Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Wiosna, rozdział I

Część tżecia. Wiosna

I

Czas był wiosenny o świtaniu.

Kwietniowy dzień dźwigał się leniwie z legowisk mrokuw i mgieł jako ten parob, kturen legł spracowany, a nie wywczasowawszy się do cna, zrywać się ano musi nade dniem, by wnetki imać się pługa i do orki się brać.

Poczynało dnieć.

Ale cihość była jeszcze całkiem drętwa, tyle jeno, co rosy kapały żęsiście z dżew pośpionyh w mącie niepżejżanym.

Niebo, kiej ta płahta modrawa, pżejęta wilgotnością i orosiała, pżecierało się już ździebko nad ziemią czarną, głuhą i zgoła w mrokah zagubioną.

Mgły niby mleko wzbużone pży udoju zalewały łęgi i pola nizinne. Kokoty zaczęły piać na wypżudki gdziesik po wsiah jeszcze niewidnyh.

Ostatnie gwiazdy gasły kiej oczy śpiączką możone.

Na wshodzie zaś, jako zażewie roztlewające spod ostygłyh popiołuw, jęły się rozżażać zoże czerwone.

Mgły się zakolebały z nagła, wzdęły i ruhający ciężko, niby wody roztopuw wiosennyh, biły w czarne pola albo zasie, kieby dymy kadzielne, wionęły sinym pżędziwem ku niebu.

Dzień się już stawał i pżepierał z blednącą nocą, ktura pżywierała do ziem grubym, pżemoczonym kożuhem.

Niebo się rozlewało z wolna światłościami, zniżając się coraz bażej nad światem, że już kajś niekaj wydzierały się na jaśnię czuby dżew, opżędzone mgłami, a gdzie znuw, na wyżah, jakieś pola szare, pżesiąkłe rosą, wyleniały się z nocy; to stawy zamigotały poślepłymi lustrami albo strumienie, kiej długahne, orosiałe pżędze, wlekły się wskroś mgieł żednącyh i śwituw.

Dzień się już czynił coraz większy, zoże rozsączały się w martwe siności, że na niebie poczynały gożeć jakoby krwawe łuny pożaruw jeszcze niedojżanyh. I tak się galanto rozwidniało, iż ano bory wyrastały dokoła czarną obręczą, a wielka droga, obsiadła żędami topoli pohylonyh, utrudzonyh jakoby w ciężkim hodzie pod wzguże, dźwigała się coraz widniej na światłość. Zaś wsie, potopione w mrokah pżyziemnyh, wyzierały gdzieniegdzie pod zoże, kieby te czarne kamienie spod wody spienionej, i poniekture już dżewa co bliższe srebżyły się — całe w rosah i bżaskah.

Słońca jeszcze nie było. Czuło się jeno, że leda pacież wyłupie się z tyh zuż rozgożałyh i padnie na świat, kturen dolegiwał ostatkuw, ozwierał ciężko mgławicami zasnute oczy, poruhiwał się ździebko, pżecykał z wolna, ale jeszczeh się lenił w słodkim, odpoczywającym dośpiku, bo cihość padła bażej w uszah dzwoniąca, jakoby ziemia deh pżytaiła — jeno wiater, jako to dyhanie dzieciątka cihuśki, powiał od lasuw, aż rosy potżęsły się z dżew.

Aż z tej omdlałej szarości śwituw, z tyh sennyh jeszcze, omroczałyh pul — jakoby w kościele rozmodlonym i oniemiałym, kiedy dobrodziej ma wznieść na podniesienie Hostię Przenajświętszą — wystżelił z nagła głos skowronkowy...

Wyrwał się gdziesik z roli, zatżepotał skżydłami i jął świergotać jako ta z czystego srebra sygnaturka; jako ten wonny pęd wiośniany tlił się w bladym niebie, bił w gurę, głośniał, iż w onej świętej cihości wshoduw rozdzwaniał się na świat cały.

Wraz i drugie jęły się zrywać, skżydełkami bić, w niebo się dżeć i śpiewać zawzięcie, a poranek głosić wszemu stwożeniu czującemu.

A po nih wnet i czajki zakwiliły jękliwie na moczarah.

Boćki też wzięły klekotać rozgłośnie gdziesik po wsiah, jeszcze nierozpoznanyh w szarościah.

Słońce zaś było już ino, ino...

Aż i ono pokazało się zza lasuw dalekih. Wyhylało się z pżepaści i kieby tę ogromną, złocistą i rozgożałą ogniami patynę wynosiły boże, niewidzialne ręce nad sennymi ziemicami; i żegnając światłością świat, żywe i umarłe, rodzące się i struhlałe, rozpoczynało świętą ofiarę dnia, że wszystko jakby z nagła padło w proh pżed majestatem i zamilkło, pżywierając oczy niegodne.

I oto dzień się stał — jako to nieobjęte może weselnej światłości.

Mgły kiej wonne dymy z trybulażuw biły z łąk ku rozzłoconemu niebu, a ptactwo i stwożenie wszelkie udeżyło w wielki kżyk śpiewań jakoby w ten pacież serdecznyh dziękczynień.

Słońce zaś urastało wciąż, wynosiło się nad bory czarne, nad wsie niepżeliczone, coraz wyżej, i wielkie, gorejące, ciepłe kiej to święte oko miłosierdzia Pańskiego brało we władną i słodką moc panowanie nad światem.

W ten czas właśnie, na wzgużu piaszczystym pod lasem, spod dworskih stoguw łubinowyh, stojącyh w podle szerokiej i wyboistej drogi, pokazała się stara Agata — powinowata czy krewniaczka Kłębów.

Powracała ona z żebruw, na kturen to hleb Jezusowy była poszła jeszcze w kopania, a teraz ci z nawrotem do Lipiec ciągnęła jako ci ptakowie, zawżdy wracający o wiośnie do gniazd swoih.

Stare to było, shuhrane, słabe i ledwie dyhające, iż się widziała jako ta wieżba pżydrożna — pokżywiona, spruhniała, co to się już ledwie tli i domiera w piahah; w łahmanah juści była, z kosturem dziadowskim w ręku, z tobołkami na plecah, obwieszona rużańcami.

Wylazła spod broguw o samym wshodzie i śpiesznie drepcąc, podnosiła do słońca tważ szarą i wyshłą jako te płone ugory zeszłoroczne; jeno jej siwe, zaczerwienione oczy rozbłyskiwały radością.

Jakże! Po długiej i ciężkiej zimie do swojej wsi rodzonej wracała, to biegła aż truhcikiem, że ino torbeczki wyskakiwały po bokah i dzwoniły rużańce. Ale iż ją spierało, a zadyhliwość raz wraz hwytała się bolącyh piersi, to musiała pżystawać, wolnieć i już szła ciężko, z utrudzeniem, jeno tymi głodnymi oczyma latając po świecie i pośmiehując się do tyh pul szaryh, w zielonawe mgły pżysłonionyh, do wsi wynużającyh się z wolna z mgielnyh topieli, do tyh nagih jeszcze dżew strużującyh nad drogami lebo samotne stujki odbywającyh po polah — do całego świata!

Słońce się już było podniesło na parę hłopuw, że dojżał hoćby i najdalsze kraje pul; wszystko błyszczało rużaną rosą, czarne role połyskiwały się w słońcu, wody grały po rowah, skowronkowe głosy dzwoniły w hłodnym powietżu, gdzie zaś pod kamionkami tliły się ostatnie płaty śnieguw. Żułte bazie na poniekturyh dżewah tżęsły się kieby te bursztynowe paciorki, w zaciszah zaś albo i pod nagżanymi kałużami spośrud rdzawyh, zeszłorocznyh liści pżedzierały się złotawe źdźbła traw młodyh; gdzie znuw patżyły żułte oczy kaczeńcuw. Wiaterek też wziął pżygarniać leciuhno i roztżąsał wilgotne, żeźwe zapahy pul, pławiącyh się leniwie w słońcu — a wszędy było tak wiośniano, rozlegle, jasno, hociaż i jeszczeh ździebko szarawo, i taką lubością thnęło, że już się dusza Agaty wyrywała, by lecieć, jako ten ptak radością opity niesie się z kżykiem w cały świat.

— Jezus muj! Jezusiczku kohany! — pojękiwała ledwie, pżysiadując nieco i jakby zgarniając ten świat wszystek w roztżęsione radością i wielce czujące serce.

Hej! Zwiesna ci to szła pżecieh nieobjętymi polami, skowronkowe pieśnie głosiły ją światu i to słońce święte, i ten wiater pieszczący, słodki a ciepły kiej matczyne całunki, i to pżytajone jeszczeh dyhanie ziemic, tęsknie czekającyh na pługi i ziarno, i to wżenie wesela unoszące się wszędy, i to powietże ciepłe, ożeźwiające i jakoby nabżmiałe tym wszystkim, co wnetki się stanie zielenią, kwiatem i kłosem pełnym.

Hej! Zwiesna ci to szła, jakoby ta jasna pani w słonecznym obleczeniu, z jutżenkową i młodą gębusią, z warkoczami modryh wud, od słońca płynęła, nad ziemiami się niesła w one kwietniowe poranki, a z rozpostartyh rąk świętyh puszczała skowronki, by głosiły wesele. A za nią ciągnęły żurawiane klucze z klangorem radosnym, a sznury dzikih gęsi pżepływały pżez blade niebo, że boćki ważyły się nad łęgami, a jaskułki świegotały pży hatah i wszystek rud skżydlaty nadciągał ze śpiewaniem. A kędy tknęła ziemię słoneczna szata, tam podnosiły się drżące trawy, nabżmiewały lepkie pęki, hlustały zielone pędy i szeleściły listeczki nieśmiałe. I wstawało nowe, bujne, potężne życie, a zwiesna już szła całym światem, od wshodu do zahodu, jako ta wielmożna boża wysłanniczka, łaski i miłosierdzie czyniąca...

Hej! Zwiesna ci to ogarniała pżyziemne, pokżywione haty, zaglądała pod stżehy miłosiernymi oczyma, budząc struhlałe, omroczone role serc człowiekowyh, że dźwigały się z utrapień i ciemnic, poczynając wiarę na lepszą dolę, na obfitsze zbiory i na tę wytęsknionej szczęśliwości godzinę...

Ziemia się rozdzwaniała życiem kieby ten dzwon umarły, gdy mu nowe serce uwieszą, serce ze słońca uczynione, że bije gurnie, dzwoni, huczy radośnie, budzi struhlałe i śpiewa takie żeczy i sprawy, takie cuda i moce, aże serca biją do wturu weselnego, aże same łzy leją się z oczu, aże dusza człowiekowa zmartwyhwstaje w nieśmiertelnyh mocah i klęczący ze szczęścia ogarnia sobą oną ziemię, uw świat cały, każdą grudkę napęczniałą, każde dżewo, każden kamień i hmurę każdą — wszystko ano, co uwidzi i co poczuje...

Tak ci to i czuła Agata, kusztykając z wolna i żrąc spragnionymi oczyma tę ziemię kohaną, tę ziemię świętą, że szła jak pijana.

Aż dopiero gdy sygnaturka zaświegotała na lipieckim kościele kiej ten ptaszek zwołujący na modlitwę, ocknęła stara z nagła, padając na kolana.

— Iżeś swoją świętą pżyczyną sprawił, jakom powruciła... Iżeś, Panie, pokazał miłosierdzie nad sierotą...

Mogła to muwić! Kiej łzy jako ten deszcz żęsisty zalały jej serce i spływały po wynędzniałej tważy, że jeno mamrotała cosik, a tak się tżęsła w sobie, że ani weź naleźć rużańca, ni tyh słuw pacieża, kture się rozsuły po duszy palącą rosą. To porwała się z mocą i poszła, pilnie patżąc po polah i powiadając w głos jakie słowo modlitwy, pżypomniane z nagła...

Że zaś dzień był już duży i mgły całkiem spadły, Lipce jawiły się pżed nią jakby na dłoni. Leżały nieco w dole nad ogromnym stawem, modżącym się kiej lustro spod białawej a leciuhnej pżysłony; obsiadły wodę kręgiem niskih, szerokih hałup, co jak kumy w sobie wielce podufałe, pżysiadły w sadah jeszcze nagih. Dymy kajś niekaj rwały się nad stżehami, gdzie zaś szyby pżebłyskiwały w słońcu albo bieliły wskroś czarniawyh saduw świeżo pobielone ściany.

Każdą hałupę mogła już dojżeć z osobna. Młyn ano, kturego bełkotliwy turkot dohodził coraz żywiej, stał na kraju wsi pży drodze, kturą szła, a napżeciw prawie, na drugim końcu kościuł wznosił wysokie, białe mury wśrud dżew olbżymih i grał oknami i złotym kżyżem na bani, a w podle niego czerwieniły się dahuwki plebanii. Wokuł zaś, jak jeno dojżeć, stały sinym wiankiem lasy i rozlewały się pola niepżejżane, leżały wsie dalekie, wsie kieby te szare liszki pżywarte do ziemi, a w sady pohowane; drogi kręto powyciągane, kamionki, żędy dżew pżehylonyh, piaszczyste wydmy, z żadka porosłe jałowcami, i wąska pżędza żeczki, ciekącej połyskliwie i wlewającej się do stawu, między hałupami.

Bliżej zaś, dokoła wsi, wielgahnym kręgiem leżały lipeckie ziemie, pokrajane w pasy kieby te postawy zgżebnego płutna, rozciągnięte pod wzguża i poćwiartowane na działki. Pola wiły się i wydłużały, pży polah, porozdzielane krętymi miedzami, na kturyh gęsto rozrastały się grusze rozłożyste, gużyły się kamionki cierniem obrosłe, w złotawym świetle ostro wyżynały się szare i utytłane kiej ścierki ugory. To płahty zielonawe ozimin, to zeszłoroczne kartofliska czerniały abo i już latosie podoruwki, miejscami zaś po dołkah siwiały wody i wlekły się kiej to szkliwo roztopione. Za młynem rozlewały się łąki rudawe, po kturyh brodziły bociany raz wraz poklekujące, i kapuśniska tak jeszczeh pod wodą, że jeno gżbiety zagonuw pżemiękłyh łyśniły się kiej piskoże; czajki białobżuszne kołowały nad nimi, a po rozstajah strużowały święte dżewa kżyżowe i jensze wyobrażenia Pańskie. Zaś nad tym całym światem, zaklęsłym ździebko w miejscu, kędy wieś pżywarła, wisiało rozgożałe, złotawe słońce, pobżmiewały skowronkowe śpiewania, rozlegały się niekiedy od obur tęskliwe ryki bydła. To gęsi gdziesik pokżykiwały gęgliwie i leciały rozgłośne wołania ludzkie, a wraz i wiater thnął lubym, ciepłym powiewem, zgarniając wszystkie te głosy, że ziemia stawała niekiedy w takiej cihości a zadumaniu jakoby w tej świętej hwili roduw i poczynań.

Jeno na polah mało gdzie dojżał robotę — tyle tylko, co zaraz pod wsią gmerało się kilka kobiet rozżucającyh nawuz, że ostry, pżenikliwie w nozdżah wiercący zapah płynął smugą całą.

— Zaspały prużniaki czy co, dzień taki wybrany, a na rolę mało kto ciągnie... Ziemia aż się prosi pługa! — mruczała zgorszona.

I aby być bliżej jeszcze zagonuw, zlazła z drogi na ścieżkę ciągnącą się za rowem, gdzie już czerwone żęsy stokrotek otwierały się do słońca i gęściej zieleniła się trawa.

Juści, że tak pusto było na polah, aże dziw brał! Pżecie dobże baczyła, jako po inne lata w tę porę to jeno się czerwieniło po zagonah od kiecek i aż się tżęsło od pżyśpiewek i wżaskuw dzieuszyh. Rozumiała też, jako pży takiej pogodzie najwyższy już czas do wywożenia gnojuw, do podoruwek, do siewuw — a dzisiaj co? Jeden jedyny hłop, kturego dojżała gdziesik w pośrodku pul, siał cosik; szedł pohylony i zawracał, rozżucający w pułkole jakieś ziarno.

— Musi być, że groh sieje, kiej tak wcześnie... Dominikowej hłopaki, widzi mi się, bo akuratnie tam ih pola wypadają... A nieh wama daży i plonuje Bóg miłosierny, gospodaże kohane! — szeptała serdecznie.

Ścieżka była ciężka, nieruwna, zawalona świeżymi kretowiskami, kamieniem, a miejscami błotna, ale nie zwracała na to uwagi, wpatrując się z lubością i rozczuleniem w każden zagon, w każde pulko z osobna.

— Księże żyto, bujne, sielnie się ruszyło! Prawda, kiej wędrowałam we świat, orał pod nie rolę parobek, a dobrodziej siedzieli se gdzieś tutaj, baczę dobże...

I znowu kusztykała, wzdyhając ciężko i łzawo wlokąc oczyma.

— Cie, Płoszkowe żyto... Musi być puźne albo i wymiękło ździebko.

Nahyliła się z trudem, dotykając drżącymi, starymi palcami wilgotnyh ździebeł i głaszcząc je z miłością jakoby te włosy dziecińskie.

— Borynowa pszenica, sielny kawał! Juści! Bo to nie gospodaż pierwszy na Lipce? Ale cosik pżyżułta, musiało ją pżemrozić czy co... Ciężką zimę tu pżeszła... — medytowała, spostżegając po pżypłaszczonyh zagonah i wbityh w ziemię, obwalanyh mułem źdźbłah ozimin ślady wielkih śnieguw i wud roztopowyh. — Wycierpieli się ludziska niemało, nabiedowali! — westhnęła, pżysłaniając oczy dłonią, bo napżeciw od wsi szły jakieś hłopaki. — Juści, co Michał organistuw z kturymś organiściakiem. Po wielkanocnym spisie do Woli idą, kiej z tylahnymi koszykami... Juści, że nie kto drugi.

Pohwaliła Boga, gdy nadeszli, rada wielce zagadać z nimi coś niecoś, ale hłopcy odburknęli pozdrowienie i pżeszli prędko, rozgadani ze sobą.

— Dyć od tylih skżatuw baczę ih, a nie poznali mnie! — Markotność ją pżejęła. — Cie! A skąd by i taką dziaduwkę pamiętały! Ale Michał wyrusł galanto, pewnikiem już dobrodziejowi pżygrywa na organah...

Rozmyślała, wpatrując się znowu w drogę, że to wyszedł ze wsi Żyd jakiś, phając pżed sobą sporego cielaka.

— A od kogo to kupione? — zagadnęła.

— Od Kłębowej! — odparł, mocując się z biało-czerwonym ciołkiem, kturen się opierał, zawracał i pobekiwał żałośnie.

— To ani hybi po granuli... Juści... Pognała się była jeszcze pżed żniwami... A może i po siwej... Sielny ciołek...

Obejżała się za nim z gospodarską lubością, ale już ih nie było na drodze; ciołek wyrwał się z rąk, skoczył na pole i podniusłszy ogon, rwał ku wsi na pżełaj, a Żyd z rozwianym hałatem zabiegał mu drogę.

— W ogon go pocałuj, a poproś pięknie, to ci wruci... — szepnęła, z kuntentnością pżyglądając się gonitwie. — A i na Kłębowych morgah ni żywej duszy! — zauważyła pży tym, ale nie było już czasu na pomyślunki: wieś była tak blisko, że poczuła zapah dymuw i dojżała po sadah wietżące się pieżyny; to jeno ogarniała oczyma wieś całą i najgłębsza, wdzięczna radość zatżęsła jej sercem, że to Jezus pozwolił dożyć tej zwiesny i powraca ją oto do swoih, powraca do rodzonyh.

A pżecieh mogła zamżeć zimą między obcymi, hożała bowiem ciężko, ale Jezus ją powrucił...

Dyć tym ano żywiła duszę pżez długą zimę, tym się jeno kżepiła w każdej godzinie i tym się broniła od mrozuw, nędzy i śmierci...

Pżysiadła pod kżakami, aby się ździebko pżygarnąć, nim wejdzie między hałupy. Ale miała to siły, kiej ją tak rozebrała radość, że każda kosteczka tżęsła się z osobna i serce tłukło się boleśnie niby ten ptak duszony?

— Są jeszczeh dobre i miłosierne ludzie, są... — szeptała, opatrując troskliwie torbecki. Jakże, uciułała sobie tyla, że musi starczyć na pohowek.

Pżecieh od dawnyh już lat o tym jeno deliberowała i w to całą duszę kładła, że skoro śmierci porę Pan Jezus spuści, aby się to mogło stać we wsi swojej, w hałupie, na łużku zasłanym pieżynami, pod żędem obrazuw — tak jako umierały gospodynie wszystkie. Całe życie zbierała na hwilę oną świętą i ostatnią.

Miała ci już u Kłębów na guże skżynię, a w niej pieżynę sporą, poduszki i pżeścieradła, i wsypki nowe, a wszystko czyste, nieużywane zgoła, by nie marać, zawsze mieć gotowe, no i że nie było gdzie rozłożyć tej pościeli. Miała to kiej swoją izbę albo i łużko? Kątem zawżdy, na barłogu jakim, to w oburce, jak się zdażyło i kaj ludzie dobre pozwolili pżytulić głowę. Nie cisnęła się ta ona nigdy napżud, między możne i władne, nie wyżekała na dolę, bo wiedząca była dobże, że wszystko użądzenie na świecie z woli bożej pohodzi, a nie zmienić go człowiekowi gżesznemu.

To se jeno tajnie, po cihuśku, pżepraszając Boga za pyhę, o tym jedynie mażyła, by mieć gospodarski pohowek — o to jeno prosiła lękliwie...

Nie dziwota więc, że skoro się teraz pżywlekła do wsi ostatkami sił, czując, że już ten czas ostatni pżyhodzi na nią, to wzięła sobie pżypominać, czy aby czego nie pżepomniała.

Ale nie, wszystko miała potżebne — gromnicę niesła z sobą, co ją ano wyprosiła, strużując jakiegoś umarlaka, i buteleczkę z wodą święconą miała, i nowe kropidło kupiła, i obrazik poświęcany Częstochowskiej, jaki musi mieć w ręku w skonania godzinie, i te kilkadziesiąt złotyh na pohowek... A może i starczy na mszę świętą pży trumnie, ze światłem i pokropieniem hoćby w kruhcie! Juści, że i myśleć nie śmiała, by ją ksiądz eksportował na cmentaż.

Gdzieby zaś to mogło być! Nie każden gospodaż dostępuje takiego honoru i szczęścia, a pży tym i wszystkih pieniędzy na to jedno by nie starczyło!

Westhnęła żałośnie, podnosząc się na nogi.

Dziwnie jednak zasłabła, kłuło ją w piersiah, kaszel męczył, że ledwie się mogła ruhać, odpoczywając co hwila.

— Żeby hoć do sianokosuw dociągnąć albo i do żniw pierwszyh — mażyła, słodko pżywierając oczyma do hałup coraz bliższyh. — A potem już się położę i zamrę ci, Jezu kohany, zamrę... — jakby się tłumaczyła lękliwie z tyh gżesznyh nadziei.

Ale wraz spadła na nią troska: kto to ją pżyjmie do hałupy na ten czas skonania?

— Poszukam se dobryh i czującyh ludzi, a może i jaki grosz pżyobiecam, to się łacniej zgodzą... Juści! Komu ta niewola kłopotać się cudzymi, a hałupę sobie mieżić.

Aby się to mogło stać u Kłębów, krewniakuw, nawet pomyśleć nie śmiała.

„Tylahna dzieci, w hałupie ciasno, a to i drub teraz się lęgnie i tża mu miejsca, i niehonor byłby dla takih gospodaży, by pod ih dahem krewniackie dziaduwki pomierały...”, rozmyślała bez żalu, whodząc na drogę biegnącą po grobli wyniesionej nieco, by hronić staw od wylewuw na niskie łąki a kapuśniska.

Młyn stojał pobok grobli, jeno tak nisko, że omączone dahy wystawały nieco nad drogą; tżąsł się cały i z głuhym łoskotem pracował.

A z lewa staw świecił się ano, słońce wlekło się złotymi włosami po cihej, rozmodżonej od nieba wodzie. Na bżegah, obrosłyh pżyhylonymi olhami, tżepały się z kżykiem gęsi, na drogah zaś, jeszcze nieco błotnyh, dzieci pżeganiały stadami, pokżykując z uciehy.

Lipce ano siedziały z obu stron stawu jak pżudzi, jak zawdy hyba od początku świata, całe w sadah rozrosłyh a w opłotkah.

Agata wlekła się z trudem, hyżo jeno biegając oczyma, a wszystko widząc. W młynażowym domu, co stał odsunięty od drogi, a podobien się zdał hoćby i do dwora jakiego, pżez wywarte okna powiewały białe firanki, a sama młynażowa siedziała pżed progiem w pośrodku piskliwego stada gęsiąt żułciuhnyh kiej z wosku, kture pżygarniała.

Pohwaliła stara Boga i pżeszła ciho, rada, że jej nie poczuły psy, wylegające się pod ścianami.

Pżeszła most, pod kturym woda z hukiem pżewalała się na młyńskie koła; drogi stąd rozhodziły się kiej ręce ogarniające cały staw.

Kolebała się w sobie pżez hwilę, ale hęć obejżenia wszystkiego pżemogła i wzięła się na lewo, dłuższą nieco drogą.

Kuźnia, stojąca pierwsza zaraz z bżega, była zamknięta i głuha; jakiś pżodek od wozu i niecoś zardzewiałyh pługuw leżało pod ścianami okopconymi, ale kowala ani widu. Jeno kowalowa, rozdziana do koszuli, kopała gżądki w sadzie wzdłuż drogi.

Pżystawała teraz pżed każdą hałupą, wspierając się o niskie, kamienne płoty i pżeglądając ciekawie obejścia, opłotki, wywarte sienie i okna. Psy ujadały na nią niekiedy, ale obwąhawszy i jakby snadź poznając swojaczkę, wracały legać na pżyzby w słońce.

A ona ci teraz szła wolniuśko, krok za krokiem, ledwie dyhając z utrudzenia, a bażej i z uciehy serdecznej.

Sunęła się tak cihuśko jako ten wiater, kturen raz po raz powiewał po stawie i gmerał w rudyh baziah olh, a szara była i niewidna kiej te płoty albo ta ziemia, miejscami już pżesyhająca, abo zaś kieby ten hudy cień, od dżew nagih padający na ziemię, że jakby jej nikto i nie spostżegał.

A radowała się całym sercem, że wszystko tak znajduje, jako i była zostawiła jesienią.

Śniadania musieli ważyć, bo kużyło się z kominuw, a gdzieniegdzie z wywartyh okien buhały zapahy gotowanyh ziemniakuw.

Hoć to i dzieci kżykały tu i owdzie abo i gęsi strużujące pży gęsiętah podnosiły często strwożone gęgoty, a dziwnie ciho i pusto było we wsi.

Słońce się już ano podniesło na puł drogi do południa i siało kieby tym szczerym złotem. I jęło się pżeglądać w stawie, a nikto się jeszcze nie kwapił w pole, żaden wuz nie turkotał z opłotkuw ni poskżypiwały pługi, ciągnięte na rolę.

„Na jarmarek musiały pojehać abo co?”, myślała, baczniej się jeszcze rozglądając po hałupah.

Wujtowe stodoły żułciły się nowym dżewem spośrud saduw bezlistnyh, a Gulbasowa hałupa, obok stojąca, miała oberwane poszycie, że łaty dahu widać było kiej te żebra nagie.

— Wiatry zerwały, ale wałkoniowi nie hciało się naprawić! — mruczała.

W podle zaś Pryczki siedziały w starej, pokżywionej hałupinie; z powybijanyh szyb wyzierały słomiane wiehcie.

A oto i sołtysowa hałupa — szczytem do drogi, na starą modę.

Za nim też Płoszków dom, na dwie strony zamieszkany.

Potem Balcerków posiedzenie: poznałaby nie wiem gdzie, bo dom był znaczny, że to dzieuhy popstżyły wapnem szare ściany i pofarbowały ramy okien na niebiesko.

A tam znuw, w szerokim, starym sadzie, rozsiadły się Boryny — pierwsze gospodaże i bogacze lipeckie. Słońce jeno grało w czystyh szybah; ściany jaśniały jakby z nowa pobielone; obejście było obszerne, budynki w żąd stawiane, a proste i tak galante, że niejeden i hałupy takiej nie miał: płoty całe i wszystko w takim pożądku, kieby u jakiego Olendra na koloniah a lepiej nie było.

A dalej dom Gołębiów.

I inszyh, kture wszystkie jako ten pacież na pamięć wiedziała. Ale wszędy jednako było ciho i pusto, jeno w sadah czerwieniły się pościele wietżone i rużny pżyodziewek, a gdzieniegdzie tylko uwijały się porozdziewane do koszul kobiety pży kopaniu gżądek.

W zacisznyh miejscah saduw kapuściane wysadki już puszczały zielone warkocze z ogniłyh łbuw, to zaś pod ścianami one lilije wyrastały z szarej ziemie bladymi kłami, rozsady wshodziły pod pżykrywą tarniowyh gałązek, dżewa stały w nabżmiałyh, lepkih pąkah, a wszędzie pod płotami bużyły się pokżywy i hwasty rużne, i kże agrestowe obwiane były jasną, młodziuhną zielenią.

A hoć to i najprawdziwsza zwiesna siała się prosto z nieba i tętniąca była w każdej grudce ziemi napęczniałej, a tak jakoś smutnie się widziało w Lipcach, ciho i dziwnie pusto.

— A hłopa to ni na lekarstwo nigdzie. Nic, jeno na sądy poszły albo na zebranie je zwołały.

Tłumaczyła tak sobie, whodząc do kościoła otwartego na rozcież.

Po mszy już było. Dobrodziej spowiadał w konfesjonale, kilkanaścioro ludzi z dalszyh wsi siedziało w ławkah w cihości a skupieniu, że jeno hwilami ciężkie wzdyhy rwały się na kościuł albo to jakie słowo pacieża głośniejsze.

Od lampki płonącej, uwieszonej na sznuże pżed wielkim ołtażem, wlekły się pasma dymuw niebieskawyh ku wysokim oknom, pżez kture padało słońce; za szybami ćwierkały wruble, fruwając niekiedy pod nawami ze źdźbłami w dziobah, a czasem jaskułki wpadały ze świegotem pżez wielkie dżwi, pokołowały błądząco w cihościah i hłodah muruw i uciekały hyżo na świat jasny.

Zmuwiła jeno krutki pacież, tak już było jej pilno do Kłębów, ale pżed kościołem zaraz spotkała się oko w oko z Jagustynką.

— Jagata! — kżyknęła tamta z wydziwem niemałym.

— Dyć żywię jeszcze, gospodyni! Żywię! — Hciała ją w rękę pocałować.

— A powiedali, żeście już nogi wyciągnęli gdziesik w ciepłyh krajah... Ale wama ten letki hleb Jezusowy na zdrowie nie poszedł, bo coś mi na księżą oborę patżycie... — muwiła, szydliwie ją rozglądając.

— Wasza prawda, gospodyni... A tom ledwie już dowlekła kosteczki... Dojdę se już pomaluśku a wryhle, dojdę...

— Do Kłębów śpieszycie?

— A gdzież bym to szła? Krewniaki pżecieh...

— Radzi was pżyjmą, torbeczki dygujecie niezgorsze, a jakiś grosz też być musi w supełkah, to juści, że hętliwie pżypuszczą waju do krewniactwa.

— Zdrowi byh są? Nie wiecie? — markotne jej były te pżekpinki.

— Zdrowi... Jeno Tomek, że słabował ździebko, to się teraz lekuje w kreminale.

— Kłąb! Tomasz! Nie powiedajcie, bo mnie nie do śmiehu!

— Żekłam, a dołożę, że nie sam siedzi, a z dobrą kompanią, bo z całą wsią... I morgi nie pomogą, kiej sąd pżyskżybnie dżwiami a okratuje.

— Jezus Maria, Józefie święty! — jęknęła, jako słup stając w zdumieniu.

— Bieżcież ryhlej do Tomkowej, to się tam napasiecie nowinkami bażej drujkimi niźli miud. Hi, hi! Świętują se hłopy aż miło! — zaśmiała się urągliwie, a złe jej oczy stżeliły nienawiścią.

Agata powlekła się ogłuszona, nie mogąc jeszcze uwieżyć w słyszane. Spotkała kilka znajomyh kobiet, kture ją pżywitały dobrym słowem, zagadując o tym i owym, ale jakby nie słyszała pogwary, rozdygotana w sobie strahem coraz zjadliwszym, że już z umysłu pżywalniała, byh jeno opuźnić sprawdzenie tyh nowin piekącyh. Długo siedziała pod sztahetami plebanii, bezmyślnie patżąc na księży dom. Na ganku stojał bociek na jednej nodze i jakby naglądał psuw, baraszkującyh po żułtyh uliczkah ogrodu, a Jambroży z dziewką okładali nową darnią boki klombu, kturen się już rudział kieby szczotką żelazną tymi młodymi hlustami kwiatuw pżerużnyh.

Dopiero wzmugłszy się na siłah, hyłkiem ruszyła w opłotki Kłębowego domu, stojącego tuż w żąd z plebanią.

Z dygotem juści szła, czepiając się płotuw i latając pżetrwożonymi oczyma po sadzie i hałupie, siedzącej w głębi, ale jeno krowy pod oknami hlipały głośno z cebratek; sień wywarta była na pżestżał, że dojżała maciorę z prosiętami wylegujące się w błocie podwuża i kury pilnie gżebiące w gnoju.

Podjąwszy prużną już cebratkę, bo śmielej było jej z czymścić w garści wejść, wsunęła się do wielkiej, mrocznej izby.

— Nieh będzie pohwalony! — ledwie wykżtusiła.

— A na wieki! Kto tam? — zwał się po hwili zajękliwy głos z komory.

— Dyć to ja, Agata! — Jezus, jak ją spierało pod piersiami!

— Agata! Widzieliście no, moi ludzie! Agata! — gadała prędko Kłębowa, ukazując się na progu z pełną zapaską piszczącyh gąsiąt, stare zaś z sykiem i gęgotem dyrdały za nią. — No, to hwała Bogu! A powiadali ludzie, jakoście jeszcze na Gody pomarli, nie wiada było ino kaj, że nawet muj zbierał się do kancelarii na pżewiady. Siadajcież... Strudzeni pewnikiem jesteście. Gęsi się ano lęgną...

— Pieknie się wywiedły, kiej ih aż tyla!

— A będzie kopa bez mała, pżez pięciu. Hodźcie pżed dom, bo tża ih podkarmić i pżypilnować, aby stare nie stratowały.

Wybrała je starannie z zapaski na ziemię, iż zaroiły się kiej te żułciuhne pępuszki, a stare jęły radośnie gęgotać a wodzić nad nimi dziubami.

Kłębowa wyniesła na deseczce posiekanego jajka wraz z pokżywami i kaszą i pżykucnęła pży nih pilnie bacząc, bo stare kuły w drobiazg, tratowały i kradły jedzenie, jak ino mogły, rejwah czyniąc kżykliwy.

— Siodłate wszystkie będą — zauważyła, siadając na pżyzbie.

— Juści, a z wielkiego gatunku. Organiścina odmieniła mi jaja, że tży swoje dawałam za jedno... Dobże, iżeście już ściągnęli do hałupy... Roboty tyla, że nie wiada, gdzie pżudzi pazury zaczepić.

— Zaraz się wezmę do roboty, zaraz... Jeno mocy nieco nabierę... Chorzałam i całkiem się wyzbyłam z sił... Ale niehaj ino wydyham, to zaraz...

I hciała się podnieść, hciała iść, by się wziąć za robotę jaką, ale hudzina jeno się potoczyła na ścianę i z jękiem padła.

— Do cna, widzę, zwątleliście; nie do roboty już wama, nie! — żekła ciszej, rozpatrując jej tważ siną, obżękłą i dziwnie pokurczoną postać.

Zakłopotała się tym oglądem i strapiła, że nie tylko wyręki mieć z niej nie będzie, ale gotuw się jeszcze kłopot nawiązać.

Snadź pżeczuła to Agata, bo się lękliwie, pżepraszająco ozwała:

— Nie bujcie się, nie będę waju zawalała miejsca ni cisnęła się do miski, nie. Wydyhne se ino i pujdę... Hciałam jeno obaczyć wszystkih... Popytać... Ale se pujdę... — Łzy cisnęły się do oczu.

— Nie wyganiam was pżecieh, siedźcie, a wola wasza będzie iść, to se pujdziecie...

— A kaj to hłopaki? Pewnikiem w polu z Tomkiem? — zapytała wreszcie.

— To nic nie wiecie? A dyć wszystkie w kreminale!

Agata jeno ręce spletła w niemym kżyku boleści.

— Powiedziała mi już to słowo Jagustynka, jeno uwieżyć nie mogłam.

— Najczystszą prawdę wam żekła, tak ci jest, tak!

Wyprostowała się na te wspominki, a po wynędzniałej tważy posypały się ciężkie łzy.

Agata patżała w nią jak w obraz, nie śmiejąc już dopytywać.

— Muj Jezu! Sąd ci tu był we wsi ostateczny, kiej ano wzięli wszystkih i do miasta powiedli, ostatnia godzina. Powiadam wam, że dziw, jako żywię jeszcze i ten dzień jasny oglądam! A to już jutro będzie całe tży tygodnie, a mnie się widzi, jakby to wczoraj się stało. Ostał jeno w hałupie Maciek, wiecie, i dzieuszyska, kture teraz gnuj powiezły w pole, i ja, sierota nieszczęsna! A poszły! Ścierwy... To własne dzieci tratują jako te świnie! — kżyknęła naraz na gęsi. — Pilusie, pilu, pilu, pilu!

Nawoływała gąsięta, bo całym stadem, z matkami na czele, ruszyły w opłotki.

— Nieh się zabawią, gap nikaj nie widać, pżypilnuję bacznie.

— Ruhać się nie możecie, a gdzie wam za gąsiętami biegać!

— Już me ździebko horość odeszła, skorom jeno w te progi stąpiła.

— To pilnujcie... Nażądzę wama co jeść... A może mleka uważyć?

— Bóg wam zapłać, gospodyni, ale sobota to ci wielkopostna, to z mlekiem jeść mi się nie godzi... Wżątku dajcie jaki garnuszek, hleb mam, to se wdrobię i pojem galanto.

Jakoż Kłębowa wnet jej pżyniesła osolonego wżątku na miseczce, w kturen stara wdrobiła hleb i pojadała z wolna, dmuhając w łyżkę; a Kłębowa zaś pżysiadła w progu i oganiając oczyma gąsięta, skubiące pod płotami, znowu powiedała:

— O las poszło. Dziedzic spżedał go kryjomo pżed Lipcami Żydom. Jeli go wnet rąbać! Kżywda była taka i sprawiedliwości znikąd, to i co miały począć? Do kogo iść ze skargą? A do tego zawziął się na cały narud, że ni jednego komornika ze wsi do roboty nie zawołał. Zmuwili się też i całą wsią poszli swojego bronić, ile ino narodu było. Powiedali, że wszystkih karać nie pokażą, jeśliby na to pżyszło, ale nikto o tym nie pomyślał, bo jakże? Za co to mieli karać? Pżecieh o swoje jeno zabiegali. Poszli do poręby, pobili rębaczuw, że po dobrej woli nie ustąpili, pobili dworskih i wszystkih ano z boru wygnali... Na swoim postawili, a po sprawiedliwości, bo puki z lasu nie wydzielą, co jest czyje, ruhać go nikt prawa nie ma. Ale się dużo pży tym pomarnowało naszyh. Starego Borynę pżywieźli z rozłupaną głową, borowy ci go tak uszlahtował; a tego ci znowuj Antek Boryniak zakatrupił za ojca.

— Jezus! Zakatrupił, na śmierć?!

— Na śmierć, a stary do dzisiaj ano horuje i bez rozumu zgoła leży. Juści, on najbardziej ucieżpiał, ale i drugie też niemało: Szymek Dominikowej miał pżetrącony kulas, Mateusz Gołąb był tak pobity, że go aż pżywieźć musieli, Płoszce Stachowi rozwalili łeb, a drugim dostało się też dosyć, że i nie spamiętać, co i komu! Nikto się tym zbytnio nie frasował ni nażekał, bo swoje dokazali, wrucili też bujno, ze śpiewami kiej po tej wojnie wygranej. Całą noc w karczmie z uciehy pili, a bażej pobitym gożałkę do hałup nieśli. A na tżeci dzień jakoś, w niedzielę, śnieg padał mokry i zrobiła się taka pluha od samego rana, iż trudno było nosa wyścibić na dwur. Zbieraliśmy się właśnie do kościoła iść, kiedy Gulbasowe hłopaki poczęły na wsi kżyczeć: „Strażniki jadą!”. Jakoż może w pacież pżyjehało ih ze tżydziestu, a z nimi użędniki i cały sąd; rozłożyli się na plebanii. No, że już i nie wypowiem, co się działo, kiej zaczęły sądzić, wypytywać, zapisywać, a narud po kolei brać pod strużę... Nikto się nie opierał, każden pewny był swojego, a wszystkie kiej na spowiedzi pżyświarczały i prawdę szczerą muwili. Dopiero pod wieczur skończyli i hcieli zrazu całą wieś wraz ze wszystkimi kobietami brać, ale podniusł się taki kżyk a ten płacz dzieciński, że hłopy już się za kołami oglądali... Dobrodziej musiał cosik pżełożyć starszym, że nas poniehali; nawet Kozłowej, silnie wygrażającej wszystkim, nie wzięli. Hłopuw jeno samyh zabrali do kreminału, Antka zaś Borynowcgo w postronki pżykazali wiązać!

— Jezus! W postronki pżykazali wiązać!

— I związali, ale porwał ci je kiej te nicie nadgniłe, aż się pżelękły wszystkie, bo wydał się, jakby mu dur do łba pżystąpił albo i zły opętał. A on stanął pżed nimi, a w oczy im żekł: „Skujcie mię mocno w kajdany i pilnujta, bo wszystkih zakatrupię i sobie co złego zrobię...”. Tak się ano zapamiętał, że mu ojca zabili, sam ano ręce podał w żelaza, sam nogi nastawił i tak go powieźli...

— Jezu muj miłościwy! Maryja! — jęczała Agata.

— Widzę zawdy i do samej śmierci nie zabaczę, jak ih brali... Wzieni mojego z hłopakami... Wzieni Płoszków... Wzieni Pryczków... Wzieni Gołębiów... Wzieni Wachników... Wzieni Balcerków... Wzieni Sochów... A tyla jeszczeh drugih wzieni, że więcej niźli pięćdziesiąt hłopa popędzili do kreminału... Że i rozum ludzki nie poradzi wypowiedzieć, co się tutaj działo... Jakie płacze się krwawiły... Tyh wżaskuw lamentliwyh... Ni tyh pżekleństw strasznyh. A tu zwiesna nadeszła, śniegi ryhło spłynęły, role podeshły, ziemia aż się prosi o obrubkę; czas na orki, czas na siewy, czas na wszystkie roboty, a robić nie ma kto! Wujt jeno ostał, kowal i tyh kilku staruhuw ledwie się ruhającyh, a z parobkuw jeden ino głupawy, Jasiek Przewrotny! A tu i czas pżyhodzi roduw, że już poniekture zległy, krowy się też cielą, lągi wszędzie... O hłopah też tża myśleć i podwozić im to pożywienie, to grosz jaki albo i tę czystą koszulę, a roboty innej tyla, że już i nie wiada, za co się pżudzi brać; samym pżecieh nie uradzi, a najemnika dostać nie można po drugih wsiah, boć kużden sobie pżudzi obrobić musi...

— Nie puszczą ih to ryhło?

— Bóg ta wie kiedy! Jeździł do użędu ksiądz, jeździł i wujt. I powiedają, że kiej śledztwa skończą, to ih popuszczają, że to sądy mają być puźniej. Ale już tży niedziele pżeszło, a jeszcze ni jeden nie wrucił. Rocho też we czwartek pojehał dowiadywać się.

— Boryna żywie to jeszcze?

— Żywie, jeno ledwie dyha i do rozumu nie pżyhodzi, jako ten klocek leży... Zwoziła Hanka dohtoruw, to znającyh się. Nic nie pomaga...

— Juści, pomogą tam dohtory, gdzie hto na śmierć hory!

Zmilkły wyczerpane wspominkami. Kłębowa zapatżyła się wskroś sadu na daleką topolową drogę, wiodącą do miasta, i popłakiwała z ciha, nos cięgiem ucierając...

Potem zaś kżątając się pilnie kiele nażądzania obiadu, opowiadała z wolna wszystko, co się stało we wsi pżez zimę, a czego Agata zgoła nie wiedziała.

Aż stara rozpletła ręce i pohyliła się ku ziemi ze zgrozy i zdumienia, bo te nowinki kiej kamienie spadały na nią i pżejmowały duszę taką zgryzotą i bulem, że hlipać ciho poczęła.

— Muj Boże, tam we świecie cięgiem myślałam o Lipcach, ale żeby takie sprawy się działy, to mi nawet i do rozumu nie pżyhodziło... A tom nawet puki życia długiego i nie słyszała o podobnym! Złe się tutaj osadziło na dobre czy co?

— Juści, że jakby na to pżyhodziło!

— A może jeno dopust boży za złość ludzką i gżehy!

— Pewnie, że nie inaczej. Pan Jezus każe hoćby za takie śmiertelne gżehy jako to Antka z macohą. Nowe zaś pżewiny idą, stają się na wszystkih oczah!

Już Agata bojała się rozpytywać o więcej, tylko podniesła roztżęsioną rękę i jęła się śpiesznie żegnać, pacież mamląc gorący!

— Nieszczęście takie padło na cały narud i Boryna też leży bez duszy, A powiedają — ściszyła głos, obzierając się strahliwie — jako Jagusia już się na dobre z wujtem spżęgła... Nie stało Antka, brakło Mateusza, brakło i drugih parobkuw, to dobry pierwszy z bżega, byle jeno wygodził... O świecie, świecie! — jęknęła, załamując ręce ze zgrozy.

Stara się już nie ozwała; poczuła się z nagła utrudzoną i tak pżejętą tymi nowinkami, że powlekła się do oburki wypoczywać.

Dopiero o samym zahodzie dojżeli ją wlekącą się na wieś do znajomkuw, powruciła zaś, kiej już u Kłębów siedzieli pży wieczeżanyh miskah.

Łyżka na nią czekała i miejsce — juści nie pierwsze, ale zawżdy nie ostatnie, bo pży Kłębowej — jeno że pojadała mało wiele, kiej to dzieciątko pżebierne, pogadując z ciha o świecie, to o tyh odpustowyh miejscah, kture była shodziła, aż się niemało temu nadziwowali.

Zaś kiej już noc zapadła, że nawet i zoże grające po szybah pżygasły, i wieś do cna ogłuhła, zapalili w izbie światło i jęli się z wolna do snu sposobić, wtedy Agata wyniesła swoje torbeczki pod światło, wyjmując z wolna rużne rużności, jakie pżyniosła.

Otoczyli ci ją zwartym kołem, tając pżydehy i dziw jej nie zjadając rozgożałymi oczyma.

A ona najpierw po obraziku poświęcanym rozdała każdemu, potem zaś sznury paciorkuw dziewuhom — a tak pięknyh, że ino grały farbami. Wżask się bez to uczynił w izbie, tak jedna pżez drugą cisnęły się do lusterka, pżymieżając, cieszyć się sobą i szyję wzdymać kiej te indory napuszone. A to i koziki sielne, prawdziwie misiarskie nalazły się la hłopakuw, i cała paczka mahorki dla Tomasza. W ostatku i la Kłębowej wyjęła fryzkę szeroką, wzbużoną i kolorową nicią obdzierganą, że gospodyni aż wręcz plasnęła z wielkiej kontentności...

I wszyscy radowali się niemało, nie raz i nie dwa oglądając te śliczności i ciesząc oczy podarunkami; a ona, rada wielce, z niemałą lubością powiedała, co ile kosztuje i gdzie to kupione.

Długo w noc pżesiedzieli, poredzając jeszcze o nieobecnyh.

— Aż strah za grdykę łapie, tak ciho na wsi! — zauważyła w końcu Agata, gdy pżymilkli i opadło ih głuhe, martwe milczenie. — Gdzie to po inne roki, w tym zwiesnowym czasie, to aże się wieś tżęsła od wżaskuw i śmiehuw!

— Bo jako ten grub otwarty widzi się cała wieś, że jeno kamieniem pżywalić i kżyże postawić... Że nawet pacieża nie będzie miał kto zmuwić ni na mszę dać... — potwierdziła smutnie Kłębowa.

— Prawda! Pozwolicie, gospodyni, to bym ano na gurkę poszła. Kości me bolą po drodze i oczy już śpik moży.

— A śpijcie, gdzie wama do upodoby pżylegnąć; miejsca nie brakuje.

Stara wnet pozbierała sakwy i jęła się w sionce skrobać po drabce, gdy Kłębowa zaczęła muwić za nią pżez wywarte dżwi:

— Hale! Małom nie zabaczyła wama powiedzieć, że wzielim waszą pieżynkę ze skżyni... Marcycha hożała w zapusty na krosty... Ziąb był taki, pżyodziać nie było czym... Tośwa se pożyczyli od waju... Pieżyna już wywietżona i hoćby jutro, a zaniesie się ją na gurę...

— Pieżynę... Wasza wola... Juści, kiej było potża... Juści...

Hyciło ją tak cosik za gardziel, że urwała; dowlekła się po omacku do skżyni, pżykucnęła i podniusłszy wieko, jęła śpiesznie drżącymi rękoma błądzić i obmacywać swoje wiano śmiertelne...

Juści... Pieżyny nie było... A nową całkiem ostawiła, w czystym obleczeniu, ni razu nieużywaną... Dyć ją z tyh naleźnyh piurek po pastwiskah uścibała... Byle mieć na tę ostatnią skonania godzinę...

A wzieni ją, wzieni...

Płacz ją taki hycił żałośliwości pełen, że dziw jej serce nie pękło.

I długo pacież muwiła, łzami go polewając gożkimi, długo płakała i boleśnie a cihuśko skarżyła się Jezusowi kohanemu na kżywdę swoją...

Noc musiała już być duża, bo ano kury piać zaczynały na pułnocek albo i na odmianę.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)