Zima, rozdział IX
IX
Już od wczesnego rana miało się na kużawę; dzień nastał hmurny, wietżny i wielce swarliwy, śnieg pruszył drobny, suhy a ostry kiej kasza ledwie pżetarta w żarnah, po ruwno zaś zrywał się coraz mocniejszy wiatr, hukliwy sielnie i kołujący niespodzianymi nawrotami, że jako ten pijanica taczał się na wszystkie strony, skowyczał, pżegwizdywał a śniegami miecił zapalczywie.
Nie bacząc jednak na pogodę, zaraz z pierwszego południa Hanka ze starym Bylicą, a z nimi jeszcze parę komornic, wybrali się po susz do lasu.
Czas był nieopowiedzianie pżykry; wiatr tłukł się po polah, ciepał dżewinami, hurkotał po wsi, a co trohę podrywał tumany śnieguw, zakręcał z poświstem i wytżepywał je nad światem kieby te husty pełne białyh a kłującyh paździeży, że wszystko topiło się w nierozpoznanej mątwie i świstah.
Zaraz za wsią poszli gęsiego pżywianymi miedzami ku borom ledwie czubami widnym w kużawie, a jeszcze dalekim.
Wiatr wzmagał się jeszcze, bił ze wszystkih stron, tańcował, kręcił i tak w nih siepał, że ledwie mogli się utżymać na nogah, pżyginali się ino bażej ku ziemi, a on zabiegał z pżodu, darł suhy śnieg pomieszany z piaskiem i prażył w tważe, aż oczy tża było pżysłaniać.
Szli w milczeniu, jako że wiatr zatykał i rwał słowa, a postękując nieco i ręce rozcierając śniegiem, bo ziąb był pżenikliwy i na wskroś lihą pżyodziewę pżejmował, i zaspy się czyniły od kamionek, to od dżew i groblami zastępowały, że każdą tża było wymijać nakładając niemało drogi.
Hanka szła na pżedzie, często się obzierając za ojcem, kturen skulony, z okręconą w zapaskę głową, w starym kożuhu Antkowym, pżepasany powrusłem, wlukł się na końcu, ledwie się poruhając pod wiatr, zatykało go cięgiem, pżystawać musiał co trohę, by wythnąć i obetżeć załzawione od wiatru oczy, potem zaś w dyrdy śpieszył ciho pojękując:
— Idę, Hanuś, idę... Nie buj się, nie ostanę!
Juści, wolałby pozostać na pżypiecku, wolał, ale cuż kiej ona, biedaczka, szła, śmiałby to ostać! a i w hałupie ziąb nie do wytżymania, dzieci skwierczą z zimna, waży już nie było pży czym zrobić, że jeno suhego hleba pojedli... a tu zimny wiater tak pżebiera po kościah, kieby tymi lodowymi palicami... — pżemyśliwał dyrdając za nimi.
Pewnie, że kiedy mus ułapi za łeb, nie wyślizgniesz się, człowieku, nie!
To Hanusia jeno zasiekała zęby i szła ano po dżewo razem z komornicami. Prawda, na to już zeszło, że w paże z Filipką, z Krakaliną, ze starą Kobusową i Magdą Kozłową, z tymi największymi biedotami w jeden żąd, razem.
Wzdyhała jeno ciężko, zacinała zęby, a szła, i to nie po raz pierwszy, nie...
— A niehta! A niehta! — szeptała twardo, moc w sobie wzbierając i cierpliwość.
Tżeba, to hodzi po dżewo, dyguje na plecah, w jeden żąd z dziaduwkami, jak Filipka, stawa, a płakać nie będzie ni żalić się nie będzie, ni o poratunek zabiegać.
Gdzie to i pujdzie? Dadzą hyba, ale to jakie słowo litościwe, od kturego dziw krew nie tryśnie z serca... Pan Jezus ją doświadcza, kżyże zsyła, to może kiedyś i wynagrodzi... A niehta, pżetżyma wszystko, nie pomarnuje się z dziećmi i rąk nie opuści, a na politowanie ludzkie ni pośmiewisko się nie da!
Wycierpiała się ona ostatnimi czasy tyla, że każda kosteczka tżęsła się w niej i łamała z osobna z tego bolenia — wycierpiała!
Nie to, że bieda i poniewierka, że często głud, iż ledwie dzieciom starczyło, nie, że Antek w karczmie pżepijał z kamratami, o dom nie stojał, a kiej ten pies zwleczony hyłkiem się do hałupy wsuwa i na jakie bądź słowo napomknienia za kij hwyta — bywa to bowiem nieżadko i gdzie indziej, można by odpuścić; ot, pżyszła na niego taka zła godzina, to aby jeno cierpliwie pżeczekać, pżejść jeszcze może. Ale tego pżeniewierstwa nie mogła mu zapomnieć, pżeboleć i darować!
Nie, nie poredziła. Jak to, ma żonę i dzieci, a o wszystkim zapomina la tamtej. To ją kieby rozpalonymi obcęgami ściskało za serce, pżegryzało na wskroś i rozrastało się w niej piekącą, nieustępliwą pamięcią.
— Za Jagną lata, ją miłuje, pżez nią to wszystko!
Zdało się jej, że zły idzie pobok a wciąż szepta do uha te straszne pżypominki, nie uciec od nih ni zapomnieć, nie! Bul poniewierki dusznej, poniżenia, wstyd, zazdrość, pomsta i te wszystkie jędze nieszczęścia wsadzały kolczaste łby do jej serca i tak szarpały, że hoćby kżyczeć wniebogłosy, a łbem tłuc o ścianę!
— Zmiłuj się, Panie, pofolguj, Jezu! — jęczała w sobie podnosząc rozpalone nigdy nie wysyhającymi łzami oczy ku niebu. Zaczęła pżyspieszać kroku, bo tak wiało na tyh podleśnyh wyżniah, że już nie mogła wytżymać z zimna; baby zaś ostawały nieco i szły wolno, kiej te czerwone kłęby ledwie widne w kużawie, a bur już był niedaleko, gdy tumany opadały na hwilę, wyrastał nagle z bielizny ogromną, ciemną ścianą pni zwartyh, pżez kture mroczały cihe, lodowate głębie.
— Hodźcie prędzej, w lesie będzieta odpoczywały! — nawoływała niecierpliwie.
Ale kobietom się nie spieszyło, odpoczywały często pżykucając na śniegu, głowami od wiatru, kiej to stado kuropatew, i rajcowały z ciha, zaś na jej wołania Filipka mruknęła niehętnie:
— Hanka gania jak ten pies za wroną i myśli, że ryhlej co złapie...
— Na co to jej zeszło, hudziaczce — szepnęła wspułczująco Krakalina.
— Nawygżewała się dosyć w Borynowej hałupie, najadła tłusto, nasmakowała dobrości, to może teraz i biedy poprubować. Człowiek całe życie pżymiera głodem, haruje jak wuł, a nikto nawet nie polituje.
— A pżudzi to nas nawet nie pozdrawiała...
— Moiściewy, hleb daje rogi, a głud nogi, powiedają.
— Hciałam kiejś pożyczyć terlicy, powiedziała, że ma la siebie.
— Prawda, że ona ta otwartej ręki la ludzi nie miała, wynosiła się nad drugie, jak wszystkie Boryny, ale szkoda kobiety, szkoda!
— Po sprawiedliwości, ale ten Antek łajdus, no!
— Juści, że łajdus, juści. Ale i to wiadomo, że kiej suczka nie hce, pies nie weźmie, każdy hłop poleci, jak go kiecką pżywabią.
— Gdyby na mnie padło, na środku drogi zdarłabym Jagnę za łeb, a wyzwała, a skleła, a kudłuw naczesała, żeby całe życie pamiętała.
— Pżyjdzie i do tego, jeśli czymś gorszym się nie skończy!
— To już takie Paczesiowe nasienie, a Dominikowa nie insza była, nie.
— Hodźma; wiater nisko podbiera, to na noc może ustać.
Dowlekli się wnet do lasu i porozhodzili, a blisko, by muc się skżyknąć łacno do powrotu.
Mrok ih ogarnął i pohłonął całkiem, że ledwie gdzieniegdzie ślad jaki ostał.
Bur był stary, ogromny, wyniosły; sosna stała pży sośnie niepżeliczoną ciżbą, gęstwą niepżebraną, a tak śmigłą, prostą i mocarną, że widziały się kiej te wielgahne słupy z opleśniałej miedzi, majaczące w mroku szarozielonyh sklepień niepżejżanymi żędami — posępne, lodowe bżaski biły z dołu od śnieguw, zaś w guże, pżez stżępiaste konary, niby wskroś zdziurawionyh stżeh, świtało niebo białawe i mętne.
Wihura pżewalała się gurą, że czasami cihość się czyniła jakby w kościele, kiedy to z nagła organy zmilkną i śpiewy ustaną, a jeno szemżą wzdyhy ostatnie, tupoty, pogasłe bżmienia pacieżuw i te pżytajone, konające nuty — bur stawał wtedy nieruhomy, oniemiały, jakby wsłuhany w gżmotliwą wżawę, w ten dziki kżyk pul tratowanyh, co rwał się gdziesik ze świata i niusł wysoko, daleko, że tylko jękliwym świegotem drgał po lesie.
Wnet jednak wiher udeżał w bur całą mocą, wszystkimi kłami tżaskał o pnie, wżerał się w lute głębie, porykiwał w mrokah, targał olbżymami, ale na darmo, nie pżemugł, bo wyzbyty z sił opadał, głuhnął i marł ze skowytem w gęstyh, pżyziemnyh kżah — a las ani drgnął, ni jedna gałąź nie tżasnęła, ni jeden pień się zakołysał, cihość była jeszcze głębsza i bardziej pżerażająca, że tylko ptak jaki niekiedy załopotał wskroś mrokuw.
A czasami znowu wihura spadała tak nagle, niespodzianie i potężnie, jak ten jastżąb spada zgłodniały, tak łomotała skżydłami, rwała wieżhoły, gnietła i rozwalała wszystko ze wściekłym rykiem, aż bur drgał jakby pżebudzony, otżąsał się z martwoty, hwiał z końca w koniec, dżewa kolebały się, od dżew pomruk leciał groźny, pżyduszony i z nagła bur się prostował, podnosił, szedł jakby, pżyginał ciężko i udeżał ze strasznym kżykiem, a bił już jak ten mocaż oślepły gniewem i pomstą, że wżask się zrywał, buj napełniał las, strah padał na wszelkie stwożenia, pżyczajone w podszyciah, a oszalałe z trwogi ptactwo tłukło się wśrud śnieguw, lejącyh się wzbużonymi strugami, i wśrud podruzgotanyh gałęzi i wieżhołuw.
Ale potem nastawały długie, zgoła martwe cisze, w kturyh słyhać było wyraźnie jakieś dalekie, ciężkie łomoty.
— Las rąbią pży Wilczych Dołach, gęsto się wali — szepnął stary nasłuhując nad ziemią głuhyh drgań.
— Nie marudźcie, do nocy siedzieć nie będziemy.
Zaszyli się w wysoki, młody zagajnik, w taki gąszcz splątanyh i zwartyh ze sobą gałęzi, że ledwie się mogli pżeciskać do środka, cisza ih otoczyła grobowa, żaden głos się już tam nie pżedzierał, nawet światło jeno z trudem sączyło się pżez grubą pokrywę śnieguw, wiszącą na czubah niby dah. Ziemista, spopielała szarość zapełniała głębię, śniegu prawie nie było na ziemi, a tylko opadły z dawna, zwietżały susz zaścielał miejscami po kolana, kajś niekajś zieleniły się pulka mhuw, to jakby pżytajone pżed zimą zżułkłe jagodziny albo muhar zashnięty.
Hanka obłamywała kulką co grubsze gałęzie, pżycinała je do jednego wymiaru układając w rozpostartą płahtę, a robiła tak zapalczywie, aż hustkę zruciła z gorąca, i może w jaką godzinę naryhtowała takie bżemiono drewek, iż ledwie mogła je sobie zadać, stary też nażądził pęk niezgorszy, obwiązał sznurem i wlukł go rozglądając się za pniem, by z niego łacniej wziąć na plecy.
Hukali na kobiety, ale w dużym lesie znowu się srożyła wihura, to się i nie skżyknęli.
— Hanuś, do topolowej nam się pżebrać, lepiej będzie niźli pżez pola.
— To hodźmy, pilnujcie się mnie i daleko nie ostajcie.
Wzięli się zaraz z miejsca na lewo, pżez kawał starej dębiny, ale ciężko było, śnieg leżał po kolana, to gurbił się miejscami w zagony, bo dżewa stały żadko i bez liści, tyle że gdzieniegdzie wśrud rozłożystyh potężnyh konaruw tżęsły się siwe brody, tu i owdzie jaki młody dąbek, pokryty zrudziałymi kudłami, pżyginał się do ziemi ze świstem.
Wiatr dął z całej mocy i tak kużył śniegami, że iść było niepodobna, stary się wnet zmęczył i ustał, a i Hance sił brakowało, to jeno wspierała się bżemieniem o dżewa, wystrahanymi oczami szukając lepszej drogi.
— Nie pżejdziemy tędy, a za dębiną mokradła, nawrućmy do pul.
Jakoż nawrucili w duży i zwarty las sosnowy, gdzie ciszej było nieco i śniegi nie zalegały tak wysoko, a pokrutce wyszli na pola — ale tam szły takie zakurki, że świata nie rozpoznał nawet na to śmignięcie kamieniem, nic, jeno biała, rozkłębiona, pżewalająca się ćma. Wiher zaś wciąż parł ku borowi, odbijał się kiej od ściany, pżewalał wznak na pola, ale wstawał niezmożony, zgarniał całe gury śnieguw i niby tą białą hmurą prał w dżewa, aż jęk leciał po lesie, a tak mącił, zakręcał i bił, że ledwie weszli na zagony, starego ciepnął o ziem, aż dźwigać go musiała, sama ledwie mogąc się utżymać na nogah.
Wrucili do boru i pżykucnąwszy za pniami medytowali, kturędy pujść, bo całkiem już nie wiada było, w jaką stronę się obrucić.
— Tą drużką na lewo, a wyjdziemy niehybnie do topolowej, pży kżyżu.
— Kiej całkiem nie baczę tej drużki.
Tłumaczył długo, bo się bała puścić na niepewne.
— A miarkujecie aby, w jaką stronę się wziąć?
— Od lewej ręki, widzi mi się.
Powlekli się wzdłuż lasu, pobżeżem skrywając się nieco od naporu wihury.
— Hodźcie prędzej, nocy tylko co patżeć.
— Jeno tego powietża złapię i letę, Hanuś, letę...
Juści, nieletko się im było pżebierać, drużkę całkiem zasypało, a do tego z boku od pul wciąż gżmocił wiher i ciepał śnieżycą, prużno się hronili za dżewa, to pżywierali jak te zajączki pod jałowcami, wszędzie pżewiewało do kości, zaś głębią straszno było iść, dżewa szumiały dziko, cały las się kolebał i prawie ziemię zamiatał konarami, gałęzie siekły po tważah, to czasami z takim tżaskiem padały hojary, iż się wydawało, jako cały bur runie zdruzgotany.
Biegli też, co ino sił i thu starczyło, aby ryhlej dopaść drogi i zdążyć pżed nocą, ktura mogła spaść leda hwila, bo już szażało nieco na polah i wskroś skołtunionyh śnieguw pżewijały się ślepe smugi, kieby te dymy jeszcze nikłe.
Dorwali się wreszcie drogi i padli pod kżyżem, ledwie żywi z utrudzenia.
Kżyż stał na skraju lasu, tuż pży drodze, broniły go od buż cztery ogromne bżozy w białyh gzłah, z obwisłymi niby warkocze gałęziami; na czarnym dżewie był rozkżyżowany Chrystus z blahy, pomalowanej w takie kolory, że jak żywy się widział; snadź wiater oderwał go, bo wisiał tylko na jednej ręce, tżaskał sobą o dżewo i skżypiał zardzewiałym głosem, jakby litości prosił i poratunku. Bżozy targane wihurą okrywały go cięgiem sobą, tżęsły się, pżyginały, a śniegowe tumany zasypywały kużawą, że stał cały w mgłah, pżez kture migotało Jezusowe sine ciało i jego blada, okrwawiona tważ wyhylała się raz po raz z bielizn, aż się luto robiło na sercu.
Stary spoglądał nań z pżerażeniem, żegnał się, ale nie śmiał się odezwać, bo Hanka miała tważ srogą, zaciętą, nierozpoznaną, jak ta noc, co już szła pżyczajona wskroś wihruw, śnieguw, tumanuw — wskroś świata.
Zdawała się nic nie widzieć i na nic nie baczyć, siedziała zatopiona w mrocznyh myśleniah, a wciąż o jednym: o Antkowym pżeniewierstwie; tuman się w niej kłębił, pełen okrwawionyh wzdyhuw, jako to Jezusowe ciało na kżyżu, pełen zakżepłyh w lud, a palącyh łez, pełen żywyh, a zapiekłyh w boleści głosuw.
— Wstydu nie ma, Boga się nie boi, toć jakby z rodzoną matką się spżągł! Jezus! Jezus!
Zgroza ją poderwała kieby huragan, strah nią zatżąsł, a potem zawżała gniewem tak dzikim i mściwym, jak ten bur, co się był pżygiął naraz i żucił rozsrożony na wihurę.
— Hodźmy prędzej, hodźmy! — wołała zażucając bżemię i pżygięta pod ciężarem weszła na drogę nie oglądając się za starym, poganiała ją niezmożona, zawzięta złość.
— Zapłacę ci za wszystko, zapłacę! — skowyczała dziko, kiej te topole nagie, rozkżyczane, zmagające się z wihurą.
— Dosyć już tego, a to i kamień już by się rozpękł, gdyby go robak taki pżewiercał! Antek hce, to nieh pżepada, nieh w karczmie pżesiaduje, ale swojej kżywdy nie daruję, nie, zapłacę jej za wszystko! Zgniję za to w kreminale, to zgniję, ale już by sprawiedliwości na świecie nie było, żeby taka spokojnie hodziła po świętej ziemi... — pżemyśliwała srogo, ale z wolna pżygasały w niej złoście i bladły, kiej te kwiaty na mrozie, bo sił zaczynało brakować, ciężar ją pżygniatał, sęki wpijały się w plecy i hociaż pżez zapaskę i kaftan, a wgniatały się w żywe mięso, ramiona ją strasznie bolały, a zaś ten węzeł płahty, zakręcony w kij, wżynał się w gardziel i dusił, szła coraz wolniej i ciężej.
Droga była kopna, zawalona zaspami i otwarta na pżestżał la wiatruw, że topole z obu stron ledwie były widne w kużawie, stały hwiejnym, nieskończonym szeregiem, szumiały rozpacznie targając się kiej te ptaki poplątane we wnykah, bijące na oślep skżydłami, rozkżyczane. Wiher jakby już tracił na mocy, pżycihał gurą, ale natomiast coraz wścieklej tażał się na polah, z obu stron drogi, na ruwniah, w poszażałyh i mętnyh dalah kotłowała wciąż zawieja, tysiące wiruw zawodziło diabelski tan, tysiące kłębuw zrywało się z ziemi, toczyło, narastało, kieby te wielgahne białe wżeciona furkoczące, tysiące kup ogromnyh, stoguw powihżonyh, grobel szło po polah, ruhało się, kłębiło, w oczah rosło, podnosiło w gurę, sięgało, zda się, nieba, pżysłaniało świat i pękało ze świstem i wżawą. Jakby tym kotłem gotującym się, pżepełnionym białym wżątkiem, rozkipionym, okrytym osędzielizną i parami lodowymi, widziała się cała ziemia. A zewsząd wraz z nocą szło tysiące głosuw, podnosiły się z ziemi, syczały gurą, gżmiały wszędzie, jakieś poświsty kieby batami siekły naokuł, to grania nierozeznane drgały nad ziemią, to szumy boruw huczały niby ta organowa muzyka w czas Podniesienia, to jakieś kżyki, długie, żałosne, rozdzierały powietże, jakby kżyki ptakuw zbłąkanyh, jakieś skowyczące, straszne łkania, to hihoty, to te ostre, suhe poświsty topoli kołyszącyh się w mętnyh, białawyh kużawah, niby straszne majaki z powyciąganymi ku niebu ramionami.
Nic nie rozeznał i na krok jeden, że Hanka omackiem prawie się wlekła od topoli do topoli, odpoczywała często, z pżerażeniem nasłuhując tyh głosuw.
Pod jakąś topolą czerniał pżyczajony zajączek, kturen na jej widok rymnął w zawieję, że go porwała jakby w pazury, aż bek się rozległ bolesny w kużawie. Patżała za nim z politowaniem, bo już ruhać się nie mogła, pżyginała się coraz niżej i ledwie nogi potrafiła wyciągać ze śniegu, tak ją pżygniatało to bżemię, iż zdawało się jej hwilami, jako dźwiga na sobie zimę, śniegi, wihry, cały świat zgoła i że zawsze tak szła śmiertelnie wyczerpana, ledwie żywa z utrudzenia, z okrwawioną, pżesmutną duszą w sobie, i zawsze do końca świata tak wlec się będzie, zawsze. Strasznie się jej dłużyło, droga jakby nie miała końca, a ciężar tak pżygniatał, iż coraz częściej pżywierała pod dżewami i coraz dłużej siedziała omroczona, na puł pżytomna, hłodziła śniegiem rozpaloną tważ, pżecierała oczy, tżeźwiła się, jak mogła, a wciąż jakby zapadała na samo dno tej rozkżyczanej, lutej rozwiei żywiołuw. Jeno popłakiwała żałośnie, łzy same się lały tryskając z tyh najgłębszyh, utajonyh smutkuw człowieczyh, z samego dna serca rozdartego, z tego skżybotu ginącyh bez ratunku, czasem zaś, ale żadko, bo zapominała o wszystkim, modliła się, szeptała pacieże jękliwym głosem, ćwierkała je w sobie porwanymi słowy kiej ten ptaszek marznący, kturen tylko kiejś niekiej zatżepie skżydłem, a że już mocy nijakiej nie ma, to pżysiada, tuli się, piuka i wraz zapada w coraz głębszą senność!
Drgała naraz porywając się z miejsca wystraszona, zdało się jej bowiem, iż słyszy jakieś płakania i pżyzywy dziecińskie, jakby to jej Pietruś wołał!
I biegła znowu całą mocą, potykała się o zwały, plątała w zaspah, a szła gnana trwogą o dzieci, ktura wstała w niej z nagła i kieby biczem popędzała, że już nie czuła zmęczenia ni zimna.
Z wiatrem dobiegło ją jakieś dzwonienie, bżęk orczykuw i głosy ludzkie, ale tak rozpadłe, że hoć pżystanęła nasłuhując, nie zebrała ni słowa, ktoś jednak jehał za nią i był coraz bliżej, aż się wyłoniły z kużawy łby końskie.
— Ojcowe! — szepnęła dojżawszy białą łysicę źrebicy i ruszyła nie czekając.
Nie omyliła się, Boryna to powracał ze sąduw z Witkiem i Jambrożym; jehali z wolna, gdyż pżez zaspy ledwie się było można pżekopać, a nawet w gorszyh miejscah musieli konie pżeprowadzać za uzdy; snadź byli niezgożej napici, bo rajcowali z pżeśmiehami głośnymi, a Jambroży często podśpiewywał po swojemu, nie bacząc na zamieć.
Hanka ustąpiła z drogi naciągając hustkę bażej na oczy, ale mimo to stary pży wymijaniu poznał ją zaraz z pierwszego żutu i pżyłożył koniom po bacie, by prędzej pżejehać, szkapy poderwały się z miejsca i wnet utknęły w nowej zaspie; wtedy obejżał się i wstżymał konie, a gdy się wyłoniła z kużawy i zruwnała z saniami, powiedział:
— Zwal dżewo w pułkoszki, pżysiądź, podwiezę cię.
Tak była nawykła do ojcowyh pżykazuw, że spełniła wszystko bez wahania.
— Bylicę zabrali Bartek, siedział ano pod dżewem i płakał, jadą za nami.
Nie odżekła, zapatżona ponuro w mątwę nocy i kużawy, jaka się srożyła dookoła, siedziała skulona na pżednim siedzeniu dygocząc z utrudzenia i nie mogąc jeszcze myśli pozbierać, a stary pżyglądał się jej długo i uważnie. Zmizerowana była, że aż litość brała patżeć na jej tważ wyhudzoną, siną, poodmrażaną, oczy miała zapuhłe od płaczuw, a usta zacięte boleśnie, tżęsła się cała z umęczenia i zimna, prużno obtulając w podartą huścinę.
— Powinnaś się ohraniać, w takim stanie nietrudno o horobę...
— A ktuż to za mnie zrobi? — szepnęła ciho.
— Na taki czas wybierać się do boru!
— Dżewa zbrakło, waży nie było pży czym zgotować...
— Hłopaki zdrowe?
— Pietruś hożał bez parę niedziel, ale już tak całkiem wydobżał, że teraz dwa razy tyle by jadł — odpowiadała śmiało budząc się z odrętwienia, odsłoniła z tważy hustę spozierając mu prosto w oczy bez dawnego lęku i zestrahanej pokorności, stary zaś wciąż zagadywał i pytał, a zdumiewał się wielce nad jej pżemianą, nie mugł się bowiem doszukać dawnej Hanki. Dziwny, mrożący spokuj bił od niej, a jakaś moc skamieniała, nieustępliwa widniała w jej zaciętyh wargah. Nie pżerażał ją jak dawniej, muwiła niby z ruwnym a obcym o rużnyh żeczah nie skarżąc się ani słuwkiem, nie żaląc... Odpowiadała prosto, do składu, a głosem dziwnie surowym, pżecierpianym i pżez to jakby stężałym w hropawą grudę utajonyh boleń, jeno w oczah niebieskih, wypłakanyh tliło się ostre zażewie czującej mocno duszy.
— Odmieniłaś się, widzę.
— Bieda łacniej pżekuwa człowieka niźli kowal żelazo.
Zdumiał się nad odpowiedzią, że nie wiedział, co na to żec, więc zwrucił się do Jambroża muwić o sprawie ze dworem, kturą wbrew zapewnieniom wujta pżegrał i jeszcze koszta musiał zapłacić.
— Odbierę se, com stracił, odbierę... — muwił spokojnie.
— Trudno to będzie, dwur ma długie ręce i wszędzie poradzi się zastawić.
— I na zastawę jest sposub, na wszystko jest sposub, by ino cierpliwość mieć i poczekać na porę.
— Wasza prawda, Macieju, ale też ziąb, no, wartałoby do karczmy na rozgżewkę wstąpić.
— Wstąpimy, ma być kwaśno, nieh będzie kiej ocet. Ale powiedam wam, że ino kowal musi kuć żelazo, puki gorąc tżyma, człowiek, jeśli hce co wygrać, na zimno musi kuć dolę a w cierpliwości hartować.
Dojeżdżali do wsi, mrok się już był zrobił gęsty i wihura pżehodziła, kużyło jeszcze galanto po drodze, że domuw nie rozpoznał, ale z wolna pżycihało na świecie. Na wprost drużki do hałupy stary wstżymał konie i gdy wysiadła, pomagał jej wziąć bżemię na plecy, a wreszcie żekł z ciha do niej tylko:
— A zajżyj do mnie kturego dnia, hoćby jutro. Miarkuję, że musi być z wami kruho, ten łajdus pżepija wszystko, a ty pewnikiem mżesz głodem z dziećmi.
— Wygnaliście nas, to gdziebym zaś śmiała pżyjść.
— Głupiaś, jensza to żecz, nie twoja, muwię ci, pżyjdź, znajdzie się jeszcze i dla was.
Pocałowała go w rękę i odhodziła bez słowa, tak ją ułapiło rozżewnienie za grdykę, że głosu nie mogła wydobyć.
— Pżyjdziesz to? — zapytał za nią dziwnie miętko i ciepło.
— Pżyjdę. Bóg wam zapłać, kiej pżykazujecie, to pżyjdę...
Popędził konie i zaraz skręcał pżed karczmę, a Hanka już nie czekając na ojca, kturen akuratnie wysiadał z Bartkowych sani, poleciała do hałupy.
W izbie było ciemno i tak zimno, że gożej się widziało niźli na dwoże, dzieci spały pokulone w łużku pod pieżyną, zakżątnęła się żwawo koło waży i obżądkuw, a wciąż pżemyśliwała o tym dziwnym spotkaniu z Boryną.
— Nie, żebyś skapiał, nie pżyjdę, dałby mi Antek! — wykżyknęła ze złością, ale ruwnocześnie i inne, bardziej spokojne myśli pżyhodziły, a z nimi i bunt srogi pżeciwko mężowi.
Jakże, pżez koguż to wycierpiała najwięcej, jeśli nie pżez niego! Stary zapisał grunt tej świni i wygnał ih, prawda, ale Antek go pierwszy pobił i zawsze szczekał na niego, to się i ozeźlił... Miał prawo, każdy by to zrobił, grunt jego i dzieciński, ale puki żyje, jego wola dać lub nie. A jak to miętko powiedział: „Pżyjdź!”, o dzieci pytał, o wszystko! Juści, a i puł tej biedy i poniewierki by nie było, gdyby się Antek nie spżągł z tą suką, temu stary nie winowaty, nie! Rozmyślała rużnie i tłumaczyła, i coraz bardziej ustępował z niej gniew do starego.
Pżywlukł się i Bylica, tak przemarzły i zmęczony srodze, że z dobrą godzinę rozgżewał się pżed kominem, nim zaczął opowiadać, jako już był całkiem ustał, a może by i zamroził się na śmierć pod dżewem, gdyby nie Boryna.
— Dojżał mnie i hciał brać na sanie, ale gdym mu żekł, iżeś pżodem poszła, ostawił mnie Bartkowi, a sam pognał konie, by cię dogonić...
— Tak było? Nic mi o tym nie powiedział.
— Kwardy on jeno z wieżhu, la niepoznaki.
Po kolacji, gdy dzieci nakarmione do syta, poobtulane w pieżyny, znowu zasnęły, Hanka siadła pżed ogniem do pżędzenia resztek wełny organiścinej, a stary wygżewał się wciąż, spoglądał nieśmiało, hżąkał, zbierał odwagę, aż w końcu zaczął jękliwie:
— Zrub z nim zgodę, na Antka się nie oglądaj, a ino siebie i dzieci miej na widoku.
— Łacno to powiedzieć.
— Kiedy on pierwszy pżystąpił do ciebie z dobrym słowem, poniehaj złości. Tam u niego w hałupie piekło... nie dziś, to jutro Jagnę wygoni i ostanie sam... Józka nie poredzi w tylem gospodarstwie, stary jeszcze nie jest, ale też wszystkiego nie zrobi ni dojży... dobże, byś jego łaskę na ten czas miała... o toś zabiegać powinna... Byłabyś mu pod ręką w sposobną porę... to nie wiada, jak by się stało... może by pżyzwał z powrotem... nie zdzierżysz tej biedzie, nie...
Opuściła na te słowa wżeciono, wsparła głowę o pżęślicę i zadumała się głęboko nad swoją dolą rozważając powoli rady ojcowe. A stary pżyszykował sobie spanie i ciho zapytał:
— Muwił w drodze z tobą?
Opowiedziała, jak było.
— To idź, curko, bieżyj hoćby zaraz jutro, staw mu się, kiej pżyzywa, bieżyj... bacz ino na siebie i dzieci... starego się tżymaj... oczami mu świeć... dobrą mu bądź... pokorne cielę dwie matki ssie... złością jeszcze nikto świata nie zwojował... Antek jeszcze powruci do ciebie... opętało go złe i żuca po świecie... ale wnet pżejży i powruci... Pan Jezus podaje ci taką godzinę, by z biedy wyciągnąć... to nikogo nie słuhaj, a bieżyj...
Długo ją namawiał i pżekonywał, a nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi zmilknął pomarkotniały i nażądziwszy sobie spanie legł ciho, Hanka zaś pżędła dalej rozmyślając nad jego radami.
Czasem zaś wyglądała oknem, czy Antek nie wraca, ale nie było ani słyhu.
Siadała znowu do roboty, ale nie mogła pżąść dzisiaj, nitka się rwała, to wżeciono wypadało z palcuw, bo coraz pilniej rozważała słowa Borynowe.
— A może się tak stanie, może pżyjdzie taka godzina, że ją pżyzwie...
I z wolna, z wolna, kołująca jeszcze, pełna wahań wstawała w niej niezmożona hęć zgody i powrotu do starego.
— Troje nas cierpi biedę, a niezadługo będzie czworo! Dam to wtedy radę, co?
Antka już nie wliczała, nie brała w rahubę w tej hwili, widziała tylko siebie i dzieci, sama się czuła gotową do stanowienia za wszystkih. Jakże, na kogo się to spuści? Kto to pomoże, hyba Bóg jeden albo i Boryna!
Zaczęła mażyć, że niehby się jeno dorwała z powrotem gospodarstwa, niehby znowu poczuła ziemię pod nogami, to się tak pżypnie do niej, tak wepże całą duszą i pazurami, że nic ją nie oderwie i nie zmoże. Nadzieja w niej rosła wraz z takim nabierem sił, aż ją rozpierało we środku od mocy, nieustępliwości a odwagi, ognie hodziły po niej, oczy się roziskżały... już się nawet czuła tam, u Borynów, żądziła wszystkim, gospodynią była...
Długo, może do samego pułnocka tak się rozmażała postanawiając ruwnocześnie, że zaraz z rana, jak pżykazywał, zabieże jeno dzieci i pujdzie do starego, hoćby Antek nie wiem jak zakazywał, hoćby ją nawet skatował, nie posłuha i pujdzie, a tej dobrej okazji nie popuści... Moc w sobie poczuła niezmożoną do walki hoćby z całym światem, nie wahała się już ni bała niczego!
Wyjżała jeszcze na dwur, wiatr całkiem ustał, uspokoiło się zupełnie, noc była ciemna, że ledwie te śniegi szażały, na niebie kłębiły się ogromne hmury i pżewalały się kiej wody, od boruw dalekih czy też z tej ciemnicy niepżejżanej szły jakieś głuhe szumy.
Zgasiła światło i szepcząc pacieże zaczęła się rozbierać.
Naraz jakiś wżask daleki, pżytłumiony zadrgał w ciszy, rusł, rozlegał się coraz wyraźniej, a wraz z nim i blask krwawy udeżył w szyby.
Wybiegła pżed dom wystraszona.
Paliło się, gdziesik ze środka wsi buhały słupy ognia, dymuw i skier.
Dzwon zaczął bić na trwogę i kżyki się wzmagały.
— Gore! wstawajta, gore! — zakżyczała do Stachów, pżyodziała się naprędce i wypadła na drużkę, ale zaraz prawie natknęła się na Antka biegnącego pędem ode wsi.
— U kogo się pali?...
— Nie wiem, wracaj do hałupy!
— Może to u ojca, bo jakoś w pośrodku! — bełkotała w trwodze śmiertelnej.
— Wracaj, psiakrew! — ryknął porywając ją pżez siłę do izby.
Okrwawiony był, bez czapki, kożuh miał porozrywany, tważ osmoloną i dziki, niepżytomny ogień w oczah.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.