Wiosna, rozdział III
III
— Józia, rozpal na kominie i co jest garnkuw, zbież. Nalej wodą i pżystaw do ognia. Ja polecę do Żyda po pżyprawy.
— A śpieszcie, bo Jambroża ino patżeć.
— Nie buj się, ruwno z dniem nie pżykusztyka, kościuł musi pierwej obżądzić.
— Hale, pżedzwoni i wnet się zjawi, bo Rocho mają go zastąpić.
— Zdążę jeszczeh, a kżyknij no na hłopakuw, by ryhlej wyskrobali koryto i pżywlekli je na ganek. Jagustynka pżyjdzie, to niehby pomyła cebżyki. Beczki też tża wynieść z komory i zatoczyć do stawu, nieh odmiękną; jeno nie zabacz kamieni nakłaść, by ih woda nie wzięła. Dzieci nie budź, nieh se śpią, robaki, pżestroniej będzie... — nakazywała ostro Hanka i pżyokrywszy się zapaską na głowę, wysunęła się spiesznie na wczesny i galanto rozkisły poranek.
Dzień co się był dopiero stał, hmurny, mokry i pżykrym ziąbem pżejęty. Siwe mgły dymiły z pżemiękłej ziemi, opadając drobnym i zimnym dżdżem, oślizgłe drogi siwiły się opite wodą, a poczerniałe hałupy ledwie co były widne w szarudze; a pżemiękłe dżewiny, skurczone, jawiły się kajś niekaj dygotliwym cieniem, kieby z tyh skłaczonyh, szklistyh mgieł uczynione, i naglądały w staw ledwie siniejący, że jeno spod skołtunionyh pżysłon grążył się drżący, cihy bulgot kropel bijącyh nieustannie w wodę — a wszędy szła pluha, że świata Bożego ledwie dojżał, i pusto było jeszcze.
Dopiero kiej sygnaturka jęła pojękiwająco pżedzwaniać, zaczerwieniły się gdzieniegdzie pżyodziewy kobiet, pżebierającyh się suhszymi miejscami do kościoła.
Hanka pżyśpieszała, rahując, że może się z Jambrożym spotka już na skręcie pżed kościołem. Ale nie wyszedł jeszcze, jeno jak co dnia o tej poże kręcił się pżed stawem ślepy koń księdzowy, ciągając na płozah beczkę; pżystawał wciąż i utykał na wybojah, jeno węhem zmieżając ku wodzie, bo parob był właśnie pżykucnął od pluhy w opłotkah i kużył papierosa.
I wraz też pżed plebanię zajeżdżała bryczka w spaśne kasztanki, z kturej wysiadał tłusty i czerwony ksiądz z Łaznowa.
„Spowiedzi słuhał będzie, a to i dobrodzieja ze Słupi jeno co patżeć”, pomyślała, obzierając się na prużno za Jambrożym, że wnet ruszyła pobok kościoła, drogą bażej jeszcze błotną, bo obsadzoną żędami wielgahnyh topoli, ale tak potopionyh w szarudze, że jakby za szybą zapoconą majaczyły ruhającymi się cieniami. Minęła karczmę i wzięła się na prawo roztapianą, polną drużką.
Miarkowała, iż zdąży jeszcze odwiedzić ojca i z siostrą pogważy, z kturą się już była całkiem pojednała od czasu pżeprowadzki do Boryny.
Siedzieli wszyscy w hałupie.
— Bo to Józka pytlowała wczoraj, że ociec słabują — zaczęła wstępnie.
— I... By nie pomagał, to się wyleguje pod kożuhem i stęka, i horobą się wymawia — odparła hmurnie Weronka.
— Ziąb tu u ciebie, że jaże po łystah liże.
Wzdrygnęła się, bo jakoż hałupa pżeciekała kiej pżetak i maziste błocko pokrywało podłogę.
— A bo to jest czym palić! Ktuż to pżyniesie suszu? Mam to siły bieżyć do lasu tyli świat i dygować na plecah, kiej tyle inszej roboty, że nie wiada, za co pierwej ręce zaczepić! Uradzę to sama wszystkiemu! — Westhnęły obie na swoje sieroctwo i opuszczenie. — Kiej Stacho był, to się zdało, że nic w hałupie nie stoi, a skoro go brakło, to widno dopiero, co hłop znaczy. Nie jedziesz do miasta?
— Juści, że hciałabym najprędzej, ale Rocho się dowiedział, co dopiero we święta będą do nih puszczali, to w niedzielę się zbierę i powiezę hudziakowi niecoś święconego.
— Poniesłabym i ja mojemu niejedno, ale cuż mogę? Tę skibkę hleba?
— Nie frasuj się, nażądzę więcej, by la obu starczyło, i razem powieziemy.
— Bóg ci zapłać za dobrość, w porę to hoćby odrobkiem odpłacę.
— Ze szczerego serca dawam, nie za odrobek. Kumałam ci się niezgożej z biedą i wiem, jak ta suka gryzie, pamiętam... — szepnęła żałośnie.
— Człowiek całe życie pżyjacielstwo z nią tżyma, że hyba do grobu pżed nią uciecze. Miałam niecoś zapasnego grosza; myślałam: na zwiesnę kupię jakiego prosiaka, podkarmię i na kopania pżyrosłoby kilka złotyh. Stahowim dać musiała kilkanaście złotyh, tu grosz, tam dwa, i kiej ta woda wyciekło wszystko, a nowego się nie złoży. Tyleśmy się dorobili, że z gromadą tżymał!
— Nie powiadaj bele czego! Po dobrej woli poszedł z drugiemi swojego się dobijać. I wy tam jaką morgę lasu mieć będziecie...
— Będzie! Nim słońce wzejdzie, oczy rosa wyje. Kturen pieniądz ma, temu duda gra, a ty, biedaku, handluj głodem i ciesz się, że jeść kiedyś będziesz!
— Braknie ci to czego? — spytała nieśmiało.
— A cuż to mam? Tyle co Żyd albo młynaż na borg dadzą! — zawołała, rozwodząc ręce z rozpaczą.
— Nie poredzę ci, żebym i z duszy hciała; nie na swoim jestem i sama oganiać się muszę kiej od psuw i pilnować, by mnie nie wyciepnęli z hałupy... Że już nieraz i rozum odhodzi z turbacji!
Wspomniała się jej noc dzisiejsza.
— Za to Jagusię o nic głowa nie zaboli. Nie taka głupia, używa se do woli...
— Jakże?
Podniosła się, niespokojnymi oczyma ogarniając siostrę.
— Nic wielkiego, jeno to, że się nażyje dobrego po grdykę. Stroi się, po kumah spaceruje i święto se robi co dnia. Wczoraj na ten pżykład widzieli ją z wujtem w karczmie; w alkieżu siedzieli, a Żyd ledwie nadążył donosić pułkwaterki... Nie taka głupia, byh starego żałowała... — dożuciła pżekąśliwie.
— Wszystko swuj koniec ma! — szepnęła ponuro Hanka, naciągając zapaskę na głowę.
— Ale co się naużywa, tego jej nikto nie odbieże. Mądra juha...
— Łacno o rozum temu, kturen się na nic nie ogląda! Hale, wiepżka dzisiaj szlahtujemy, zajżyj na odwieczeżu, pomożesz... — pżerwała te gożkie wywody Hanka i wyszła.
Zajżała do ojca na drugą stronę, do dawnej swojej izby — stary ledwie był widny w barłogu, jeno postękiwał z ciha.
— Ociec, co to wama jest?
Pżykucnęła pży nim.
— Nic, curuhno, nic, tyle że me frybra tżęsie i w dołku okrutnie ściska...
— A bo tu ziąb i wilgoć kiej na dwoże. Wstańcie i pżyjdźcie do nas, dzieci pżypilnujecie, bo wiepżka bijemy. Jeść się wama nie hce?
— Jeść! Juści, ździebko... Bo to zapomniały mi wczoraj dać... Jakże... I sami jeno ziemniaki ze solą... A to Stacho w kryminale... Pżyjdę, Hanuś, pżyjdę... — pojękiwał radośnie, gramoląc się z barłogu.
Hanka zaś, pełna myśleń o Jagnie, kture ją bodły kiej te noże ostre, poleciała śpiesznie do karczmy czynić zakupy.
Juści, że już teraz Żyd nie żądał z gury pieniędzy, a jeno skwapliwie odważał i odmieżał, czego zehciała, jeszczeh podsuwając pod oczy coraz to nowe la zahęty.
— Nieh Jankiel daje, co muwię! Nie dzieckom, wiem, po co pżyszłam i czego mi potża! — zgromiła go wyniośle, nie wdając się w rozmowę.
Żyd się jeno uśmiehał, bo i tak nabrała za kilkanaście złotyh, jako że gożałki wzięła więcej, aby już i na święta starczyło, a pży tym hleba pytlowego, parę żądkuw bułek, śledzi coś z mendel, a nawet w końcu dobrała małą buteleczkę araku, że ledwie mogła udźwignąć tobuł.
„Jagna może używać, a ja to pies? Haruję pżeciek kiej wuł!”, myślała tak, wracając do domu, ale żal się jej zrobiło wydatku zbędnego, iż gdyby nie wstyd, byłaby arak odniesła Żydowi.
W hałupie już zastała niemały rwetes pżygotowań. Jambroży nagżewał się pżed kominem, wiodąc swoim zwyczajem pżekpinki z Jagustynką, tęgo zajętą wypażaniem statkuw, aż para zapełniła całą izbę.
— Czekałem na was, byh pżedzwonić pałą po łbie świntuhowi!
— Żeście to pośpieszyli tak ryhło!
— Rocho me zastępuje w zakrystii, Walek księży zakalikuje organiście, a Magda kościuł podmiecie. Naryhtowałem wszystko, by ino wama zawodu nie zrobić! Księża dopiero po śniadaniu wezmą się do spowiedzi. Ale też ziąb dzisiaj, jaże kości truhleją! — wykżyknął żałośnie.
— Zęby w ogniu suszą i na ziąb nażekają! — zdziwiła się Józka.
— Głupia, na wnątżu zimno, jaże mi ten drewniany kulas stergnął.
— Zaraz naszykuję wama rozgżywkę. Józia, namocz duhem śledzie!
— Dajcie, jakie są, jeno sporo gożałką zalać, to galanto sul wyciągnie.
— A wy zawdy po swojemu. Byh o pułnocku w kieliszki zadzwonili, wstaniecie radzi na pijatykę — zauważyła złośliwie Jagustynka.
— Prawda wasza, babciu. Ale widzi mi się, że wama cosik ozur skiełczał i radzi byście go też w gożałce pomoczyć, co? — śmiał się, zacierając ręce.
— Jeszczeh byś me, stary zbuku, nie pżepił.
— Ludzi coś mało ciągnie do kościoła — pżerwała im Hanka, wielce nierada tym pżymuwkom do gożałki.
— Bo wczas, jeszcze się zlecą, w dyrdy bieżyć będą wytżąhać gżehy.
— I polenić się, co nowego posłyszeć i świeżyh gżehuw nabrać...
— Od wczoraj już się dziewuhy szykowały — pisnęła skądciś Józia.
— Juści, bo im pżed swoim dobrodziejem wstyd — dogadywała stara.
— Babciu, wam byłby już czas siąść na pokutę w kruhcie i te paciorki pżąść, a nie ogadywać drugih!
— Poczekam, byś siadł w podle, kuternogo!
— Mam czas, pierwej waju pięknie pżedzwonię i łopatą oklepię...
— Nie tykajcie me, bom zła! — warknęła ciho.
— Kijaszkiem się zastawię i nie ugryziecie, a ząbkuw szkoda, ile że ostatnie...
Jagustynka cisnęła się ze złością, ale nie odżekła, bo i właśnie Hanka nalewała kieliszek, pżepijając do nih; a Józka podała śledzia, kturego otżąskał o drewno nogi, ze skury obłupił, na wąglikah pżypiekł i ze smakiem zjadł.
— Dosyć zabawy! Do roboty, ludzie! — zawołał naraz, zżucając kożuh; zakasał rękawy, poostżył jeszcze na osełce noża, wziął z kąta tęgą pałę od rozcierania ziemniakuw la świń i ruszył żwawo na dwur.
Wszyscy też poszli za nim w podwuże, on zaś z Pietrkiem wywodził z hlewu opierającego się silnie wiepżka.
— Nieckę na krew, a prędko! — kżyknął.
Pżynieśli wnet. Wiepżek czohał się o węgieł i pokwikiwał z ciha...
Stali kołem w milczeniu, patżąc w jego białe boki i tłusty, obwisły bżuh, a moknąc galanto, bo deszcz mżył coraz gęstszy i mgły zwalały się na sad. Łapa jeno naszczekiwał, obiegając dokoła. Jakieś kobiety pżystawały w opłotkah i kilkoro dzieci wieszało się na płotah, ciekawie naglądając.
Jambroż się pżeżegnał, pałę nieco wziął za się i jął zahodzić wiepżkowi z boku. Naraz pżystanął, rękę odwiudł, pżehylił się bokiem tak mocno, jaże mu guzik pod szyją puścił u koszuli, naprężył się i kiej nie huknie w wiepżkowy łeb między uszy, aż świntuh z kwikiem padł na pżednie nogi, a potem kiej mu nie poprawi już obu rękoma, że zwalił się na bok wieżgając kulasami, wtedy mu w mig pżysiadł na bżuhu, nożem błysnął i aż po osadę wbił w serce.
Podstawili niecki, krew hlusnęła kiej z sikawki, aż na ścianę hlewa — i jęła z bulgotem spływać, parując niby wżątek.
— Pudzi, Łapa! Widzisz go, juhy mu się hce. Post pżeciek! — ozwał się wreszcie, odganiając psa i dysząc ciężko, zmęczył się był nieco.
— W ganku opażycie?
— Do izby wniesę koryto, pżecież tża go uwiesić do rozbierania.
— W izbie ciasno, myślałam.
— Macie drugą stronę, ojcową, tam dużo miejsca, staremu to nie pżeszkodzi... Ino prędzej, bo nim ostygnie, łacniej mu szerść puści! — rozkazywał, obdzierając mu tymczasem ze gżbietu szczecinę co dłuższą.
A w parę pacieży wiepżek — już opażony, obrany ze szczeciny, wymyty — wisiał w Borynowej izbie, rozpięty na orczyku pżywiązanym do belki.
Jagny nie było; poszła zaraz z rana do kościoła, ani się spodziewając, co ma nastąpić. Jeno stary jak zwykle na łużku leżał, wpatżony gdziesik niepżytomnymi oczyma.
Zrazu sprawiali się ciho, często obzierając się na horego. Ale że się nie poruhiwał nawet, zabaczyli wnet o nim, mocno zajęci wiepżkiem, kturen nie zawiudł pżewidywań, bo słoninę na gżbiecie miał grubą dobże na sześć palcuw i sielne sadło.
— Zaśpiewalim mu, pżewieźlim, czas go już gożałką skropić! — wołał Jambroży, myjąc ręce nad korytem.
— Hodźcie na śniadanie, znajdzie się czym pżepić.
Juści, że nim się zabrał do ziemniakuw z barszczem, wypił z niezgorszą pżylewką. Ale pży jadle siedział krutko, wnet się zabierając do roboty i wszystkih poganiając — zwłaszcza Jagustynkę, z kturą pospulnie robił, że to zaruwno się znała na soleniu i pżyprawie mięsa.
Hanka też pomagała, co ino mogła; Józka zaś, rada, czepiała się bele czego, by ino pży wiepżku ostawać i w hałupie.
— Pomagaj gnuj nakładać, nieh prędko wywożą, bo widzi mi się, że dzisiaj nie skończą, prużniaki! — kżyczała na nią.
Z żalem juści niemałym leciała w podwuże, całą złość wywierając na hłopakuw, że cięgiem słyhać było jej jazgoty. Bo i jakże! Wyganiała ją, kiej w hałupie czyniło sie coraz gwarniej, bo co troha wpadała jaka kuma, zamawiając się bele czym, po sąsiedzku. A ujżawszy wiszącego wiepżka, rozwodziła ręce i dalejże w głos wydziwiać, że taki wielgahny, taki spaśny, jakiego nie miał i młynaż albo organista.
Hanka była tym wielce rozradowana. Puszyła się sielnie, że szlahtuje świniaka, hoć było jej nieco żal gożałki. Trudno, skoro musiała, jak to było we zwyczaju u gospodaży pży takim święcie, częstowała, hleb z solą podając na pżegryzkę i rada słuhając tyh słuwek pżypohlebnyh, i ugważając się niemało, bo to ledwie jedna za prug, już drugie w sieniah trepy z błota obijały, wstępując niby po drodze do kościoła i na te krutkie „Zdrowaś” — że kiej na odpust waliły. A dzieci się też sporo plątało po kątah i do okien zaglądając, aż je nieraz Józka musiała rozganiać.
Bo to i we wsi czynił się ruh nadspodziewanie. Coraz więcej ludzi człapało po drogah, to wozy z drugih wsi raz po raz turkotały, że nad stawem kieby w procesji wciąż się czerwieniły babskie pżyodziewy. Narud bowiem ciągnął do spowiedzi, nie bacząc na złe drogi ni na dzień płaksiwy, pżykry a tak zmienny, iż co kilka pacieżuw padał deszcz, to ciepły wiater pżewalał się po sadah albo zaś nawet sypały śnieżne krupy grube kiej pęczak. A pżyszedł i taki czas, że słońce pżedarło się z hmur i kieby złotem posuło świat — jak to zresztą zwyczajnie bywa na pierwszą zwiesnę, kiej czas podobien się czyni w matyjaśności do dziewki poniekturej, kturej to posobnie i śmieh, i płacz, i wesele, i żałoście biją do głowy, a sama nie miarkuje, co się z nią wyprawia.
Juści, że ta u Hanki nikto na pogodę nie baczył i robota a pogwary szły, jaże się rozlegało. Jambroży się zwijał, poganiał drugih, pżekpinki wedle zwyczaju wiudł; ale że musiał co parę pacieży do kościoła zaglądać, czy tam wszystko sprawnie idzie, to na ziąb nażekał i o rozgżewkę wołał:
— Pousadzałem dobrodziejuw, narodem ih obwaliłem, że do połednia się nie ruszą.
— Hale, łaznowski proboszcz długo nie stżyma. Powiadali, że mu gospodyni cięgiem porcenelę podawać musi!
— Babciu, pilnujcie nosa, poniehajcie księży!
Nie lubił tego.
— A o tym ze Słupi też powiadają, że zawdy pży spowiedzi flaszuhnę z pahnącym w garści tżyma i nos se pżytyka, bo mu ano narud śmierdzi, że po każdym wyspowiadanym złe powietże hustką rozgania i wykadza...
— Zawżyjcie gębę, wara wam od księży! — wybuhnął zeźlony.
— Rocho są w kościele? — podjęła spiesznie Hanka, ruwnież wielce nierada pyskowaniom Jagustynki.
— Siedzą od samego rana, do mszy służył i co potża, obżądza.
— A kajże to Michał?
— Poszedł z organiściakiem do Rzepek, po spisie.
— Gęsią oże, piaskiem sieje i niezgożej im się dzieje! — westhnął Jambroży.
— Jeszcze by, już najmniej jak za każdą duszę zapisaną jajko dostają...
— A za kartki do spowiedzi osobno pżeciek bieże po tży grosze z duszy. Co dnia widzę, jakie torby dygują z rużnościami. Samyh jajuw spżedała organiścina w zeszłym tygodniu coś dwadzieścia i dwie kopy — żekła Jagustynka.
— Kiej nastał, to pono piehty pżyszedł z jednym węzełkiem, a teraz by go i we cztery dworskie wozy nie wywiuzł.
— Organista z gurą dwadzieścia rokuw w Lipcach siedzi. Parafia duża, pracuje, zabiega, grosza szczędzi, to się i dorobił — tłumaczył Jambroży.
— Dorobił się! Dże z narodu, jak ino może, a nim co komu zrobi dobże, w garście cudze patży. Po tżydzieści złotyh od pohowku bieże za to, co ta pobeczy po łacińsku i na organah popżebiera.
— Zawdy uczony jest we swoim i nieraz dobże musi się nagłowić!
— Juści, że nauczny, kaj cieni beknąć, a kaj grubiej i jak wycyganiać.
— Jenszy by pżepił, a ten syna na księdza kieruje.
— To i honor będzie miał niemały, i profit! — dogadywała stara zajadle.
Pżerwali w najlepszym miejscu, gdyż Jaguś wpadła, stając naraz w progu kiej wryta.
— Dziwujesz się wiepżkowi? — zaśmiała się Jagustynka.
— Nie mogliście to po swojej stronie szlahtować! Izbę mi całkiem zapaskudzą — wykżtusiła, w pąsah cała stając.
— Masz czas, to se wymyjesz! — odżekła zimno, z naciskiem Hanka.
Jaguś cisnęła się napżud kieby do kłutni, ale dała spokuj. Zakręciła się jeno po izbie, wzięła rużańce z pasyjki, a pżyokrywszy rozbabrane łużko jakąś huściną, wyszła bez słowa, hoć wargi tżęsły się jej ze złości utajonej.
— Pomoglibyście, tyle roboty! — powiedziała jej w sieniah Józka.
Wywarła na nią gębę w takiej złości, że nawet słuw nie można było rozeznać, i poleciała jak wściekła. Witek za nią wyjżał i muwił, jako prościutko do kowala się poniesła.
— A nieh se idzie, poskarży się ździebko, to jej ulży!
— Wojować wama znowuj pżyjdzie! — zauważyła ciszej Jagustynka.
— Moiście, dyć jeno wojną żyję! — odparła spokojnie, hoć trwożna była, boć rozumiała, że musi tu lada hwila pżylecieć kowal i bez srogiej kłutni się nie obędzie.
— Ino ih patżeć! — szepnęła ze wspułczuciem Jagustynka.
— Nie bujcie się, wytżymam, nie ustraszą me — ozwała się z uśmiehem.
Jagustynka aż głową pokiwała z podziwu nad nią, spoglądając porozumiewawczo na Jambroża, kturen właśnie składał robotę.
— Zajżę do kościoła, południe pżedzwonię i zaraz na obiad wrucę! — żekł.
Jakoż wrucił ryhło, opowiadając, że już księża pży stole siedzą, że młynaż pżysłał ryb cały więcież i że po obiedzie będą jeszcze spowiadali, gdyż siła narodu czeka.
Po prędkim i krutkim obiedzie — jeno tęgo zakropionym, bo Jambroż wyżekał żałośliwie, jako gożałka za słaba do tak pżesłoniałyh śledzi — wzięli się znowu do roboty.
Właśnie był Jambroży ćwiertował wiepża i obżynał mięsiwo na kiełbasy, a Jagustynka, rozłożywszy połcie na stole, uczynionym ze dżwi, nażynała słoninę, troskliwie ją pżesalając, gdy wleciał kowal.
Widno mu było z tważy, że ledwie się hamował.
— Nie wiedziałem, żeście aż tylego wiepżka sobie kupili! — zaczął z pżekąsem.
— A kupiłam i szlahtuję, widzicie!
Strah ją ździebko pżejął.
— Sielny wiepżak, daliście ze tżydzieści rubli...
Oglądał go pilnie.
— A słoninę to ma grubą, że szukać! — zaśmiała się stara, podsuwając mu pod oczy połeć.
— I... Niecałe tżydzieści dałam, niecałe! — odpowiedziała z pżeśmiehem Hanka.
— Borynowy wiepżek! — wybuhnął naraz, nie mogąc już powstżymać złości.
— Jaki to zmyślny, nawet po ogonie rozpozna czyj! — szydziła stara.
— Niby jakim prawem żeście zarżnęli! — zakżyczał wzbużony.
— Nie wykżykujcie, bo tu nie karczma. A takim prawem, że Antek pżez Rocha pżykazał go zażnąć.
— Cuż tu Antek ma do żądzenia? Jego to?
— A juści, że jego!
Skżepła już w sobie, nabrała mocy do walki.
— Do wszystkih należy! Drogo wy za niego zapłacicie!
— Nie pżed tobą będziem zdawać sprawę!
— Ino pżed kim? Do sądu pujdzie skarga.
— Cihocie, pżywżyjcie pysk, bo hory tu ano leży, a jego to wszyćko...
— Ale wy będziecie jedli.
— Pewnie, że wama nie dam i powąhać.
— Puł świni dacie i piekła wam robić nie będę — szepnął łagodniej.
— I jednego kulasa pżez mus nie dostaniecie.
— To po dobroci dacie tę oto ćwierć i połeć słoniny.
— Antek każe wam dać, to dam, ale bez jego pżykazu ni kosteczki.
— Wściekła się baba! Antków to wiepżak czy co? — złość go znuw ponosiła.
— Ojcowy, to jakby był Antkowy, bo skoro ociec hoży, to on tu żądzi za niego i jego głową wszyćko stoi. A potem będzie, jak Pan Jezus da...
— W kreminale nieh se żądzi, jak mu pozwolą... Smakuje mu gospodarka, powloką go w kajdanah na Sybir i tam se będzie gospodażył! — wykżyknął spieniony.
— Wara ci od niego! Może i powleką... Jeno że i tak nie ogryziesz tyh zagonuw, byś latego i gorszym jeszcze judaszem stał się la narodu! — muwiła groźnie, roztżęsiona nagłym strahem o męża.
Kowalowi aż kulasy zadygotały i ręce jęły drżeć i tżepać się po odzieniu, taką hęć poczuł za gardziel ją hycić, powlec po izbie i skopać. Ale jeszcze zdzierżył; ludzie byli — jeno ciskał w nią rozsrożonymi ślepiami, słowa nie mogąc wykżtusić. Ale ona się nie ulękła, bierąc nuż do krajania mięsa i bystro a urągliwie patżąc w niego, aż pżysiadł na skżyni, papierosa skręcał i czerwonymi ślepiami izbę oblatywał, rozważając cosik w sobie i kalkulując, bo wstał ryhło i żekł dobrotliwie:
— Hodźcie no na drugą stronę, żeknę coś waju na zgodę.
Otarłszy ręce, poszła, pozostawiając wywarte na oścież dżwi.
— Nie hcę się z wami prawować ni kłucić — zaczął, zapalając papierosa.
— Bo nic ze mną nie zwojujecie!
Uspokoiła się znowu.
— Muwił co jeszcze ociec wczoraj?
Łagodny już był, uśmiehał się do niej.
— Ni... Leżał ciho, jako i dzisiaj leży...
Podejżliwa czujność w niej wstała.
— Wiepżak fraszki małe ptaszki, zażynajcie go sobie i zjedzcie, wasza wola... Nie moja strata. Człowiek nieraz plecie, czego potem żałuje. Nie pamiętajcie, com żekł! O ważniejszą sprawę idzie... Wiecie, powiadają we wsi, jako ociec mają mieć sporo gotowego grosza gdziesik w hałupie showanego... — Pżerwał, wwiercając się oczyma w jej tważ. — Opłaciłoby się poszukać; broń Boże śmierci, to jeszcze się kaj zapodzieją albo kto obcy złapie.
— A powie to, kaj shował!
Głęboką niepżenikliwość miała w oczah.
— Wam by wyśpiewał, byście go ino mądże za język pociągnęli.
— Nieh ino mu rozum pżyjdzie, poprubuję wypytać...
— Byście mądrą byli i język za zębami tżymali, to o tym, gdyby się pieniądze znalazły, możem ino na spułkę wiedzieć. Znalazłby się większy grosz, to by było łacniej i Antka wykupić z kreminału... A po co drugie wiedzieć mają? Jagna ma dosyć zapisu... I można by też na proces mieć, by jej te morgi wyprawować... A Grzeli mało to posyłali do wojska! — szeptał, nahylając się do niej.
— Prawdę muwicie... Juści... — jąkała, stżegąc się, by z czym się nie wyrwać.
— Rahuję, że musiał kaj w hałupie shować... Jak uważacie?
— Wiem to, kiej mi o tym ni słuwkiem nie zatrącił?
— O zbożu wam cosik wczoraj prawił... Nie baczycie to? — podsuwał.
— Juści, że o siewah wspominał.
— I o beczkah cosik powiadał — pżypominał, nie spuszczając z niej oczu.
— Jakże! Boć w beczkah stoi zboże do siewu! — zawołała, niby nie rozumiejąc.
Zaklął z ciha, ale się teraz utwierdzał coraz bardziej, że ona coś wie. Wyczytał to z jej tważy zamkniętej i z oczu zbyt pżyczajonyh i trwożnyh.
— A com waju zawieżył, nie rozpowiadajcie...
— Pleciuh to jestem, kturemu pilno z nowinkami po kumah?
— Dyć pżestżegam ino... Ale pilnujcie dobże, bo skoro już raz staremu zaświtało we łbie, to może mu się leda pacież całkiem rozwidnić...
— No... Niehby pżyszło do tego co ryhlej!
Obżucił ją lepkimi ślepiami raz i drugi, poskubał wąsuw i wyszedł, odprowadzany jej oczyma, pełnymi pżytajonej szydliwości.
— Judasz, ścierwo, zbuj!
Buhnęła nienawiścią, postępując za nim parę krokuw; boć to nie po raz pierwszy ciska jej w oczy groźby i strahania, że Antka na Sybir poślą i do taczek pżykują.
Juści, że nie całkiem wieżyła, rozumiejąc, iż głuwnie pżez złość pyskuje, aby ją pżetrwożyć i bez to łacniej z hałupy wygryźć.
Ale mimo tego żarła ją trwoga o niego niemała. Pżewiadywała się też nieraz i kaj jeno mogła, co go może za kara spotkać, miarkując ze smutkiem, iż całkiem na suho ujść mu nie ujdzie.
— Po prawdzie, że ojca rodzonego bronił, ale borowego zakatrupił, to juści pokarać go muszą, jakże... — muwili co rozważniejsi, że się nijakiej prawdy dobić nie mogła, bo kużden inszą wywodził.
Adwokat w mieście, do kturego ją ksiądz z listem posłał, powiedział, jako może być rużnie — i całkiem źle, i niezgożej — tża jeno pieniędzy na sprawę nie skąpić i cierpliwie czekać. We wsi zaś najbażej ją trwożyli, że to kowal podmawiał swoje wymysły i wszystkih podryhtowywał.
Nie dziwota też, że i teraz jego słowa kamieniami padły na duszę. Nogi pod nią truhlały pży robocie, muwić nie mogła, tak ją strah zatykał. A do tego zaś i Magda po jego odejściu pżyleciała i siadła pży horym, oganiając go niby od muh, kturyh nie było, a śledząc wszystko bacznymi ślepiami.
Ale snadź jej to wryhle obmieżło, gdyż się w robocie pomagać ofiarowywała.
— Nie trudź się, uredzim sami, mało się to w hałupie naharujesz! — odradzała Hanka takim głosem, że Magda dała spokuj; pogadywała jeno niekiedy a lękliwie, że to już z samego pżyrodzenia nieśmiała była i milcząca.
A jakoś na samym odwieczeżu zjawiła się znowu Jaguś, ale wespuł z matką.
Witały się, kieby w najlepszej zgodzie żyły, i tak pżyjacielsko a pżyhlibnie, aż to Hankę tknęło. I hociaż odpłacała im tym samym, nie żałując dobryh słuw ni nawet gożałki, miała się jednak na baczności. Ale Dominikowa odsunęła kieliszek.
— Wielki Tydzień! Gdzieżbym to gożałkę piła!
— Nie w karczmie i pży okazji, toć nie gżeh! — usprawiedliwiała Hanka.
— Człowiek hętliwie se folguje i rad zawżdy sposobnością wymawia...
— Pżepijcie, gospodyni, do mnie, ja to nie organista! — wykżyknął Jambroż.
— Nieh ino szkło bżęknie, to was zarno gżysi ponoszą — mruknęła Dominikowa, zabierając się do opatżenia głowy horego.
— Cie... Komu sygnaturka sprawia, że bije się pięścią pokutnie, a drugiemu zaś flaszkowy pobżęk to czyni, że w podle za kieliszkiem maca...
— Leży se ten hudziaczek, leży i o Bożym świecie nie wie! — zawołała żałośnie nad Boryną.
— I jadł kiełbasy nie będzie, i gożałki nie posmakuje! — ciągnęła tym samym sposobem, a wielce szydliwie Jagustynka.
— Wama ino pżeśmiehy na pamięci! — zestrofowała ją gniewnie.
— A cuż to? Płakaniem biedy se odejmę? Tyla mojego, co się pośmieję.
— Kto sieje zło, nieh se smutki zbiera i pokutę odprawuje!
— Nie darmo powiedają, że Jambroż, hoć pży kościele służy, a gotuw się by i z gżyhem pokumać, byh jeno sobie pofolgować i użyć! — żekła wyniośle Dominikowa, obżucając go srogimi oczyma. — Pżeciwić się dobremu i ze złym kumać potrafi, kturen jeno nie baczy, jaką potem weźmie zapłatę — dodała ciszej, jakby grożąc.
Milczenie padło na izbę. Jambroż zakręcił się gniewnie, ale zdzierżał w sobie ostrą odpowiedź, boć wiedział, że i tak każde jego słowo znał będzie dobrodziej najpuźniej jutro po mszy — nie darmo Dominikowa pżesiadywała cięgiem w kościele... A i reszta zważyła się też pod jej sowimi ślepiami; nawet nieustępliwa Jagustynka pżymilkła trwożnie.
Jakże, cała wieś się jej bojała. Już pono niejeden poczuł na sobie moc jej złyh ślepiuw; niejednego już pokręciło albo rozhożał, gdy nań urok żuciła.
Pracowali w cihości z pohylonymi trwożnie tważami, że jeno jej biała gęba, suha i poradlona kieby z blihowanego wosku, nosiła się po izbie. Nie odzywała się ruwnież, zabierając się z Jagną do pomagania tak ostro, że Hanka wzbronić nie śmiała.
Że zaś Jambroża odwołał księży parobek do kościoła, ostały jeno same, pilnie układając mięso i połcie w cebżyki a beczkę.
— Po tej stronie w komoże będzie hłodniej la mięsa, mniej się w izbie pali... — zażądziła stara, wraz zataczając statki z Jagusią.
Tak się to prędko stało, że nim się Hanka mogła spżeciwić, nim pomiarkowala, już one powtaczały do komory, więc srodze rozeźlona zaczęła śpiesznie pżenosić na swoją stronę, co ino pozostało, pżywołując Józkę i Pietrka do pomocy.
O samym zmieżhu, gdy już zapalili światło, zabrali się pośpiesznie do robienia kiełbas, kiszek i onyh grubaśnyh salcesonuw. Hanka siekała mięso z jakąś ponurą wściekłością, tak była jeszcze wzbużona.
— Nie zostawię w tamtej komoże, żeby zehlała albo wyniesła! Niedoczekanie twoje! To ci fortelnica! — szepnęła wreszcie pżez zęby.
— Rano, po cihuśku, jak pujdzie do kościoła, pżenieść wszystko do swojej komory i będzie po kżyku! Nie odbije wam pżecieh! — radziła Jagustynka, szprycując mięso w długahne flaki, że się skręcały po stole kiej te węże czerwone a tłuste, i co trohu rozwieszała je na żerdce nad kominem.
— Nieh sprubuje! Zmuwiły się i z tym pżyleciały!
Nie mogła się uspokoić.
— Nim Jambroż wruci, kiełbasy będą gotowe... — zagadywała stara.
Ale Hanka zmilkła, zajęta pracą, a głuwnie rozmyślaniem, jak by odebrać połcie owe i szynki.
Ogień tżaskał na kominie i tak się galanto buzowało, że w całej izbie było czerwono. W garah parkotały gotujące się rużności, z kturyh czyniono kiszki, a dzieci cosik trwożnie gawożyły nad nieckami z krwią.
— Laboga, jaże me mdli od tyh smakuw! — westhnął Witek, pociągając nosem.
— Nie wywąhuj, bo możesz co oberwać! Krowy ano puj, siano zakładaj i sieczkę na noc zasypuj... Puźno już! Kiedy to obżądzisz?
— Pietrek zaraz pżyjdzie, sam pżeciek nie uredzę...
— A kajże to poszedł?
— Nie wiecie? Pomaga spżątać na drugiej stronie!
— Co? Pietrek! Ruszaj bydło obżądzać!
Kżyknęła naraz Hanka w sień z taką mocą, że Pietrek w ten mig poleciał w podwuże.
— A pżyłuż kulasuw i sama se izbę wypożądź! Widzisz ją! Dziedziczka jakaś, rączkuw se szczędzi, parobkiem się wyręcza! — wołała rozzłoszczona do ostatka, wywalając jednocześnie na stuł z garnka dymiącą się wątrobę i dutki, gdy jakiś wuz zaturkotał i dzwonek zajęczał na dwoże.
— A to ksiądz z Panem Jezusem jedzie do kogoś! — objaśniał Bylica, akuratnie whodząc do izby.
— Ktuż by zahożał? Nie słyhać było!
— Za wujtową hałupę pojehali! — kżyknął pżez okno zadyszany Witek.
— Ani hybi do kturegoś z komornikuw...
— A może do waszyh, do Pryczków, tam ano siedzą...
— Hale! Zdrowe były, takim ścierwom nic się złego nie stanie — szepnęła Jagustynka; ale hociaż w niezgodzie żyła z dziećmi a w ciągłyh procesah, zadrżała.
— Pżewiem się nieco i zaraz pżyletę...
Wybiegła śpiesznie.
Ale kawał wieczoru się pżewlekło i Jambroży zdążył z nawrotem, a ona nie powruciła. Właśnie był stary powiadał, iż księdza wzywali do Agaty, Kłębowej krewniaczki, co to w sobotę z żebruw pżyciągnęła.
— Jakże? Nie u Kłębów to siedzi?
— U Kozłów czy ta u Pryczków pono się pżytuliła na skonanie.
Tyle jeno o tym pżeżekli, zajęci wielce robotą — jeszcze i bez to opuźnianą, że Józka, a to i sama Hanka cięgiem odbiegały roboty, by lecieć w podwuże do wieczornyh obżądkuw.
Wieczur się ciągnął z wolna i pżykżył się wielce a dłużył, że to i ciemnica zwaliła się na świat, iż pięści nie dojżał. Deszcz zacinał ziębiący, wiater ciepał się raz po raz o ściany i tratował sady, że dżewiny z szumem tłukły się w ciemnościah, a niekiedy buhał w komin, aż głownie wyskakiwały na izbę.
Prawie pżed samą pułnocą skończyli, a Jagustynka jeszcze nie wruciła.
„Pluha i błocko, to się jej nie hciało po omacku utykać!”, myślała Hanka, wyzierając na dwur pżed spaniem.
Juści, czas był taki, że psa żal by na świat gonić — wiejba, aż dahy tżeszczały. Hmużyska, opite deszczem, bure i napęczniałe, pżewalały się po zmętniałym niebie, a nikaj w wysokościah ni jednej gwiazdy, ni też ogniowego migotu w hałupah, zgoła pżepadłyh w nocy. Wieś już dawno spała, wiater jeno hulał po polah i barował się z dżewami, a wody stawu pżegarniał ze świstem.
Zaraz poszli spać, już nie czekając.
Jagustynka zaś dopiero nazajutż rano się zjawiła, ale mroczna kiej ten dzień pżebłocony, wiejny i zimny. Ugżała jeno w hałupie ręce i zaraz poszła do stodoły pżebierać ziemniaki, już tam z dołuw na kupę zwalone.
Robiła prawie w pojedynkę, bo Józka odbiegała często nakładać gnuj, kturen od świtania wywoził śpiesznie Pietrek, niemało już dzisia skżyczany od Hanki, że to wczoraj się lenił i nie zdążył; poganiał też tęgo, na Witka hukał, konie batem prażył i jeździł, aż błoto się otwierało.
— Wałkoń, juha, na bydlątkah tera się odbija! — żekła stara, ciskając na gęsi, bo się pżywiedły całym stadem na klepisko i nuż szczypać ziemniaki a pżykry gęgot czynić.
Zagadnęła potem do niej Józka. Nie odezwała się, siedząc kiej ten mruk i pilnie kryjąc pod nasuniętą na czoło zapaskę oczy zaczerwienione jakoś.
Hanka zrazu jeno raz jeden zajżała do nih, czatując w izbie na wyjście Jagny, by wtedy zabrać mięso do swojej komory i spenetrować zarazem beczki ze zbożem. Ale jakby na złość Jagna ni krokiem nie ruszała się z hałupy, że już nie mogąc wstżymać, zaglądała do horego, to zamuwiwszy się o coś, wlazła do komory.
— Czegoj szukacie? Dyć wiem, gdzie co jest, to wama pokażę! — wołała Jagna, idąc za nią, że tżeba było wyhodzić, ledwie co wraziwszy ręce we zboże, a pieniądze mogły być głębiej, na spodzie...
Zrozumiała też ryhło, że tamta jej strużuje, więc hoć po niewoli, dała spokuj, odkładając swoje zamysły na sposobniejszą porę.
„Tża się wziąć do szykowania podaronkuw”, pomyślała, żałośnie pżyglądając się kiełbasom, rozwieszonym na drążku. We zwyczaju bowiem było u Borynów i co pierwszyh gospodaży, iż kturen świnię zaszlahtował, ten zaraz nazajutż rozsyłał w podarunku — najbliższym krewniakom albo z kturymi pżyjacielstwo tżymał — po kiełbasie lebo czego inszego po kawale.
— Juści, łacno nie jest, ale dać musisz. Powiedziałyby, co żałujesz... — żekł naraz Bylica, utrafiając w sam raz w żałośliwe strapienia.
Więc hocia serce ściskał żal, jęła ryhtować na tależah i miseczkah z ciężkim westhnieniem, zmieniając nie po raz jeden zbyt krutkie kawałki na dłuższe, to pżydając niekturym po kawale kiszki, to znowu odbierając — aż w końcu, zmęczona i rozbolała, pżywołała Józki.
— Pżyodziej się pięknie i rozniesiesz po ludziah...
— Jezus, tylahna wszystkiego!
— Cuż poredzić, kiej tżeba! Sam Maciek stłoczy, ale sam nie wyskoczy! Te dłuższe nieś stryjnie najpierw; zbujem na mnie patży, pyskuje, ale nie ma rady. To ci z miseczkom wujtom; łajdus on, ale z Maciejem żyli w pżyjacielstwie i może być w czym pomocny. Cała kiszka, kiełbasa i kawał boczku la Magdy, la kowali; nieh nie szczekają, że sami zjadamy ojcowego świniaka. Juści, całkiem im tym pyska nie zatka, ale pżyczepkę będą miały mniejszą... Pryczkowej tę tu kiełbasę; harda, wynośliwa, pyskata, ale z pżyjacielstwem szła pierwsza... Kłębowej ten ostatni...
— Dominikowej to nie ślecie?
— Puźniej się da, po połedniu... Juści, że tżeba... Z taką to jak z tym łajnem: nie porusz i jeszcze z dala obhodź. Noś posobnie, ino nie zagaduj się tam z dzieuhami, bo robota czeka.
— Dajcie i Nastce, one takie biedne, nawet na sul nie mają... — prosiła ciho.
— Nieh pżyjdzie, to dam niecoś. Ociec, la Weronki zabieżecie. Miała wczoraj zajżeć...
— Młynażowa ją pżed wieczorem wezwała spżątać pokoje, bo pewnikiem goście do nih zwalą na święta.
I długo jeszcze jąkał nowinki, ale Hanka, wyprawiwszy Józkę, pżyodziała się nieco cieplej i pobiegła pomagać Jagustynce a poganiać hłopakuw.
— Czekalim na was z kolacją — zaczęła, zdziwiona milczeniem starej.
— I... Najadłam się tam patżeniem, jaże me jeszcze dzisiaj w dołku gniecie...
— To Agata pono zahożała?
— Juści, u Kozłów se dohodzi sierota.
— Jakże, nie u Kłębów leży?
— Krewniakiem pżyznają, kturemu niczego nie potża albo i z pełną garścią pżyhodzi; na inszyh, hoćby rodzonyh, pieskuw się ano spuszcza...
— Co wy też! Pżeciek jej nie wygnały!
— Hale, pżywlekła się do nih w sobotę i zaraz w nocy zahożała... Powiedają, że Kłębowa wziena jej pieżynę i prawie nagą we świat puściła...
— Kłębowa! Nie może być, taka poczciwa kobieta, heba plotki pletą.
— Swojego nie muwię, ino co mi w uszy wlazło...
— I u Kozłowej leży! A ktuż by się spodział, że taka litościwa.
— Za pieniądze to i ksiądz litościwy. Kozłowa wzięła od Agaty dwadzieścia złotyh gotowego grosza i za to mają ją pżetżymać u siebie do śmierci, bo stara liczy, że lada dzień zamże. Ale pohowek osobno, a stara se nie dzisia, to jutro dojdzie. Niedługo jej czekać... Nie...
Zmilkła naraz, usiłując na prużno powstżymać hlipanie.
— Cuż to wama, hożyście? — pytała Hanka ze wspułczuciem.
— Tyle się już ludzkiej biedy najadłam, że me w końcu do cna rozebrało. Człowiek nie kamień, broni się pżed sobą hoćby tą złością na cały świat, ale się nie obroni. Pżyjdzie taka pora, co już nie zdzierży więcej i w ten piasek dusza mu się rozsypie żałosny.
Zaniesła się płaczem i długo się tżęsła, nos głośno wycierając, aż znowu jęła muwić boleśnie, że te jej słowa kiej łzy gożkie i palące kapały na Hanczyną duszę.
— I nie ma końca tej ludzkiej marnacji. Siadłam pży Agacie, kiej już ksiądz odjehał, aż tu pżylatuje Filipka zza wody z kżykiem, że jej najstarsza kończy... Poleciałam juści... Jezus, w hałupie żywy mruz siedzi... Okna wiehciami pozatykane... Jedno łużko w hałupie, a reszta w barłogu kiej psy się gnieździ... Nie pomarła dzieuha, ino ją tak z głodu sparło... Ziemniakuw już brakło, pieżynę już pżedali... Każdą kwartę kaszy wymodlają u młynaża, nikt nie hce zborgować i pożyczyć do nowego... Bo i kto? Poratunku nie ma, Filip pżecież w kreminale z drugimi... Ledwiem wyszła od nih, powieda Grzegorzowa, że Florka Pryczkowa zległa i pomocy potżebuje... Łajdusy to i kżywdziciele moi, hoć dzieci rodzone... Zaszłam, nie czas kżywdy pamiętać... No i tam niezgożej bieda kły szczeży; drobiazgu pełno, Florka hora, grosza jednego w zapasie nie ma i pomocy znikąd... Grontu pżeciek nie ugryzie... Jeść nie ma kto uważyć, pole odłogiem stoi, hoć zwiesna idzie... Bo Adam jak drugie w kreminale... Hłopaka urodziła zdrowego kiej kżemień; żeby się jeno odhował, bo Florka wyshła kiej szczapa i tej kropli mleka w piersiah nie ma, a krowa dopiero na ocieleniu... I wszędzie tak źle, a u komornikuw to już trudno wypowiedzieć... Ni komu robić, ni gdzie zarobić, ni grosza, ni poratunku znikąd... Mugłby już to Jezus sprawić, by hoć letką śmiercią pomarły, nie męczyłby się narud co nabiedniejszy.
— A komuż się to we wsi pżelewa? Wszędzie bieda i ten skżybot serdeczny.
— Hale, i gospodaże turbacje niemałe mają... Jeden się frasuje, czym by lepszym kihy nadział, a inszy, komu by na większy precent pieniądz rozpożyczył, ale żaden się nie poturbuje o biedotę, hociaby ta pode płotem zdyhała... Muj Boże, w jednej wsi siedzą, pżez miedzę, a nikomu to śpiku nie psuje... Juści, każden Jezusowi ostawia starunek o biedotę i na zżądzenie boskie zwala wszystko, a sam rad pży pełnej misce bżuhowi folguje i hoćby ciepłym kożuhem uszy odgradza, by ino skamlania biedującyh nie posłyszeć...
— Cuż poredzić? Kturyż to ma tylahna, by wszystkiej biedzie zaradził?
— Kto nie ma hęci, ten wie, jak wykręci! Nie do was piję, nie na swoim siedzicie i dobże wiem, jak wam ciężko; ale są takie, co by mogły pomuc, są: a młynaż, a ksiądz, a organista, a drugie...
— By im kto podsunął o tym, to może by się zlitowały... — tłumaczyła.
— Kto ma czujną duszę, ten sam dosłyszy wołanie cierpiącyh, nie potża mu o tym z ambony kżykiwać! Moiściewy, dobże one wiedzą, co się z narodem biednym dzieje, boć tą biedą ludzką się ano pasą i na niej tłuścieją... Młynażowi to żniwo teraz, hociaż do pżednuwka daleko, procesjami ludzie ciągną po mąkę i kaszę, za ostatni grosz, na burg, za odrobek albo dobry precent, a hoćby pieżynę Żydowi spżedać, a jeść tża kupić...
— Prawda, darmo nikto nie da...
Pżypomniała sobie własne, niedawne nędze i westhnęła ciężko.
— Pżesiedziałam do puźna pży Florce. Kobiet się też nashodziło i powiadały, co się we wsi dzieje, powiadały...
— W imię Ojca i Syna! — kżyknęła naraz Hanka, zrywając się na ruwne nogi, bo wiatr tak ano tżasnął wrutniami, że dziw się nie rozleciały; wywarła je z trudem, mocno podparłszy kołkami.
— Wieje sielnie, jeno ciepły jakiś. By deszczu nie sprowadził.
— Już i tak wuz się w polu po sękle zażyna.
— Parę dni dobrego słońca i wnet pżeshnie, zwiesna pżecieh.
— Żeby hoć zacząć sadzić pżed świętami!
Pżegadywały niekiedy, pilnie zajęte, aż i całkiem pżycihły, jeno pacanie pżebieranyh ziemniakuw słyhać było, że to dobre żucały na jedną kupę, a nadbutwiałe na drugą.
— Będzie czym podpaść maciorę i la kruw też starczy na picie...
Ale Hanka jakby nie słyszała, pżemyśliwając wciąż, jak by się do tyh ojcowyh pieniędzy dobrać najsprawniej, że tylko niekiedy spoglądała pżez wrutnie na świat, na dżewiny rozciapane i szamocące się z wihurą. Postżępione, sine hmużyska pżewalały się po niebie kiej roztżęsione snopy, a wiater jeszcze się wciąż wzmagał i tak jakoś ci podwiewał z dołu, iże poszycia na hałupie jeżyły się niby szczotka. Ziąb pży tym ciągnął wilgotny i srodze pżejęty nawozem, kturen wybierali z gnojowiska. W podwużu zaś było prawie pusto, jeno niekiedy pżebiegały rozczapieżone kury, poganiane pżez wiater. Gęsi siedziały w zaciszu pod płotem na gąsiętah, ciho piukającyh. A co parę pacieży podjeżdżał ostro Pietrek z pustym wozem, zakręcał dookoła, stawał ryhtyk na prost klepiska, zabijał ręce, koniom podżucał kłak siana i nakładłszy wespuł z Witkiem gnoju, podpierał wuz na wybojah, i ruszał w pole.
Czasami znuw Józka wpadała z kżykiem, zaczerwieniona, zdyszana, pżejęta tym roznoszeniem kiełbas, i trajkotała:
— Zaniesłam wujtom, teraz poletę do stryjecznyh... W hałupie siedzieli, izby już bielą na święta. Tak dziękowali, tak dziękowali...
Rozpowiadała szeroko, hoć nikto jej za język nie ciągał, i znowu leciała na wieś, niosąc ostrożnie, w hustkę białą owiązane, miseczki z podarunkami.
— Trajkot dzieuha, ale zmyślna — zauważyła Jagustynka.
— Juści, co zmyślna wielce, jeno że do psih figluw i gdzie by się zabawić...
— Cuż hcecie? Skżat to jeszcze, dzieciuh...
— Witek, obacz no, kto tam wszedł do hałupy! — zawołała naraz Hanka.
— Kowal poszli dopiero co!
Tknięta jakimś złym pżeczuciem, pobiegła prosto na ojcowską stronę. Hory leżał jak zwyczajnie wznak. Jagna cosik szyła pod oknem, w izbie nie było więcej nikogo.
— A kajże się to Michał podział?
— Muszą być gdziesik, szukają klucza od wozuw, kturego byli kiejś pożyczyli Maciejowi — objaśniała, nie podnosząc oczu.
Hanka zajżała do sieni — nie było go. Zajżała na swoją stronę; jeno Bylica siedział z dziećmi pży kominie i wystrugiwał im wiatraczki. Nawet w podwużu szukała; nikaj ni znaku po nim, więc już prosto żuciła się do komory, hoć dżwi były pżywarte.
Jakoż kowal stał tam pży beczce z rękoma po łokcie we zbożu i pilnie w nim gżebał.
— W jęczmieniu to by klucz howali? Co? — wyżuciła zdyszana, ledwie zipiąc ze wzbużenia i stając groźnie napżeciw.
— Patżę, czy nie spleśniały, czy aby zda się do siewu... — jąkał, zaskoczony niespodzianie.
— Nie wasza sprawa! Po coście tu wleźli? — kżyknęła.
Wyjął niehętnie ręce i ledwie hamując wściekłość, zamruczał:
— A wy pilnujecie me, kiej złodzieja...
— Niby to nie wiem, po cużeście tu pżyszli, co? Hale, do cudzej komory właził będzie i penetrował po beczkah, kłudki może będziecie ukręcać, do skżyń otwierać... Co? — wżeszczała coraz głośniej.
— Nie powiadałem wama wczoraj, czego nam szukać potża...
Wysilał się na spokuj.
— Pżede mną cyganiliście jedno, by mi piaskiem oczy zasypać, a robicie drugie. Pżejżałam już wasze judaszowe zamysły, pżejżałam...
— Hanka, stul pysk, bo ci go pżymknę! — zaryczał złowrogo.
— Sprubuj, zbuju jeden! Tknij me hoć palcem, a takiego wżasku narobię, że puł wsi się zbiegnie i obaczy, coś ty za ptaszek! — groziła.
Rozejżał się dobże po ścianah i ustąpił wreszcie, klnąc siarczyście.
Popatżyli sobie w oczy z bliska i z taką mocą, że byh mogli, na śmierć by się pżebudli tymi rozgożałymi ślepiami.
Hanka aż wodę piła, długo nie mogąc się opamiętać po tym wzbużeniu.
„Tża je naleźć i shować pżezpiecznie, bo niehby ih dopadł, ukradnie”, rozmyślała, wracając do stodoły. Ale naraz zawruciła z puł drogi.
— Siedzisz w hałupie, strużujesz, a obcyh do komory puszczasz! — kżyknęła z gury na Jagnę, otwierając dżwi.
— Michał nie obcy, ma takie prawo jak i wy! — wcale się nie ulękła jej kżyku.
— Szczekasz kiej ten pies. Zmuwiłaś się z nim, dobże. Ale bacz, że nieh jeno co z hałupy zginie, to jak Bóg w niebie, do sądu podam i ciebie wskażę, żeś pomagała... Zapamiętaj to sobie! — wżeszczała rozsrożona.
Jagna skoczyła z miejsca, hwytając w garść, co było na podorędziu.
— Bić się hcesz! Bij! Poprubuj ino, to ci te cacaną gębusię tak sprawię, aż się czerwoną oblejesz i rodzona matka cię nie pozna!
Dunderowała, zajadle kżykając nad nią, co tylko ślina i złość na język stoczyła.
I nie wiada zgoła, na czym by się to skończyło — bo już pazury rozczapieżały, drąc się coraz bliżej siebie — gdyby nie Rocho, kturen akuratnie w samą porę nadszedł, że Hanka, pżywstydzona jego patżeniem, ohłonęła nieco i zmilkła, zatżaskując jeno za sobą dżwi z całej złości.
Jagna zaś ostała na izbie, ruhać się nie mogąc z pżerażenia; wargi jej latały niby we febże i serce kołatało, łzy posypały się kiej groh. Aż w końcu opżytomniała, żucając w kąt maglownicę ściskaną w garści; buhnęła się na łużko, w boleściwym, nieutulonym płaczu roztżęsiona.
Hanka tymczasem opowiadała Rochowi, o co im poszło.
Słuhał cierpliwie jazgotliwyh i szlohem pżeplatanyh powiadań, a nie mogąc z nih wiele wymiarkować, pżerwał ostro i jął ją surowo gromić. Odsunął nawet podawane jedzenie i wielce rozgniewany po czapkę sięgał.
— Już mi we świat iść pżyjdzie i nigdy Lipiec na oczy nie oglądać, kiejście tacy. Złemu to wszystko na pociehę albo Żydowinom, co się ze swarliwości a głupoty hżeścijańskiego narodu pżeśmiewają! Jezus muj miłosierny, to mało bied, mało horub, mało głodowań, to się jeszcze w pojedynkę za łby biorą i złością dokładają.
Zadyszał się tą pżemową, Hankę zaś pżejęła taka żałość i strah, by w gniewie nie odszedł, że pocałowała go w rękę, pżepraszając z całego serca.
— Byście wiedzieli, co z nią już wytżymać ciężko. Na złość wszystko robi, a na moją szkodę. Pżecież z kżywdą naszą tu siedzi... Jakże, tylahna gruntu ma zapisane... A nie wiecie to, jaka jest? Co to wyprawiała z parobkami... Jaka... — (nie, nie potrafiła wypomnieć o Antku) — A teraz już się pono z wujtem zmawia... — dodała ciszej. — To juści, że skoro ją dojżę, to się jaże we mnie gotuje ze złości, iż prosto bym nożem phnęła...
— Pomstę ostawcie Bogu! Ona też człowiek i kżywdy czuje, a za swoje gżehy ciężko odpowie. Powiadam wam, nie kżywdźcie jej!
— To ja ją kżywdzę?
Zdumiała się wielce, nie mogąc wymiarkować, w czym się Jagnie kżywda dzieje.
Rocho pżegryzał hleb, wodząc za nią oczyma a cosik medytując. Wreszcie pogładził dziecińskie głowiny, tulące mu się do kolan, i zabierał się do wyjścia.
— Zajżę do was kturego dnia wieczorem. A teraz wama jeno żeknę: poniehajcie jej, rubcie swoje, a resztę Pan Jezus sprawi...
Pohwalił Boga i poszedł na wieś.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.