieszna robota, pżekżyki między hałupami, hmary dzieciakuw i czerwieniejącyh po sadah kobiet.
Sienie i izby stały na pżestżał wywarte, po płotah suszyli pżeprane dopiero co szmaty, wietżyli po sadah pościele, ściany bielono tu i owdzie. Psy wojnę czyniły ze świniami bobrującymi po rowah, a kajś znuw krowy wynosiły rogate łby zza ogrodzeń, porykując tęskliwie.
Niejeden też wuz wyjehał do miasteczka po świąteczne zakupy. A zaraz z południa nadjehał długim wasągiem stary handlaż Judka ze swoją Żydowicą i bahorem.
Jeździli od hałupy do hałupy, pżeprowadzani pżez pieski sielnie docierające, a mało skąd Judka wyhodził z pustymi rękoma, bo nie był okpis, jak karczmaż albo i drugie. Płacił niezgożej, a nawet, jak komu na pżednuwku było potża, to na niewielki procent wygodził. Mądry był Żyd, znał wszystkih we wsi i wiedział, jak do kogo pżemuwić, to i raz po raz ciągał na wuz ciołka albo zboża jakiego ćwiartkę wynosił. A Żydowica osobno na swoją rękę handlowała, znosząc jajka, koguty, to jakąś wypieżoną kokoszkę albo i tego płutna pułsztuczek, że to głuwnie na zamianę wycyganiała za owe fryzki a wstążki, a tasiemki, a szpilki, i cały uw kram do pżystrajania, na kturen babski gatunek zawżdy łakomy, a co w wielgahnym pudle nosiła z sobą, kusząc nim co łakomsze.
Zajeżdżały właśnie pżed Borynów dom, gdy Józka pżypadła z piskiem:
— Hanuś, kupcie czerwonej tasiemki! A i tej brezylii do jajek potża farbowania... Nici też zabrakło! — prosiła skamląco Hanki.
— Jutro pojedziesz do miasta, to nakupisz, co potżeba.
— A nawet w mieście taniej i tak nie ocyganiają! — upewniała, rada też jeździć, że już bez nakazu wyleciała do handlaży, kżycząc, iż niczego im nie potża i nic nie pżedadzą.
— A spędź kury, by się jaka do żydowskiego woza nie zapżęgła! — kżyknęła za nią Hanka, wyglądając pżed dom.
Tereska żołnierka skręcała właśnie w opłotki, jakby uciekając pżed Żydowicą, ktura za nią cosik wykżykiwała.
Wpadła do izby, słowa nie mogąc pżemuwić a jąkając się jeno i czerwieniąc okrutnie, a tak jakoś strapiona, że aż łzy zawiesiły się u jej żęs długih.
— Co to wam, Teresko? — spytała wielce rozciekawiona.
— A bo te oszukańce dają mi tylko piętnaście złotyh, a wełniak całkiem nowy! Tak mi potża pieniędzy, że dziw się nie skręcę...
— Pokażcie... A drogi? — łakoma była na pżyodziewę.
— Hoćby ze tżydzieści złotyh! Wełniak nowiutki, ma całe siedm łokci i puł piędzi. Samej czystej wełny wyszło na niego więcej niźli cztery funty, farbieżowi też płaciłam.
Rozwinęła go na izbie, że zabłysnął i zamigotał kiej tęcza i grał farbami, aż oczy tża było mrużyć.
— Śliczności, nie wełniak! Wielka szkoda, ale cuż? Sama potżebuję grosza na święta. Nie możecie to poczekać do Przewodów?
— Hale, kiej mi hoćby w tej godzinie potżeba!
Zwijała prędko wełniak, odwracając tważ jakby zawstydzona.
— Może wujtowa kupi... Łatwiej u nih o grosz.
Wzięła go raz jeszcze oglądać, a do boku pżymieżać i z westhnieniem żalu oddała.
— Swojemu hcesz posłać pieniędzy do wojska?
— Juści... Pisał... Skamle, że mu bieda... Ostajcie z Bogiem!
I prawie pędem wybiegła z hałupy, a Jagustynka, rozcierająca w cebratce ziemniaki la maciory, zaczęła się śmiać na całe gardło.
— Pżyparliście ją, że dziw kiecki nie zgubiła z pośpiehu! Pieniędzy jej potża la Mateusza, nie la hłopa.
— To one się tak znają! — zdumiała się wielce.
— Cie! Jakbyście w lesie siedzieli...
— Skądże to mam wiedzieć?
— A dyć Tereska co tydzień lata do Mateusza i jak pies dni całe waruje pod kryminałem. A zanosi mu, co ino może.
— Bujcie się Boga! Nie ma to swojego hłopa?
— Wiadomo, ale tamten we wojsku, daleko i nie wiada, czy wruci, a kobiecie samej się cni. Mateusz zaś był blisko, na podorędziu, i hłop kiej smok. Cuż to ma sobie żałować?!
Hance pżyszedł na myśl Antek z Jagną. Głęboko się zamedytowała.
— A jak Mateusza wzieni, skompaniła się z jego siostrą, z Nastką. Nawet siedzi w ih hałupie i razem już do miasta latają. Nastka niby to do brata, a głuwnie, byh Szymkowi Dominikowej się pżypominać...
— Że to wy wiecie o wszystkim! No, no!
— Na oczah głupie szyćko robią, to pżejżeć łacno. Wełniak pżedaje ostatni, by Mateuszowi święta sprawić! — szydziła złośliwie.
— No, no, co się to nie wyrabia z ludźmi... I mnie by tża jehać do Antka.
— Tyli świat drogi w waszym stanie, jeszcze się pohorujecie... Nie może to Józka albo kto drugi? — ledwie się wstżymała, by Jagny nie wymienić.
— Sama pujdę, da Bóg, że mi się nic nie stanie. Rocho muwili, że we święta będą puszczali do niego, pojadę... Ale tża by już te boczki popżekładać na drugą stronę.
— Tżeci dzień słonieją, juści, że nie zawadzi. Zaraz tam pujdę.
I poszła, ale jeszcze ryhlej wruciła, zmieszana jakoś, oznajmiając, że mięsa z połowę brakuje.
Porwała się do komory Hanka, poleciała za nią Józka i stanęły wystraszone nad cebżykiem, deliberując, kaj się mogło podziać.
— To nie psia robota: wyraźnie znać odkrojenie nożem... Złodziej obcy też nie pżyszedł po parę funtuw... To Jagusina sprawka! — zawyrokowała Hanka, żucając się zajadłe do izby; ale Jagny nie było, jeno stary leżał jak zawżdy z wytżeszczonymi ślepiami.
Dopiero Józce się pżypomniało, jako Jaguś, wyhodząc rano z domu, cosik kryła pod zapaską, ale myślała, iż to jakiś stroik, kturen sobie szykowała na święta wespuł z Balcerkówną.
— Do matki wyniesła... Komu smakuje, nie pyta czyje...
Ale na te słowa Jagustynki Hanka zakżyczała w złości:
— Józka! Wołaj Pietrka! Tża tę resztę pżenieść do mojej komory.
W mig też pżenieśli. Hciała pży tej okazji beczki ze zbożem pżetoczyć na swoją stronę, by w nih swobodnie pżeszukać, ale poniehała — za wiele ih było i mogliby o tym donieść kowalowi.
I już całe popołudnie jak pies warowała na Jagnę, i gdy ta nadeszła o zmieżhu, wsiadła zaraz na nią z gury o mięso.
— A zjadłam! Tak moje jak i wasze, to urżnęłam kawał i zjadłam! — odpowiedziała hardo i mimo że już prawie cały wieczur Hanka nie dawała jej spokoju, dunderując zawzięcie, nie odezwała się więcej ani słowa, jakby z rozmysłem drażniąc; nawet pżyszła na kolację jakby nigdy nic i z uśmiehem w oczy jej poglądała.
Hanka dziw się nie wściekła ze złości, że to jej pżemuc nie poredziła.
Pżez to już cały wieczur dopiekała wszystkim o bele co, spać nawet wcześniej wyganiając, że to jutro Wielki Czwartek i tża się będzie brać do pożądkuw.
I sama też legła ryhlej niźli zazwyczaj, ale długo w noc nie zasnęła i posłyszawszy zajadłe naszczekiwania pieskuw, wyjżała na dwur.
U Jagny jeszcze się świeciło.
— Puźno, gazu szkoda, za darmo go nie dają! — warknęła w sieni.
— Palcie i wy hoćby całą noc! — odpowiedziała jej pżez dżwi.
Tak się znowu zeźliła, że dopiero po pierwszyh kurah zadżemała.
A wczesnym rankiem, na samym świtaniu, Józka, hoć śpioh był największy, pierwsza się zerwała z łużka, pżypominając jazdę po zakupy i biegnąc budzić hłopakuw, żeby konie szykowali. A nawet potem hardo się postawiła, kiej Hanka pżykazała Pietrkowi założyć do wozu gniadą.
— Ja w deskah i ślepą kobyłą nie pojadę! — wżeszczała z płaczem. — Cużem to, dziaduwka, by mnie w gnojnicah wozili? Wiedzą pżeciek w mieście, czyjam curka! Ociec by nigdy na to nie pozwolili...
Narobiła tyle piekła, że postawiła na swoim i wyjehała bryką i parą koni, z parobkiem na pżednim siedzeniu, jak to gospodynie zazwyczaj jeździły.
— A czerwonego kup, a złocistego i jakie ino będą papiery! — wołał za nią Witek z ogrudka, gdzie już ruwno ze świtaniem rozbijał na zagonikah pecyny i spulhniał ziemię, gdyż Hanka jeszcze dzisiaj zamieżała tam posiać rozsadę.
A gdy gospodyni dłużej się nie pokazywała z hałupy, leciał na drogę i z drugimi hłopakami gżehotał pod płotami, że to od rana dzwony umilkły, jak to było we zwyczaju w kużden Wielki Czwartek.
Pogoda się ustalała podobna wczorajszej; smutniej jeno było jakoś na świecie i jakby ciszej. W nocy pżyszedł ziąb, to ranek podnosił się osiwiały rosami, pżemglony a hłodny, że już na dużym dniu, a jeszcze świegotały jaskułki na dahah pokulone i rozgłośniej kżyczały gęsi wypędzone nad staw. Ale wieś, skoro jeno rozedniało, wstała od razu na ruwne nogi.
Jeszczeh do śniadań było daleko, a już powstał rwetes i krętanina, dzieci zaś — wypędzane z hałup, by nie pżeszkadzały — nosiły się po drogah, gżehocąc a klekotając w kołatki.
Nawet mało ktura poszła na mszę, odprawiającą się dzisiaj bez grania i dzwonienia.
Szła już bowiem ostatnia pora, byh się zabierać do pożądkuw świątecznyh, a głuwnie do wypieku hlebuw i zaczyniania na placki a owe wymyślne kukiełki. Toteż prawie w każdej hałupie okna i dżwi stały szczelnie popżywierane, by ciast nie zaziębić, buzowały się ognie, a z kominuw biły dymy w pohmużone niebo.
Po oborah zaś ryczały inwentaże, żłoby ogryzając z głodu, świnie pyskały w ogrudkah, drub się wałęsał po drogah. A dzieci robiły, co hciały, za łby się wodząc i po dżewah łażąc za wronimi gniazdami, gdyż nie było komu pżeszkodzić, bo wszystkie kobiety tak się zajęły rozczynianiem i toczeniem bohenkuw, otulaniem w pieżyny dzież i niecek z ciastem, wsadzaniem do piecuw, że jakby o całym świecie zapomniały, tym się jedynie frasując, by zakalec nie wlazł do placka albo się nie spaliły.
A wszędzie szło to samo: u młynaża, u organistuw, na plebanii, u gospodaży czy komornikuw — bo żeby najbiedniejszy i hoćby na burg albo za tę ostatnią ćwiartkę, a musiał sobie nażądzić jakie takie święcone, żebyh hocia raz w rok, na Wielkanoc, podjeść se do woli mięsiwa i onyh smakowityh rużności.
Że zaś nie wszędzie mieli szabaśniki do wypieku, to w sadah między hałupami gęsto krążyły dzieuhy z naręczami szczap, a niekiedy ukazywały się nad stawem kobiety umączone, rozbabrane i kieby na procesji owe feretrony, ostrożnie dźwigające wielgahne stolnice i niecki pełne plackuw, ponakrywanyh poduszkami.
Nawet w kościele szła robota: parobek księży zwoził z lasu świerczaki, a organista wespuł z Rochem i Jambrożym jął pżystrajać grub Panajezusowy.
A nazajutż, w piątek, robota się jeszcze wzmogła tak bardzo, że nawet mało kto dojżał organistowego Jasia, kturen z klas na święta pżyjehał i spacerował po wsi, w okna jeno zaglądając, gdyż ani sposobu zajżeć było do kogo ni z kim pogadać.
Jakże, ani wleźć do kturej hałupy, bo wszędzie pżejścia i nawet sady stały zawalone szafami, łużkami a spżętem pżerużnym, że to izby bielili dzisiaj na gwałt, szorowali podłogi, a pżed domami myli do czysta obrazy, powystawiane pod ściany.
Wszędy zaś taki gwałt panował i krętanina, że w dyrdy biegali, poganiając się jeszcze do pośpiehu i wżawę czyniąc coraz większą, dzieci nawet pędząc do zgartywania błota w obejściah i wysypywania żułtym piaskiem opłotkuw.
A że wedle starego obyczaju od piątku rana aż do niedzieli nie godziło się jeść ciepłej waży, więc głodowali ździebko na hwałę Pańską, popżestając na suhym hlebie i ziemniakah pieczonyh.
Juści, iż pżez te dni takusieńko kaj indziej działo się i u Borynów — tyle jeno rużnie, że więcej było rąk i z groszem skżybot mniejszy, to i ryhlej pokończyli pżygotowania.
W piątek, już o samym zmieżhu, Hanka wespuł z Pietrkiem skończyła bielenie izb i hałupy, więc zaczęła się śpiesznie myć i pżyogarniać do kościoła, bo już szły drugie kobiety na złożenie do grobu Ciała Jezusowego.
Na kominie huczał duży ogień i w grapie, kturą dwojgu ciężko było podjąć, gotowała się cała świńska noga, naprędce wczoraj pżywędzona. W mniejszym zaś saganie kiełbasy parkotały, że po izbie hodziły takie wiercące w nozdżah smaki, aż Witek, strugający cosik wpośrud dzieci, raz po raz nosem pociągał i wzdyhał.
A pod kominem, w samym świetle ognia, siedziały zgodnie Jagna z Józką, zajęte pilnie kraszeniem jajek — a każda swoje z osobna hroniła i kryjomo, aby się bażej wysadzić. Jagusia najpierw myła swoje w ciepłej wodzie i wytarte do suha dopiero znaczyła w rużności roztopionym woskiem, a potem wpuszczała we wżątek bełkocący we tżeh garnuszkah, w kturyh je kolejno zanużała. Żmudna była robota, bo wosk miejscami nie hciał tżymać albo jajka w rękah się gnietły lub pękały pży gotowaniu, ale w końcu naczyniły ih pżeszło puł kopy i nuż dopiero okazywać sobie i pżehwalać się piękniej kraszonymi.
Kaj się ta było Józce mieżyć z Jagusią! Pokazywała swoje, w piurkah żytnih i cebulowyh gotowane, żułciuhne, białymi figlasami ukraszone i tak galante, jak mało ktura by potrafiła. Ale ujżawszy Jagusine, gębę ozwarła z podziwu i markotność ją hyciła. Jakże, to aż mieniło się w oczah — czerwone były, żułte, fiołkowe i jak lnowe kwiatuszki niebieskie, a widać było na nih takie żeczy, że prosto nie do uwieżenia: koguty piejące na płocie, gąski na drugim syczały na maciory uwalone w błocie, gdzie znuw stado gołębi białyh nad polami czerwonymi, a na inszyh wzory takie i cudeńka, kiej na szybah, gdy zamruz je lodem potżęsie.
Dziwowali się temu, oglądając raz po raz, a kiej Hanka powruciła z Jagustynką z kościoła, też wzięła patżeć. Ale nic nie żekła, jeno stara, pżejżawszy wszystkie, szepnęła w zdumieniu:
— Skąd się to bieże u ciebie? No, no...
— Skąd? A samo tak z głowy pod palce pżyhodzi!
Uradowana była.
— Dobrodziejowi by parę zanieść!
— Święcił jutro będzie, to mu podam. Może weźmie...
— Takie śliczności, że dobrodziej nie widzieli! Zdziwują się wielce! — mruknęła urągliwie Hanka, gdy Jagna poszła na swoją stronę, bo już puźno było.
Na wsi też długo w noc siedzieli tego wieczora.
Hmurno było na świecie i ciemno, hoć spokojnie. Młyn jeno turkotał zawzięcie, a po hałupah prawie do pułnocka świeciło się w oknah, że kładły się światła na drogi, a kajś niekaj aż na stawie się tżęsły wraz z wodą — majstrowali ano świąteczne pżyodziewy i kończyli jeszcze roboty.
Sobota zaś pżyszła całkiem ciepła i mgłami żadkimi otulona. Ale tak jakoś weselnie było na świecie, że narud, hociaż po ciężkiej pracy wczorajszej, żwawo się podnosił do nowyh utrudzeń i turbacji.
A pżed kościołem wnet się zatżęsło od pżekżykuw i bieguw, bo jak to było we zwyczaju odwiecznym, w każdą Wielką Sobotę, zebrali się zaraz rankiem hować żur i gżebać śledzia — jako tyh najgorszyh trapicieli pżez Wielki Post. Nie było parobkuw ni starszyh, to zmuwiły się na to same hłopaki, jeno z Jaśkiem Przewrotnym na czele; porwali gdziesik wielki garnek z żurem, do kturego jeszcze dołożyli rużnyh paskudności.
Witek dał się namuwić i poniusł garnek na plecah w siatce od seruw, drugi zaś hłopak wlukł pobok na postronku śledzia, wystruganego z dżewa. Żur ze śledziem szły w paże pżodem, a za nimi całą hurmą reszta, gżehocąc, kołatając a wżeszcząc, co ino gardzieli starczyło. Jasiek wiudł wszystkih, bo hociaż głupawy był i niemrawa, ale do psih figluw głowę miał i sprawność. Obeszli w procesji cały staw i koło kościoła skręcali już na topolową drogę, kaj się to miał odbyć pohowek, gdy wtem Jasiek walnął łopatą w garnek, że rozleciał się w kawałki, a żur z onymi rużnościami polał się po Witku.
Ucieha zapanowała, że aż pżysiadali na drodze, ale Witek się zeźlił i prosto z gołymi rękoma żucił się na Jaśka. Pobił się i z drugimi, aż wyrwawszy się, poleciał z rykiem do hałupy.
Dołożyła mu jeszcze Hanka od siebie za zniszczony całkiem spencerek i w las pognała po borowinowe gałązki i wąsy zajęcze.
Jeszcze się z niego ześmiał Pietrek, a i Józka nie pożałowała, pilnie wysypując szerokie opłotki, aż do drogi, piaskiem, pżywiezionym spod cmentaża, bo tam był najżułciejszy. Wysypała też cały zajazd pżed gankiem i ścieżkę pod okapem, że jakby opasała hałupę w żułtą wstęgę.
A w Borynowej izbie już się wzięli szykować święcone.
Izba była wymyta i piaskiem wysypana, okna czyste i ściany, a obrazy omiecione z pajęczyn; Jagusine zaś łużko pięknie hustką pżykryte.
Hanka z Jagusią i Dominikową, hoć nie muwiły prawie z sobą, ustawiły pod szczytowym oknem, w podle Borynowego łużka, duży stuł, nakryty cieniuśką, białą płahtą, kturej wręby oblepiła Jagusia szerokim pasem czerwonyh wystżyganek. Na środku, z kraja od okna, postawili wysoką pasyjkę, pżybraną papierowymi kwiatami, a pżed nią na wywruconej donicy baranka z masła, tak zmyślnie pżez Jagnę uczynionego, że kiej żywy się widział: oczy miał ze ziarn rużańcowyh wlepione, a ogon, uszy, kopytka i horągiewkę z czerwonej, postżępionej wełny. Dopiero zaś pierwszym kołem legły hleby pytlowe i kołacze pszenne z masłem zagniatane i na mleku, po nih następowały placki żułciuhne, a rodzynkami kieby tymi gwoździami gęsto ponabijane. Były i mniejsze, Józine i dzieci, były i takie specjały z serem, i drugie jajeczne cukrem posypane i tym maczkiem słodziuśkim. A na ostatku postawili wielką mihę ze zwojem kiełbas, ubranyh jajkami obłupanymi, a na brytfance całą świńską nogę i galanty karwas głowizny — wszystko zaś poubierane jajkami kraszonymi, czekając jeszcze na Witka, by ponatykać zielonej borowiny i tymi zajęczymi wąsami opleść stuł cały.
A tyle co skończyły, sąsiadki jęły z wolna znosić swoje na miskah, niecułkah a donicah i ustawiać je na ławie pobok stołu, gdyż ino w kilku hałupah co pżedniejszyh gospodaży zbierać się ze święconym ksiądz nakazywał, że mu to czasu brakowało hodzić po wszystkih.
Lipce miał najbliżej, to święcił na ostatku, nieraz już o samym zmieżhu.
Porozhodziły się bez dłuższej pogwary, by zdążyć jeszcze do kościoła na uroczystość poświęcenia ognia i wody, zalewając pżedtem ogniska w hałupah, by je znowu rozniecić tym młodym, poświęconym ogniem.
Poleciała na to i Józka, zabrawszy dzieci z sobą.
Ale siedzieli dość długo, bo dopiero w samo południe powracały kobiety, ostrożnie pżysłaniając i hroniąc świece, zapalone w kościele.
Józka pżyniosła wody całą flaszkę i ogień, kturym zaraz Hanka rozpaliła drwa pżygotowane i pierwsza też wody święconej popiła, dając kolejnie wszystkim — od horub gardzieli pono stżegła — a potem skropiła nią inwentaż i dżewiny rodne w sadzie, że to się pżyczyniało do urodzajuw i dawało bydlątkom letkie lągi.
A puźniej, widząc, że ni Jagna, ni kowalowa nie pomyślały o starym, umyła go w ciepłej wodzie, pżyczesała jego skołtunione włosy i pżewlekła mu koszulę i pościele. Boryna dozwalał z sobą robić wszystko, nie poruszywszy się ani razu — leżał jak zawżdy wpatżony pżed siebie i martwy jak zawżdy.
Zaraz z południa zrobiło się na wsi jakby święto. Jeszcze tu i owdzie doganiali grubszej roboty, ale już głuwnie zajęli się pżyodziewkiem świątecznym, czesaniem, myciem i szorowaniem dzieci, że nie z jednej hałupy wydzierały się kżyki obronne.
I wypatrywali niecierpliwie księdza, kturen pżyjehał ze dworuw dopiero pżed zmrokiem i zaraz zjawił się na wsi, w komżę ubrany.
Michał organistowy niusł za nim miednik z wodą święconą i kropidło.
Hanka wyszła go pżyjmować aż na drogę.
Śpieszył się; wpadł prędko do hałupy, odmuwił modlitwę, pokropił dary boże i zajżał w siną, obrosłą tważ Borynową.
— Bez zmiany? Co?
— A juści, rana się prawie zagoiła, a im nic nie lepiej.
Zażył tabaki, powlukł oczyma po kupiącyh się pży progu i w sieniah.
— Gdzie to ten hłopiec, ktury mi spżedał bociana?
Józka wyphnęła spod komina na środek zawstydzonego Witka.
— Naści dziesiątkę, udał ci się: tak kury goni z ogrodu, że ni jedna nie zostaje! A jutro kture do mężuw idą?
— Z puł wsi się wybiera!
— To dobże, byle tylko zgodnie i ciho, a na rezurekcję pżyhodzić, o dziesiątej zacznę. Muwię: o dziesiątej! A śpijcie w kościele, to Ambrożemu każę wyprowadzić! — dodał groźnie, wyhodząc powoli.
Ruszyli z nim całą gromadą, odprowadzając do młynażuw.
A Witek, pokazując Józce miedzianą dziesiątkę, szepnął ze złością:
— Niedługo będzie muj bociek księże kury płoszył, nie!
Rozbiegli się we dwie strony, bo gospodyni wracała na ganek.
Ściemniało się z wolna. Zmieżh cihuśko sypał się na ziemię, zatapiając sady, domy i pola okulne w modrawym, ledwie pżejżanym mącie. Bielały kajś niekaj ściany z pżypadłyh do ziemi hałup i tżęsły się wskroś saduw zapalone światła. Gurą zaś na niebie jasnym wyżynał się blady sierp młodego miesiąca.
Świąteczną cihością osnuła się wieś i mrokiem. W kościele, wyniesionym nad hałupami, zagożały wszystkie okna i z otwartyh wielkih dżwi biła szeroka smuga światłości.
Wkrutce zaturkotały pierwsze wozy, zajeżdżając pżed cmentaż, i ludzie z dalszyh wsi nadhodzić poczęli gromadami. Z hałup lipeckih też raz po raz wyhodzono do kościoła, bo często z wywieranyh dżwi padała w noc struga światła, topiąc się w omroczałym stawie, i tupoty a pżyciszone pogwary mrowiły się w ciepłym i omglonym powietżu. Pozdrawiali się na drogah, nie dojżawszy w nocy, i niby ta żeka, wzbierająca z wolna a bezustannie, ciągnęli na rezurekcję.
U Borynów na gospodarstwie do pilnowania ostawały ino psy, stary Bylica i Witek, kturen pilnie majstrował wespuł z Maćkiem Kłębowym kogutka, co to z nim mieli pujść po dyngusie.
Hanka wyprawiła najpierw Józkę z dziećmi i parobka; sama puźniej miała nadejść. Ubrana już była, ale ociągała się z wyjściem, jakby na coś oczekując, że wciąż wystawała w ganku i strużowała na drodze. Dopiero gdy Jagna poszła z kowalową i dosłyszała kowala idącego z wujtem ku kościołowi, wruciła do izby, pżykazując cosik po cihu staremu. Stanął na straży w opłotkah, a ona wsunęła się na palcah do ojcowej komory... Po dobrej pułgodzinie wyszła stamtąd, coś pilnie zapinając stanik — oczy jej gożały i ręce się tżęsły.
Nagadała, czego nikto nie pojął, i poszła na rezurekcję.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.