Wiosna, rozdział II
II
Nazajutż była Palmowa Niedziela.
Jeszcze dobże pżed słońcem, ale już o dużym dniu, wyjżała z Borynowej hałupy Hanka, w wełniak jeno pżyodziana i jakąś huścinę, że to ziąb był na świecie galanty.
Zajżała aż za opłotki na drogę czarniawą, rosami opitą, a gdzieniegdzie oszroniałą. Pusto było jeszcze i ni znaku życia, świt jeno skżył się suhy i pżyodziewał zmartwiałe czuby dżew w modre obleczenia, zaś resztki nocy czaiły się strahliwie pod płotami.
Powruciła na ganek i z trudem pżyklęknąwszy, że to leda tydzień spodziewała się roduw, jęła muwić pacież, błądząc po świecie zaspanymi oczyma.
Dzień zaś roznosił się z wolna białawą pożogą. Zoże pżecierały się kieby pżez sito, bżaskami osypując wshodnią stronę, ktura podnosiła się coraz wyżej niby ten złoty baldah nad promieniejącą już, ale jeszcze niewidną monstrancją.
Że zaś pżymrozek był w nocy, to płoty, mostki, dahy i kamienie polśniewały szronem, a dżewa stały kiej hmury pżebielone.
Wieś jeszcze spała w pżyziemnyh mrokah utopiona, że jeno poniekture hałupy bardziej pży drodze wyłupywały się nieco jaśnią bielonyh ścian, zaś po omglonej gładzi stawu wlekły się długahne, czarniawe pasma prąduw, jakoby szkliwa tężejące.
Młyn gdziesik hurkotał bez pżestanku, a jakaś niewidna żeczka mrowiła się po kamieniah cihuśkim, pżytajonym bełkotaniem.
Kokoty piały już na umor i ptaszyny rużne zgważały się z ciha po sadah jakoby w tym pacieżu społecznym, kiej Hanka pżecknęła, śpik ją ano zmożył i strudzone, niewywczasowane kości ciągnęły pod pieżynę; ale się nie dała, szronem pżetarła oczy i nalazłszy to zagubione słowo pacieża, poszła w podwuże naglądać hudoby a budzić śpiące.
Najpierw wywarła dżwi do wiepżka, kturen usiłował na pżednie kulasy się zwlec, ale że spaśny był wielce, zwalił się na gruby zad i jeno hżąkającym ryjem wodził za nią, gdy mu żarcie pżegarniała, dożucając niecoś świeżego.
— Portki tak ciężą, że ci i na kulasy niełacno. Jak nic ma na cztery palce słoniny. — Obmacała mu boki z lubością.
Otwarła potem do kur, pożuciwszy pżed progiem na pżynętę świńskiego jedzenia pżygarścią, że sfruwały z gżęd skwapliwie, koguty zaś piać wzięły rozgłośnie.
Gęsi, zawarte pobok, pżyjęły ją gęganiem i sykami; wygnała precz gęsiory, iż wnetki wojnę uczyniły z kurami, a zaczęła wyciągać spod matek, siedzącyh w gniazdah, jaja i pżepatrywać je pod światło. „Leda godzina kluć się będą”, myślała, nasłuhując cihego, ledwie odczutego dziobania w jajah.
Ryhtyk i Łapa wylazł z budy, kiej szła ku stajni, pżeciągnął się a ziewał, nie bacząc na syczące nań gąsiory.
— Hale! Prużniaczysko, niby parob noc pżesypia, coby strużował!
Pies pomahał ogonem, szczeknął radośnie, buhnął pżez kury, aż się pieże posypało, i dalejże dżeć się do niej, skakać do piersi, a polizywać ręce, że rada nierada pogłaskała go po łbie.
— Drugi człowiek a tak czujący nie będzie jako to stwożenie. Miarkuje juha gospodaża! — Wyprostowała się ździebko, wodząc oczyma po oszroniałyh dahah, bo jaskułki, siedzące żędem na kalenicy, zaświegotały pieściwie.
— Pietrek! Dzień ano kiej wuł! — zakżyczała, bijąc pięścią we dżwi stajni, a posłyszawszy mruczenie i odsuwanie zawory, wywarła drugie zaraz dżwi do obory.
Krowy leżały żędem pżed żłobami.
— Witek! A to śpi pokraka, kiej po weselu!
Hłopak się wraz pżebudził, skoczył z pryczy i jął pośpiesznie wciągać portczyny i cosik mamrotać strahliwie.
— Pżyżuć krowom siana, by pżejadły do udoju, i zaraz pżyhodź skrobać ziemniaki. A łysuli nie dawaj, nieh ją sama pasie — dodała twardo, bo była to krowa Jagusi.
— Tak ją pasą, aże krowa ryczy i z głodu słomę spod siebie wyjada.
— A nieh zdyha, nie moja strata! — szepnęła zawzięcie.
Witek jeszcze tam cosik mruknął, ale skoro wyszła, gruhnął się w popżek barłogu z obertelkiem w garści, byle jeszcze z pacież zadżemać.
Hanka zaś poszła do stodoły, gdzie na klepisku, okryte słomą, leżały ziemniaki pżebierane do sadzenia, i zajżała pod szopę, kędy składali wszelki spżęt gospodarski. Łapa wyskakiwał pżed nią, co hwila zbaczając do gęsioruw i wojnę z nimi czyniąc; aż wszystko obejżawszy bacznie, czy jakiej szkody z nocy nie ma, jak to czyniła co dnia, polazła do pżełazu, wyjżeć w pola na oziminy.
Zaczęła znowu muwić pżerwany pacież.
Słońce też już wstało. Wskroś saduw powiała wihura płomieni, że szrony się zaiskżyły i rosy jęły skapywać z dżew; wiater też się poruszył i gmerał cihuśko w gałęziah, skowronki dzwoniły coraz żęsiściej, a we wsi, na drogah czynił się ruh. Słyhać było hlustanie wody pży nabieraniu ze stawu, wrutnie kajś niekajś darły się zardzewiałe, to gęsi gdziesik kżyczały i pies naszczekiwał abo i głos ludzki rozbżmiewał w porankowej cihości.
Wieś się budziła puźniej ździebko, że to niedziela była i każden rad dłużej wylegiwał pod pieżyną spracowane kości.
Hanka na nic nie baczyła, zstępując w siebie, w te rużne myśle, jakie ją opżędły, że pacież jeno wargami muwiła, daleko od niego duszą i cała we wspomnieniah utopiona.
Podniesła cihe, opite radością oczy na pola szerokie, zawarte ścianą dalekiego lasu, po kturym rozlewały się płomienie wshodu, iż spośrud modrawyh gąszczuw wybłyskiwały bursztynowe, grubahne hojary; zaś wszystkie ziemie jakoby drgały w złotyh, budzącyh bżaskah. Ozime zboża mokrą, zielonawą wełną otulały zagony, a kajś niekaj po bruzdah lśniły się poniki wody kiej te srebrne strużyny, niesły się z pul wilgotne, hłodne pżydehy wraz z tą świętą cihością wiośnianą, w jakiej to rośnie wszystko i na świat się jawi...
Nie za tym jednakże patżała i nie tego.
Jawiły się ano w niej pżypominki bied, głody, kżywdy, Antkowe pżeniewierstwa, bule kiej guźdź raniące i tyh smutkuw i utrapień tylahna, że aż ją dziw brał, jako to poredziła pżemuc i pżemogła; i doczekała się, że oto Pan Jezus pżemienił wszystko na lepsze...
Pżecieh na gospodarce jest znowu, na ziemi.
A kto mocen jest wyrwać ją stąd? Kturen poredzi!
Zmogła już tyla, pżecierpiała bez te puł roku, że drugi człowiek bez całe życie nie pżecierpi, to udźwignie, co ta na nią Panu Jezusowi spuścić się spodoba; wydzierży i doczeka się Antkowego ustatkowania i że te ziemie będą ih na wieki.
Tży niedziele całe, a jej się widzi, jakoby to wczoraj się stało, kiej hłopy szły na las...
Nie poszła z inszymi, bo ano w jej stanie ciężko było i niepżezpiecznie...
Turbowała się jeno o Antka, bo zaraz jej żekli, jako z narodem się nie złączył i nie poszedł; rozumiała, iż to na złość staremu zrobił, a może i la tego, by się w ten czas gdzie z Jagusią zwieść...
Żarło ją to, ale wypatrywać go pżecieh nie poszła.
Aż tu pżed samym południem pżylatuje Gulbasiak i wżeszczy:
— Pobilim dworskih! Pobilim! — i kiej wściekły pognał dalej.
Zmuwiła się z Kłębową i poszły napżeciw. Dominikowej hłopak nadbiegał i już z dala kżyczy:
— Boryna zabit, Antek zabit, Mateusz i drugie! — zatżepał rękoma, cosik zamamrotał i padł, że tża mu było nożem zęby ozwierać, by wlać wody, tak go ścisnęło z utrudzenia.
A jej wtedy dusza ze strahu zakżepła na ten lity kamień.
Szczęściem, że nim jeszcze hłopaka docucili, wywalili się z boru na drogę i powiedali, jak było; a może w pacież sama już dojżała pży ojcowym wozie Antka żywego — jako trup był siny, okrwawiony, zgoła niepżytomny.
Juści, że ją płacz hwycił i boleść ozdzierała, ale się pżemogła, ile że ją ociec, stary Bylica, odciągnął na bok i ciho powiedział:
— Stary wnet zamże, Antek o Bożym świecie nie wie, a w Borynowej hałupie nikoguj, jeszcze się kowal tam wniesie i nikto go już nie wygoni!
Zmiarkowała ryhło, że w dyrdy poleciała do hałupy, zabrała dzieci i co było na podorędziu ze szmat, resztę zaś zdała na Weronczyną opiekę i pżeniosła się hybcikiem na dawne miejsce, po drugiej stronie Borynowej hałupy.
Jeszczeh Borynę opatrywał Jambroży, jeszczeh ludzie byli się nie rozeszli, jeszczeh cała wieś wżała uciehą a gdzie jękami pobityh, a ona cihuśko się wniesła i osiadła na amen.
A strużowała pilnie: toć Antkowy też był gront, a stary ledwie zipał i mugł leda pacież wyciągnąć kulasy.
Wiadomo pżecież, iż kturen pierwszy dopadnie dziedzictwa i wczepi weń pazury, to i niełacno go oderwać — i prawo za sobą będzie miał.
Co jej tam znaczyły kowalowe kżyki a groźby, kturymi jej bronił wstępu, srodze zgniewany, iż go upżedziła!
Pytać się to miała koguj o pżyzwoleństwo; hyciła się ziemi, a jak ta suka warowała i broniła swojego, pewna ryhłej śmierci starego i że Antka wezmą, bo ją był o tym upżedził Rocho.
To i komu się to miała oddać w opiekę? Kiej wiadomo, że jak się sam człowiek nie pżyłoży, to mu i Pan Jezus nie dołoży.
Nie płaczem i skamlaniem dohodzi się swego, a jeno tymi kwardymi, nieustępliwymi pazurami — wiedziała ci ona już o tym, wiedziała!
Więc hoć i Antka wzieni, uspokoiła się ryhło. Bo co poredzisz pżeciw doli, człowieku? Czym się opżesz, kruszyno?
Gdzie zaś to był i czas na długie lamenty i wyżekania, kiej tylahne gospodarstwo wzięła na swoją głowę!
Pżecieh sama ostała kiej ten kież na rozdrożnym wywieisku, jeno że się nie cofnęła pżed robotą ni ludzi nie ulękła. A pżeciwko niej była Jagna; byli kowalowie, zawzięci na nią, że nieh Bóg broni; był wujt, kturen był swoje zamysły na Jagnę powziął i bez to sielnie się nią opiekował; był nawet dobrodziej, ryhtowany na spżeciw pżez Dominikową.
Tyle że jej nie pżemogli. Nie dała się niczemu, co dnia głębiej wrastając w ziemię i kżepciej dzierżąc w garściah żądy, iż ledwie po dwuh niedzielah, a już wszystko szło jej wolą, rozumem a mocą.
Ona zaś ni dojadła, ni dospała, ni wypoczęła, harując nikiej ten wuł w jażmie od świtania do nocy puźnej.
Jeno że to niezwyczajna była ni takiej pracy, ni stanowienia o wszystkim swoją głową, a wielce z natury nieśmiała i pżez Antka zahukana, to jej tak ciężko nieraz pżyhodziło, aż ręce opadały.
Ale kżepił ją strah, by z gospodarki nie wysadzili, a i ta zawziętość pżeciw Jagnie.
Zresztą z czego ta jej moc szła, to szła — dość że się nie dała, urastając we wszystkih oczah na niemały podziw i uważanie.
— A to! Pżudzi się widziała, jako tżeh nie zliczy, a teraz ci już za dobrego hłopa stanie — powiedały o niej co najpierwsze we wsi gospodynie, że nawet Płoszkowa i drugie rade pżyjacielstwa z nią szukały, hętliwie wspomagając dobrym słowem i czym jeno mogły.
Juści, że wdzięcznym sercem pżyjmowała, nie stoważyszając się jednak zbytnio i nie ciesząc z ih łask, bo niełacno zapominała kżywd niedawnyh.
Nie lubiła pleść bele czego, to i nie potża jej było sąsiedzkih ugważań ni tego w opłotkah wystawania la obmowy.
Mało to swoih miała frasunkuw, byh się jeszcze cudzym turbować!
Właśnie wspomniało się jej o Jagnie, z kturą wiedła zażartą, milczącą i nieustępliwą wojnę; o Jagusi, kturej samo pżypomnienie było jako to żgnięcie w serce, że i teraz poderwała się z miejsca, żegnając się śpiesznie, a bijąc w piersi na dokończenie pacieża.
Zeźliła się jeszcze bardziej, iż w hałupie spali, a i w podwużu było ciho.
Skżyczała Witka, spędziła z barłogu Pietrka; dostało się pży tym i Józce, że słońce na hłopa, a ona się wyleguje.
— Jeno z oka spuścić na ten pacież, a wszystkie po kątah śpią! — mamrotała, rozpalając ogień na kominie.
Wywiedła dzieci na ganek i wetknąwszy im po glonku hleba, pżywołała Łapę, by się z nimi zabawiał, a sama poszła zajżeć do Boryny.
Ale na ojcowej stronie było jeszcze całkiem ciho, że ze złością huknęła dżwiami. Nie pżebudziło to Jagny, stary zaś tak samo leżał, jak go była ostawiła wieczorem: na pasiato-czerwonej pościeli leżała jego sina, obrosła tważ, wyhudła i tak zmartwiała, że podobien się stał do onyh świątkuw w dżewie żezanyh; otwarte szeroko oczy patżyły pżed się nieruhomo nic zgoła niewidzące. Głowę miał owiązaną szmatami, a rozwiedzione szeroko ręce zwisały martwo kiej te nadrąbane gałęzie.
Poprawiła mu pościel, stżepując pieżynę bardziej na nogi, że to gorąco było w izbie, a potem nalewała mu po ździebku do ust świeżej wody. Pił z wolna, aże mu grdyka hodziła, ale się nie poruszył; leżał wciąż kiej ta kłoda zwalona, jeno w oczah zaświeciło mu cosik, jak kiedy żeka spod nocy się pżetże i rozbłyśnie na jedno oczymgnienie.
Westhnąwszy nad nim żałośnie, tżasnęła znowu trepem w wiaderko, ciskając rozsrożonymi oczyma po śpiącej.
Ale Jagusia i tak nie pżecknęła; leżała ano na boku, tważą na izbę, pieżynę snadź z gorąca zephnąwszy do puł piersi, że ramiona i szyja leżały nagie, zrumienione i ździebko ruhające się w cihym dyhaniu. Pżez rozhylone, wiśniowe wargi lśniły się jej zęby kiej te paciorki najbielsze, a rozplecione włosy bużyły się po białej poduszce, spływając aż na ziemię kiej ten len najczystszy, w słońcu wysuszony.
— Zedżeć ci ino pazurami tę gębusię, a nie wynosiłabyś się urodą nad drugie! — szepnęła Hanka z taką nienawiścią, aż ją w sercu zakłuło i same palce się sprężyły do darcia, ale bezwolnie pżygładziła sobie włosy i zajżała w lusterko, wiszące na okiennej ramie; cofnęła się jednak prędko, dojżawszy swoją tważ wynędzniałą, pokrytą żułtymi plamami, i zaczerwienione oczy.
„Niczym się nie umartwi, dobże się nażre, w cieple się wyśpi, dzieci nie rodzi, to nie ma być urodna!”, pomyślała z taką goryczą, że wyhodząc, dżwiami tżasnęła, aż szyby zabżęczały.
Obudziła się wreszcie Jagna. Jeno stary leżał wciąż bez ruhu, wpatżony pżed się.
Leżał już tak całe tży niedziele, od kiela go z lasu pżywieźli. Czasem się jeno jakby budził, Jagny wołał, za ręce ją brał, cosik hciał żec i znowuj drętwiał, nie pżemuwiwszy ni słowa jednego.
Już mu i Rocho pżywoził z miasta doktora, kturen go obejżał, na papierku cosik pżepisał, dziesięć rubli wziął — leki też kosztowały niemało, a ryhtyk pomogło tyle, co i te darmowe Dominikowej zamawiania.
Zrozumieli ryhło, jako się już nie wyliże, i ostawili go w spokojności. Wiadomo jest, że kiej kto na śmierć horuje, to żeby mu już nie wiem jakie leki a doktory zwoził, zamżeć musi. A ma zaś ozdrowieć — i bez niczyjej pomocy ozdrowieje.
Więc mieli kole niego tyle już jeno starunkuw, co mu ta często odmieniali na głowie zmoczone szmaty, wody pić podając albo i ździebko mleka, bo jeść nie mugł, że mu się to wszystko zwracało.
Miarkowali też ludzie, a najbardziej Jambroży, jako praktyk był wielki, iż jeśli Boryna do rozumu nie pżyjdzie, to śmierć będzie miał letką i ryhłą. Spodziewali się jej co dzień i nie pżyhodziła; aż się już mieżiło to długie czekanie, boć tża go było pilnować i jaką taką dawać opiekę.
Jagny to było psie prawo doglądać i pży nim dulczyć — cuż, kiej nie poredziła i godziny w hałupie wysiedzieć. Stary obmieżł jej do cna i ciążyła ta ciągła wojna z Hanką, ktura ją odsuwała od wszystkiego i pilnowała gożej złodzieja — to i nie dziwota, że ciągnęło ją na świat, że hciało się jej lecieć na te ugżane pżypołudnia, pomiędzy ludzi, na wolność; to zdawała pilnowanie Józce i niesła się nie wiada gdzie, iż nieraz dopiero wieczorami wracała...
Józka zaś tyle go jeno doglądała, co pży ludziah — skżat był to jeszcze głupi a latawiec. Hanka więc i to musiała wziąć na swoją głowę i o horego dbać, bo hociaż i kowalowie mało dziesięć razy na dzień zaglądali, to jeno po to, by jej pilnować, czy czego z hałupy nie wynosi; a głuwnie czekali, iż może stary pżemuwi jeszcze i majątkiem rozpożądzi.
Żarli się pży tym jako te psy kiele zdyhającego barana i pżepierali z warkotem, kto pierwej hyci kłami za lelita i jaką sztuczkę la siebie wyszarpie; tymczasowie zaś kowal, co ino upatżył, co mu tylko w pazury wpadło, to porywał — hoćby i stary postronek albo kawał deski z garści tża mu było wyrywać i na każdym kroku pilnować, że dzień nie pżeszedł bez kłutni a srogih pomstowań.
Powiadają: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. I prawda, ale kowal umiał wstawać i o pułnocku, lecieć hoćby na dziesiątą wieś, jeśli jeno szło o dobry zarobek; hłop był hciwy na grosz i tak zabiegliwy jak mało kturen.
Oto i teraz, ledwie co Jagna z łużka wylazła i wełniaki na się wdziała, dżwi skżypnęły i on się ciho wsunął, prosto idąc do horego.
— Nie gadał czego? — zajżał mu z bliska w oczy.
— Dyć leży, jak leżał! — odburknęła, zbierając włosy pod hustkę.
Bosa jeszcze była, w koszuli, ździebko rozespana i taka urodna, a jakowymś prażącym ciepłem buhająca i lubością, że powiudł po niej zmrużonymi ślepiami.
— Wiecie — pżysunął się tuż do niej — organista wygadał się pżede mną, że stary musi mieć sporo gotowego grosza, bo jeszcze pżed Godami hciał dać hłopu z Dębicy całe pięćset rubli; o procenta się jeno nie zgodzili. Muszą te pieniądze być showane gdzie w hałupie... Uważajcie pilnie na Hankę, bo jakby hyciła pżed nami, już by ih ludzkie oko nie zobaczyło... Moglibyście z wolna, kryjomo pżepatrywać wszystkie kąty, jeno by nikto się nie pomiarkował... Słuhacie to?
— Co by zaś nie! — Okryła ramiona zapaską, bo jakby ją obmacywał tymi złodziejskimi ślepiami.
Pżeszedł się, kołujący po izbie, i niby od niehcenia zaglądał za obrazy, wyszukując pży tym pilnie, gdzie popadło.
— Macie to klucz od komory? — łypnął ślepiami na małe, zawarte dżwi.
— A wisi na pasyjce pod oknem.
— Dłutam mu pożyczył, będzie już z miesiąc, a teraz mi potżebne i nikaj go naleźć nie mogę. Myślę, co tam w rupieciah zażucone...
— Szukajcie sami, ja go wama nie wyślipiam.
Odstąpił od dżwi, bo rozległ się w sieni głos Hanki; klucz na miejscu powiesił i za czapkę wziął.
— To jutro poszukam... Pilno mi bieżyć do dom... Rocho pżyjehał?
— Ja to wiem? Spytajcie Hanki!
Postał jeszcze ździebko, poskrobał rudyh wąsuw, a oczy to mu jak te złodzieje latały po kątah; zaśmiał się cosik do siebie i poszedł.
Jagna zżuciła zapaskę i jęła się słania łużka i drugih upżątań, żucając niekiedy pżyczajone spojżenia na męża, i tak zawżdy hodziła po izbie, by się nie natknąć na jego oczy, wciąż rozwarte.
Juści, że był jej obmieżły, bojała się go i nienawidziła całą mocą za wszystkie kżywdy doznane, a ile razy ją wołał i brał w swoje rozpalone i lepkie ręce, zamierała z obżydzenia i strahu, tak śmiercią wiało od niego i trupem. Ale pomimo wszystkiego może jeno ona jedna najszczeżej pragnęła, by wyzdrowiał.
Teraz ci dopiero miarkowała, co straci, skoro go nie stanie. Pży nim gospodynią się czuła, słuhali jej wszyscy, a drugie kobiety czy dzieuhy rade, nierade, uważać ją i ustępować pierwszego miejsca musiały — jakże! Borynową pżecieh była — Maciej zaś, hociaż w domu był kąśliwy kiej pies i dobrego słowa nie dał, ale pżed ludźmi wielce dbał o nią i stżegł, by jej kto nie śmiał nie poszanować.
Nie rozumiała ona tego pżudzi, dopiero kiej Hanka zwaliła się do hałupy i gurę nad nią brać poczęła, odsuwając od panowania, poczuła swoje opuszczenie i kżywdy.
Nie o gront jej szło pżecież — co jej tam były majątki! Tyle stała o nie akuratnie, co o łońskie lato. A hociaż już się wzwyczaiła do żąduw i rada była wielce wynosić się a puszyć bogactwem i rozpierać na swoim, to i za tym by nie płakała, bo u matki było jej też niezgożej. Ale jedno ją ano gnębiło boleśnie: że pżed Hanką ustępować musi, pżed Antkową kobietą — to ją pżypiekało do żywego, budząc złość i hęć robienia na spżeciw.
Juści, że ją i matka podmawiała, i kowal ryhtował codziennym podjudzaniem, bo sama z siebie to by może ryhło ustąpiła. Tak ją już mieżiły te wojny, że nieraz hciała wszystko ciepnąć i pżenieść się do matki.
— Ani się waż! Siedź, puki nie zamże! Waruj swojego! — nakazywała srogo stara.
To i siedziała, hoć ckniło się jej nieopowiedzianie — jakże, całe dni nie było do kogo gęby otwożyć ni pośmiać się z kim, ni wybiec do kogo...
A w domu pojękiwał stary, była Hanka, zawżdy gotowa do kłutni; szła ciągła wojna, że już zgoła było nie do wytżymania.
U matki też było nie sposub wysiedzieć.
To latała z kądzielą po hałupah — ale mogła to i tam wytżymać, kiej we wsi były same kobiety, rozkisłe, rozpłakane, rozwżeszczane jako te dni marcowe; a wszędy, jako ta nieustająca litania, wyżekania, a nikaj żadnego parobka, hoćby na lekarstwo!
Że już ni miejsca, ni rady dać sobie nie mogła.
Do tego zaś często, coraz częściej nawiedzały ją wspominki o Antku.
Prawda, jako pod sam koniec, nim go wzięli, wielce ku niemu ohłodła i te spotykania już były jeno strahem i męką; na ostatku zaś ukżywdził ją jeszcze tak bardzo, aż dusza pęczniała żalem na pżypominki... Ale miała wyjść do kogo, wiedziała, że tam, pod brogiem, o każdym zmieżhu czeka na nią i wypatruje... Że jest ktosik, kturemu lubo się słuhać... To hoć się tżęsła z trwogi, by nie wypatżyli, hoć i on nieraz skżyczał za długie czekanie, ohotnie biegła, zapominając o całym świecie, gdy ją pżygarnął do siebie kżepko, niby ten smok ognisty, i brał, ni pytając o pżyzwoleństwo... Ni w myśli postało opieranie, kiej ściskał, aż ją mdliło w dołku, i takim warem pżejmował.
Nieraz do pułnocka zasnąć nie mogła, hłodząc rozpaloną całunkami tważ o zimną ścianę, wzbużona do dna i pełna w kościah onyh słodkih, prażącyh ogniem wspominań!
A teraz jest jak ten kołek sama — nikt jej nie podpatruje, nikt nad nią prawa nie ma, ale i do nikogo się nie wydziera, nikto już jej tam za pżełazem nie czeka i nikto nie pżyniewala...
Że wujt za nią hodzi, podskubuje, słodkie słuwka prawi, do płotuw pżyciska, do karczmy na poczęstunek ciągnie i rad by ją dla siebie zniewolił, to ino bez to mu pżyzwala, że ckni się jej wielce i nie ma z kim drugim się pośmiać. Ale tak mu do Antka kiej psu do gospodaża!
I pżez złość to jeszcze robi la całej wsi i la tamtego.
Spostponował ci on ją i sponiewierał na ostatku! Jakże — całą noc i cały dzień pżesiedział w hałupie pży starym, nawet spał na jej łużku, krokiem się prawie z izby nie ruszał, a jej jakby nie dojżał, hoć wciąż stawała pżed nim jak ten pies, skamląc oczyma o zmiłowanie.
Nie spojżał na nią, ojca jeno widział a Hankę i dzieci, psa nawet.
To może i bez to już do cna straciła serce do niego, i całkiem się w niej pżemieniło napżeciw, bo kiej go brali w kajdany, wydał się jakimś drugim, obcym zgoła i tak obojętnym, że nie potrafiła go żałować, a nawet ze skrytą radością pżyglądała się Hance, jak ta włosy rwała, łbem tłukąc o ścianę i wyjąc niby suka za topionymi szczeniętami.
Cieszyła się mściwie z jej udręki, odwracając z odrazą oczy od jego tważy strasznej, jakoby wpułobłąkanej.
Tak się wtenczas obcym stał dla niej, że nawet nie umiałaby go sobie teraz pżypomnieć — jak człowieka raz jeden widzianego.
Ale tym ci lepiej baczyła tamtego Antka, tamtego z dni miłowań i szałuw, z dni shadzek i pżytulań, całunkuw i uniesień... Tamtego, ku kturemu teraz, w niespane często noce wydzierała się jej dusza i rozprężone udręką serce kżyczało żalem i tęsknicą nieopowiedzianą.
Do tamtego... Z tamtyh dni szczęścia rwała się Jagusina dusza, ani wiedząc, kędy jest i żywie-li on gdzie we świecie szerokim...
Ano i teraz snuł się jej pżez pamięć jako ten sen luby, z kturym się ciężko rozstawać, kiej znowu rozległ się wżaskliwy głos Hanki.
— Kiej pies odarty tak się wydziera i dunderuje! — szepnęła, rozbudzona z pżypominkuw.
Słońce już bokiem zaglądało, rozczerwieniając mrocznawą izbę; ptaki radośnie ćwierkały w sadzie; podnosiło się ciepło, bo z dahuw kieby szklanymi paciorkami spływał pżymrozek. A pżez wywarte okno wraz z wietżykiem porannym buhał kżyk gęsi, tżepiącyh się w stawie.
Kżątała się po izbie kiej szczygieł, z cihą pżyśpiewką, boć to niedziela była i czas nadhodził szykowania się do kościoła z palmami; już owe pędy łozy czerwonej, pokryte srebżystymi kotkami, stały w dzbanku od wczoraj, pomdlałe nieco, że to im wody zapomniała nalać. Poczęła je właśnie troskliwie cucić, gdy Witek wżasnął pżez dżwi:
— Gospodyni kazali, byście swoją krowę napaśli, aż z głodu ryczy!
— Powiedz, że wara jej od krowy mojej! — odkżyknęła w cały głos, nasłuhując, co tamta wyszczekuje na odzew. — A pyskuj, puki ci gęba nie ustanie. Nie dowiedziesz me dzisiaj do złości!
I jęła najspokojniej wybierać ze skżyni ubiory, rozkładając je po łużku, rozpatrując, w jakie by się pżyodziać do kościoła. Naraz — kiej ta hmura padnie na słońce, iż się wszystek świat pżyciemni — tak ci i w niej dziwnie pomroczało. Po cuż się to pżybierać będzie i stroić? Dla kogo?
La tyh babskih ślepiuw, zazdrośnie taksującyh każdą jej wstążkę i potem za to obnoszącyh ją na ozorah?
Odbiegła strojuw z niehęcią i siadłszy w oknie, czesała jasne, bujne włosy, smutnie spozierając na wieś, w słońcu już całą i w topliwyh rosah połyskującą. Domy kajś niekaj pżebielały się ze saduw i słupy niebieskih dymuw buhały w gurę, zaś na drodze, po drugiej stronie stawu, całkiem pżysłonionej dżewami, pżehodziły niekiedy kobiety, bo widziała czerwień wełniakuw odbitą we wodzie i jak się pżesuwały wskroś mdlejącyh już cieniuw dżew nadbżeżnyh. Potem gęsi pżepływały białymi sznurami, że się wydawało, jakoby płynęły wskroś modrej topieli nieba odbitego, ostawiając za sobą te czarniawe, pułkoliste kręgi kiej węże ciho pełznące; to hybotliwe jaskułki pżewijały się niziutko, łyskając białymi bżuhami, a gdziesik znowu u wodopojuw krowy porykiwały lub pies naszczekiwał.
Zagubiła wnet pamięć tyh żeczy, topiąc oczy w guże, wysoko, gdzie na modrym niebie pasły się stada hmur, białym, wełnistym barankom podobne, bo gdziesik spod nih, w wysokościah ciągnęło jakieś niedojżane ptactwo, że jeno kżyk długi a jękliwy rozsypywał się nad ziemią żewliwie, aż ją od tyh głosuw sparło cosik pod piersiami, a nagła, z dawna już czająca się tęsknica ścisnęła serce, że wodziła pżygasłymi oczyma po rozruhanyh dżewah, po wodzie, kaj i owe hmury zdały się płynąć zanużone w niebieskościah, po wszystkim świecie — nic jeno nie rozpoznając spoza wezbranej tęskności, że łzy ważne pociekły po zblakłyh policzkah kieby te paciorki lśniące rozerwanego rużańca i snuły się wolno jedna za drugą, i gdziesik na samo dno duszy spływały.
Mogła to zmiarkować, co się jej stało?
Jeno czuła, iż ją cosik rozpiera, podrywa i ponosi, że oto poszłaby na kraj świata, gdzie oczy poniesą, gdzie jeno powiedzie ta tęskność niezmożona. I płakała tak bezwolnie i prawie bezboleśnie jako to dżewo, obciążone kwiatem w wiośniane poranki, kiej słońce pżygżeje, a wiatry zakolebią, rosi obficie, wpiera się w ziemię, nabżmiewa sokami rodnymi, a kwietne gałęzie ku niebu podaje...
— Witek! A poproś pięknie tej dziedziczki na śniadanie! — wżasnęła znowu Hanka.
Jagna, kieby pżecknęła, otarła łzy, doczesała włosuw i poszła śpiesznie.
W Hanczynej izbie już wszyscy siedzieli pży śniadaniu. Z mihy kużyły się ziemniaki, właśnie je była Józka omaszczała śmietaną pżesmażoną z cebulą, gdy reszta już bodła łyhami, wlepiając łakome ślepie w jadło.
Hanka wzięła pierwsze miejsce w pośrodku pżed ławą, na kturej jedli, Pietrek siedział w końcu, a pobok niego pżykucał na ziemi Witek, Józka zaś pojadała stojący, pilnując dokładania, a dzieci siedziały pod kominem pży niezgorszej miseczce, oganiając się łyżkami pżed Łapą, kturen kiedy niekiedy pojadał razem z nimi.
Jagna miała swoje miejsce od dżwi, napżeciwko Pietrka.
Jedli z wolna, spozierając niekiedy spod łbuw.
Darmo Józka tżepała tży po tży i Pietrek żucał jakie słowo, a w końcu i Hanka zagadywała, tknięta jej zapłakanymi, smutnymi oczyma — Jagusia ni pary z gęby nie puściła.
— Witek, a kturen ci takiego guza nabił? — pytała Hanka.
— Zwaliłem się o żłub! — Rozczerwienił się kiej rak i potarł bolące miejsce, porozumiewawczo spoglądając na Józkę.
— Pżyniosłeś to już gałązek z palmami?
— Zaraz polecę, ino zjem — tłumaczył się, spiesznie dojadając.
Jagna położyła łyżkę i wyszła.
— Znowuj bąk ją jakiś ukąsił! — szepnęła Józka, dolewając barszczu Pietrkowi.
— Nie każden umie trajkotać tak cięgiem jak ty. Doiła to już krowę?
— Zabrała szkopek, to pewnie poszła do obory.
— Hale, Józia, tża dla siwuli makuhu ugotować.
— Już siarę odpuszcza, prubowałam dzisiaj.
— Odpuszcza, to leda dzień się ocieli...
— Ciołka będzie miała! — żekł Witek, podnosząc się od jadła.
— Głupi! — szepnął pogardliwie Pietrek, popuszczając ździebko obertelek, że to był niezgożej podjadł; i zapaliwszy od głowni papierosa, wyszedł razem z hłopakiem.
Kobiety w milczeniu wzięły się do roboty. Józka zmywała naczynia, a Hanka słała łużka.
— Pujdziecie do kościoła z palmami?
— Idź z Witkiem. Pietrek też może, nieh jeno konie obżądzi; ja ostanę, pżypilnuję ojca i może Rocho wruci akuratnie, i co nowego pżyniesie od Antka...
— Nie powiedzieć to Jagustynce, żeby jutro pżyszła do ziemniakuw? Co?
— Juści, same nie wydołamy, a na gwałt tża je pżebierać.
— A i gnuj już by rozżucać!
— Pietrek jutro na południe ma skończyć wywuzkę, to od obiadu weźmie się z Witkiem do rozżucania; co czasu zbędzie, to i ty pomożesz...
Wżask gęsi podniusł się pżed oknami, wpadł zadyszany Witek.
— Że to nawet gęsiorom spokoju nie dajesz!
— Szczypać me hciały, tom się ino obraniał!
Żucił na skżynię cały pęk, wilgotnyh jeszcze od rosy, złotakowyh ruzeg osypanyh baźkami. Józka jęła je układać, zwięzując czerwoną wełną.
— Bociek to kujnął cię w czoło? — spytała go po cihu.
— Juści, że nie kto drugi, nie wydaj me ino... — Obejżał się na gospodynię, wybierającą ze skżyni świąteczne szmaty. — A to ci powiem, jak było... Wypatżyłem, że na noc pżed gankiem ostaje... Podkradłem się puźną nocą, kiej już wszyscy na plebanii spali... I jużem go brał... A hoć me kujnął... Byłbym spencerkiem go okręcił i wyniusł... Kiej psy me zwietżyły... Znają me pżecieh, a tak docierały, zapowietżone, że musiałem uciekać, jeszcze mi nogawice ozdarły... Ale nie daruję...
— A jak się ksiądz dowie, żeś mu wziął boćka?
— A kto mu to powie? A odbierę mu, bo muj.
— A kaj go showasz, by ci nie odebrali?
— Już ja taki showek umyśliłem, że i strażniki nie zwąhają... A potem, kiej pżepomną, sprowadzę go do hałupy i powiem, com se nowego znęcił i obłaskawił. Rozpozna to kto, Józia? Ino me nie wydaj, to ci jakih ptaszkuw pżyniosę albo i młodego zajączka.
— Hłopak to jestem, bym się ptaszkami bawiła? Głupi, pżebież się zaraz, to razem pujdziem do kościoła.
— Józia, dasz mi ponieść palmę? Co?
— Zahciało mu się! Dyć ino kobiety mogą nieść do poświęcania!
— Pżed kościołem ci oddam, ino pżez wieś...
Prosił tak gorąco, aż pżyobiecała, zwracając się prędko do whodzącej właśnie Nastki Gołębianki, już wyszykowanej do kościoła i z palmami w ręku.
— Nie miałaś czego o Mateuszu? — zagadnęła Hanka po pżywitaniu.
— Tyle jeno, co wujt wczoraj pżywiuzł: jako zdrowszy.
— Wujt akuratnie tyle wie co nic albo i wymyśli, czego nie było.
— To samo pono i dobrodziejowi muwił.
— A o Antku to i słowa żec nie umiał.
— Pono Mateusz siedzi z drugimi, Antek zaś osobno.
— I... Tak jeno szczeka, żeby się miał z czym do hałup zamawiać...
— Był to z tym i u was!
— Co dnia zahodzi, ale do Jagusi; ma z nią jakieś sprawy, to się shodzą i pżed ludźmi uredzają w opłotkah — powiedziała ciszej, z naciskiem, wyglądając oknem, bo w sam raz Jagna shodziła z ganku, wystrojona sielnie, z książką w ręku i z palmami; długo patżała za nią.
— Spuźnita się, dzieuhy, ludzie już całą drogą walą.
— Nie pżedzwaniali jeszcze.
Ale wraz i dzwony się ozwały hukliwie, nawołując w dom Pański, i bimbały wolno, długo i rozgłośnie.
Że w jaki pacież, a wszyscy poszli z hałupy do kościoła.
Hanka ostała sama. Nastawiła obiad, pżyogarnęła się nieco i zabrawszy dzieci, siadła z nimi na ganku, by je wyczesać i pżeiskać, że to w tygodniu nie starczyło nigdy czasu.
Słońce podniesło się już dość wysoko i ludzie zewsząd zbierali się do kościoła, co troha wysypując się z opłotkuw, że po drogah niby te maki czerwieniały się kobiece pżyodziewy i bżmiały pogwary z kżykami dzieci, zabawiającyh się ciskaniem kamieni po wodzie i za ptakami. Niekiedy wozy turkotały, pełne ludzi z drugiej wsi; to hłopy jakieś, snadź obce, pżehodziły, pohwalając Boga, aż z wolna wszyscy pżeszli i opustoszałe drogi pomilkły.
Hanka, wyiskawszy dzieci do czysta, zaprowadziła je na słomę pżed doły, by się same zabawiały. Zajżała do parkocącyh garnkuw i wruciła na dawne miejsce, modląc się pułgłosem na koronce, że to na książce nie umiała.
Dzień już się podnosił ku południowi. Cihość zgoła świąteczna ogarniała wieś, że nikaj głosuw żadnyh nie było, tyle jeno, co te wruble ćwierkania i świegoty jaskułek, lepiącyh gniazda pod okapami. Czas był ciepły, pierwsza wiosna ledwie co trąciła ziemię i tknęła dżew; niebo wisiało młode, pżemodżone i dziwnie łyskliwe. Sady stały bez ruhu, ku słońcu podając gałęzie, nabite spęczniałymi pąkami, zaś olhy, staw bżeżące, niby w cihuśkim dyhaniu poruhiwały żułtymi baziami, a pędy topul rdzawe, lepkie i pahnące, a jakoby miodem ciekące, otwierały się na światło niby te dzioby pisklęce...
Pod hałupami dogżewało galanto, że już muhy wyłaziły na ogżane ściany, a czasem i pszczoła się pokazywała, z bżękiem padając na stokrotki, patżące spod płotuw, albo się pilnie nosiła po kżah, co niby zielone płomienie buhały młodymi listkami.
Ale z pul i od boruw zawiewał jeszcze ostry, wilgotny wiatr.
Msza już musiała być w połowie, bo w cihym i jakoby wżącym wiosną powietżu prężyły się głosy śpiewuw dalekih, organowe grania i czasem jako ten deszcz żęsisty rozsypywały się w mdlejące dźwięki dzwonkuw.
Czas snuł się wolno i ciho, bo kiej słońce stanęło najwyżej, to nawet ptaki zamilkły, jeno że wrony, czające się złodziejsko za gąsiętami, pżewijały się nisko nad stawem, kżyk niecąc gąsioruw. Bociek też raz jeden zaklekotał gdziesik i pżeleciał blisko, że ino jego cień wielgahny poniusł się po ziemi.
Hanka modliła się żarliwie, bacząc na dzieci, a i do starego zaglądając niekiedy.
Ale cuż, leżał jak zawżdy, bez ruhu i pżed się zapatżony.
Domierał se tak z wolna, dohodził swojego czasu po ździebku z dnia na dzień, jako to zboże kłosne w słońcu pod ostry sierp dojżewające... Nie rozpoznawał nikogo, bo nawet wtedy, kiej Jagny wołał i za ręce ją brał, w inszą stronę patżał. Hance się jeno wydawało, co na jej głos poruhuje wargami, a oczy mu hodzą, jakby hciał cosik żec...
I tak było wciąż bez pżemiany, aż płacz hwytał patżącyh.
Muj Jezu, kto by się był tego spodziewał! Taki gospodaż, taki mądrala, taki bogacz, że trudno znaleźć drugiego, a teraz ci leży niby to dżewo piorunem rozłupane, gałązkuw zielonyh jeszcze pełne, a już śmierci na pastwę wydane...
Nie pomarł pżecieh i nie żywie, jeno wszystek już w rękah boskiego miłosierdzia.
O dolo człowiekowa, dolo nieustępliwa!
O boskih pżeznaczeń mocy, ktura się jawisz, kiej się nikto nie spodzieje — czy w dzień biały, czy też li w noc ciemną, a jednako kruszynę ludzką mieciesz w gożkiej śmierci strony!
Dumała nad nim, żałośnie poglądając ku niebu. Westhnęła raz i drugi, skończyła koronkę i wziąć się musiała do południowyh udojuw, bo wzdyhy wzdyhami, a robota pierwsza pżed wszystkim.
Kiej wruciła z pełnymi szkopkami, już wszyscy byli w hałupie. Józka powiedała, o czym ksiądz muwił z ambony i kto był w kościele; gwarno stało się w izbie i na ganku, że to kilka ruwieśnic z nią pżyszło i społecznie łykali te kotki poświęcane, hroniące pono od buluw gardzieli.
Śmiehu było niemało, że to niejedna pżełknąć nie mogła i zakżtusiła się, aż wodą popijając — albo ją musiano pięścią grdykać w plecy, by łacniej pżeszło, co Witek z wielką uciehą robił.
Jagna jeno nie wruciła na obiad; widzieli ją idącą z matką i kowalami. A ledwie co wstali od misek, kiej wszedł Rocho. Żucili się witać radośnie, bo bliskim im się stał niby ten dziaduś rodzony; a on się witał ciho, każdemu coś żekł i w głowę całował. Ale gdy mu podano jeść, nie jadł — strudzony był srodze i troskliwie obzierał się po izbie. Hanka warowała jego oczu, a nie śmiejąc pytać.
— Widziałem się z Antkiem! — żekł ciho, nie patżąc na nikogo.
Zerwała się ze skżyni, strah ją pżejął i za serce ścisnął, że słowa nie mogła wykżtusić.
— Zdrowy całkiem i dobrej myśli. Hoć strażnik nas pilnował, rozmawiałem z nim dobrą godzinę.
— W tyh żelazah siedzi? — wykżtusiła strahliwie.
— Cuż znowu! Zwyczajnie, jak i drudzy... Nie jest mu tam tak źle, nie bujcie się.
— Bo Kozioł rozpowiadał, jako tam biją i do ściany pżykuwają.
— Może tak i bywa gdzie indziej... Za co inszego... Ale Antka nie tknęli — powiadał.
Spletła ręce z radości, a uśmieh kiej słońce pżemknął po niej.
— A na odhodnym zapowiedział, byście, na nic nie bacząc, wiepżka zabili jeszcze pżed świętami, bo i on hce święconego zażyć.
— Głodzą go tam, hudziaka, głodzą! — jęknęła zawodliwie.
— Kiej ociec muwili, że jak się podpasie, to pżedadzą — zauważyła Józka.
— Muwili, ale kiej Antek pżykazują zabić, to jego teraz wola pierwsza po ojcowej — podniesła ostry, nieustępliwy głos.
— I jeszcze muwili, abyście na roli kazali robić wszystko, co potżeba, na nic się nie oglądając. Powiedziałem, jako tu sobie zmyślnie poczynacie.
— Żekł to co na to? Powiedział?
Radość ją warem oblała.
— To mi powiedział, że jak zehcecie, poredzicie wszystkiemu...
— A poredzę, poredzę! — szepnęła z mocą i oczy jej rozbłysły nieustępliwą wolą.
— Cuż tu u was nowego?
— A nic, jak było... Puszczą go to ryhło? — zapytała z dygotem trwogi.
— Może zaraz po świętah, może ździebko puźniej, jak śledztwo skończą... A to się pżewlecze, że to wieś cała, tyle ludzi... — odpowiadał wymijająco, nie patżąc jej w oczy.
— Pytał się to o hałupę, o dzieci... O mnie... O wszystkih? — zaczęła trwożnie.
— Pytał, juści, kolejno powiadałem.
— I... O wszystkih we wsi?
Strasznie się jej wiedzieć hciało, zali o Jagnę też pytał. Cuż kiej nie śmiała zagadać otwarcie, a ubocznie zaś, tak by nie miarkując niczego, sam się wygadał, długo się biedząc, nie potrafiła, że i sposobny czas pżeszedł, bo się już rozniesło po wsi o jego powrocie. I wkrutce, jeszcze pżed nieszporami, zaczęły się shodzić kobiety, ciekawe wielce posłyszeć niecoś o swoih.
Wyszedł do nih pżed dom i siedząc na pżyźbie, rozpowiadał, co się był o każdym z osobna wywiedział. I hoć nic złego nie muwił, a to babskie cihe hlipanie jęło się wzmagać w gromadzie, gdzie zaś i płacz głośny, a gdzie i słowo żałośliwe się wyrwało...
A potem zaś na wieś poszedł, wstępując do każdej prawie hałupy; a widział się jako ten świątek z ową białą brodą i wzniesionymi oczyma, kturen wszędy niusł te słowa pociehy. A kaj wstąpił, to jakby jasnością napełniały się izby, a w sercah zakwitały nadzieje i dufność kżepiła hwiejne, ale i łzy żęsiściej płynęły, i odnowione wspominania ciężej pżygniatały, i żałośliwość tęskliwiej wstawała...
Bo prawdę była żekła wczoraj Kłębowa do Agaty, iż wieś stała się podobna do grobu otwartego. Prawda, bo niby po zarazie widziało się w Lipcach, kiej to większą część narodu wywiezą pod mogiłki, albo zaś i wtedy, kiej to wojna pżetratuje a hłopuw wybije, że jeno po hałupah opustoszałyh ostają babie lamenty, dziecińskie płacze, wyżekania i te wzdyhy, i ta żywa a silnie boląca pamięć kżywd.
Że już i nie wypowiedzieć, co się w umęczonyh duszah działo!
Tżecia niedziela się kończyła, a Lipce jeszcze się nie uspokajały. Napżeciw zaś, bo cięgiem wzrastało poczucie kżywdy i niesprawiedliwości, to i nie dziwota, jako o każdym świtaniu, kiej pżecknęli jeno ze śpiku, w każde pżypołudnie i na odwieczeżu każdym — w hałupah czy na dwoże, gdzie się jeno narud kupił, nieustannie i lamentliwie, niby ten pacież dziadowski, rozlegały się wyżekania i żądza odemsty pleniła się w sercah kiej to diabelskie, złe zielsko, że same pięści się zaciskały i krwawe, zawzięte słowa rwały się piorunami.
To juści, że Rochowe słowa — kiej ten kijaszek, jakim niebacznie rozgżebią pżytajony ogień, iż płomień znowu siłą wybuha — to jedno sprawiły, co we wszystkih wszystką pamięć kżywd wywlekły pżed oczy, iż nawet mało kto poszedł na nieszpory; zbierali się jeno po opłotkah, po drogah stoważyszali, to do karczmy szli, poredzając, płacząc a pomstując...
Jedna Hanka spokojniejszą się uczuła i tak rada z mężowej pohwały, tak nią skżepiona na duszy i pełna nadziei, żądna roboty i pokazania, że poradzi wszystkiemu, iż nie sposub tego wypowiedzieć.
Skoro się rozeszły kobiety, wraz też pżyszła kowalowa posiedzieć pży horym, Hanka zaś z Józką udały się do hlewu wiepżka oglądać.
Wypuściły go na podwuże, ale że świńtuh był spasiony, to uwalił się zaraz w gnojuwce i ani hciał się ruszyć.
— Nie dawaj mu już dzisiaj jeść, nieh się oczyści.
— Akuratnie i zapomniałam dać mu po połedniu...
— To i dobże na ten raz, tża by go jutro sprawić. Wołałaś Jagustynki?
— Pżyjść obiecała jeszcze dzisiaj, na odwieczeżu...
— Odziej się i bieżyj do Jambroża, nieh jutro, hoćby i po mszy, a pżyhodzi ze statkami opożądzić wiepżka.
— Będzie to mugł, kiej dobrodziej zapowiadał, co jutro dwuh księży pżyjedzie słuhać spowiedzi?
— Czas znajdzie! Wie, że gożałki żałować nie będę, a on jeno poradzi galanto szlahtować i mięso sprawić. Jagustynka też pomoże.
— To bym raniuśko jehała do miasta po sul i pżyprawy...
— Zahciało ci się pżewietżyć! Nie potża, wszystkiego dostanie u Jankla. Sama tam zaraz pujdę i pżyniesę. Józka! — kżyknęła jeszcze za nią — a gdzie to Pietrek z Witkiem?
— Pewnikiem poszli na wieś, bo Pietrek wziął skżypice.
— Spotkasz ih, to pżypędź, niehby z szopy koryto pżynieśli pżed hałupę. Tża je będzie rankiem wypażyć.
Józka rada, że mogła się wyrwać na wieś, pognała do Nastki, by spulnie poszukać Jambroża.
Ale Hanka nie wybrała się do karczmy, zaraz bowiem pżywlukł się jej ociec, stary Bylica, więc dała mu podjeść nieco, opowiadając radośnie, co był Rocho pżywiuzł od Antka. I nie skończyła wszystkiego, kiej wpadła z kżykiem Magda:
— Hodźcie prędzej, ojcu cosik jest!
Jakoż Boryna siedział na kraju łużka, rozglądając się po izbie. Hanka pżypadła ku niemu tżymać, aby nie zleciał, a on wodził oczyma po niej, wlepiając je naraz we dżwi, kturymi właśnie kowal whodził niespodzianie.
— Hanka! — powiedział wyraźnie i mocno, aż struhlała w sobie.
— Dyć jestem. Nie ruhajcie się ino, doktur wzbrania — szeptała zestrahana.
— Co tam na świecie?
Głos miał rozbity, obcy jakiś.
— Zwiesna idzie, ciepło... — jąkała.
— Wstali to? Czas w pole...
Nie wiedzieli, co żec, spoglądając na siebie; ino Magda ryknęła płaczem.
— Swojego bronić! Nie dajta się, hłopy!
Kżyczał, ale słowa mu się rwały, jął się tżąść i gibać w Hanczynych rękah, że kowalowie hcieli ją wyręczyć. Nie popuściła jednak, mimo że już mdlały jej ramiona i gżbiet. Patżali w niego z trwogą, czekając, co powie.
— Jęczmiona by siać pierwsze... Do mnie, hłopy! Ratunku! — kżyknął naraz strasznie, wyprężył się i padł w tył; oczy mu się zwarły, zażęział.
— Umiera! Jezus! Umiera! — wżeszczała Hanka, targając nim z całej mocy.
A Magda wnet zapaloną gromnicę wtykała mu w bezwładną rękę.
— Księdza, prędzej, Michał!
Ale nim kowal wyszedł, Boryna otwożył oczy, puszczając z rąk gromnicę, że się potżaskała w kawałki.
— Już mu pżeszło, szuka czegoś...
Szeptał, nahylając się nad nim, ale stary odephnął go dość silnie i zawołał zupełnie pżytomnie:
— Hanka, wypraw tyh ludzi.
Magda z płaczem żuciła się do niego, ale snadź jej nie poznał.
— Nie hcę... Nie potża... Wypędź... — powtażał uporczywie.
— Hoć do sieni ustąpcie, nie spżeciwiajcie się... — błagała.
— Wyjdź, Magda, ja się z tego miejsca nie ruszę — wycedził nieustępliwie kowal, miarkując, że stary hce coś tajnego Hance powiedzieć.
Dosłyszał to stary i uniusłszy się, tak groźnie spojżał, wskazując mu ręką dżwi, że się wyniusł kiej ten pies kopnięty. Z pżekleństwem skoczył do płaczącej na ganku Magdy, ale z nagła pżycihł, rozejżał się i wpadł do sadu. I pżebrawszy się hyłkiem pod szczytowe okno, pżywarł pod nim nasłuhiwać, bo jak raz tam dotykały głowy łużka, że pżez szyby można było posłyszeć coś niecoś.
— Siądź pży mnie... — rozkazał stary po jego wyjściu.
Juści, że pżysiadła na bżeżku, ledwie płacz powstżymując.
— W komoże znajdziesz nieco grosza... Showaj, by ci go nie wydarli...
— Gdzie?
Tżęsła się już ze wzruszenia.
— We zbożu...
Muwił wyraźnie, odpoczywając po każdym słowie, a ona, tłumiąc strah jakiś, cała była w jego oczah, świecącyh dziwnie.
— Antka broń... Puł gospodarki spżedaj, a nie daj go... Nie daj... Twoje...
Nie skończył już, posiniał i zwalił się na pościel; oczy mu pżygasły i zasnuły się mgłą. Bełkotał jeszcze cosik i jakby prubował się podnieść.
Hanka zakżyczała ze strahu. Pżybiegli wnet kowalowie, cucili, wodą zlewali, ale już nie opżytomniał i jak pżudzi leżał drętwy, nieruhomy, z otwartymi oczyma, daleki od tego, co się pży nim działo.
Długi czas pżesiedzieli pży nim, kobiety płakały ciho, a nikto nie żekł i słowa. Zmieżh już zapadał, izba pogrążała się w cieniah, kiej wyszli społem na dzień dogasający, że już jeno w stawie tliły się resztki zuż zahodnih.
— Co wama powiedział? — zagadnął ostro, pżestępując jej drogę.
— Słyszeliście.
— Ale co puźniej muwił?
— Co i pżudzi, pży was...
— Hanka, nie doprowadzajcie me do złości, bo będzie źle...
— Tyle się waszyh gruźb bojam, co tego psa...
— I wtykał wam cosik w garście... — dożucił podstępnie.
— A co, to jutro za stodołą znajdziecie... — szydziła urągliwie.
Żucił się ku niej i może by doszło do czego gorszego, żeby nie Jagustynka, ktura nadeszła na ten czas i po swojemu zaraz żekła:
— Tak se zgodliwie, po pżyjacielsku poredzacie, że się po całej wsi roznosi...
Sklął ją, co wlazło, i poniusł się na wieś.
Noc wkrutce zapadła ciemna; hmużyska pżysłoniły niebo, że ni jeden gwiezdny migot się nie pżedzierał. Wstawał wiatr i miecił z wolna dżewinami, iż poszumiwały głuho i smutnie — szło znowu na jakąś odmianę.
W Hanczynej izbie było jasno i dość gwarno, ogień tżaskał na kominie, wieczeża się dogotowywała. Kilka starszyh kobiet z Jagustynką na czele pogadywały rużności, Józka zaś z Nastką i z Jaśkiem Przewrotnym siedziały na ganku, bo Pietrek wyciągał na skżypicah taką nutę żałosną, aż się im na płacz zbierało. Jeno Hanka nie mogła usiedzieć na miejscu, wciąż rozmyślając nad Borynowymi słowami, a co troha zaglądając na drugą stronę...
Ale cuż? Nie sposub teraz było w komoże szukać — Jagna siedziała w izbie, układając świąteczne szmaty we skżyni.
— Pietrek, a pżestań, pżecież to już prawie Wielki Poniedziałek, a ten dudli a dudli... Gżeh! — zgromiła go, tak roztżęsiona w sobie, że jej się płakać hciało; juści, że pżestał i wszyscy pżyszli do izby.
— O tym dziedzicowym bracie, głupim Jacku, muwimy — objaśniała kturaś.
Nie mogła jednak wyrozumieć, o czym muwią, gdyż psy zaczęły coś głośno szczekać w opłotkah, aż znowu wyjżała, podszczuwając jeszcze. Łapa żucił się zajadle w sad...
— Huzia go, Łapa! Weź go, Burek! Huzia!
Ale psy zmilkły nagle i powruciwszy, skamlały radośnie.
I niejeden raz tego wieczoru było tak samo, że wstało w niej jakieś strahliwe podejżenie.
— Pietrek, a zawżyj wszystko na noc, bo musi być, ktosik to penetruje, a swuj, że psy nie hcą docierać.
Rozeszli się wnet wszyscy i wkrutce śpik ogarnął cały dom. Jeno Hanka poszła jeszcze sprawdzić, czy dżwi pozawierane, a potem długo stojała pod ścianą, trwożnie nasłuhując...
— We zbożu... To juści w kturejś z beczek... By ino me kto nie ubiegł!
Zimny pot strahu ją oblał i serce gwałtownie zakołatało.
Prawie że nie spała tej nocy.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.