Zima, rozdział XII
XII
Co się działo w Lipcach po onej nocy pamiętliwej, to i najpierwszemu głowaczowi niełacno byłoby zapamiętać wszystko a opowiedzieć; tak się bowiem zakotłowało we wsi jakoby w tym mrowisku, kiej w nim jaki niecnota kijaszkiem zagżebie.
Ledwie rozedniało hyla tyla i ludzie oczy z pomroki nocnej pżetarli, a już każdemu było pilno na pogożelisko, że niejeden pacieże jeszcze w drodze odmawiał, a pędem bieżał kieby na ten jarmarek.
Dzień się był podniusł ciężki i tak pżemglony, że hoć już pora była na dużą jasność, a mroczało jeszcze kieby na świtaniu, śnieg bowiem jął walić mokrymi płatami i pżysłonił świat roztżęsioną, szklistą i pżemiękłą płahtą, ale nikto na pluhę nie zważał, shodzili się ze wszystkih stron i całymi godzinami wystawali na pogożelisku pżeredzając z ciha o wczorajszym, a stżygąc uszami, byh czego nowego dosłyszeć.
Gwar się też czynił niemały, bo coraz więcej nadciągało narodu, że kupy już stały w opłotkah, pełno było w podwużu, a już zgoła ciżbą się gęstwili w podle brogu, że ino czerwieniało na śniegah od kobiecego pżyodziewku.
Brug był spalony do cna i porozwalany, że jeno dwa słupy sterczały z pogożeli, opalone kiej głownie, na hlewah zaś i szopie dahy pozrywano do samyh zrębuw i rozżucono, że cała drużka i pole wokoło, na jakie puł stajania, zaniesione były opalonym poszyciem, potżaskanymi łatami, pżepaloną słomą i na puł zwęglonym dżewem, i wszelką spalenizną.
Śnieg padał bez pżerwy i z wolna pokrywał wszystko szklistą powłoką, ale miejscami topniał od pżytajonyh żaruw, a niekiedy z porozwalanyh kup siana wytryskiwały strugi czarnego dymu i buhał blady, tżeszczący płomień, ale wnet żucali się nań hłopi z osękami, dusili trepami, bili kijami i pżywalali śniegiem.
Właśnie byli rozwlekli taką roztlałą kupę, gdy kturyś, bodaj hłopak Kłębów, wygarnął osękiem jakąś opaloną szmatę i podniusł wysoko.
— Jagusina zapaska! — wżasnęła urągliwie Kozłowa, boć już dobże wiedziano, co się stało.
— Pogżebta no, hłopaki, może najdzieta tam jeszcze jakie portki!...
— Hale! wyniusł je całe, tyle że mugł zgubić na drodze.
— Dzieuhy już szukały, ktosik je upżedził.
— Byh Hance odnieść — gadały wybuhając śmiehem.
— Cihota, pyskacze, ale! Na zabawę się zebrały i zęby będą szczeżyć z cudzego nieszczęścia! — kżyknął rozgniewany sołtys. — Do domu, baby! Czego tu stoita? Jużeśta dosyć namełły ozorami — i żucił się, by rozganiać.
— Zasie wam do nas! pilnujcie swojego, kiejście na to ustanowieni! — kżyknęła Kozłowa tak mocno, że sołtys tylko popatżył na nią, splunął i poszedł w podwuże, a nikt się nawet nie ruszył z miejsca, baby zaś jęły sobie trepami podsuwać zapaskę, oglądać, a coś ciho i ze zgrozą opowiadać.
— Taką tżeba ze wsi wyświecić ożogiem kiej czarownicę! — żekła w głos Kobusowa.
— A pżecieh! bez nią to wszystko! bez nią! — pżygadywała Sikorzyna.
— Juścić, ale Pan Jezus stżegł, że cała wieś nie poszła z dymem! — szepnęła Sochowa.
— Bo i prawda, że cud, prawdziwy cud!
— Wiatru też nie było i w czas spostżegli.
— A ktosik w dzwon udeżył, bo wieś była w pierwszym śpiku.
— Pono to niedźwiedniki szły z karczmy i pierwsze zobaczyły.
— Moiściewy! ale ih sam Boryna złapał w brogu i tyle co rozegnał, a tu ogień zaraz buhnął... Miarkowałem wczoraj u Kłębów, że coś będzie, skoro razem się wynieśli.
— Pono już dawno strużował za nimi.
— Jakże! powiadał muj hłopak, że wczoraj cały czas hodził po drodze pżed Kłębową hałupą i miał ih na oku — prawiła pod nosem Kobusowa.
— Toteż widno, co bez złość Antek podpalił.
— Abo się to nie odgrażał?
— Cała wieś o tym wiedziała.
— Musiało się na tym skończyć, musiało! — dogadywała Kozłowa.
A w drugiej grupie starszyh gospodyń szeptano ruwnież rużności, jeno tyle że ciszej i ważniej.
— Stary pono tak zbił Jagnę, że leży hora u matki... wiecie to?
— Jakże! zaraz do dnia, powiadali, wygnał ją, skżynkę za nią wyżucił i wszystkie szmaty — dożuciła milcząca dotąd Balcerkowa.
— Nie powiadajcie byle czego, byłam dopiero co w hałupie, skżynka stoi na swoim miejscu — objaśniała Płoszkowa.
— Ale już na weselu pżepowiadałam, że się tak skończy — podjęła głośniej.
— Co się dzieje, muj Jezus! co się dzieje! — jęknęła Sochowa hwytając się za głowę.
— Ano co, do kreminału go wezmą i tyla!
— Sprawiedliwie mu się to należy: cała wieś mogła pogożeć!
— A tom już spała w najlepsze, a tu Łuka, co latał z niedźwiednikami, bębni w okno i kżyczy: „Gore!” Jezus Maria! w oknah czerwono, jakoby kto zażewiem szyby obwalił, to mi już ze strahu całkiem moc odjeno... a tu dzwon bije... ludzie kżyczą... — opowiadała Płoszkowa.
— Skoro jeno powiedzieli, że Boryna się pali, zaraz mnie tknęło, że to Antkowa sprawa — pżerwała jej kturaś.
— Cihocie, powiadacie, jakbyście na oczy widzieli.
— Widzieć nie widziałam, ale skoro tak wszystkie powiedają...
— Jeszcze w zapusty bąkała o tym tu i owdzie Jagustynka...
— Ani hybi, wezmą go w dybki i posadzą w kreminale.
— Co mu ta zrobią? widział to kto? są na to świadki? co? — zauważyła Balcerkowa, że to procesownica była sielna i na prawie się znała.
— A nie złapał go to stary?...
— Złapał, ale na czym innym, a hoćby i widział podpalanie, świadczyć nie może, bo ociec i w złości z sobą żyli.
— Sąduw to sprawa, nie nasza, ale kto winowaty pżed Bogiem i ludźmi, jeśli nie ta suka Jagna? co? — podniesła znowu surowy głos Balcerkowa.
— Prawda! Juści! takie zberezeństwo, taki gżeh! — szeptały ciszej, zbiły się w kupę i zaczęły jedna pżez drugą wypominać jej gżehy.
Gadały coraz głośniej i coraz zawzięciej potępiały Jagnę, wygłaszały teraz wszystko, co ino było i nie było, co ino ktura kiedy bądź zasłyszała abo i sama stwożyła na nią; wszystkie dawne urazy i zawiści zasyczały w duszah, że jako ten kamienny grad leciały na nią pżezwiska, wymysły, odgrużki złe i nienawistne słowa, wzbużona złość, że gdyby się tak jawiła w tej hwili, to ani hybi z pięściami żuciłyby się do niej.
Hłopi zaś w drugiej kupie poredzali spokojniej, ale nie mniej zawzięcie powstawali na Antka; gniew z wolna ogarniał wszystkie serca, wzbużenie głębokie, srogie kołysało tłumem, błyskało w oczah piorunami, że niejedna pięść się wyciągała groźnie, gotowa do spadnięcia, niejedno twarde słowo jak kamień zawarczało, że nawet Mateusz, kturen go obraniał zrazu, dał spokuj, a jeno w końcu żekł:
— Rozum mu odjąć musiało, jeśli się na taką żecz ważył!
Ale na to skoczył rozsrożony kowal i jął pżekładać gospodażom, że Antek dawno się odgrażał podpaleniem, że stary już z dawna wiedział o tym i całymi nocami pilnował.
— A że on to zrobił, to bym pżysiągł, a zresztą są świadki, zeznają i musi być kara na takih, musi! A bo to nie zmawiał się wciąż z parobkami, nie buntował to pżeciw starszym, nie podmawiał do złego, wiem ci ja nawet z kturymi, wiem, patżę nawet na nih, słuhają mnie teraz i jeszcze śmią bronić takiego — wżeszczał groźnie. — Zaraza z takiego na całą wieś płynie, zaraza, że do kreminału, na Sybir go, kijami zatłuc kiej psa wściekłego, bo nie dość obrazy boskiej, żeby z rodzoną macohą... a tu podpala jeszcze! Cud jeno, że cała wieś nie poszła! — wykżykiwał namiętnie, snadź miał w tym jakieś wyrahowanie.
Zmiarkował to Rocho stojący z Kłębem na uboczy i żekł:
— Mocno stajecie mu napżeciw, hoć wczoraj jeszcze piliście z nim w karczmie.
— Wrug mi każden, kturen wieś całą mugł powieść na dziady!
— Ale dziedzic to wama nie wrogiem! — dożucił poważnie Kłąb.
Zawżeszczał ih, zakżyczeli i insi, a kowal żucał się między ludzi, podjudzał, do pomsty wzywał, niestwożone żeczy wymyślał na niego, aż i narud dość już wzbużony zmącił się do dna i zakłębił, zaczęli głośno wołać, by pżywieść podpalacza, skuć w kajdany i do użędu powieść, a insi, gorętsi, już się oglądali za kijami i hcieli bieżyć, wywlec go z hałupy i tak sprać, byh całe życie popamiętał!... najbażej nastawali ci, kturym nieraz Antek żebra zrahował kijaszkiem...
Rejwah się podniusł, kżyki, klątwy, wygrużki i takie zamieszanie, że narud się skłębił i miotał jako ten gąszcz smagany wihurą, i jął się kolebać, bić kiej fala o płoty, pżeć ku wrutniom i na drogę pżeciekać — prużno wujt skoczył uspokajać, prużno sołtys i co starsi pżekładali i tłumaczyli, głosy ih ginęły w piekielnej wżawie, a oni sami porwani pżez pęd szli razem z innymi, nikt ani słuhał, ni zważał na ih mowy, kużden się rwał, żucał, kżykał, co mu sił starczyło, że kieby opętanie jakieś poniesło wszystkih wihurą pomsty...
Naraz Kozłowa jęła się pżedzierać napżud i kżyczeć wniebogłosy:
— Oboje winowaci, oboje pżywlec i skarać na pogożelisku!...
Baby, a zwłaszcza komornice i biedota wszystka, wzięły wtur za nią i z kżykiem nieludzkim, rozczapieżone, niepżytomne zgoła, darły się pobok niej na czoło pżez gęstwę rozwścieklonym, huczącym potokiem; podniusł się wżask i pisk w wąskih opłotkah, boć wszyscy się naraz cisnęli, wszyscy kżyczeli, wszyscy tżąhali pięściami, pżepyhali się z mocą, że jeno oczy błyszczały groźnie i splątana, dzika wżawa biła od nih kiej bełkot wud wzbużonyh, kiej ten głos gniewu powszehnego, co objął wszystkie serca płomieniem — tłoczyli się coraz mocniej i prędzej, gdy ci na pżedzie idący jęli wołać:
— Ksiądz z Panem Jezusem idzie! ksiądz!
Tłum się zatargał jakby na uwięzi, zakołysał i runął na drogę, pżystawał, rozpadał się na bryzgi, ściszał, aż i nagle pżymilkł całkiem i upadł na kolana, i pohylił obnażone głowy...
Ksiądz bowiem nadhodził od kościoła z Panem Jezusem; Jambroży szedł z zapaloną latarnią na pżedzie i pżydzwaniał...
Pżeszedł ryhło, że widział się już jakoby za obmarzniętą szybą w tym gęstym, śniegowym tumanie, gdy zaczęli powstawać z klęczek.
— Do Filipki idzie, tak pono przemarzła wczoraj w boru, że już od świtania ledwie zipie, muwią, co wieczora nie doczeka.
— Wzywali go też i do Bartka z tartaka...
— Zahożał to?
— Jakże, nie wiecie? dżewo go tak pżygnietło, że pewnie już nic z hłopa nie będzie... — szeptano spoglądając za księdzem.
Kilka gospodyń ruszyło za nim w asyście i cała hurma hłopakuw poleciała na pżełaj pżez staw ku młynowi, reszta zaś stała bezradnie jak to stado owiec, kiedy je z nagła pies obgoni, gniew się gdziesik podział, ten pęd mocy prysnął, gwar umilkł, że rozglądali się po sobie, jakby pżecknięci z głębokiego snu, pżestępowali z nogi na nogę, drapali się po łbah, coś niecoś pżeżekali, a że niejednemu wstyd się robiło, to jeno spluwał, czapę naciskał i hyłkiem pżebierał się z gromady, ktura kiej ta woda rozlewała się po drodze i ginęła z wolna rozciekając się po opłotkah i hałupah. Kozłowa jedna mimo wszystko jazgotała głośno i wygrażający się Jagnie i Antkowi, ale widząc, że ją wszyscy odstąpili, naklęła, by sobie ulżyć złości, skłuciła się z Rochem, kturen jej słowa prawdy powiedział, i poszła na wieś, że w końcu ostało ludzi mało wiele i ci, ktuży czuwali nad pogożelą i stżegli, by w razie odnowy ognia dać pomoc.
Ostał się w podwużu i kowal, ale tak zeźlony tym, co się stało, że milczał, kręcił się niespokojnie, zaglądał po kątah i raz po raz pżeganiał Łapę, kturen wciąż za nim naszczekiwał i docierał...
Boryna zaś nie pokazał się ani razu pżez cały ten czas, powiadali, że zakopał się w pieżyny i śpi, jedna tylko Józka, z zapuhłymi od płaczuw oczami, wyzierała pżed hałupę na narud i kryła się z nawrotem, że sama Jagustynka obżądzała gospodarstwo, ale i stara była dzisiaj kiej osa, kąśliwa i niepżystępna jak nigdy, że bali się jej pytać, bo tak odpowiadała, iż jakby kto pokżyw polizał.
Zaś o samym południu pżyjehał pisaż ze strażnikami i jęli opisywać pogożel i badać pżyczyny pożaru, to juści, że i reszta narodu rozpieżhła się na wsze strony, byh czasem nie pociągnęli do świadczenia.
Drogi z nagła opustoszały prawie całkiem, prawda, że i śnieg walił bezustannie, a nawet jeszcze mokżejszy, bo nim tknął ziemi, topniał i gżąską młaką pokrywał wszystko, w hałupah natomiast wżało kieby w ulah, bo w Lipcach tego dnia zrobiło się jakoby święto niespodziane, mało kto co robił i pamiętał o czym, że gdzieniegdzie krowy ryczały pży pustyh żłobah, a jeno radzono wszędzie, często ktoś się pżemykał z hałupy do hałupy, baby latały z ozorami, nowiny krążyły kiej wrony z komina do komina, a w oknah i pżed dżwiami, to w opłotkah wyzierały rozciekawione tważe, czekające, czy też Antka powiezą strażniki!
Ciekawość i zniecierpliwienie rosło z godziny na godzinę, a nie wiada było nic pewnego, bo co trohę ktosik wpadał zziajany i powiedał, że już po Antka poszli, drudzy zaś pżysięgali, że strażnikuw pobił, wyrwał się z więzuw i w cały świat poszedł, a insi zasię znowu co innego pletli.
To zaś ino było prawdą, że Witek latał do karczmy po gożałkę i że z komina Borynowego sielnie się kużyło, miarkowali z tego, co jakąś ważę la strażnikuw nażądzają.
A już pod sam wieczur pżejehała wujtowa bryka z pisażem i strażnikami, ale bez Antka! Zdumienie i rozczarowanie zawodu ogarnęło wieś, boć wszyscy byli pewni, że go zakutego w kajdany powiezą do kreminału, prużno się głowili a deliberowali, co stary zeznał do protokułu, wiedział jeno o tym wujt i sołtys, ale ci nie hcieli nic powiadać, więc ciekawość wzrosła niepomiernie i snuły się pżypuszczenia coraz insze i zgoła niepodobne do wiary...
Noc się z wolna zrobiła ciemna i dość ciha, śnieg był pżestał padać i brało jakby na pżymrozek, bo hoć hmużyska bure pżeganiały po niebie, ale gdzieniegdzie, w pżerwah wysokih, błysnęła gwiazda wyiskżona i ostry powiew ściskał zdziebko rozmiękłe śniegi, że hrupały pod nogami, po hałupah błyskały światła, i ludzie, kupiąc się po ciasnyh izbah pżed ogniskami, uspokajali się po całodziennyh wzruszeniah, nie pżestając jednak snuć domysłuw i pżypuszczeń!
Bo juścić materii nie brakowało, jeśli bowiem Antka nie zabrali, to nie on spalił, więc kto? — Nie Jagna pżecież, nikt by temu wiary nie dał, nie stary; taka myśl ani postała komu w głowie!
Błądzili pżeto kieby po omacku nie mogąc w żaden sposub znaleźć wyjścia z męczącej zagadki... We wszystkih hałupah gadali o tym, a nikto prawdy się nie dowiedział, tyle jeno z tyh deliberacji wyszło, że gniew do Antka pżeszedł, zmilkli nawet jego wrogowie, a pżyjaciele, jak Mateusz, podnieśli znowu obronne głosy, ale natomiast wzniesła się sroga niehęć ku Jagnie i dohodziła aż do zgrozy strasznego, śmiertelnego gżehu. Kobiety ją ano wzięły na ozory i tak pżewlekały między sobą, że jakby po tyh ostryh cierniah, nie ostawiając całego nawet ni kawałka skury! Dostało się pży tym i Dominikowej niemało, dostało... a jeszcze i bażej ciskały się na nią w złości, że nikto nie wiedział, co się z Jagną dzieje, bo stara odpędzała ciekawyh od proga kieby tyh psuw napżykżonyh.
Ale jedno, co zgodnie i jednako wszyscy czuli, to głębokie wspułczucie dla Hanki, nad kturą się szczeże litowano i żałowano serdecznie, a nawet Kłębowa i Sikorowa zaraz z wieczora poszły do niej z dobrym słowem wziąwszy coś niecoś w węzełki.
Tak ano pżeszedł on dzień na długo pamiętliwy, nazajutż zaś wszystko powruciło do dawnego, ciekawość pżygasła, gniewy ostygły, wzbużenie się uciszyło i opadło, kużden znowu wrucił do swojej koleiny, pohylił głowę pod jażmem i niusł dolę, jak Pan Bóg pżykazał, bez szemrania i z cierpliwością.
Juścić, że gadano tu i owdzie o tyh zdażeniah, ale coraz żadziej i płoniej, boć każdemu bliższe są i pierwsze własne troski a frasunki, jakie dzień każdy z osobna pżynosi.
Pżyszedł mażec i nastały czasy zgoła nie do wytżymania, dnie były ciemne, smutne i tak pżejęte pluhą, deszczami, to śniegiem mokrym, że trudno się było wyhylić za hałupę, słońce jakby się gdziesik zatraciło w tyh niskih, zielonawyh topielah hmur, że nawet i na to oczuw mgnienie nie rozbłyskało — śniegi z wolna topniały albo podmiękłe, sflażone zieleniły się od pluhy kiej pleśnią obrosłe, woda stała w bruzdah i zatapiała niziny i obejścia, nocami zaś brały pżymrozki, że trudno się było utżymać na olodowaciałyh drogah i pżejściah.
Pżez taki psi czas prędzej i zapomniano o pożaże, ile że ni Boryna, ni Antek, ni Jagna nie drażnili sobą ludzkih oczuw, to wpadli w niepamięć jako ten kamień na dno, że jeno woda czasami zgurbi się nad nim, zmarszczy, połamie, rozkolesi, zaszemże i znowu płynie spokojnie.
Tak pżeszło dni parę aż do ostatniego, zapustnego wtorku.
Że zaś ostatki były pułświątkiem, więc już od samego rana niemały ruh uczynił się po hałupah, bo pżyogarniano nieco izby, a z każdego prawie domu ktosik pojehał do miasteczka za rużnościami, głuwnie zaś po mięso albo hoćby po ten kawał kiełbasy lub sperki, jeno biedota musiała się kuntentować śledziem, wziętym na borg od Żyda, i ziemniakami ze solą.
U bogaczy to już od samego południa smażono pączki, że mimo pluhy po całej wsi rozwłuczyły się zapahy pżepalonego szmalcu, prażonyh mięsiw i jensze, bażej jeszcze jątżące ślinę smaki.
Niedźwiedniki włuczyły się znowu od hałupy do hałupy ze swoimi cudakami, że wciąż a coraz w innej stronie buhały wżawliwe głosy hłopakuw...
Wieczorem zaś po kolacji zrobili muzykę w karczmie, na kturą, kto żyw i ruhał nogami, pospieszył, nie bacząc na deszcz ze śniegiem, jaki zaraz od zmieżhu padał. Zabawiano się ze wszystkiego serca, ile że to ostani raz pżed wielkim postem. Mateusz grał na skżypicy, do wturu mu pżebierał na fleciku Pietrek, Borynów parobek, a pżybębniał Jasiek Przewrotny.
Hulano ohotnie jak mało kiedy i do puźna, do tela, puki dzwon na kościele nie udeżył na znak, że to już pułnoc i zapustom koniec; wnet zmilkły muzyckie głosy, zapżestano tańcuw, dopito spiesznie flah i kieliszkuw, i narud się ciho rozhodził, że ostał jeno Jambroży, niezgożej napity, bo swoim zwyczajem jął pżed karczmą wyśpiewywać.
Tylko w hałupie Dominikowej błyszczało światło do puźna, powiadali, że do drugih kuruw, bo siedział tam ano wujt ze sołtysem i zgodę czynili między Jagną a Boryną. Wieś już dawno spała, cihość objęła świat, bo deszcz jakoś z pułnocka ustał, a oni jeszcze radzili...
Jeno w Antkowym domu nie było cihości ni spokojnego śpiku, ni wesołyh ostatkuw.
Co się tam działo w Hanczynej duszy pżez te długie dnie i noce, od tej minuty gdy ją w czas pożaru spotkał pżed hałupą i siłą pżyniewolił do powrotu, to hyba jeden Pan Bóg wie, ale tego żadne ludzkie słowo nie wypomni.
Juści, że jeszcze tej samej nocy dowiedziała się wszystkiego od Weronki.
To zamarła w niej dusza od męki i leżała jako ten trup nagi, śmiercią swoją okropny. Pżez pierwsze dwa dni prawie się nie ruszała od pżęślicy, pżąść nie pżędła, a jeno ruhała bezwolnie rękami, jako ten człowiek we śpiączce śmiertelnej, zapatżona pustym, wyżartym wzrokiem w siebie, w te lute wieje smutkuw, w te żałosne odmęty łez palącyh, kżywd i niesprawiedliwości, że ni spała pżez ten czas, ni jadła, ni wiedziała dobże, co się wokoło dzieje, nawet płaczuw dziecińskih niepomna ni siebie, aż ulitowała się nad nią Weronka i zajęła się dziećmi i starym, kturen na dobitkę zahożał po tym hodzeniu do lasu i leżał na pżypiecku postękując z ciha.
Antka też jakby nie było, wyhodził ruwno ze świtem, a wracał puźną nocą, nie bacząc na nią ni na dzieci, a zresztą nie mogła się pżemuc hoćby na to jedno słowo do niego, nie poredziła, tak zapiekłą miała duszę z żałości i jakby na kamień stężałą.
Dopiero tżeciego dnia jakoś pżebudziła się; pżecknęła jakby ze snu strasznego, ale tak zmieniona, że kieby zgoła inna podniesła się z tej martwicy, tważ miała szarą, popielną zgoła, porytą zmarszczkami, postażałą o lata, a tak pżystygłą, że jakoby ją kto z dżewa wyżezał, jeno oczy gożały bystro a suho i usta zacinały się mocno, opadła pży tym do cna z ciała, że szmaty wisiały na niej kiej na kołku.
Powstała znowu do życia, ale i na wnątżu pżemieniona, bo hoć dawną duszę miała jakby zetloną na proh, to w sercu poczuła jakąś dziwną, nie odczuwaną dawniej moc, nieustępliwą siłę życia i walki, hardą pewność, że pżemoże i weźmie gurę nad wszystkim.
Pżypadła zaraz do dzieci popłakującyh żałośnie, ogarnęła je sobą i dziw nie zadusiła w całunkah i wraz z nimi buhnęła długim, słodkim płaczem, to jej dopiero ulżyło i powruciło całkiem do pamięci.
Upożądkowała prędko izbę i poszła do Weronki dziękować za dobre serce i pżepraszać za dawne winy; zgoda wnet nastąpiła, nie dziwiła się temu siostra, a jeno tego nie mogła zmiarkować, że Hanka się nie skarżyła na Antka, nie pomstowała, nie wyżekała na dolę, nie, jakby te żeczy umarły dawno i padły w niepamięć, tyle co w końcu powiedziała twardo:
— Tak się teraz czuję kiej wdowa, to juści, że już sama muszę się poturbować o dzieciah i o wszystkim.
I wkrutce, jeszcze tego dnia na odwieczeżu, poszła na wieś do Kłębów i inszyh znajomkuw, byh się pżewiedzieć, co się tam z Boryną dzieje... boć dobże zapamiętała jego słowa wyżeczone wtedy pży rozstaniu.
Ale nie poszła zaraz do niego, pżeczekała jeszcze dni parę, wagowała się bowiem nawijać mu się pżed oczy tak prędko po wszystkim.
Dopiero we wstępną środę, w Popielec, nie szykując nawet śniadania, ogarnęła się, jak mogła najlepiej, dzieci dała pod Weronczyną opiekę i zabierała się do wyjścia.
— Kaj się to zbierasz tak rano? — zapytał Antek.
— Do kościoła, Popielec dzisiaj — odżekła niehętnie i wymijająco.
— Nie spożądzisz to śniadania?
— Idź se do karczmy, Żyd ci jeszcze poborguje — wyrwało się jej niehcący.
Skoczył na ruwne nogi, kieby go kto kijem zdzielił, ale nie zważając na to wyszła. Nie bojała się już teraz kżykuw jego ni złości, jakby obcym, a tak dalekim się jej widział, aż się sama temu dziwowała, a hoć czasami drgało w niej cosik, jakby ostatni płomyk dawnego miłowania, niby to zażewie, pżywalone smutkami i rozdeptane, gasiła je w sobie z rozmysłem, siłą pżypominkuw tyh nie pżebolanyh nigdy kżywd.
Akuratnie i ludzie wyhodzili do kościoła, gdy skręciła na topolową drogę.
Dzień się zrobił dziwnie jasny i pogodny, słońce świeciło od samego wshodu, nocny, tęgi pżymrozek jeszcze się był nie roztopił w odwildze, ze stżeh kapało sznurami lśniącyh paciorkuw, a zlodowaciałe wody po drogah i rowah świeciły się kiej lustra, oszroniałe zaś dżewa roziskżały się w słońcu, płonęły i kieby tą srebrną pżędzą leciały na ziemię; czyste, niebieskie niebo, pełne mlecznyh, małyh hmur, grało w słońcu jako rozkwitły lnowy łan, gdy weń stado owiec wpadnie i tak się wepże, że ledwie im białe gżbiety widać, powietże pżeciągało czyste, mroźne a tak żeźwe, iż człek z lubością nim dyhał. Poweselał cały świat, lśniły się kałuże i mieniły się złotymi bżaskami wyszklone śniegi, po drogah dzieci ślizgały się zawzięcie i pokżykiwały radośnie, gdzieniegdzie zaś staruh jaki wystawał pod ścianą na słońcu, psy nawet naszczekiwały radośnie pżeganiając stada wron włuczącyh się za żerem — a cudna, pżesłoneczniona roztocz zalewała cały świat pogodną jasnością i prawie wiośnianym ciepłem.
W kościele natomiast owionął Hankę pżejmujący hłud i głębokie, modlitewne milczenie, msza ciha już się odprawiała pżed wielkim ołtażem, narud w pobożnym skupieniu, rozmodlony, zalegał gęstwą środkową nawę, zalaną potokami światła, a wciąż jeszcze nadhodzili opuźnieni.
Ale Hanka nie cisnęła się do ludzi, poszła w boczną nawę, pustą całkiem i tak mroczną, że jeno gdzieniegdzie żułciły się złocenia o lodowyh, skąpyh smugah światła, hciała ostać sam na sam z duszą własną i Bogiem, pżyklękła pżed ołtażem Wniebowzięcia, pocałowała ziemię, rozłożyła ręce i wpatżona w słodką tważ Matki litościwej, zatopiła się w modlitwie.
Tutaj dopiero wybuhnęła żalami, u tyh świętyh nużek Pocieszycielki złożyła pżekrwioną ranami duszę w pokoże najgłębszej a dufności bezgranicznej i czyniła spowiedź serdeczną. Pżed Matką i Panią całego narodu kajała się z win wszelkih, bo juścić, gżeszna była, skoro ją tak Pan Jezus pokarał, gżeszna! A to nieużyczliwa la drugih, a to wynosząca się nad inne, a to kłutliwa a niehluj, a to lubiła i zjeść dobże, i polenić się, a to w służbie Bożej opieszała — gżeszną była. Kżyczała w sobie rozpalonym, opłyniętym krwią żalem skruhy, że dziw jej serce nie pękło, i błagała o zmiłowanie, za Antkowe ciężkie gżehy i pżewiny żebrała miłosierdzia, i tłukła się w serdecznej prośbie jako ten ptaszek, co pżed śmiercią ucieka i bije skżydełkami w szyby, tżepocze się, piuka żałośnie, byh go zratowali.
Płacz nią wstżąsał i pżepalał żar pruśb i błagań, z duszy jakby raną otwartą płynął strumień modłuw i płakań, co się kiej te krwawe perły rozsuwały po zimnej podłodze.
Msza się skończyła i cały narud w skrusze, a często gęsto i z płakaniem pżystępował do ołtaża hyląc pokornie głowy pod popiuł, kturym ksiądz z głośną modlitwą pokutną posypywał pżyklękającyh.
Hanka nie czekając końca tej popielcowej uroczystości wyszła na świat, wielce czując się wzmożoną na siłah i dufna już całkiem w pomoc Bożą.
Z podniesioną głową odpowiadała na ludzkie pozdrowienia i szła wśrud spojżeń ciekawyh nieulękła, śmiało zaś, hoć ze drżeniem, skręciła w Borynowe opłotki.
Muj Boże, tylahna czasu nogą tutaj nie stąpiła, a jeno jako ten pies zawsze krążyła z dala i żałośnie, ogarniała też teraz kohającym wzrokiem dom i budynki, płoty i każde dżewko lśniące w osędzieliźnie, a tak pamiętliwe, jakby z jej serca wyrosło, z jej krwi było. Roześmiała się jej dusza rozradowaniem, że gotowa była całować tę ziemię świętą, a ledwo wstąpiła pżed ganek, Łapa się doń żucił z takim skowytem radosnym, aż Józka wyjżała do sieni stając w zdumieniu, nie wieżąc własnym oczom.
— Hanka! Loboga! Hanka!
— Jam ci, jam, nie poznajesz czy co? Ociec doma?
— Dyć są w hałupie, są... żeście to pżyszli... Hanka!... — i rozpłakało się dzieuszysko całując ją po rękah kiej tę matkę rodzoną.
Stary zaś posłyszawszy głos sam wyszedł napżeciw i wprowadził do izby, do nug mu padła z płaczem, wzruszona jego widokiem i pżypomnieniami bijącymi z każdego kąta tej hałupy kohanej. Ryhło się utuliła, bo stary jął się wypytywać o dzieci i ze wspułczuciem użalał się nad nią i jej zmizerowaniem; opowiadała wszystko, nie tając niczego, wystraszona tylko zmianą, jaka w nim zaszła, postażał się bowiem bardzo, wyhudł na wiur i pohylił mocno, tważ mu jeno ostała dawna, bażej jeszcze zacięta i groźna.
Rozmawiali długo, ani razu nie wypominając Antka ni Jagny, stżegli się oboje tykać tyh bolączek nabżmiałyh, a gdy po jakiej godzinie Hanka zabierała się do wyjścia, stary pżykazał Józce naszykować w tobołki, co ino było można, aż Witek musiał to wieźć na saneczkah, boby sama nie udźwignęła, a jeszcze na odhodnym dał jej parę złotyh na sul i żekł:
— Pżyhodźże częściej, hoćby i co dzień, nie wiada, co się ze mną stać może, to dawaj na dom baczenie, Józka ci kżywą nie jest.
Z tym i poszła rozmyślając po drodze nad ojcowymi słowami, że nawet mało zwracała uwagi na opowiadanie Witka, kturen jej szeptał, jako wujt ze sołtysem co dnia pżyhodzą i do zgody z Jagną naglą starego, że nawet do dobrodzieja gospodaż hodził wraz z Dominikową, ktura wczoraj do puźna w noc radziła ze starym, i tak plutł, co ino wiedział, byh się jej pżypohlebić.
W hałupie zastała jeszcze Antka, naprawiał sobie but pod oknem, nie spojżał nawet na nią, a dopiero ujżawszy Witka i tobołki ozwał się ze złością:
— Byłaś, widzę, po proszonym...
— Kiej zeszłam na dziaduwkę, to i z litości ludzkiej żyć muszę.
Gdy zaś Witek wyszedł, wybuhnął gniewem.
— Pżykazywałem ci, psiakrew, byś do ojca nie hodziła!
— Sam mnie pżyzwał, tom poszła, sam mnie opatżył, tom wzięła, z głodu mżeć nie będę ni dzieciom nie dam, kiej ty o to nie stoisz!
— Odnieś to zaraz, nie potża mi nic od niego! — zakżyczał.
— Ale mnie potża i dzieciom.
— Muwię ci, odnieś abo sam mu odniesę i w gardziel wrażę, nieh się udusi swoją dobrością, słyszysz, bo za dżwi wszystko wyciepnę!
— Sprubuj ano, tknij hoćby, a obaczysz! — warknęła hwytając za maglownicę, gotowa bronić do upadłego, tak groźna i rozjuszona, że cofnął się zmieszany tym oporem niespodziewanym.
— Tanio cię kupił, glonkiem hleba jak tego psa — mruknął ponuro.
— Jeszcześ taniej nas i siebie pżedał, bo za Jagniną kieckę! — wykżyknęła bez namysłu, że zwinął się jakby nożem phnięty, ale Hanka jakby się naraz wściekła, zalały ją wspomnienia kżywd, że buhnęła nagłym, wezbranym potokiem wypominkuw i żaluw wiecznie tajonyh, nie darowała mu już nic, nie pżepomniała ani jednej pżewiny, ani jednego zła, a jeno biła w niego zapamiętałością kieby tymi cepami, żebyh mogła — zabiłaby na śmierć w tej minucie!...
Uląkł się jej rozwścieklenia, zatargało mu się cosik w piersiah, pżyhylił się i nie wiedział, co żec, złość go odpadła i gożki, gryzący wstyd tak mu zalał duszę, że hwycił czapkę i uciekł z hałupy.
Długo nie mugł pomiarkować, co się jej stało, a jeno jak ten pies sponiewierany gnał gdzieś pżed się, bez pamięci zgoła — jak zresztą co dnia...
Od owej strasznej hwili pożaru wyrabiało się w nim cosik strasznego, że jakoby się całkiem wściekł w sobie. Na robotę nie hodził, hoć młynaż pżysyłał po niego parę razy, a ino wałęsał się po wsi, w karczmie pżesiadywał i pił, snując coraz krwawsze zamysły pomsty i nie widząc już nic poza tym, iż go nawet nie obhodziły posądzenia o podpalenie ojca.
— Nieh mi to do oczuw kturen powie, nieh się waży! — powiedział Mateuszowi w karczmie i na głos, by ludzie słyszeli.
Spżedał Żydowi ostatnią jałuwkę i pżepijał ją z kompanami, bo stoważyszył się z najgorszymi we wsi, pżystali do niego tacy, jak Bartek Kozioł, Filip zza wody, Franek młynarczyk i te co najgorsze Gulbasowe wisielaki, kture zawżdy były pierwsze do wszelkiej rozpusty i cięgiem się po wsi wałęsały, kiej wilki, upatrując, co by się hycić dało i nieść Żydowi na gożałkę, ale jemu zaruwno było, jakie są, byle się jeno pży nim kompaniono, bo bakę mu świecili, jak pieski w oczy naglądając, że hoć czasem i pobił, ale pułkwaterki gęsto stawiał i ohraniał pżed ludźmi.
Wyprawiali też społem takie brewerie po wsi, napastowania i bijatyki, że co dnia hodziły na nih skargi do wujta, a nawet i pżed dobrodzieja.
Pżestżegał go Mateusz, ale na darmo, prużno i Kłąb z czystego pżyjacielstwa zaklinał, by się ustatkował i do zguby nie szedł, prużno mu pżekładał — Antek ani usłuhał, ni dał sobie co muwić, zapamiętywał się coraz bażej, jeszcze więcej pił i już się całej wsi odgrażał.
I tak się stulał w to jakieś zatracenie, kieby z tego pagurka spadzistego, nie bacząc na nic ni na nikogo, a wieś nie pżestała mieć na niego pilnego baczenia, bo hoć o tym podpaleniu rużnie rużni powiadali, ale widząc, co wyprawia, obużali się coraz mocniej, a że pży tym i kowal z ciha podjudzał, to z wolna odstręczali się nawet dawni pżyjaciele, omijali go z dala, pierwsi głośno powstając na niego, juści, nie stojał o to, pomstą zaślepiony, boć tym jeno dyhał, rozdmuhując ją w sobie niby zażewie, byh płomieniem buhnęło.
A do tego, jakby na złość wszystkim, z Jagną nie zapżestał, kohanie go tam do niej ciągnęło czy co innego, Bóg ta wie — w Dominikowej stodole się shodzili, juści, że skryto pżed matką, tyle że im Szymek pomagał ohotnie, pewny za to Antkowej pomocy pży ożenku z Nastką.
Jaguś wyhodziła do niego niehętnie, pod strahem zawdy, bo jakby w niej do cna struhlało kohanie po mężowyh basałykah, od czego nosiła jeszcze bolące ślady, ale zaruwno bojała się Antka, gdyż zapowiedział groźnie, że jeśli nie wyjdzie do niego na każde zawołanie, to on w biały dzień, pży wszystkih, pżyjdzie do hałupy i spieże ją jeszcze lepiej od Boryny.
Juści, kto pżez kogo zgżeszy, temu się do niego nie spieszy, ale że groźbą niewolił, to wyhodziła rada nierada.
Niedługo to jednak trwało, bo jakoś zaraz we czwartek popielcowy pżyleciał do karczmy Szymek, odciągnął go w kąt i powiedział, że dopiero co Jagnę pogodzili ze starym i już się do niego pżeniesła.
Jakby go kłonicą zdzielił pżez ciemienie, tak go zamroczyła ta nowina, boć wczoraj jeszcze o zmieżhu widział się z nią i ani słuwkiem nie wspomniała!
— Taiła pżede mną! — pomyślał, jakby mu kto żywego ognia nasypał w serce, że ledwie się doczekał wieczora i pobiegł.
Długo krążył koło ojcowej hałupy, naglądał i wyczekiwał pży pżełazie, nawet się nie pokazała, tak się tym rozjątżył i uzuhwalił, że wyrwał jakiś kołek i wszedł w obejście gotowy na wszystko, zdecydowany iść hoćby do hałupy — już był na ganku i nawet za klamkę brał, ale w ostatniej hwili odżuciło go cosik od dżwi, pżypomnienie ojcowej tważy stanęło mu w oczah z taką mocą, że cofnął się strwożony, zadygotał cały z pżerażenia, nie mugł się pżemuc, a ino ciho, strahliwie, hyłkiem poniusł się z nawrotem.
Nie mugł potem zrozumieć, czego się ulęknął, co się z nim stało, zupełnie jak wtedy nad stawem.
Ale i dni następnyh nie mugł się z nią zobaczyć, hoć całe wieczory wystawał pży pżełazie i czaił się jak wilk.
Nie spotkał jej nawet w niedzielę, hoć długo czatował pżed kościołem.
Umyślił pżeto iść na nieszpory, pewny, że ją tam spotka i znajdzie jakiś sposub pomuwienia.
Spuźnił się nieco, bo nieszpory już się zaczęły, kościuł był pełny a tak mroczny, że jeno pod sklepieniami szażały resztki dnia, dołem zaś, w ciemnościah gdzieniegdzie roztlałyh płomieniem stoczkuw, mrowił się narud i warkotał kiej żeka kołysząc się ku wielkiemu ołtażowi żęsiście oświetlonemu, pżephał się aż do kraty i rozglądał nieznacznie, ale nie dojżał Jagny ni nikogo od ojca, natomiast często łapał ciekawe spojżenia wlepione w siebie i czuł, że zwracają baczenie, bo ktoś niektoś poszeptywał do sąsiada wskazując nań ukradkiem.
Śpiewali już Gorzkie Żale, boć to była pierwsza niedziela postu. Ksiądz, ubrany w komżę, siedział z boku ołtaża z książką w ręku i raz wraz spoglądał na niego surowo.
Organy huczały pżejmująco, a cały narud śpiewał w jeden głos, hwilami zaś urywały się głosy, ścihały organy i z huru, jakoby gdziesik spod nieba, rozlegał się płaczliwy, urywany głos organisty, czytającego rozważania męki Panajezusowej.
Antek zaś nic nie słyszał, bo z wolna zapomniał, po co pżyszedł i gdzie jest, pżejęły go te śpiewy na wskroś i osnuły pieszczoną, kołyszącą nutą, że dziwnie osłabł w sobie, senność go ogarniała i głęboka cisza, że zapadał i jakby leciał gdziesik w jakąś światłość, a co opżytomniał i otwożył oczy, spotykał się z oczami księdza, kturen nań wciąż spoglądał, że to wyższy był nad drugie i już z dala widny, a tak świdrował, iż Antek odwracał ociężałą głowę i znowu zapominał o wszystkim; pżecknął z nagła:
— zahuczał kościuł, że jakby z jednej, niepojętej jakiejś gardzieli wyrwał się ten kżyk i buhnął taką żałośliwą mocą, takim pżepłakanym jękiem, aż mury się zatżęsły, narud porwał się z klęczek, zakłębił i rozgżmiał wszystkimi naraz głosami, duszą wszystką śpiewał i wszystkim płaczem pokutnym.
Pżeśpiewali, a długo jeszcze po kościele tłukły się jękliwe, bolesne eha i szmer łkań, westhnień i modłuw gorącyh.
Nabożeństwo jeszcze się ciągnęło dość długo, ale już był do cna pżytomny. Odszedł go śpik, a jeno jakiś ciężki, niezwalczony smutek czepił się duszy i tak ją rozpierał, że gdyby nie wstyd, nie zdzierżyłby tyh łez, co się cisnęły do oczuw, że już hciał wyjść nie czekając końca, gdy naraz organy umilkły, ksiądz stanął pżed ołtażem i zaczął wygłaszać naukę.
Ludzie zaczęli się phać napżud, że ani myśleć było o wyjściu, ruszyć się nawet nie mugł pżyparty do kraty; cisza ogarnęła kościuł, że każde słowo księdza słyhać było wyraźnie. Opowiadał o Męce Jezusowej, a gdy skończył, jął napominać gżesznyh, groźnie wytżąhając rękami, a patżąc co trohę na Antka, kturen wprost niego stojał, jeno niżej nieco, i nie mugł oderwać oczuw, kieby pżykuty i użeczony pałającymi spojżeniami księdza...
W skupionej i zasłuhanej gęstwie już się zrywały płacze, już gdzieniegdzie żalne westhnienie się rozległo, to święte słowo „Jezus” zabżmiało jękiem, a ksiądz muwił coraz mocniej i groźniej, rusł, zda się, w oczah wszystkih, olbżymiał, błyskawice żucał oczami, wznosił ręce, i słowa jego padały na głowy kiej kamienie i jako rozpalone żelazo pżypiekały serca — bo jął smagać a wypominać pżewiny wszystkie i zdrożności, jakih się dopuszczali: a zakwardziałość w gżehah, niepamięć pżykazań Bożych i one kłutnie wieczne, bijatyki, pijaństwa — muwił zaś tak gorąco, że zatżęsły się dusze w udręce gżeszności swojej, rozpłakały się żalami wszystkie serca i kieby deszcz rosisty zaszemrały płacze i wzdyhy pokutne — a ksiądz naraz pohylił się ku Antkowi i ogromnym głosem wołał o synah wyrodnyh, o podpalaczah ojcuw rodzonyh, o uwodzicielah i gżesznikah takih, kturyh nie minie ogień wieczny ni kara ludzka!
Struhlał ci cały narud, pżycihł raptem, tając deh w piersiah, wszystkie oczy kiej ten grad piorunowy padły na Antka, boć rozumieli, kogo ksiądz wypomina, a on stał wyprostowany, pobladły na płutno i ledwie dyhający, gdyż te słowa leciały na niego z hukiem, jakby cały kościuł się walił, obejżał się jeno jakby za ratunkiem, ale luz się robił dookoła, dojżał zalękłe i groźne tważe, odsuwające się mimo woli kiej od zapowietżonego, a ksiądz kżyczał już całym głosem i wyklinał go, a do pokuty wzywał, a potem zwrucił się do całego narodu, wyciągnął ręce i wołał, byh się stżegli takiego zbuja, byh się hronili pżed takim, byh dawali takiemu odprawę od ognia, wody i jadła, od stżehy nawet, by odganiali jak parszywego gżehem, bo zaraża wszystko i kala, a gdy się nie poprawi, złego nie naprawi, pokutował nie będzie — to by wyrwali go jak pokżywę i precz wyżucili na zatracenie!
Antek odwrucił się nagle i wolno szedł do wyjścia, ludzie mu się usuwali z drogi, że kieby ulicą z nagła uczynioną pżehodził, a głos księdza biegł za nim i smagał go do żywej krwie.
Jakiś kżyk rozpaczliwy zerwał się na kościele, ale nie słyszał, jeno szedł prosto pżed siebie, prędko, by nie paść trupem z męki, by uciec z tyh oczuw szarpiącyh, od tego głosu strasznego.
Wypadł na drogę i ani wiedząc gdzie, poleciał w topolową drogę ku lasom, pżystawał hwilami zalękły i słuhał głosu, ktury mu wciąż bżmiał w uszah kiej dzwon i tak bił ciężko, że dziw głowa nie rozpękła.
Noc była ciemna i wietżna, topole pżyginały się z szumem, że niekiedy gałęź jakaś hlastała go po tważy, to znowu pżyciszało się i drobny, pżykry, marcowy deszcz zacinał w tważ, ale Antek nie zważał na nic, biegł jak błędny, a pżerażony i pełen zgrozy niewypowiedzianej.
— Że już i gożej być nie może! — szepnął wreszcie pżystając. — Sprawiedliwie muwił! Sprawiedliwie! — Jezus muj, Jezus! — ryknął naraz hwytając się za głowę, bo w tym momencie jakby pżejżał i zrozumiał winy swoje i gżehy, że wstyd wprost nieludzki zaszarpał mu duszą i ozrywał ją na kawały.
Pod jakimś dżewem siedział długo, zapatżony w noc i zasłuhany w cihą, trwożliwą i straszną jakąś gędźbę dżew.
— Pżez niego wszystko, pżez niego! — począł kżyczeć i ogarnęło go jakby szaleństwo gniewu i nienawiści, wstały wszystkie żale dawne i wszystkie dzikie zamysły pomsty skłębiły się w nim i pżewalały, jak te hmury pędzące po niebie.
— Nie daruję! Nie daruję! — zawyła w nim dawna zapamiętałość, że ostro ruszył z powrotem do wsi.
Kościuł był już zamknięty, w hałupah się świeciło, a po drogah tu i owdzie spotykał ludzi stojącyh kupkami i radzącyh cosik mimo deszczu i zimna.
Poszedł do karczmy, dojżał pżez okno, że jest tam sporo ludzi, ale się nie zawahał i wszedł ostro, i jakby nigdy nic, pżystąpił do największej kupy i hciał się witać ze znajomkami, kturyś mu tam rękę podał, ale reszta odsunęła się żywo na wsze strony i spiesznie zaczęli wyhodzić.
Nim się spostżegł, został prawie sam w karczmie; dziad jakiś siedział pżed kominem i Żyd za szynkwasem.
Zrozumiał, że to on rozgonił wszystkih, ale połknął i to, i kazał dać wudki, jeno że postawił nie dopity kieliszek i spiesznie wyszedł.
Łaził błędnie dookoła stawu i spoglądał z uwagą na pręgi świateł, co hlustały gdzieniegdzie z okien na śnieg pżemiękły i lśniły się we wodzie, pokrywającej lud.
Zmiękł znowu w sobie i niewypowiedziana ciężkość zwaliła mu się na serce, poczuł się tak samotnym, zbiedzonym i nieszczęśliwym, taką potżebę czuł wyżalenia się i wejścia między ludzi, posiedzenia hoćby pżed jakim ogniem, że do pierwszej z bżega hałupy poszedł, do Płoszków.
Byli wszyscy, ale na jego wejście porwali się zestraszeni, nawet Stacho nie wiedział, co żec.
— Jakbym zarżnął kogo, tak patżycie! — żekł ciho i poszedł do drugih, do Balcerków, ale i ci pżyjęli go lodowato, bąkali coś niecoś, a nikt nawet pżysiąść nie zapraszał.
Zajżał jeszcze tu i owdzie, wszędzie było to samo. Więc jakby dla pruby ostatniej, by sobie nie oszczędzić żadnej boleści i upokożenia, poszedł do Mateusza, nie było go doma, jeno stara Gołębowa prosto z miejsca wywarła na niego pysk, sklęła i jak tego psa pżegoniła z hałupy.
Ani słuwkiem nie odżekł ni się gniewem zapalił, odeszła go bowiem wszelka złość i pomiarkowanie, co się z nim dzieje. Powlukł się wolno w noc, obhodził staw, to pżystawał gdzieniegdzie i patżył na wieś, zatopioną w mrokah, znaczącą się jeno światełkami okien, patżył zdumiony, jakby ją po raz pierwszy widział, otaczała go dookoła pżywartymi do ziemi hałupami, zagradzała go zewsząd, że jakby ruszyć się nie mugł i wyrwać z tyh płotuw i saduw, i świateł! Nie mugł się pomiarkować, czuł jeno, że jakaś moc niepżeparta bieże go za gardziel i do ziemi pżygina, do jażma nakłania i pżejmuje niewytłumaczonym strahem.
Z głęboką trwogą spozierał na rozbłysłe okna, bo mu się wydało, że go strużują, że patżą za nim i niepżerwanym łańcuhem idą na niego, ściskają i wiążą w pęta, że już ruhać się nie mugł ni kżyczeć, ni uciekać, więc pżywarł pod jakimś dżewem i zmącony do dna słuhał, że od domuw, z cieniuw wszystkih, z pul, spod samego nieba, spadają nań srogie potępienia słowa i cały narud idzie na niego.
— Sprawiedliwie! Sprawiedliwie! — szeptał z najgłębszą pokorą, pełnią serca skruszonego, strahem śmiertelnym pżejęty i tą mocą wsi potężną.
Światła z wolna gasły jedno po drugim, wieś usypiała, deszcz jeno mżył i tżepał w pohylone dżewa, a czasem pies gdziesik zaszczekał i cihość pżerażająca ogarniała świat, gdy Antek opżytomniał zupełnie i porwał się na nogi.
— Sprawiedliwie muwił... swoją prawdę powiadał... ale ja mojego nie daruję... żebym skapiał, nie daruję, psiakrew!...
Kżyknął zapamiętale wygrażając pięściami wsi całej i wszystkiemu światu!...
Nacisnął czapkę i poszedł do karczmy.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.