Zima, rozdział XIII
XIII
Na zwiesnę się miało; ciągiem niepżerwanym szły już te rozkisłe dnie marcowe, że czas się ano uczynił zgoła psi, rozmiękły, zimny i pżemglony; co dnia padały deszcze ze śniegiem, co dnia szły takie wycinki a flagi, iż na świat wyjżeć było nie sposub; co dnia brudne, skołtunione ciemnice tłukły się po polah i tak pżyduszały wszelką światłość, że posępne, ciężkie zmieżhy wisiały nad ziemią od świtu do nocy, zaś niekiedy, jeśli z buryh topieli wyjżało słońce, to ledwie na to Zdrowaś, że nim dusza pocieszyła się jasnością i kości poczuły ciepło — już nowe mroki się roztżęsały nad światem, nowe wihry zawodziły, nowe pluhy i flagi szły, aż dzień się niejeden widział jako ten psiak utytłany, błotem ociekły i z zimna skamlący.
Matyjasiło się to narodowi, że i nie wypowiedzieć, tym się jeno każden kżepił a pocieszał, byh jeszcze jaką niedzielę wstżymać abo i dwie, i zwiesna całkiem pżemoże i za wszystko zapłaci, ale tymczasowie flażyło cięgiem nie do wytżymania, pżeciekało pżez dahy, kajś niekaj zacinało pżez ściany i okna, lało ze wszystkih stron, że już nie można było sobie dać rady z wodą, waliła bowiem z pul, pełno jej było po rowah, a drogi lśkniły się kiej te potoki bystre, zatapiała opłotki i stała gżąskimi sadzawkami w obejściah, a że zaś śnieg co dnia bażej topniał i szły ciągłe deszcze, ziemia prędko odmarzała i puszczały lody, to już miejscami, po stronie pżypołudniowej, czyniło się takie błocko, iż musieli kłaść pżed hałupami deski albo mościć pżejścia słomą.
Noce zaś tak samo były ciężkie do zniesienia, hurkotliwe, zadeszczone, a tak ciemnicami pżejęte, że się już nieraz widziało, jakoby na wieki pogasły wszelkie światłości; nawet z wieczora mało w kturej hałupie zapalali ognie; hodzili spać o zmieżhu, tak się czas pżykżył, tyle jeno, co tam, gdzie zbierały się pżądki, jaśniały szybki i bżęczały z ciha pżeśpiewywane Gorzkie Żale i drugie pieśnie żałosne o Męce Pańskiej, a wturował im wiatr, deszcze i szum dżewin, tłukącyh się o płoty.
To i nie dziwota, że Lipce jakby pżepadły w tyh roztopah, boć ledwie ano mugł rozeznać hałupy od pul pżemiękłyh i zadeszczonego świata, ledwie je dojżał w tyh mgliskah buryh, pżywarte do ziemi, obmokłe, poczerniałe i do cna zbiedzone, a co już pola, sady, drogi i niebo, to jedną topielą siną się widziały, że nie wiada było zgoła, kaj jej początek, a kędy koniec.
Ziąb pży tym był pżykry i do żywego pżejmujący, to i mało kiedy dojżał kogo na drogah, deszcz jeno tżepał, wiatry pżemiatały, dżewiny się tżęsły i smutek wiał światem całym, pustka była naokuł i cihość w całej wsi jakby wymarłej, tyle jeno było żywyh głosuw, co tam jakieś bydlątko zaryczało pży pustym żłobie, to kury zapiały od czasu do czasu albo gęsiory, odsadzone od gęsi siedzącyh na jajah, rozkżykiwały po podwurcah.
A że dnie były coraz dłuższe, to i bażej się mieżiło ludziom, boć nikto roboty żadnej nie miał, paru robiło na tartaku, paru zwoziło z lasu dżewo dla młynaża, a reszta wałęsała się po hałupah, wysiadywała w sąsiedztwah, byh jakoś ten dzień się pżewlukł — a jaki taki, co starowniejszy, brał się nażądzać pługi, to brony lub inszy spżęt gospodarski sposobił na zwiesnę, do roli pżydatny, jeno niesporo to szło i ciężko, bo wszystkim zaruwno dokuczały pluhy i frasunki pżejmowały serca; oziminy bowiem srodze cierpiały od tyh wycinkuw, że już miejscami na niższyh polah widziały się do cna wymarzłe, to niejednemu kończyła się pasza i głud zaglądał do obur, gdzie znuw ziemniaki pokazały się pżemrożone, owdzie horoby zagnieździły się w hałupie, a do wielu pżednuwek się dobierał.
Nie w jednej bo już hałupie jeno raz w dzień ważyli jadło, a sul za jedyną okrasę mieli — to i coraz częściej ciągnęli do młynaża brać ten jaki korczyk na krwawy odrobek, bo zdzierus był srogi, a nikto gotowego grosza nie miał ni co wywieźć do miasteczka, drudzy zasie to i do Żyda do karczmy szli skamląc, byh ino na borg dał tę szczyptę soli, jaką kwartę kaszy albo i ten hleba bohenek!
Juści, koszula nie żądzi, kiej bżuh błądzi.
A narodu potżebującego było tyla, zarobkuw zaś żadnyh i u nikogo, gospodaże sami nie mieli co robić, dziedzic jak się był zawziął, że żadnemu Lipczakowi grosza zarobić w lesie nie da, tak i nie ustąpił mimo pruśb, hoć całą gromadą do niego hodzili, to juści, że i bieda u komornikuw i co biedniejszyh gospodaży robiła się taka, że dobże stojał niejeden i Bogu dziękował, jeśli miał hoć ziemniaki ze solą i te gożkie łzy za pżyprawę.
To juści, że z tyh rużnyh rużności rodziły się we wsi ciągłe biadania, swary a kłutnie, a bijatyki, boć narud cieżpiał, hodził strapiony, niepewny jutra, struty niepokojem, że jeno szukał okazji, byh na drugih wywżeć z nawiązką to, co go na wnątżu jadło — toć i bez to aż się hałupy tżęsły od plotek, kłyźnień a pżemuwień.
A kieby na tę pżykładkę diabelską zwaliły się horoby rużne na wieś, jak to zresztą zwyczajnie bywa pżed zwiesną, w niezdrowy czas, kiej wapory smrodliwe biją z tającej ziemie, to i najpierw spadła ospica kiej ten jastżąb na gąsięta i dusiła dzieciątka, biorąc kajś niekaj i starsze, że nawet dwoje wujtowyh, najmłodszyh, nie odratowały sprowadzone dohtory i powieźli je na cmentaż, potem zaś febry i gorączki, to insze horubska zwaliły się na starszyh, iż co drugi dom ktosik kwękał, na księżą oborę patżył i zmiłowania Pańskiego wyglądał — aż Dominikowa nie mogła nastarczyć lekować, a że pży tym i krowy zaczynały się cielić, i niektura kobieta też zległa, to rwetes we wsi stawał się coraz większy i zamieszanie jeszcze narastało.
Bez takie ano sprawy narud bużył się w sobie i coraz niecieżpliwiej wyglądał zwiesny, boć wszystkim się widziało, że nieh jeno śniegi spłyną, ziemia odtaje i pżeshnie, słońce pżygżeje, byh można wyjść z pługiem na role, to i biedy a frasunki się skończą.
Ale wszystkim się widziało, że wiosna wolniej nadhodzi latoś niźli po drugie roki, bo wciąż lało i ziemia wolniej puszczała, i wody leniwiej spływały, a co gorsza, że ano krowy jeszcze się nie leniły i włos mocno siedział, co znaczyło, że zima potżyma dłużej.
Więc nieh jeno nastała jaka godzina suhsza i słońce zaświeciło, roiło się zaraz pżed hałupami, ludzie z zadartymi głowami tęskliwie pżepatrywali niebo wymiarkowując, zali to nie na dłuższą odmianę idzie, staruhy zaś wyłazili pod ściany nagżewać struhlałe kości, a co było dzieci, wszystkie biegały z wżaskiem po drogah, kiej te źrebaki wypuszczone na pierwszą trawę.
I co w taki czas było radości, wesela, śmiehuw! Świat cały zajmował się płomieniami od słońca, gożały światłością wody wszelkie, rowy były, kiejby je kto roztopionym słońcem napełnił po bżegi, drogi zaś widziały się jakby z topionego złota uczynione, lody na stawie pżemyte deszczami pobłyskiwały jako ta misa cynowa czarniawo, dżewa nawet skżyły się od rosy nieobeshłej, a pola, pobrużdżone strugami, leżały jeszcze oniemiałe, czarne, martwe, a już jakby dyhające ciepłem i wezbrane wiosną, i pełne skżeń i bełkotliwyh głosuw wud, a tu i uwdzie nie stopione śniegi jażyły się ostrą białością, kiej te płutna rozciągnięte do blihu; niebo zmodżało, odsłoniły się dale pżymglone, zdziebko jakby osnute pajęczynami, że oko szło na wskroś i leciało hen, na pola nieobjęte, na czarne linie wsi, na otoki boruw, we świat ten cały dyszący radością, a powietżem szły takie lube, wiośniane thnienia, że w sercah człowieczyh wstawał radosny kżyk, dusze się rwały, we świat ponosiło, że kużden by leciał w to słońce jako te ptaki, co nadciągały gdziesik od wshodu i pławiły się w czystym powietżu; każden rad wystawał pżed domem i rad rozprawiał nawet z niepżyjacioły.
Milknęły wtedy kłutnie, pżygasały spory, dobrość pżejmowała serca i wesołe pokżyki leciały po wsi, pżepełniały domy radością i drżały świegotliwymi głosami w powietżu ciepłym.
Wywierano na rozcież hałupy, odbijali okna, by wpuścić do izb nieco powietża, kobiety wyłaziły na pżyzby z kądzielami, nawet dzieciątka wynoszono w kołyskah na słońce, a z otwartyh obur rozlegały się raz po raz tęskliwe poryki bydlątek, konie rżały rwiąc się z uździenic na świat, gęsi zaś uciekały z jaj i pżekżykiwały się z gęsiorami po sadah, koguty piały po płotah, a psy kiej oszalałe szczekały po drogah ganiając wraz z dziećmi po błocie.
Narud zaś postawał w opłotkah i mrużąc od blaskuw oczy spozierał radośnie na wieś taplającą się w słońcu, że jeno szyby grały ogniami, kobiety rozprawiały po sąsiedzku pżez sady, że głosy szły na całą wieś, powiedali sobie, że ktosik ano już słyszał skowronka, że i pliszki widzieli na topolowej drodze; to znowu kturyś dojżał na niebie, wysoko pod hmurami, sznur dzikih gęsi, że wnet puł wsi wybiegło na drogę patżeć, a inszy potem rozpowiadał, jako i boćki już spadły na łęgah za młynem. Nie dawano temu wiary, boć dopiero mażec dobiegał do połowy! A kturyś, bodaj Kłębowy hłopak, pżyniusł pierwszą pżylaszczkę i latał z nią po hałupah, że oglądali uw blady kwiatuszek z podziwem głębokim, byh tę świętość największą, i dziwowali się wielce.
Tak ano to ciepło zwodne czyniło, że się już ludziom widziało, jako zwiesna się zaczyna, jako wnet z pługami ruszą na pola, więc z trwogą tym większą spoglądano na hmużące się z nagła niebo, a ze smutkiem głębokim, gdy słońce się skryło i zimny wiatr powiał, bżaski pogasły, świat ściemniał i drobny deszcz począł mżyć!... A z wieczora mokry śnieg tak jął walić, że może w jakie dwa pacieże pżybielił znowu wieś całą i pola...
Wszystko powruciło do dawnego tak prędko, że w nowyh dniah deszczuw, wycinkuw i błotnej taplaniny niejednemu się widziało, jako tamte słoneczne godziny były jeno snem ryhło pżespanym. W takih to ano sprawah, radościah, smutkah a tęsknicah pżehodził czas narodowi, to juści, nie dziwota, że Antkowe sprawki, Borynowe pożycie czy tam jakie insze historie abo śmiercie czyje i co drugiego jako te kamienie padały na dno pamięci, boć każden miał dosyć swojego, że ledwie uradził.
A dnie pżehodziły niepowstżymanie, narastały kiej te wody płynące z moża wielgahnego, że ani im początku, ni końca wymiarkować, szły i szły, iż ledwie człowiek ozwar oczy, ledwie się obejżał, ledwie coś niecoś wyrozumiał, a już nowy zmrok, już noc, już nowe świtanie i dzień nowy, i turbacje nowe, i tak ano w kułko, byh się jeno woli boskiej stało zadość!
Kturegoś dnia, bodaj w samo pułpoście, czas się zrobił jeszcze gorszy niźli kiej indziej, bo hociaż jeno mżył drobny deszcz, ale ludzie czuli się tak źle, jak nigdy do tela, łazili po wsi kiej spętani poglądając żałośnie na świat zatkany hmużyskami tak gęsto, że darły się ano napęczniałymi bżuszyskami o dżewa. Smutno było, mokro, zimno i tak mroczno na świecie, że płakać się ano hciało z tęskności niezmożonej, nikto się już dzisiaj nie kłucił i nie pżemawiał, każdemu zaruwno wszystko było, bo każden jeno cihego kąta patżał, by lec i o niczym nie baczyć.
Dzień był posępny jak to patżenie horego, co ledwie oczy ozewże i coś niecoś rozpozna, i znowu pada w mrok horobny, bowiem ledwie pżedzwonili południe, zmroczało nagle, podniusł się głuhy wiatr i bił wraz z deszczem w poczerniałe hałupy.
Na drogah było pusto i ciho od ludzi, tylko wiater z szumem pżemiatał po błocie, to deszcz pluskał, jak kieby kto tym ziarnem ważnym ciepał na dżewiny roztżęsione i poczerniałe ściany, to znowu staw barował się ano z pękającymi lodami, bo raz po raz tżask się rozlegał i grohot, i wody z kżykiem wyhlustywały na wybżeża.
W taki to dzień, jakoś na samym odwieczeżu, gruhnęła po wsi nowina, że dziedzic rąbie hłopski las.
Nikt temu zrazu wiary nie dawał, bo skoro do tela nie rąbał, to jakże, teraz by, w połowie marca, kiej ziemia odmarza i dżewa soki ciągnąć zaczynają, ciął będzie? Szła juści w boru robota, ale każden wiedział, iż pży obrubce dżewa.
Jaki ta dziedzic był, to był, ale za głupiego nikto go nie miał.
A jeno głupi w marcu spuszczałby budulec.
I nawet nie wiada, kto taką nowinę rozgłosił, ale mimo to zakotłowało we wsi, że ino dżwi tżaskały i błoto się otwierało pod trepami, tak biegali z tą wieścią po hałupah, pżystawali z nią po drogah, shodzili się do karczmy medytować i Żyda pżepytać, ale żułtek juha zapierał się i pżysięgał, że nic nie wie, to już i gdzieniegdzie kżyki powstawały i to złe słowo padało, i lament babi się rozlegał, wzbużenie zaś rosło niepomiernie, niepokuj, a złość i trwoga zarazem opanowywała narud cały.
Dopiero stary Kłąb zażądził, byh sprawdzić tę nowinę, i nie bacząc na pluhę phnął konno swoih hłopakuw do lasu na zwiady.
Długo ih widać nie było z powrotem, nie było hałupy, żeby z niej ktosik nie wypatrywał pod las na drużki, kturędy pojehali, ale już i mrok dobry zapadł, a oni nie wrucili jeszcze, na wieś zaś całą padła cihość wzbużona i pżez moc pżytłumiana i groźna wielce, złością bowiem, kiej te dymy gryzące, osnuwały duszę, bo hociaż jeszcze nikto wiary pełnej nie dawał, ale wszyscy byli pewni potwierdzenia tej wieści złowrużbnej, więc jaki taki jeno klął, dżwiami tżaskał i szedł na drogę wyglądać, czy nie wracają...
Kozłowa zaś podjudzała narud, co ino mogła, biegała ano z pyskiem i kaj jeno hcieli dać uha, pżytwierdzała zaklinając się na wszystkie świętości, jako na własne oczy sprawdziła, że już z dobre puł włuki hłopskiego boru wycięli, powołując się na Jagustynkę, z kturą się była sielnie stoważyszyła w ostatnih czasah. Juści, że stara pżytakiwała wszystkiemu, rada będąc wielce mętowi, a nazbierawszy pży tym nowinkuw rużnyh po hałupah poszła z nimi do Borynów.
Właśnie byli tam co ino zaświecili lampkę w izbie czeladnej, Józka z Witkiem obierali ziemniaki, a Jaguś kżątała się kiele wieczorowyh obżądkuw, stary zaś pżyszedł nieco puźniej, Jagustynka jęła mu wszystko opowiadać pilnie, a z dobrą pżykładką.
Nie ozwał się na to, a jeno do Jagny żekł:
— Weź łopatę i bieżyj pomuc Pietrkowi, tża wodę spuścić ze sadu, bo może wleźć do kopcuw. Ruszajże się prędzej, kiej muwię! — kżyknął.
Jagna cosik zamamrotała na spżeciw, ale tak na nią srogo gębę wywarł, że w dyrdy pobiegła, on zaś sam ruwnież poszedł w podwuże naglądać, że raz po raz rozlegał się jego gniewny głos w stajni, to w oboże, to pży kopcah, że aż w hałupie było słyhać.
— Cięgiem to taki spżeciwny? — spytała stara zabierając się do zniecenia ognia.
— A cięgiem — odparła Józka, trwożnie nasłuhując.
Jakoż i tak było, bo ano od dnia pogodzenia się z żoną, na co tak ryhło się zgodził, aż się temu dziwowano, pżemienił się do niepoznania. Zawżdy był kwardy i niełacno ustępliwy, ale teraz to już się zgoła na kamień pżemienił. Jagnę do domu pżyjął, niczego jej nie wymawiał, ale miał ją teraz zgoła za dziewkę, i tak ją też uważał i honorował. Nie pomogły jej pżymilania się ni uroda, ni nawet złości, ni te żekome dąsy i gniewy, kturymi to kobiety hłopuw wojują. Całkiem na to nie zważał, jakby mu obcą była, a nie żoną ślubną, że nawet już nie baczył, co ona wyrabia, hoć dobże pewnikiem wiedział o jej shodzeniah się z Antkiem. Nie pilnował jej nawet i jakby całkiem nie stał o nią. Jakoś w parę dni po zgodzie pojehał do miasta i aż drugiego dnia powrucił; powiadali sobie we wsi na uho, że u rejenta jakieś zapisy robił, a jensi jeszcze pżebąkiwali z ciha, że pewnie zapis Jagusi odebrał. Juści, że nikto prawdy nie wiedział, kromie Hanki, ktura w takih łaskah u ojca teraz była, że ze wszystkim się pżed nią zwieżał i radził, ale ona i tej pary z gęby nie puściła pżed nikim, co dnia zaglądała do starego, a dzieci to już prawie nie wyhodziły z hałupy, że nieraz i sypiały razem z dziadkiem, tak je bowiem miłował.
Boryna zaś jakby pozdrowiał od tej pory, hodził po dawnemu prosto i hardo na świat poglądał, jeno się tak ozeźlił w sobie, że o bele co gniewem buhał i ciężki był la wszystkih, prosto nie do wytżymania, bo na czym swoją rękę położył, to juści, że do ziemi pżygiąć się musiało i tak być, jako hciał, a nie, to fora ze dwora.
Juści, kżywdy nie czynił nikomu, ale też i dobrości społecznie nie posiewał, nie, dobże to czuły sąsiady. Żądy wziął w swoje ręce i nie popuszczał ni na pacież, komory pilnie stżegł, a kieszeni jeszcze bażej, sam ano wszystko wydawał i srogo strużował, byh dobra nie marnowali, la wszystkih w domu był twardy, ale już szczegulniej dla Jagusi, boć nigdy tego użyczliwego słowa jej nie dał, a tak napędzał do roboty kiej tego zwałkonionego konia i w niczym nie folgował, że i nie było dnia bez swaruw, a często gęsto i żemień bywał w robocie albo i co twardziejsze, bo i w Jagnę wlazł jakiś zły i ciskał ją na spżeciw.
Ulegać bowiem ulegała, niewolił ją, to i cuż było począć, mężowy hleb, mężowa wola, ale na słowo pżykre miała swoih dziesięć, na kżyk zaś każden podnosiła taki wżask, takie piekło wyprawiała, że na całą wieś się roznosiło. Piekło też wżało w hałupie cięgiem, jakby sobie oboje w nim upodobali, zmagając się we złości całą mocą do tela, kto kogo pżepże, a żadne ustąpić pierwsze nie hciało.
Prużno Dominikowa hciała łagodzić i zgodę spżąc między nimi, nie poredziła pżemuc zawziętości ni żaluw, ni kżywd, jakie im w sercah narastały.
Borynowe miłowanie pżeszło jako ta łońska zwiesna, o kturej nikto nie pamięta, a ostała się jeno żywa pamięć pżeniewierstwa jej i krwawiący wstyd, i luta, niepżebłagana złość — w Jagnie się też dusza znacznie pżemieniła, źle jej było, ciężko i tak pżykro, że i nie wypowiedzieć: win swoih jeszcze nie miarkowała, a kary czuła boleśniej niźli drugie kobiety, że to i serce miała bażej czujące, i howana była pieściwiej, i już w sobie była zgoła delikatniejsza od inszyh.
Męczyła się też, muj Jezus, męczyła!
Juści, że robiła staremu wszystko na złość, nie ustępowała bez musu, broniła się, jak mogła, ale to jażmo i tak coraz ciężej i boleśniej pżyginało jej kark, a poratunku nie było znikąd. Ileż to razy hciała wrucić do matki — stara się nie godziła, pograżając jeszcze, że pżez moc odeśle ją mężowi na postronku... To i cuż miała począć ze sobą? co? Kiej nie poredziła żyć jak drugie kobiety, co to i parobkuw se nie żałują, i uciehy żadnej, i rade znoszą domowe piekło, co dnia się bijają z hłopami i co dnia razem spać hodzą pogodzeni. Nie, nie poredziła tego, mieżiło się jej życie coraz bażej i jakaś nieopowiedziana tęskność rozrastała się w duszy, wiedziała to za czym?
Za zło płaciła złem, prawda, ale w sobie była zestrahana cięgiem, pokżywdzona wielce i tak rozżalona, że nieraz pżepłakała całe długie noce, aż poduszka była mokra, a nieraz te dnie swaruw, kłutni tak się jej pżykżyły, iż była gotową uciekać hoćby w cały świat!
Ale gdzie to pujdzie, dokąd?
Dookoła stał świat otwarty, ale tak straszny, tak niepżenikniony, tak obcy i głuhy, że zamierała z bojaźni jako ten ptaszek, kiej go hłopaki pżyhwycą i pod garnczek wsadzą.
To i nie dziwota, że z tego wszystkiego garnęła się do Antka, hoć go miłowała jakby jeno ze strahu i rozpaczy, bo wtedy, po onej nocy strasznej, po ucieczce do matki cosik pękło w niej i pomarło, że się już nie wyrywała do niego całą duszą jak pżudzi, nie biegła na każde zawołanie z bijącym sercem a radością, a jeno szła jakby z musu niewolenia, a i bez to, że w hałupie źle było i nudno, a i bez to, że na złość staremu, a i bez to, iż się jej widziało, że wruci to dawne, wielkie miłowanie — ale na dnie głębokim serca kżewił się zjadliwy kiej trutka żal do niego, iż to wszystko, co ją spotyka, te smutki, zawody, to całe ciężkie życie, to pżez niego; i ten jeszcze boleśniejszy, cihszy i nigdy nie wypowiadany żal, że on nie jest tym, jakiego w sobie umiłowała — dziki, szarpiący żal zawodu i rozczarowania. Pżecieh się jej widział raniej jakimś inszym, takim, kturen do nieba unosił miłowaniem, zniewalał dobrością i był ponad wszystko na świecie najmilejszy, a tak rużny od drugih, że zgoła do nikogo niepodobien we wszystkim — a teraz widział się jej takim samym jak i drugie hłopy, gorszym nawet, bo się go bażej bojała niźli Boryny, bo ją straszył ponurością swoją i cierpieniem, a pżerażał zawziętością. Bojała się go, wydawał się jej dzikim i strasznym kiej ten zbuj z lasuw; jakże, sam ksiądz wypomniał go w kościele, wieś cała odstąpiła, ludzie palcami wytykali jako tego najgorszego; biła od niego jakaś zgroza śmiertelnego gżehu, że nieraz słuhając jego głosu, zamierała z pżerażenia, bo widziało się jej, że zły jest w nim i całe piekło dookoła; robiło się jej wtedy tak straszno w duszy, jak wtedy, gdy dobrodziej narud napomina i mękami straszy!
Ani jej nawet na myśl pżyszło, że i ona winowata tyh gżehuw jego, gdzie zaś, jeśli czasem rozmyślała, to jeno o jego odmienności, nie poredziła tak jasno kalkulować, ale czuła ją tylko mocno, że bezwolnie traciła coraz bażej serce do niego i sztywniała mu nieraz w ramionah, jakby piorunem z nagła rażona, pozwalała się brać, bo jakże opierać się takiemu smokowi?... a pży tym młoda pżecieh była, o krwie gorącej, mocna, a on dziw nie zduszał w uściskah, to mimo wszystko, co myślała, oddawała mu się ruwnież potężnie, tym żutem ziemi spragnionej wiecznie ciepłyh dżdżuw i słońca, jeno że już ni razu dusza jej nie padała mu do nug z onej uciehy niepowściągliwej, ni razu nie omraczało jej czucie takiego szczęścia, co to aż do proga śmierci z lubością wiedzie, ni razu nie zapamiętała się już do cna, nie; myślała wtedy o domu, o robotah i o tym, byh staremu co nowego na złość zrobić, a czasem, aby jak najprędzej ją puścił i poszedł sobie.
Właśnie teraz snuło się jej to wszystko po głowie, spuszczała wody od kopcuw na podwuże, robiła od niehcenia, z pżykazu jeno, spoglądając pilnie za głosem starego i doszukując się go w podwużu, Pietrek robił zawzięcie, że ino warczała gruda i błoto wyżucane, a ona zaś hyba tyla, by jeno słyhać było, że robi, a skoro stary poszedł do domu, naciągnęła zapaskę na głowę i ostrożnie pżebrała się za pżełaz, pod Płoszkową stodołę.
Już tam Antek był.
— Dyć czekam na cię z godzinę — szepnął z wymuwką.
— Mogłeś nie czekać, kiej ci było gdzie indziej potża — burknęła niehętnie rozglądając się dokoła, noc bowiem była dość widna, deszcz ustał, ino zimny, suhy wiatr pociągał od lasuw i z szumem bił w sady.
Pżygarnął ją do siebie mocno i zaczął całować po tważy.
— Gożałka jedzie od ciebie kiej z kufy! — szepnęła odhylając się z obżydzeniem.
— Bom pił, śmierdzi ci już moja gęba.
— Hale, o gożałcem myślała jeno! — powiedziała miękciej i ciszej.
— Byłeh i wczoraj, czemuś to nie wyszła?
— Ziąb był taki, a i roboty pżecieh mam niemało.
— Prawda, a i starego też musisz pieścić i pieżyną pżyokrywać! — syknął.
— A pżecieh, bo to nie muj hłop! — żuciła twardo i niecierpliwie.
— Jagna, nie drażnij!
— Kiej ci się nie podoba — nie pżyhodź, płakała po tobie nie będę.
— Pżykży ci się już wyhodzić do mnie, pżykży...
— Jakże, bo ino na mnie cięgiem huru-buru kiej na tego Łyska...
— Baczysz mi to, Jaguś, dyć mam swojego tylahna, że i nie dziwota, jak się człowiekowi wypsnie to jakie słowo twarde, nie pżez złość pżecieh, nie — szeptał pokornie i objąwszy ją tulił do siebie serdecznie, ale sztywna była, zadąsana i jeśli oddała całunki, to jakby z musu, i jeśli odżekła to jakie słowo, to ino tak, by coś muwić, a cięgiem się rozglądała hcąc już wracać.
Czuł ci to dobże, czuł, to jakby mu pokżyw nakładli za pazuhę, tak go zapiekło, aż szepnął z wyżutem bojaźliwym:
— Pżudzi nie bywało ci tak pilno...
— Bojam się, wszyscy w hałupie mogą mnie szukać...
— Juści, pżudzi to hoćby na całą noc się nie bojałaś, pżemieniłaś się do cna...
— Nie pleć, co się ta miałam pżemienić?...
Pżymilkli obejmując się mocno, czasem cisnęli się do się goręcej, spżągani nagłym pożądaniem, szukając ust swoih hciwie, porwani wspulną falą pżypominkuw, poczuciem win czynionyh względem siebie, żalem nad sobą, litością, głębokim pragnieniem utopienia się w sobie — ale nie poredzili, bo dusze odbiegały od siebie daleko, nie znajdowali słuw pieszczonyh i kojącyh, bo w sercah wżały gożkie urazy, tak żywe, iż bezwolnie rozplatały się im ramiona, hłodli do siebie i stali kiej te zimne słupy, że jeno serca biły im kołatliwie, a na wargah plątały się słowa czułości i pocieszenia, jakie hcieli sobie powiedzieć i nie poredzili.
— Miłujesz to mnie, Jaguś? — szepnął ciho.
— A bo raz ci to powiadałam? a bo nie wyhodzę do cię, kiej jeno hcesz... — odparła unikliwie pżysuwając się doń biedrem, bo żal jakiś ściskał jej duszę i napełnił oczy łzami, że zahciało się jej płakać pżed nim a pżepraszać, że go już miłować nie poradzi, ale on to wnet pomiarkował, bo ten głos padł mu lodem na serce, aż się zatżąsł cały z bulu, i złość, pełna wyżutuw i żaluw niewstżymanyh, zalała mu serce.
— Cyganisz jak ten pies; wszyscy mnie odstąpili, to i tobie pilno za drugimi. Miłujesz mnie, juści, jak tego psa złego, kturen ugryźć może i pżed kturym ognać się trudno, juści! Pżejżałem cię na wylot, znam ja cię dobże i wiem, byh mnie powiesić hcieli, pierwsza byś trokuw nie żałowała, byh ubić kamieniami, pierwsza byś żuciła za mną! — gadał prędko.
— Jantoś! — jęknęła pżerażona.
— Cihoj, puki swoje powiedam! — kżyknął groźnie podnosząc pięście. — Prawdę powiadam! A kiej do tego pżyszło, to mi już wszystko zaruwno, wszystko!
— Tża mi lecieć, wołają mnie ano! — jąkała hcąc uciekać, zestraszona wielce, ale ją pżyhwycił za rękę, że ni drgnąć nie mogła, i hrypliwym, złym, pełnym nienawiści głosem gadał:
— A to ci jeszcze powiem, bo swoją głupią głową nie miarkujesz, że jeślim na takie psy zeszedł, to i bez ciebie, bez to, żem cię miłował, rozumiesz, bez to! Za cuż to mnie ksiądz wypomniał i wygnał z kościoła kiej zbuja, za ciebie! Za cuż to wieś cała mnie odstąpiła kiej parszywego, za ciebie! Wycieżpiałem wszyćko, pżeniosłem, nawet i na to nie pomstowałem, że ci stary mojego rodzonego grontu zapisał tylahna... A tobie się już mieżi ze mną, wywijasz się kiej ten piskoż, cyganisz, uciekasz, bojasz się mnie i patżysz na mnie jak wszystkie, kiej na tego mordownika i najgorszego! Innego ci już potża, innego! rada byś, byh parobki za tobą ganiały kiej te psy na zwiesnę, ty!... — kżyczał zapamiętale i te wszystkie kżywdy, złoście, jakimi się karmił od dawna, jakimi jeno żył, zwalał na jej głowę, ją winił o wszystko, ją pżeklinał za to, co pżecierpiał, aż w końcu brakło mu już głosu i taka go złość porwała, że żucił się do niej z pięściami, ale opamiętał się w ostatniej hwili, phnął ją tylko na ścianę i spiesznie poszedł.
— Jezus muj, Jantoś! — kżyknęła z mocą zrozumiawszy z nagła, co się stało, ale nie nawrucił, żuciła się za nim z rozpaczą, zabiegła drogę i czepiła mu się szyi, to ją oderwał od siebie kiej pijawkę, żucił na ziemię i bez jednego słowa poleciał, a ona padła z płaczem okropnym, jakby się świat cały nad nią zawalał.
Dopiero w dobre parę pacieży pżyszła niecoś do siebie, nie mogąc jeszcze wyrozumieć wszystkiego, to jeno czuła okropnie, że stała się jej kżywda, stała się jej taka straszna niesprawiedliwość, iż serce rozpękało z bulu, dusiła się w sobie i hciało się jej kżyczeć ze wszystkih sił, na cały ten świat — jako niewinowata, niewinowata!
Wołała za nim, hoć już i kroki jego ucihły, wołała w całą tę noc — na prużno.
Głęboka, ciężka skruha i ten żal serdeczny, i ten strah głuhy, gnębiący, okropny, że może on już nie powruci, i to miłowanie dawne, z nagła zmartwyhwstałe, zwaliły się na nią ciężkim, twardym bżemieniem nieutulonyh smutkuw, że już i na nic nie bacząc, ryczała w głos idąc do hałupy...
Na ganku zetknęła się z Kłębiakiem, kturen jeno wsadził głowę do izby i kżyknął:
— Hłopski las rąbią! — i dalej poleciał.
Migiem ta wieść rozlała się po wsi, buhnęła kiej pożar ogarniając wszystkie serca strapieniem a gniewem srogim, że już dżwi się nie zamykały, tak biegali po hałupah z nowiną.
Juści, żecz była wielka dla wszystkih i tak groźna, że cała wieś pżycihła z nagła, jak kieby piorun udeżył, hodzili lękliwie, na palcah, gadali szeptem ważąc każde słowo, rozglądając się trwożnie i nasłuhując czająco, nikto nie kżyczał, nikto nie lamentował i nikto pomstą nie tżąhał, bo każden czuł w tej minucie, że to nie pżelewki, a sprawa taka, na kturą babie piski nie poredzą, a ino mądre pomyślenie i to społeczne postanowienie.
Wieczur już był puźny, ale śpik wszystkih odleciał, niejedni kolacji odbieżeli, zapominali o obżądkah wieczornyh, zapominali zgoła o sobie, a jeno się snuli po drogah, wystawali w opłotkah, to nad stawem, i szepty cihe, trwożne, pżytajone drgały w mroku kiej ten bżęk pszczelny.
Czas też był cihszy, deszcz pżestał, pojaśniało nawet zdziebko, po niebie leciały hmużyska stadami, a dołem nisko pżeciągał mroźny wiater, że ziemia jęła się ścinać w grudę i obmoknięte, czarne dżewa pżybladły szroniejące, głosy zaś, hoć pżyduszone, szły wyraźniej.
Naraz się rozniesło, że poniektuży gospodaże się zebrali i walą do wujta. Jakoż pżeszedł Winciorek z kulawym Grzelą; pżeszedł Caban Michał z Frankiem Bylicą, stryjecznym Hanczynego ojca; pżeszedł Socha; pżeszedł Walek z kżywą gębą, Wachnik Józek, Sikora Kazimierz, a nawet stary Płoszka — jeno Boryny nikto nie dojżał, ale muwili, że i on poszedł.
Wujta doma nie było, bo zaraz po południu pojehał do kancelarii, to już wszystkie razem, całą kupą poszli do Kłęba, cisnęło się za nimi sporo ludzi, to bab, to dzieci, ale pżywarli dżwi, nikogo już nie puszczając do środka, Kłębiak zaś Wojtek miał pżykazane naglądanie po drogah i pży karczmie, czy się gdzie strażnik nie pokaże.
Pżed domem zaś, w opłotkah, a nawet na drodze zbierało się coraz więcej narodu, każdy był ciekaw, co tam starszyzna uradzi, a radzili długo, jeno że nikto nie wiedział co i jak, bo ino pżez okna widać było ih siwe głowy, w pułkolu pohylone do komina, na kturym się palił ogień, a z boku stojał Kłąb, cosik im prawił, pohylał się nisko i raz wraz bił pięścią w stuł.
Niecierpliwość zaś rosła w czekającyh z minuty na minutę, aż w końcu Kobus, to Kozłowa, to i parobki niekture zaczęli szemrać i głośno powstawać na radzącyh, że nic nie uradzą dobrego la narodu, bo im jeno o samyh siebie hodzi, jako gotowi się jeszcze z dworem pogodzić, a resztę na zgubę podać!...
Kobus się już był tak rozsierdził wraz z komornikami i drugą biedotą, że już otwarcie namawiał, by nie zważając na radzącyh, o sobie pomyśleć, swoje uradzić, cosik postanowić, a ryhło, puki czas, puki tamte ih nie spżedadzą...
Jawił się na to Mateusz i zaczął nawoływać do karczmy, by tam swobodnie poradzić, a nie jak te pieski pod cudzym płotem naszczekiwać...
Trafiło to do serca narodowi, bo całą hurmą ruszyli do karczmy.
Żyd już światła gasił, ale musiał otwożyć i z trwogą patżył na walącą się ciżbę, whodzili w milczeniu, spokojnie, zajmując wszystkie ławy, stoły i kąty, nikto bowiem nie pił, a jeno kupili się gęsto poredzając z ciha i wyczekując, kto i z czym pierwszy wystąpi... Nie brakowało skoryh do pierwszeństwa, jeno że się jeszcze każden wagował wystąpić i na drugih oglądał, aż dopiero Antek się wyrwał, na środek skoczył i ostro, z miejsca zaczął pomstować na dwur...
Ale hoć wszystkim trafił prosto do serca, mało kto pżytwierdzał, boczono się nań, patżono zyzem, niehętnie, odwracano się nawet plecami, że to jeszcze zbyt żywo pamiętano księże wypominki, a i te jego gżeszne sprawki, nie zważał na to, a że go wnet poniesła zapamiętałość i jakby dziki bitkowy szał ogarniał, to z całej mocy kżyczał na końcu:
— Nie dajta się, hłopy, nie ustępujta, nie darujta kżywdy! Dzisiaj wama wzięli las, a jak się bronić nie będziecie, to jutro gotowi wyciągnąć pazury po ziemię waszą, po hałupy, po dobytek! Ktuż im wzbroni, kto się im spżeciwi?...
Poruszył się nagle narud, pomruk głuhy poszedł po izbie, tłum się zakołysał gwałtownie, rozbłysły dziko oczy, sto pięści naraz wyrwało się nad głowy, i sto piersi ryknęło wraz, kieby piorunami.
— Nie damy! Nie damy! — huczeli, aż się karczma zatżęsła od mocy.
Na to i czekali pżodownicy, bo wnet Mateusz, Kobus, to Kozłowa, to potem i drugie żucili się we środek i nuż kżyczeć, nuż pomstować a judzić... że wnet karczmę zalał wżask, groźby, pżekleństwa, tupania, bicie pięściami w stoły i hukliwa, sroga wżawa zagniewanego narodu.
Każdy wołał swoje, każdy się srożył, każden co innego radził, że ciskali się zapamiętale, kiej te pieski w sieniah pżywarte, kturyh nie ma kto na świat wypuścić i poszczuć na niepżyjacioły... To się i tumult srogi uczynił, kżyki i spżeciwy, bo się narud ozeźlił i kżywdą swoją ostargał na wnątżu, a na jedno zgodzić się nie mugł, bo nie było takiego, kturen by swoją mocą wszystkih pżeparł i do pomsty powiudł...
Kupami się zwierali, a w każdej był jakowyś pyskacz, kturen wżeszczał najgłośniej i pomstował, zaś wskroś gąszczu uwijali się pżodownicy żucając, gdzie tżeba było, to słowo ostre, że już w końcu jeden drugiego nie słyszał, bo wszyscy ano wraz kżyczeli.
— Puł lasu położyli, a takie dęby, że w pięciu hłopa nie obejmie.
— Kłębiak widział, Kłębiak!
— Wytną i resztę, wytną, nie będą waju prosili o pżyzwoleństwo! — skżeczała Kozłowa pżeciskając się ku szynkwasowi.
— Zawdy narud kżywdzili, jak ino mogli.
— Kiej takie głupie barany jezdeśta, to nieh waju zapędzają, kaj hcą...
— Nie dać się, nie dać! Gromadą iść, rozgonić, las odebrać!
— Zakatrupić kżywdzicieli!
— Zakatrupić! — wżasnęli naraz i znowuj pięście się podniosły groźnie, kżyk buhnął ogromny i tłum cały zawżał nienawiścią a pomstą, a gdy pżycihło, Mateusz kżyczał pży szynkwasie do swoih:
— Ciasno jest wszystkim kiej w tej sieci, bo dwory wszędzie, ze wszystkih stron, kiej te ściany ściskają wieś i duszą, hcesz krowę popaść za wsią — w dworskie wnet utkniesz; konia wypuścisz — dworskie za miedzą; kamieniem ciepnąć nie można, bo w dworskie padnie!... a zaraz zajmą, zaraz sądy, zaraz sztrafy!
— Prawda! prawda! Łąka dobra dwa pokosy daje — dworska juści, najlepsze pole — dworskie, las — dworskie wszystko — pżytakiwali.
— A ty, narodzie, na piaskah siedź, łajnem się ogżewaj i zmiłowania Pańskiego czekaj!
— Odebrać lasy, odebrać ziemię! Nie dać swojego!
Długo tak kżyczeli ciepiąc się w rużne strony, pomstując i pogrążając srogo, a że radzili głośno i z gorącością niemałą, to niejednemu tża się było napić gożałki dla pokżepienia, drugie zaś piwo la ohłody pili, a tżecim się pżypominały nie dojedzone kolacje, że kżykali na Żyda o hleb i śledzie. Ale gdy sobie podjedli a podpili, pżestygli mocno z zawziętości i zaczęli się z wolna rozhodzić nic nie postanowiwszy.
Mateusz zaś wraz z Kobusem i Antkiem, kturen już cały czas na boku się tżymał i cosik swojego kalkulował, poszli do Kłęba i zastawszy jeszcze gospodaży, wspulnie z nimi uradzili coś na jutro i ciho rozeszli się po hałupah.
Noc też już była puźna, światła pogasły w izbah, cihość padła na wieś, że jeno kiejś niekiej pies zaszczekał albo wiatr zaszumiał, że przemarzłe dżewiny tłukły się w mrokah o siebie kiej niepżyjacioły, a potem długo i trwożnie szemrały. Pżymrozek wziął galanty, płoty pobielały od szronu, ale jakoś zaraz z pułnocka gwiazdy się skryły, pociemniało i zrobiło się na świecie posępnie, straszno jakoś...
Cały narud leżał we śpiku, ale sen był ciężki i gorączkowy, bo raz wraz zrywał się cihy płacz dzieciątek, to ktosik budził się cały w potah i takim strahu dziwnym, że pacieżem duszę kżepić musiał; gdzie znowu huki jakieś spać nie dawały, że zrywali się wyglądać, czy nie złodzieje; niejeden zaś kżyczał pżez sen, powiedając potem, że zmora go dusiła; to gdziesik psy zawyły tak żałośnie, aż serca truhlały z trwogi, pżerażającyh pżeczuć i obaw.
Noc się wlekła długo i ciężko, opżędzając dusze trwogą, niepokojem i strasznymi snami, pełnymi mar i widzeń gorączkowyh.
A skoro się jeno uczynił świt, że hyla tyla rozedniało i jaki taki oczy ozwarł i ciężką senną jeszcze głowę podnosił, Antek pobiegł na dzwonnicę i zaczął bić w dzwon kieby na pożar...
Prużno mu bronił Jambroży wespuł z organistą, sklął ih, hciał nawet bić i swoje robił z całej mocy.
Dzwon zaś bił wolno, bezustannie a tak ponuro, aż strah padł na serca, że ludzie strwożeni, wylękli wybiegali na puł ubrani pytać, co się stało i ostawali już pżed hałupami jakby w skamienieniu, tak zasłuhani, bo dzwon wciąż bił i huczał ponurym, wielkim głosem w świtowyh bżaskah, aż ziemia dygotała, aż wystraszone ptactwo uciekało ku borom, a narud pżetrwożony żegnał się i skżepiał w sobie, boć już i Mateusz, Kobus a drugie biegali po wsi łomocząc kijami w płoty i kżycząc:
— Na las! Na las! Wyhodź, kto żyw! Pod karczmę! Na las!...
To i na łeb i szyję pżyodziewali się, że niejeden jeszcze w drodze się dopinał, a pacież kończył i w dyrdy bieżał pod karczmę, gdzie już stojal Kłąb z niekturymi gospodażami.
Zaroiły się wnet drogi, opłotki, obejścia, zawżały naraz wszystkie hałupy, dzieci podniesły niemały wżask, kobiety kżykały pżez sady, rwetes powstał taki, bieganina, jak gdyby pożar wybuhnął we wsi.
— Na las! Kto ino ma z czym, kosę, to z kosą, cepy, kłonice, siekiery, a brać!
— Na las! — kżykiem tym tżęsło się powietże i huczała wieś cała.
Dzień się już zrobił duży, a cihy był, jasny, omglony jeszcze i mroźny, dżewa stojały w osędzieliźnie kiej w pajęczynah, drogi hrupały pod nogami słabą grudzią, wody się ścięły, że pełno było zamarzłyh kałuży kiej tego szkła potżaskanego, w nozdżah wierciło ostre, żeźwe powietże, a tak słuhliwe, że całym światem szły te kżyki a wżawa.
Ale pżycihało z wolna, bo zawziętość pżejmowała serca i jakaś sroga, pewna siebie, nieustępliwa moc zakamieniła dusze i oblekała je w taką surową powagę, iż milkli bezwiednie zatapiając się w sobie.
Tłum wciąż się zwiększał, zajęli już cały plac pżed karczmą aż do drogi, stojąc gęsto, ramię pży ramieniu, a jeszcze pżybywali spuźnieni.
Witano się w milczeniu, każden stawał, gdzie popadło, obzierał się naokuł i czekał cierpliwie na starszyznę, ktura poszła po Borynę.
Pierwszy był ano we wsi, to jemu się należało narud poprowadzić, bez niego żaden gospodaż by się nie ruszył.
Stojali więc cierpliwie a ciho, kiej ten bur zbity w gęstwę i zasłuhany w głosy, jakie z niego idą, i w te bełkoty strug, co gdziesik między kożeniami płyną... czasem jeno to jakie słowo pżeleciało, czasem czyjaś pięść wyhynęła w gurę, to jakieś oczy rozgożały bystżej, to baranice zakolebały się mocniej, to czyjaś tważ poczerwieniała bażej i znowu nieruhomieli, że widzieli się kiej te snopy, ustawione w podle siebie gęsto.
Kowal pżyleciał, pżeciskał wskroś gęstwy i zaczął narud odwodzić, straszyć, że za to, co zamyślają, cała wieś pujdzie w kajdany i zmarnieje, a za nim młynaż powtażał to samo, ale nikto nie zważał na nih ni słuhał — wiedziano bowiem dobże, że obaj dworowi się wysługują i swuj mają interes w pżeszkadzaniu.
I Rocho pżyszedł, i ze łzami pżekładał podobnie — nie pomogło.
Aż w końcu i ksiądz pżyleciał i jął swoje prawić — nie usłuhali, stali nieporuszeni, nikt czapki nawet nie zdjął, nikt go w rękę nie pocałował, a ktosik nawet głośno kżyknął:
— Płacą mu, to prawi!
— Kazaniem kżywdy nie zapłaci — ktosik dożucił urągliwie.
A tak patżyli ponuro i zawzięcie, że ksiądz się rozpłakał, nie pżestając na wszystkie świętości zaklinać, by się opamiętali a do domuw rozeszli, ale nie skończył, bo pżyszedł Boryna, i cały narud do niego się odwrucił.
Maciej blady był kiej ściana i surowy, że aż mruz szedł od niego, ale oczy jażyły mu się kiej wilkowi, szedł wyprostowany, hmurny a pewny siebie, znajomkuw pozdrawiał skinieniem i oczami po ludziah wodził, rozstąpiali się pżed nim czyniąc wolne pżejście, a on wstąpił na belki leżące pod karczmą, lecz nim pżemuwił, zaczęli w tłumie kżyczeć:
— Prowadźcie, Macieju! Prowadźcie!
— Na las! Na las! — darły się drugie.
Dopiero kiej pżycihło, pohylił się, wyciągnął ręce i jął wielkim głosem wołać:
— Narodzie hżeścijański, Polaki sprawiedliwe, gospodaże a komorniki! Kżywda się nam wszystkim stała, kżywda ruwna, jakiej ni ścierpieć, ni podarować! Dwur las nasz tnie, dwur nikomu z naszyh roboty nie dawał, dwur cięgiem na nas nastaje i do zaguby wiedzie!... Bo i nie spamiętać mi tyh kżywd, tyh fantowań, tyh szkud a utrapień, jakie cały narud ponosi! Podawalim do sądu — co mu kto zrobi! Jeździlim ze skargą — na darmo. Ale miarka się pżebrała, tnie nasz bur! Pozwolim to na to, co?
— Nie, nie! nie dać! Rozpędzić, zakatrupić, nie dać! — kżyczeli, a tważe szare, hmurne, zasępione rozbłysły wnet kiejby piorunami, sto pięści zamigotało w powietżu i sto gardzieli zaryczało, a gniew zatżąsł sercami.
— Nasze prawo, a nikto go nam nie pżyznaje. Nasz bur, a tnie go! To i cuż my, sieroty, poczniemy, kiej nikt na świecie o nas nie stoi, a wszystkie ukżywdzają, cuż?... Narodzie kohany, ludzie hżeścijańskie, Polaki, to muwię wama, że rady już inszej nie ma, jeno sami musimy swojego dobra bronić, gromadą całą iść i boru rąbać nie pozwolić! Wszystkie hodźmy, kto jeno żyw, kto jeno kulasami ruha, całą wsią, wszystkie jak jeden! Nie bujta się niczego, ludzie, nie bujta, nasze prawo, to i nasza wola i sprawiedliwość nasza, a całej wsi karać nie ukażą. Za mną, ludzie, zbierać się duhem, za mną! Na las! — ryknął mocno.
— Na las! — odwżasnęli wraz wszyscy, rum się uczynił, tłum się zakołysał, rozpękł i z kżykiem każden w dyrdy leciał do domu sposobić się, że powstała gorączkowa spieszna kżątanina, pżybierania się, zapżęgi, wyciągania sań, rżenie koni, wżaski dzieci, klątwy, to kobiece lamenty, że ino się wieś tżęsła od pżygotowań, a może w jakie dwa pacieże już naryhtowani ciągnęli na topolową, gdzie czekał Boryna w saniah wraz z Płoszką, Kłębem i co pierwszymi.
Ustawiali się w żędy, jak komu popadło, hłopy, parobki, kobiety, dzieci nawet co starsze ruszyły; kto był saniami, kto konno, kto wozem, a reszta, wieś prawie cała na piehty się wybrała i zwarła się w gęstwę kieby w ten zagon długi, szumiący zbożem, pżerośnięty czerwienią kobiecyh pżyodziewkuw, nad kturym ino się tżęsły koły niezgorsze, to widły zardzewiałe, to cepy, a tu i owdzie kiej błyskawica zamigotała kosa, że jakby na rolę ciągnął narud, jeno że nie było śmiehuw, żartuw i wesela. Stali w cihości, omroczeni, surowi, gotowi na wszystko, a gdy już nastał czas, Boryna wstał w saniah, ogarnął narud oczami i kżyknął żegnając się:
— W imię Ojca i Syna, i Ducha świętego! Amen, w drogę!
— Amen! Amen! — pżywtużyli, a że zaświegotała właśnie sygnaturka, snadź ksiądz ze mszą wyhodził, żegnano się, zdejmowano czapki, bito się w piersi, a jaki taki — westhnął żałośnie i ruszali sfornie, mocno i w milczeniu, i całą prawie wsią, jeno kowal pżywarł gdziesik w opłotkah, pżebrał się do hałupy, skoczył na konia i popędził bocznymi drogami ku dworowi, Antek zaś, kturen był od samego zjawienia się ojca skrył się w karczmie, skoro ruszyli, wziął od Żyda fuzję, shował ją pod kożuh i pognał do boruw na pżełaj pżez pola... nie oglądając się nawet za gromadą...
A narud ruszył żwawo za Boryną, jadącym na pżedzie. Tuż za nim ciągnęły Płoszki, ilu ih było z tżeh hałup, ze Stachem na pżedzie, narud był nieurodny, ale pyskaty, szumny i wielce w siebie dufający.
A za nimi Sochy, kturyh wiudł sołtys.
A tżecie były Wachniki, hłopy drobne, suhe, ale zajadłe kiej osy.
A czwarte szły Gołębie, Mateusz im pżewodził, niewiela ih było, jeno że starczyli za puł wsi, bo same zabijaki nieustępliwe i rozrosłe kiej dęby.
A piąte Sikory, krępe niby pnie, żylaste i mrukliwe.
A potem Kłębiaki i młudź druga, wyrosła, bujna, swarliwa i na bitki wszelkie łakoma, kturą prowadził Grzela, wujtuw brat.
A w końcu Bylice szły, Kobusy, Pryczki, Gulbasy, Paczesie, Balcerki i kto by je tam wszystkie spamiętał!...
Szli mocno, aż się ziemia tżęsła, posępni, kwardzi a groźni kiej ta hmura gradowa, co to jeno połyskuje, nabżmiewa piorunami, głuhnie, a leda hwila spadnie i świat cały roztratuje.
A za nimi niesły się płacze, wżaski i lamenty pozostałyh.
Świat był jeszcze zmartwiały od nocnego hłodu, pełen sennej głuszy i spowity w lute i szkliste mgły.
Cihość zalegała bory, ziąb pżeciągał ostry i słaby bżask zuż oczerwieniał czuby i sypał się gdzieniegdzie na śniegi blade.
Jeno na Wilczych Dołach gżmiały huki walącyh się raz po raz dżew, bicie siekier i pżeszywający, zgżytliwy pisk pił. Walili bur!...
Więcej niźli czterdzieści hłopa pracowało od samego świtania; kieby to stado dzięciołuw spadło na bur, pżypięło się do dżew i kuło tak zawzięcie i zajadle, że dżewa padały jedne po drugih, poręba rosła, pocięte olbżymy leżały pokotem niby łan stratowany, a jeno kajś niekaj niby te osty kwarde sterczały smukłe nasienniki pohylając się ciężko jako matki żałośnie płaczące nad pobitymi, kajś niekaj szeleściły smutno kże nie docięte, to jakaś dżewina — mizerota, kturej topur nie hycił, dygotała trwożnie — a wszędy, na płahtah śnieguw podeptanyh, niby na tyh całunah ostatnih, leżały pobite dżewa, kupy gałęzi, wieżhoły martwe i kloce potężne, obdartym i poćwiertowanym trupom podobne, zaś strugi żułtyh trocin rozsączały się w śniegah kieby ta żałosna krew lasu.
A wokuł nad porębą, niby nad grobem otwartym, stał las zbitą, wyniosłą i niepżeniknioną ciżbą, jako te pżyjacioły, krewniaki a znajomkowie, co gęstwą stanęli pohyloną i w trwożnym milczeniu, z tłumionym kżykiem rozpaczy nasłuhują padającyh w śmierć i patżą zdrętwiali na nieubłaganą kośbę.
Bo rębacze szli napżud nieustannie, rozwiedli się w szeroką ławę i z wolna, w milczeniu wpierali się w bur, zda się niezmożony, kturen posępną, wyniosłą ścianą pni zwartyh zastępował im drogę, a tak pżysłaniał ogromem, że ginęli zgoła w cieniu konaruw, jeno topory błyskały w mrokah i biły niestrudzenie, jeno świst pił nie ustawał ani na hwilę, a co trohę dżewo się jakieś hwiało i z nagła, kiej ten ptak zdradnie pohwycony we wnyki, odrywało się od swoih, biło gałęziami i z jękiem śmiertelnym padało na ziemię — a za nim drugie, tżecie, dziesiąte...
Padały sosny ogromne, już od starości ozieleniałe, padały jedle, kieby w zgżebne kapoty pżyodziane, padały świerki rozłożyste, padały i dęby bure, brodami siwyh mhuw obrosłe kiej te starce, kturyh pioruny nie zmogły i setki lat nie skruszyły, a topory na śmierć powiedły, a inszyh zasie tyle podlejszyh dżew, ktuż to wypowie, ile a jakih padało!
Las marł z jękiem, dżewa padały ciężko jako te hłopy w boju ściśnięte a parte jedne pżez drugie, nieustępliwe, kżepkie, jeno że bite mocą niezmożoną, iż ni „Jezus!” kżyknąć nie kżykną i wraz całą ławą się hylą, i w lutą śmierć padają.
Jęk jeno rozbżmiewał po lesie, ziemia drgała cięgiem od zwalonyh dżew, siekiery waliły bez pżestanku, zgżyt pił nie ustawał, a świst gałęzi, niby ten wzdyh ostatni, pżedzierał powietże.
I tak szły godziny za godzinami, a coraz nowe pokosy dżew zalegały porębę i robota nie ustawała.
Sroki kżyczały wieszając się po nasiennikah, to czasem stado wron pżeciągnęło z krakaniem nad tym polem śmierci, to zwież jaki wysuwał się z gęstwiny, stawał na skraju i długo wodził szklistymi oczami po skołtunionyh dymah ognisk, po dżewah padającyh, a dojżawszy ludzi z bekiem uciekał.
A hłopi rąbali zawzięcie wżerając się w bur kiej te wilki, gdy stada dopadną, a ono się zbije w kupę i zdrętwiałe śmiertelnie, pobekujące, czeka, puki ostatnia owieczka nie padnie pod kłami.
Dopiero po śniadaniu, gdy słońce podniesło się do tela, że osędzielizna jęła skapywać, a złote pająki światła pełzały wskroś boru, dosłyszał ktosik daleką wżawę.
— Ludzie jakieś idą całą gromadą — żekł kturyś pżyłożywszy uho do dżewa.
Jakoż i gwar był coraz bliższy i wyraźniejszy, że wnet rozległy się pojedyncze okżyki i głuhy tupot wielu nug, a nie wyszło i Zdrowaś, kiedy na drużce biegnącej od wsi zamajaczyły sanie, kture wnet wypadły na porębę, stojał w nih Boryna, a za nim konno, wozami i piehty wysypywał się gęsty tłum kobiet, hłopuw i wyrostkuw, a wszystko to podniesłszy srogi kżyk jęło gnać ku rębaczom.
Boryna wyskoczył ze sani i pognał pżodem; za nim zaś, gdzie kto ino wziął miejsce, lecieli drudzy, kto był z kijem, kto znuw groźnie potżąhał widłami, kturen cepy dzierżył mocno w garści, inszy kosą migotał, a inszy jeszcze z prostą gałęzią, a jak kobiety, to prosto z pazurami i wżaskiem, a wszystkie runęli na pżerażonyh rębaczuw.
— Nie rąbać! Wara od boru! Nasz las, nie pozwalamy! — wżeszczeli razem, że i nikto nie wyrozumiał, czego hcieli, dopiero Boryna pżystanął pży struhlałyh i ryknął, że na cały las się rozległo:
— Ludzie z Modlicy! ludzie z Rzepek i skąd ta jeszcze jesteśta, słuhajcie!
Pżycihło ździebko, a on znowu wołał:
— Zabieżta, co wasze, i idźta z Bogiem, rąbać wzbraniamy, a kturen by nie usłuhał, z całym narodem miał będzie sprawę...
Nie opierali się, boć srogie tważe, kije, widły, cepy i tyla narodu rozgniewanego, gotowego do bitki, strahem pżejmowało, to zaczęli się zmawiać, skżykiwać, topory za pas zakładać, piły zbierać i kupić się do się z pomrukiem gniewnym, a zwłaszcza Rzepczaki, że to szlahta była i od wiekuw w kłutniah sąsiedzkih z Lipczakami, to wyklinali w głos, tżaskali toporami, odgrażali się, ale hcąc nie hcąc ustępowali pżed siłą, a narud zaś kżykał groźnie, następował na nih i wypierał w bur.
Insi zaś rozbiegli się po porębie gasić ogniska i rozwalać poukładane sążnie, a baby, z Kozłową na pżedzie, dojżawszy budy zbite z desek na kraju poręby pognały tam i nuż je rozdzierać a rozwłuczyć po lesie, by i śladu nie zostało.
Boryna zaś, skoro rębacze ustąpili tak łacno, skżykiwał gospodaży i namawiał, byh całą gromadą do dwora teraz iść i zapowiedzieć dziedzicowi, aby się nie ważył lasu ruszyć, puki sądy nie oddadzą, co jest hłopskiego. Ale nim się zmuwili, nim wymiarkowali, co zrobić, aby było jak najlepiej, baby podniesły kżyk i zaczęły bezładnie uciekać od bud, bo kilkanaście koni wypadłyh z lasu jehało im na karkah...
Dwur upżedzony pżybywał rębaczom na pomoc. Na czele parobkuw jehał żądca, wpadli na porębę ostro i zaraz z miejsca dopadłszy kobiet zaczęli je prać batami, a żądca, hłop kiej tur, bił pierwszy i kżyczał:
— Złodzieje, wszaże! Batami ih! W postronki, do kryminału!
— Kupą, kupą, do mnie, nie dawać się! — wżeszczał Boryna, bo narud już się rozlatywał zestrahany, ale na ten głos powstżymywali się w miejscu i nie bacząc na baty, prażące niejednyh już po łbah, w dyrdy, osłaniając rękami głowy, biegli do starego.
— Kijami psubratuw! Cepami w konie! — kżyczał rozsrożony stary i porwawszy jakiś kuł pierwszy żucił się na dworskih; a prał, gdzie popadło, za nim zaś, kiej ten bur wihurą gniewu pżejęty, zwarły się hłopy ramię w ramię, cepy pży cepah, widły pży widłah i z kżykiem ogromnym runęli na dworskih prażąc, czym kto ino mugł dosięgnąć, aż zadudniało, jakby kto groh na podłodze kijem wyłuskiwał.
Podniesły się wżaski nieludzkie, pżekleństwa, kwiki pżetrącanyh koni, jęki rannyh, głuhe a gęste razy kołuw, szamotania hrapliwe i dzikie pokżyki pobojowiska.
Dworscy bronili się tęgo, wymyślali i bili niezgożej od hłopuw, ale zaczęli się w końcu mieszać i cofać, bo konie smagane cepami stawały dęba i z kwikiem nawracały ponosząc, aż żądca, widząc, co się dzieje, spiął swojego bułanka i skoczył w całą kupę narodu, ku Borynie, ale ino tyla go było widać, bo naraz zawarczały cepy i kilkadziesiąt bijakuw spadło na niego, a kilkadziesiąt rąk hwyciło go ze wszystkih stron i wyrwało z konia, że kiej ten kież, ryjem podważony, wyleciał w powietże i padł w śnieg, pod nogi, iż ledwie go Boryna ohronił i zawlukł niepżytomnego w pżezpieczne miejsce.
Skłębiło się wtedy wszystko z nagła, jak kiedy wiher udeży niespodzianie w kopy, zamąci, że jeno jeden kłęb nierozeznany się uczyni, tacza po polu i pżewala po zagonah; kżyk się podniusł straszny i taki zamęt, taki wir, że już nic nie było widno, kromie splątanyh kup tażającyh się po śniegah, kromie pięści walącyh z wściekłością, a czasem jakiś wydzierał się z kupy i uciekał kiej oszalały, ale nawracał wnet i z nowym kżykiem, z nową wściekłością żucał się do bitki.
Prali się w pojedynkę i kupami, wodzili za ożydla, to za łby, gnietli kolanami, ozdzierali do żywego mięsa, a pżepżeć się jeszcze nie mogli, bo dworscy pozeskakiwali z koni, nie ustępując ani na krok, ile że pżybywała im ciągła pomoc, bo rębacze pżeszli na ih stronę i tęgo wspierali; pierwsze Rzepczaki hurmą a milczkiem kiej te złe psy żucili się pomagać, a wiudł wszystkih borowy, kturen w ostatniej hwili się zjawił, że zaś hłop był jak byk, mocaż głośny na okolicę, a pży tym zadzierżysty i swoje sprawy z Lipcami mający, to pierwszy się żucał w pojedynkę na całe kupy, rozbijał łby kolbą fuzji, rozpędzał i tak prał, że nieh Bóg broni!
Poszedł nań Stacho Płoszka, by go wstżymać, bo już narud zaczął pżed nim uciekać, to go uhwycił za ożydle, okręcił nad sobą i żucił na ziem kiej ten snopek wymłucony, aż Stacho padł niepżytomny. Skoczył doń kturyś z Wachników i tżasnął go cepami gdziesik w ramię, ale dostał na odlew pięścią między oczy, że jeno ozwarł ramiona i z tym słowem „Jezus!” rymnął na ziemię.
W końcu już i Mateusz nie wytżymał i żucił się do niego, ale hoć hłop był w mocy jednemu Antkowi ruwny, nie wytżymał i pacieża, borowy go zmugł, sprał, w śniegu utytłał i do ucieczki pżyniewolił, a sam ruszył ku Borynie, kturen w kupie całej wodził się za łby z Rzepczakami, ale nim się doń dobrał, opadły go z wżaskiem baby, pżyhwyciły pazurami, wpięły mu się w kudły, splątały i pżygiąwszy do ziemi wodziły się z nim — jako te kundle, kiej psa owczarskiego opadną, kłami za skurę ujmą i ciepią się z nim to w tę, to w ową stronę.
Ale już pod ten czas i narud brał gurę, zwarli się i pomieszali kiej te liście, każden swojego ułapił, dusił i taczał się z nim po śniegu, a baby dopadały z bokuw i darły za kudły.
Wżask był ano już taki, zamęt, kotłowanina, że swuj swojego ledwie rozpoznał, ale w końcu pżeparli dworskih, paru już z nih leżało pokrwawionyh, a insze zaś zmordowane, osłabłe, hyłkiem uciekały w las, tylko rębacze bronili się ostatkami sił, a nawet gdzieniegdzie prosili o miłosierdzie, ale że narud był rozsrożony jeszcze bażej na nih niźli na dworskih, że rozgożał kiej ta żagiew na wietże, to pruśb nie słuhał i na nic nie baczył, jeno prał z całą wściekłością.
Pożucali kije, cepy, widły, a zwarli się na moc, hłop z hłopem, pięść na pięść, siła na siłę, gnietli się tak ano, dusili, ozdzierali, kulali po ziemi, że już pżymilkły wżaski, a tylko ciężkie harczenia, klątwy a szamotania słyhać było.
Taki się sądny dzień zrobił, że i wypowiedzieć nie sposub!
Ludzie poszaleli prawie, zawziętość nimi żucała i gniew ponosił, a zwłaszcza Kobus z Kozłową widzieli się całkiem powściekani, że aż strah było na nih patżeć, tak byli okrwawieni, pobici, a mimo to żucający się na całe kupy.
Tak się ano pżepierali jeszcze, a z coraz większym kżykiem Lipczaków, że już się zaczynały gonitwy uciekającyh i bicie w dziesięciu jednego, gdy borowy opędził się wreszcie babom, ale srodze poturbowany i pżeto jeszcze wścieklejszy zaczął skżykiwać swoih, a dojżawszy Borynę skoczył na niego, hycili się wpuł, opletli barami kiej niedźwiedzie i nuż się pżepierać a zataczać, a bić o dżewa, bo się już byli wywiedli w bur.
Na to właśnie nadleciał Antek, spuźnił się wielce, więc pżystanął na skraju boru, by złapać nieco powietża, i wnet dojżał, co się z ojcem dzieje.
Zatoczył dookoła jastżębimi ślepiami, nikto na nih nie baczył, wszystkie ano były w takiej bitce, w takim pomieszaniu, że ni jednej tważy nie rozeznał, więc cofnął się, hyłkiem pżedostał się do Boryny i pżystanął o parę krokuw za dżewem.
Borowy pżemagał, ciężko mu szło, bo już był srodze zmordowany, a i stary tżymał się kżepko, padli właśnie na ziemię, tażając się kiej dwa psy i tłukąc o ziemię, ale coraz częściej stary był na spodzie, czapa mu zleciała, że jeno ten siwy łeb podskakiwał po kożeniah.
Antek raz się jeszcze obejżał, wyciągnął flintę spod kożuha, pżykucnął i pżeżegnawszy się bezwiednie, zmieżył do ojcowej głowy... nim jednak spuścił kurek, porwali się obaj na nogi, Antek też się podniusł i fuzję pżyłożył do oka — nie stżelił jednak, strah nagły, okropny ścisnął mu tak serce, że ledwie mugł dyhać, ręce mu latały kiej w febże, zadygotał cały, w oczah pociemniało i tak się zakręciło w głowie, że stał długą hwilę, nie wiedząc zgoła, co się z nim dzieje, naraz rozległ się krutki, pżerażający kżyk:
— Ratujta, ludzie!... Ratujta!...
Borowy właśnie w ten mig tżasnął Borynę kolbą pżez łeb, aż krew hlusnęła, stary jeno zakżyczał, podniusł ręce do gury i padł kiej kloc na ziemię...
Antek opżytomniał, żucił fuzję i skoczył do ojca; stary jeno harczał, krew zalewała mu tważ, głowę miał prawie na puł rozłupaną, żyw był jeszcze, ale już oczy zahodziły mu mgłą i kopał nogami.
— Ociec! Muj Jezus! Ociec! — wżasnął strasznym głosem, porwał go na ręce, pżytulił do piersi i zaczął wniebogłosy kżyczeć:
— Ociec! Zabili go! Zabili! — wył kiej ta suka, gdy jej dzieci potopią.
Aż kilkoro ludzi co najbliższyh posłyszało i pżybiegło na ratunek; złożyli pobitego na gałęziah i jęli śniegiem obwalać mu głowę i ratować, jak ino poredzili. Antek zaś pżysiadł na ziemi, targał się za włosy i kżyczał niepżytomnie:
— Zabili go! Zabili!
Aż myśleli, iż mu się z nagła w głowie popsuło.
Naraz ucihł, pżypomniał sobie z nagła wszystko i żucił się do borowego z kżykiem pżerażającym i z takim szaleństwem w oczah, że borowy się zląkł i zaczął uciekać, ale czując, że go tamten dogania, odwrucił się raptem i stżelił mu prawie prosto w piersi, nie trafił go jednak jakimś cudem, tyle jeno, że tważ osmalił, a Antek zwalił się na niego jak piorun.
Prużno się bronił, prużno wymykał, prużno pżywiedziony rozpaczą i strahem śmiertelnym o zmiłowanie prosił — Antek porwał go w pazury kiej ten wilk wściekły, zdusił za gardziel, aż grdyka zahżęściała, uniusł do gury i tłukł nim o dżewo potąd, puki ostatniej pary nie puścił.
A potem jakby się zapamiętał, że już nie wiedział, co robił, żucił się w bitkę, a tam, kędy się zjawił, serca truhlały, ludzie uciekali ze strahem, bo straszny był, umazany ojcową krwią i swoją, bez czapki, z pozlepianym włosem, siny kiej trup, okropny jakiś a tak nadludzko mocny, że prawie sam jeden zmordował i pobił tę resztę dającyh opur, aż musieli go w końcu uspokajać i odrywać, boby zabijał na śmierć...
Bitka się skończyła i Lipczaki, hoć zmordowani, pokaleczeni, okrwawieni, napełniali las radosną wżawą. Kobiety opatrywały co ciężej rannyh i pżenosiły na sanie, a było ih niemało, Kłębiak jeden miał złamaną rękę, Jędrzych Pacześ pżetrącony kulas, że stąpić nie mugł i darł się wniebogłosy, kiej go pżenosili, Kobus zaś był tak pobity, że się ruhać nie mugł, Mateusz żywą krew oddawał i na kżyż nażekał, a insi też ucierpieli nie gożej, że prawie nie było ani jednego, ktury by cało wyszedł, ale że gurę wzięli, to i na bul nie bacząc pokżykali wesoło a rozgłośnie — i zabierali się do powrotu.
Borynę złożyli w saniah i wieźli wolno bojąc się, by w drodze nie zamarł, niepżytomny był, a spod szmat wciąż wydobywała się krew zalewając mu oczy i tważ całą, blady był jak płutno i zupełnie podobny do trupa.
Antek szedł pży saniah, wpatżony pżerażonym wzrokiem w ojca, podtżymywał mu głowę na wybojah i raz wraz bełkotał ciho, prosząco, żałośnie:
— Ociec! Loboga, ociec!...
Ludzie szli bezładnie, kupami, jak komu lepiej było, a lasem, bo środkiem drogi szły sanie z poranionymi, jaki taki jęczał i postękiwał, a reszta śmiała się głośno, pokżykując wesoło i szumnie. Zaczęli opowiadać sobie rużności, a pżehwalać się z pżewagi i pżekpiwać z pokonanyh, gdzieniegdzie już i śpiewy zaczęły się rozlewać, ktoś znuw kżykał na cały bur, aż się rozlegało, a wszyscy byli pijani triumfem, że niejeden zataczał się na dżewa i potykał o lada jaki kożeń...
Mało kto czuł pobicie i zmęczenie, bo wszystkie serca rozpierała nieopowiedziana radość zwycięstwa, wszyscy pełni byli wesela i takiej mocy, że niehby się kto spżeciwił, na proh by starli, na cały świat by się porwali.
Szli mocno, głośno, hałaśliwie, tocząc jażącymi oczami po tym boże zdobytym, kturen hwiał się nad głowami, szumiał sennie i sypał na nih rosisty opad osędzieliźny, kieby tymi łzami pokrapiał.
Naraz Boryna otwożył oczy i długo patżał w Antka, jakby sobie nie wieżąc, aż głęboka, ciha radość rozświeciła mu tważ, poruszył ustami parę razy i z największym wysiłkiem szepnął:
— Tyżeś to, synu?... Tyżeś?...
I omdlał znowu.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.