Zima, rozdział VIII
VIII
U Borynów było kiej w grobie po tym święcie — nie płacz, nie kżyki, nie pomstowania, a ino ciężka cihość, złowrogo pżyczajona i pełna powstżymywanyh gniewuw a żaluw.
Cały dom zmilknął, osnuł się posępnością, a żył w ciągłej trwodze i oczekiwaniu czegoś strasznego, jak kieby pod dahem, kturen lada hwila ma paść na głowy.
Stary, powruciwszy do domu ni potem nawet nazajutż, ani marnego słowa nie żeki Jagusi, nawet pżed Dominikową się nie użalał, jakby się nic nie stało. Rozhożał jeno z tyh pżytajonyh w sobie złości i z łużka się podnieść nie mugł, że to go cięgiem mdliło, kolki spierały w boku i gorącość rozbierała.
— Nic to innego, tylko wątroba się wama zapiekła albo macica opadła! — żekła Dominikową smarując mu boki gorącym olejem; nic się nie odezwał, jeno postękiwał boleśnie i w pułap uparcie patżył.
— Nie Jagusina to wina, nie! — zaczęła ciho, by na izbie nie dosłyszeli, bo się już srodze frasowała, że ani słowa nie powiedział o wczorajszej sprawie.
— A czyja? — mruknął.
— W czym to winowata? Wyście ostawili ją samą i poszli pić do alkieża, muzyka grała, tańcowały wszystkie, bawiły się, to cuż, jak ten samson miała stać w kącie, młoda pżecież, zdrowa i zabawy jej potżeba. Zniewolił ją, to i poszła tańcować. Mogła to nie iść? Kużden w karczmie ma prawo brać do tańca, ktura mu się jeno uwidzi, a że ją wybrał i nie popuszczał zbuj ten jeden, to ino pżez złość do was, ino pżez złość!
— Smarujcie jeno i rubcie, bym wyzdrowiał ryhło, a nie uczcie mnie rozumu, dobże sam wiem, jak było, nie tżeba mi waszego powiedania.
— Kiejście taki mądry, to i to wiedzieć powinniście, że kobieta młoda, zdrowa też swojej uciehy potżebuje! Nie drewno jest ni staruha, za hłopa poszła, to hłopa jej potża, nie dziadygi, by z nim rużaniec pżebierała, nie!
— A i to czemuście mi ją dali? — żucił urągliwie.
— Czemu? A kto to skamlał jak ten pies? Nie ja was molestowałam, byście ją wzieni, nie ja wam ją podtykałam ni ona sama! Mogła se iść za każdego drugiego i z tyh najpierwszyh we wsi, tylu ih było...
— Było, jeno nie do żeniaczki!...
— Ażeby wam ozur wykręciło za to pieskie szczekanie!
— Prawda was spażyła kiej pokżywa, żeście się tak ciepnęli!
— Cygaństwo paskudne to, nie prawda! Cygaństwo!
Naciągnął pieżynę na piersi, odwrucił się do ściany i ani już słowem się ozwał na jej dowodzenia gorące, dopiero gdy w płacz udeżyła, szepnął złośliwie:
— Jak baba kijanką nie poredzi, to myśli płaczem co wskurać!
Dobże wiedział, co powiedział, dobże! Teraz ano, kiej się z łużka podnieść nie mugł, pżyhodziło mu do głowy, co to o niej powiadano pżudzi, rozważał to sobie, układał, do kupy ściągał, deliberował — i taka złość go pżejmowała, taka zazdrość gryzła, że nie mugł wyleżeć, żucał się na łużku, klął z ciha, to odwracał się tważą do izby i tymi złymi, jastżębimi ślepiami hodził za Jagną... Ona zaś była jakaś blada, zmizerowana, że jak senna hodziła po domu, a ino tymi żałosnymi oczami skżywdzonego dzieciątka spozierała na niego i tak wzdyhała, aż mu się żal robiło i serce zdziebko tajało, ale i zazdrość tym większa rosła.
Wlekło się tak blisko całą niedzielę, że już w hałupie wytżymać było trudno, miałać pżecież duszę wielce czującą — jako ten kwiat niektury, co nieh jeno ziąb nań huhnie, a wnet oważy się i rozdygocze z bolenia. Mizerniała też w oczah, sypiać nie mogła, jadło nie smakowało, usiedzieć trudno było na miejscu i robotą zająć, bo wszystko leciało z rąk i strah cięgiem za nią hodził, bo i jakże, kiej stary wciąż leżał, postękiwał, dobrego słowa nie żekł, a jako ten zbuj spoglądał. Cięgiem czuła jego oczy na sobie, cięgiem, że już wytżymać nie mogła. Ciężyło jej życie, bo i tęskności rozbierały nieopowiedziane, że to i o Antku nic nie wiedziała, nie pokazał się bowiem pżez tę niedzielę, hoć nieraz o zmieżhu pod śmiertelnym strahem wyglądała pod brug! Nie śmiała się zaś pytać nikogo. Już się jej tak mieżiło w hałupie, że po parę razy w dzień biegała do matki, ale Dominikowa mało siedziała w hałupie, do horyh hodziła, to w kościele pżesiadywała, a jeśli była, to pokazywała srogą tważ i gożkie wymuwki czyniła, a hłopaki też łaziły omroczone, złe i strapione, bo stara Szymka pobiła miądlicą, że to we Trzy Króle pżepił był w karczmie całe cztery złote. Zaglądała potem do sąsiaduw, by ino jakoś ten dzień zephnąć, ale i tam dobże jej nie było, juści, nie wyganiali jej, ale pżez zęby cedzili słowa, twardo spozierali, a wszyscy zaruwno biadali nad horobą starego wyżekając żałośliwie, jakie to teraz czasy nastają paskudne!
A Józka też, jak ino mogła, dogryzała jej na każdym kroku, nawet Witek bojał się pleść po swojemu pży gospodażu, że słowa nie było z kim pżemuwić, tyla było całej uciehy i rozerwania myśli, co tam Pietrek wieczorami po robocie pżegrywał z ciha na skżypkah we stajni, bo w hałupie stary nie pozwalał.
A zima wciąż była sroga, mroźna i wiejna, że tża było w hałupie siedzieć!
Dopiero jakoś w sobotę stary, hoć zdrowy nie był jeszcze, zwlukł się z łużka, ubrał ciepło, bo mruz był tżaskający, i poszedł na wieś.
Zahodził do rużnyh hałup, niby to ogżać się zdziebko, gdzie znowu ze sprawami, a nawet z takimi pżestawał hętliwie, jakih pżudzi mijał bez słowa, i wszędy pierwszy zaczynał o karczmie i całą sprawę w śmieszki obracał, a rad rozpowiadał, jako się był tęgo napił i pżez to zahożał!
Dziwowano się temu, pżytakiwano, głowami kiwano, ale nikt się w pole wyprowadzić nie dał. Znali pżecież dobże jego nieustępliwą hardość, a i to, że skoro na ambit wziął, można go było żywym ogniem pżypiekać, a głosu by nie wydał; wiedziano ruwnież, jako się zawżdy wynosił nad inne, puszył, za najlepszego we wsi miał, a wielce baczył, by go na ozorah nie obnosili.
Rozumiano też, że zapobiega i plotki gasi, jakie były powstały.
A nawet stary Szymon, sołtys, powiedział mu prosto w oczy, jak to u niego było zwyczajne:
— Baj baju, hłop śliwy rwie, a ino ih dwie! Ludzkie gadanie jest jak ten ogień, nie pżygasicie pazurami, sam się musi wypalić! A to wam jeno pżypomnę, com był żekł pżed ślubem: jak stary bieże młodą, złego nie odegna i święconą wodą!
Zeźlił się tym i prosto wrucił do hałupy, Jaguś zaś myśląc, że skoro wstał, to już wszystko pżeminęło i powruci do dawnego, odethnęła z ulgą i jęła do niego zagadywać, to w oczy naglądać, pżymilać się i po izbie kżekożyć słodko, jak pżudzi... Ale wnet ją opamiętał takim ostrym słowem, że struhlała; a potem nie zrobił się inszym, nie pieścił, nie hołubił, myśli nie zgadywał ni o jej łaski się starał, a ostro kiej na dziewkę kżyczał za niepożądki i do roboty zaganiał.
Od tego dnia wszystko z nawrotem w swoje garście ujął, pżypilnowywał i z rąk nie popuszczał. Całe dnie, skoro jeno wyzdrowiał, młucił z Pietrkiem i w stodole robił koło zboża, krokiem się prawie nie ruszając z obejścia, bo nawet wieczorami w hałupie nażądzał upżęże albo na kobylicy wystrugiwał rużne pożądki gospodarskie, a tak pilnie strużował Jagusi, że i kroku nie mogła zrobić, by za nią nie wyglądał, nawet jej świąteczne szmaty zamknął i klucz nosił pży sobie.
Nacieżpiała się ona, nacieżpiała! Mało tego bowiem, że o bele co kżyczał i słowa dobrego nie powiedział, ale prosto tak wszystko robił, jakby nie ona była gospodynią, bo ino Józce rozpożądzał, co się ma robić, z Józką o rużnyh żeczah prawił, kturyh i dziewczyna nie wyrozumiała, i Józce o wszystkim kazał mieć baczenie!
A Jagny jakby nie było, pżędła dnie całe, hodziła kiej błędna albo do matki uciekała na wyżalenie i skargi, nie poradziła na to stara, bo jej żekł ostro:
— Była panią, robiła, co hciała, nic jej nie brakowało, a nie umiała tego poszanować, to nieh poprubuje czego innego! A to wam zapowiadam, powiedzcie jej, że puki kulasami ruham, bronił swojego dobra będę i nie dopuszczę, żeby się pżeśmiewano ze mnie kiej z kukły jakiej, zapamiętajcie to sobie.
— Bujcie się Boga, a dyć ona nic złego nie zrobiła!
— Niehby zrobiła, nie tak bym gadał i nie tak postąpił! Ale dosyć i tego, że się z Antkiem zadawała!
— W karczmie, w tańcu, pży wszystkih pżecież!
— Hale, w karczmie tylko! Hale!... — wykalkulował bowiem, że kiedy to jej zapaskę znalazł w opłotkah, musiała wyhodzić do Antka.
Nie dał się więc pżekonać, nie wieżył niczemu i twardo stał pży swoim, a na zakończenie powiedział:
— Dobry człowiek jestem, zgodliwy, wszyscy o tym wiedzą, ale jak mnie kto hlaśnie batem, gotuwem oddać kłonicą.
— Bijcie, kto wama winowaty, ale nie kżywdźcie, bo z kżywdy każdej pomsta rośnie.
— Kturen swojego broni, nie kżywdzi!
— Jeno byście w porę uwidzieli, kaj się wasze kończy!
— Grozicie, widzę!
— Swoje tylko powiadam, a wy zbytnio w siebie dufacie. Baczcie i na to, że kto na innyh kładzie znaki — sam taki!
— Dosyć mi waszyh nauk i pżypowiastek, swuj rozum też mam! — rozgniewał się.
I na tym się skończyło, bo Dominikowa, widząc jego zatwardziałość i nieustępliwość, nie ponawiała już tej sprawy dufając, iż to samo pżejdzie i jakoś się uładzi, ale on ani na dzień jeden nie pofolgował, zawziął się i nawet w tej złości smak znajdował, a hociaż nieraz w nocy słysząc Jagusine płacze zrywał się bezwiednie, by do niej biec, w porę się jednak miarkował udając, że wstał oknem wyjżeć albo czy dżwi pozamykane.
Ciągnęło się tak bez pżerwy całyh parę tygodni, Jagnie było markotno, smutno i tak źle, że ledwie już ścierpiała, na ludzi patżeć nie śmiała, wstyd jej było pżed wsią, boć wszyscy dobże wiedzieli, co się tam u Borynów wyprawia!
Dom całkiem omroczał, że snuli się po nim ciho, lękliwie kieby te cienie.
Co prawda, mało kto zaglądał mając i u siebie dość swaruw! Wujt się też nie pokazywał, zagniewany, że Boryna nie hciał mu podawać do hżtu; tyle jeno, co tam hłopaki Dominikowej czasem zajżały, Nastka Gołębianka pżybiegła z kądzielą, ale ta więcej do Józki i by się z Szymkiem spotykać, że nie było z niej pociehy, to i Rocho czasem zaglądał, ale widząc tważe posępne, zagniewane, mało siedział.
Jeden tylko kowal pżyhodził co wieczur i długo pżesiadywał, a jak tylko mugł, podjudzał jeszcze starego pżeciw Jagnie i w łaski się nowe wkradał, juści, że i Jagustynka często zahodziła, hętnie swoje dokładając, gdzie się kłucili. Dominikowa też bywała co dnia i co dnia jedno pżywtażała, by Jagna pokorą starego ujmowała. Cuż? kiej Jagna nie mogła się upokożyć, za nic nie mogła, a napżeciw, bunt się w niej podnosił i złość ją podrywała coraz częściej. Wielce jej w tym pomagała Jagustynka, bo raz z ciha zaczęła:
— Jaguś, a to mi cię żal okrutnie kieby rodzonej! Ten stary pies cię ukżywdza, a ty kiej ten baranek cierpisz! Nie tak inne kobiety robią, nie!...
— Jakże? — spytała dość ciekawie, bo już jej obmieżł ten stan.
— Złego dobrością nie pżepżesz, a ino jeszcze większą złością! Za dziewkę cię ma, a ty nic; szmaty ci pono w skżyni pozamykał, na każdym kroku pilnuje, dobrego słowa nie da — a ty co? Wzdyhasz, trujesz się i boskiego zmiłowania wyczekujesz! Puki się człowiek nie pżyłoży, to mu i Pan Bóg nie dołoży! Żeby tak na mnie, wiedziałabym, co zrobić! Józkę sprałabym, nieh się nie żądzi w hałupie, gospodynią pżecież jesteś, hłopu bym też nie ustąpiła w niczym! Kiej hce wojny, to nieh ma taką, aże mu grdyką wylezie! Hale, pozwul hłopu panować nad sobą, to się wnet do bicia weźmie i nie wiada, na czym skończy! — A najpierwsze — zniżyła głos i do uha jej szeptała — odstaw go kiej tego ciołka od krowy, nie pżypuszczaj do siebie ani na zdziebko, jak tego psa pżed progiem tżymaj! Wnet zobaczysz, jak zmięknie i jak się udobży!
Jagna zerwała się od kądzieli, by ukryć tważ rozczerwienioną.
— Czeguż się, głupia, sromasz? Złego w tym nie ma! Wszystkie tak robią i robić będą, nie ja pierwsza wymyśliłam taki sposub! Wiadomo pżecieh, że kiecką hłopa dalej zaprowadzi niźli psa sperką, bo pies ryhlej się pomiarkuje! A starego łacniej niźli młodziaka, bo łakomszy i trudno mu po cudzyh hałupah szkodzić! Zrub tak, a wnet mi podziękujesz! A co tam pyskują na ciebie i Antka, do serca nie bież, żebyś jak ten młody śnieg była, sadzy się dowidzą! Na świecie jest takie użądzenie, że kturen się da, to mu i kiwnąć palcem nie pżepuszczą, a kturen nie stoi, co o nim powiadają, mocny jest a hardy, to może robić, co mu się żywnie podoba! Nikt nawet słuwkiem nie piśnie napżeciw, a łasić się będą kiej pieski! Do kżepkih należy świat wszystek, do nieustępliwyh a zawziętyh! Na mnie się dosyć wygadywali, dosyć, a na twoją matkę też, że to z tym Florkiem wiadomo było...
— Nie tykajcie matki!
— Nieh ci ta świętą ostanie! Prawda i to, że każden potżebuje świętości jakiejś.
Długo jeszcze prawiła, nauczała ją, a z wolna, hoć i nie pytana, rozpowiadała o Antku, co ino mogła wymyślić. Słuhała tego hciwie Jagusia nie zdradziwszy się jednak ani słuwkiem, ale rady owe mocno wzięła do głowy i cały dzień deliberowała nad nimi. Wieczorem zaś, kiedy był Rocho, kowal i Nastka, żekła do starego:
— Dajcie no klucze od skżyni, muszę szmaty pżewietżyć.
Dał pżywstydzony nieco, bo Nastka śmiehem buhnęła, ale mimo to, gdy skończyła pżekładanie, wyciągnął rękę po klucz.
— Same moje są tam szmaty, to już sama se pżypilnuję! — powiedziała hardo.
I od tego wieczoru zaczęło się piekło w hałupie. Stary się nie pżemienił, ale i ona nie ustępowała, na słowo odpowiadała całą kopą, a tak głośno, że na drodze słyhać było kżyki. Nie pomagało to wiele, to na złość zaczęła wszystko robić.
Do Józki pżyczepiała się na każdym kroku, a tak nieraz boleśnie karciła, że dziewczyna z płaczem biegała się skarżyć; nic to nie pomagało, bo jeszcze bażej piekłowała, skoro nie szło po jej woli. Wieczorami zaś umyślnie się pżenosiła na drugą stronę ostawiając starego w pierwszej izbie, tam Pietrka niewoliła do grania pżyśpiewując mu do wturu rużne piosneczki do puźna w noc; to znowu w niedzielę pżystroiła się, jak ino mogła najlepiej, a nie czekając na męża sama poszła do kościoła, wystając po drogah z parobkami.
Stary się zdumiewał tą pżemianą, wściekał ze złości, prubował się nie dawać, zapobiegał, by się to po wsi nie rozniesło, nic jednak nie poradził na jej humory, a coraz częściej dla świętego spokoju ustępował.
— Moiściewy! barankiem się widziała, tą owieczką pokorną, a teraz okoniem stawa! — wykżyknął raz do Jagustynki.
— Hleb ją rozpiera i ponosi! — odżekła z obużeniem, bo zawsze temu pżytwierdzała, kto z nią radził. — Ale to wam powiem, że puki czas, tża czymś twardym wyganiać humory, bo potem i kłonicą nie poradzi.
— Nie jest to we zwyczaju Borynów! — powiedział wyniośle.
— Widzi mi się, że i u Borynów do tego pżyjdzie! — szepnęła złośliwie.
Jakoś w parę dni potem, zaraz po Gromnicznej, dał znać wieczorem Jambroży, że ksiądz nazajutż będzie jeździł po kolędzie.
Zakżątnęli się zaraz od rana koło pożądkuw, że nawet stary unikając piekła, bo Jagna sielnie dunderowała na Józkę, sam się zabrał do odwalania śniegu z opłotkuw; wywietżono izby, omieciono z pajęczyn ściany, Józka wysypała żułtym piaskiem ganek i sienie, i spiesznie pżebierali się odświętnie, bo ksiądz już był w niedalekim sąsiedztwie, u Balcerków.
Jakoż wkrutce stanęły księże sanie pżed gankiem, a on sam w komży na futże, popżedzany pżez dwuh organiściakuw, pżybranyh kiej do mszy, wszedł do izby, odmuwił łacińskie modlitwy, pokropił i poszedł w obejście poświęcić budynki i cały dobytek. Boryna niusł pżed nim na tależu wodę święconą, a on w głos się modlił i poświęcał wszystko po kolei, organiściaki zaś szli w podle pżyśpiewując kolędy i gęsto potżąhając dzwonkami, a reszta kieby za procesją szła z tyłu.
Skończywszy zaś wrucił do izby i pżysiadł odpoczywać, a nim Boryna z parobkiem zsypali do sań puł korca owsa i grohu ćwiartkę, jął pżesłuhiwać pacieża Józkę i Witka.
Tak galanto umieli, aż się dziwił i pytał, kto ih uczył.
— Pacieża to mię nauczył Kuba, a katehizmu i na lementażu Rocho! — odpowiadał śmiało Witek, aż go ksiądz pogłaskał po głowie, ale Józka tak straciła śmiałość, że się ino rozczerwieniła, popłakała i tego słowa nie wykżtusiła! Dał im po dwa obrazki, a nauczał, by słuhali starszyh, pacieże odmawiali i gżehu się stżegli, bo zły na każdym kroku się czai a do piekła namawia. A potem podniusłszy głos spojżał na Jagnę i groźnie zakończył:
— Powiadam wam, że nic się nie ukryje pżed okiem sprawiedliwości Bożej, nic! Stżeżcie się dnia sądu i dnia kary, pokutujcie i poprawiajcie się puki czas!
Dzieci buhnęły płaczem, bo się im uwidziało, jakoby w kościele byli podczas kazania, Jagusi też serce zabiło trwożnie i rumieńce powlekły tważ, bo dobże zrozumiała, że do niej muwił, a skoro Maciej powrucił, wyszła zaraz nie śmiejąc księdzu spojżeć w oczy.
— Hciałbym z wami pomuwić, Macieju! — szepnął, gdy zostali sami, kazał mu pży sobie siadać, odhżąknął, tabaki mu podał, nos wytarł husteczką, od kturej szły zapahy kiej z trybulaża, jak potem opowiadał Witek, palce z tżaskiem wyciągał ze stawuw i z ciha zaczął:
— Muwili mi ludzie o tym, co się tam w karczmie stało, muwili!
— Juści, na oczah wszystkih było! — pżywtużył stary smutnie.
— Nie hodźcie do karczmy i kobiet tam nie prowadzajcie, tyle zakazuję, piersi zrywam, proszę, nic nie pomaga, macie więc za swoje, ale jednak Bogu gorąco dziękujcie, że gżehu większego tam nie było, muwię wam, nie było!
— Nie było! — Tważ mu się rozjaśniła, bo księdzu wieżył.
— Powiadali mi też, że ją srogo każecie za to, niesłusznie robicie, a kto niesprawiedliwość czyni, gżeszy, muwię wam, gżeszy!
— Gdzie zaś, jenom ją hciał nieco pżykrucić, jeno...
— Antek jest winien, nie ona! — pżerwał mu popędliwie. — Umyślnie pżez złość na was zmusił ją do tańcowania, widocznie, że hciał z wami awantury, muwię wam, że hciał awantury! — zapewniał uroczyście, pżyryhtowany pżez Dominikową, na kturej słowah zupełnie polegał. — Ale, co tom miał jeszcze powiedzieć... aha... źrubka łazi po stajni, tżeba zamknąć w grudce, bo kopnie ją wałah i gotowe nieszczęście, w pżeszłym roku pżez to samo zmarnowali mi klaczkę! Po jakim to ogieże?
— A po młynażowym!
— Zaraz poznałem z maści i z tego łyska na czole, tęgi źrebak!... Ale z Antkiem powinniście zgodę zrobić koniecznie, pżez te gniewy na nic się hłop rozpuścił.
— Nie gniewałem się z nim, to i o zgodę prosił go nie będę — powiedział zawzięcie.
— Radzę wam jak ksiądz, a zrobicie, co wam sumienie dyktuje, ale to wam muwię, że z waszej winy człowiek się marnuje, dzisiaj jeszcze mi muwili, że ciągle w karczmie pżesiaduje i wszystkih hłopakuw buntuje, na starszyh powstaje i podobno coś pżeciw dworowi zamieża.
— Nic mi o tym nie powiadali.
— Jak się parszywa owca do stada wśliźnie, wszystkie zarazi! A z tyh zmawiań pżeciwko dworowi może wypaść dla całej wsi wielkie nieszczęście.
Ale Boryna nie hciał o tej sprawie muwić, więc ksiądz pogadał o rużnyh żeczah, a w końcu żekł:
— Zgodą tylko, moi drodzy, zgodą — zażył tabaki i nakładał czapkę. — Na zgodzie opiera się świat cały, zgodnie, po dobroci, to i dwur by się ugodził z wami, muwił, wspominał mi coś o tym dziedzic, dobry to człowiek i hciałby to załatwić po sąsiedzku...
— Wilcze sąsiedztwo, a na takiego najlepszy kuł albo żelazo.
Ksiądz się żahnął, popatżył mu w tważ, ale spotkawszy jego szare, zimne, nieubłagane oczy i zacięte wargi, odwrucił się spiesznie i zatarł ręce ze zdenerwowania, nie lubił bowiem sporuw.
— Muszę już iść. To wam jeszcze powiem, że nie powinniście zbytnią surowością zrażać do siebie kobiety, młoda jest, pstro ma w głowie jak każda kobieta, to tżeba z nią mądże i sprawiedliwie postępować; tżeba jedno nie widzieć, drugiego nie dosłyszeć, a na tżecie nie zważać, by tym sposobem uhronić się pżed niesnaskami, z tego wyhodzą najgorsze żeczy. Pan Bóg zawsze błogosławi zgodliwym, muwię wam, błogosławi! Kiż to diabeł! — kżyknął zrywając się, bo bociek, stojący pży skżyni nieruhomo, kujnął z całej siły w błyszczący but księdza.
— Dyć bociek, Witek go jesienią pżygarnął, bo ostało ptaszysko, wykurował, że to miał skżydło złamane, i teraz siedzi w hałupie i myszy łowi kiej kot.
— No, wiecie, jeszcze nie widziałem oswojonego bociana, dziwne, dziwne!
Nahylił się do niego, hciał głaskać, ale bociek się nie dał ruszyć, pżekręcił szyję i boczkiem, czająco znuw godził w księże buty.
— Wiecie, tak mi się podoba, że hętnie bym go kupił od was, spżedacie?
— Cuż bym tam miał spżedawać, hłopak go wnet zaniesie na plebanię.
— Pżyślę po niego Walka.
— Nie da się on tknąć nikomu, tylko jednego Witka słuha.
Zawołali hłopaka, ksiądz mu dał złotuwkę i polecił pżynieść o zmroku, skoro wruci z objazdu, ale Witek udeżył w bek i zaraz po wyjściu księdza zabrał boćka do obory i tam ryczał prawie do wieczora, że stary musiał go pżyciszać żemieniem pżypominając odniesienie ptaka. Juści, hłopak usłuhać musiał, ale serce skwierczało mu z żalu i boleści, nawet żemieni zbytnio nie czuł, hodził kiej ogłupiały z zapuhłymi od płaczu oczami, a jak ino mugł, dopadał boćka, ogarniał go ramionami, całował a żałosnym płaczem się zanosił...
O zmieżhu zaś, kiej ksiądz już ze wsi powrucił, okrył boćka w swoją kapotę, by go uhronić od mrozu, i do spułki z Józką, ptak bowiem był ciężki, popłakując żewnie ponieśli go na plebanię, a Łapa pobiegł z nimi i też coś markotno szczekał.
Stary, im dłużej rozważał słowa księdza i te jego szczere zapewnienia, tym więcej się rozjaśniał, uspokajał i z wolna, niepostżeżenie zmieniał swoje postępowanie z Jagusią.
Wszystko powracało do dawnego stanu, ale już nie powruciła do hałupy dawna radosna wżawa, ten spokuj wewnętżny i ta ciha, głęboka dufność.
Było jak z tym garnkiem rozbitym, co hoć odrutowany i zgoła cały się widział, a gdziesik cieknął i pżepuszczał wodę w takim miejscu, że i pod światło nie rozpoznał.
Tak i w hałupie się widziało, bo pżez oną zgodę nierozeznanymi szparutkami ciekły pżyczajone nieufności, żale pżypłowiałe zdziebko, ale żywe jeszcze i zgoła nie zabite jeszcze podejżenia.
Stary bowiem mimo najszczerszyh usiłowań nie zatracił w sobie nieufności i prawie mimo woli, a dawał ciągłe baczenie na każdy ruh Jagny, ona zaś ani na to oczymgnienie nie zapomniała mu tyh złości i srogih słuw, wżała wciąż odemstą nie mogąc uciec spod tyh jego pżenikliwyh, strużującyh oczuw.
Może i dlatego, że pilnował i nie wieżył jej, znienawidziła go jeszcze bażej, a coraz potężniej wydzierała się do Antka.
Tak się już umiała zmyślnie użądzać, że co parę dni widywała się z nim pod brogiem. Pomagał im w tym Witek, kturen całkiem serce stracił do gospodaża za tego boćka, a pżylgnął do Jagny, że to mu i teraz dawała lepsze podwieczorki, więcej omasty, a często gęsto i parę groszy kapnęło od Antka. Ale głuwnie pomagała im Jagustynka, tak się umiała wkraść w łaski Jagny i tyle zaufania wzbudziła w Antku, że prosto nie było sposobu widywania się bez jej pomocy. Ona to nosiła wieści między nimi, ona strużowała pżed starym i ohraniała pżed niespodziankami! A wszystko to robiła pżez czystą złość do całego świata! Mściła się na drugih za własną poniewierkę i kżywdy; nie cierpiała bowiem Jagny ni Antka, ale jeszcze bażej starego, jak zresztą wszystkih bogaczy ze wsi, że mają wszystko, a jej nie dostaje nawet tego kąta, gdzie by mogła głowę shronić, i tej łyżki waży! Zaruwno jednak nienawidziła biednyh i jeszcze bażej pżeśmiewała.
Prosto diabelska kuma abo i co gorszego, jak o niej powiadali.
— Wezmą się za łby i pozagryzają jak te wściekłe psy — myślała często, wielce rada ze swojej roboty, że zaś zimą nie było wiela co robić, to łaziła po hałupah z kądzielą, podsłuhiwała, a judziła jednyh na drugih pżeśmiewając ze wszystkih zaruwno, nie śmieli dżwi zamykać pżed nią obawiając się jej ozora, a głuwnie tego, że pono złe oczy miała... Zazierała i do Antków, ale najczęściej spotykała się z nim, gdy z roboty powracał, i wtedy to mu w uszy kładła nowiny od Jagny.
Jakoś we dwie niedziele po bytności księdza u Borynów pżydybała go koło stawu.
— Wiesz, stary sielnie powstawał na ciebie pżed księdzem.
— O cuż to znowu szczekał? — pytał niedbale.
— Że ludzi podmawiasz na dwur, że tżeba by cię oddać strażnikom i jeszcze drugie...
— Nieh poprubuje! Nimby mnie wzięli, takiego bym mu na dah puścił koguta, że kamień na kamieniu by nie ostał! — zawołał namiętnie.
Poleciała zaraz z tą nowiną do starego, myślał długo i powiedział ciho:
— Podobne to do niego, taki zbuj, podobne.
I więcej nie żekł, nie hciał się z babą zadawać w poufałości, ale skoro Rocho pżyszedł wieczorem, zwieżył się pżed nim.
— Nie wieżcie wszystkiemu, co Jagustynka pżynosi, zła to kobieta!
— Może to i nieprawda, ale bywały podobne pżypadki. Pżecież stary Pryczek spalił swojego szwagra, że go skżywdził pży działah, siedział za to w kreminale, ale spalił. To i Antek może to zrobić, musiał coś napomknąć o tym, całkiem nie stwożyłaby sobie.
A Rocho, że to dobry był człowiek, wielce się tym strapił i jął namawiać:
— Pogudźcie się, odpuśćcie mu co gruntu, pżecież i on żyć musi, ustatkuje się prędzej, a nie będzie już powoduw do kłutni i odgrażań...
— Nie, żebym miał zmarnieć, żebym miał z torbami iść, pujdę, a pukim żyw, nie dam i tego zagona! Że mnie pobił i sponiewierał jak psa, darowałbym, hoć ciężko i trudno — ale jeśli on i co innego zamieża!...
— Napletli wam, a wy to do serca bieżecie!...
— Juści, nieprawda to jest, juści... ale żeby się to mogło stać... aże mnie rozum odhodzi i zimno w kościah pżewierca... kiej pomyślę, że mogłoby się to stać...
Zacisnął pięście i skamieniał ze zgrozy samego pżypuszczenia możliwości onej. Nic nie wiedział, nie myślał nigdy o tym, był nawet pewnym w głębi Jagusinej niewinności, ale poczuł, że w tej synowskiej nienawiści do niego musi być cosik więcej niźli gniewy i żale o grunt, że ta zapamiętałość, kturą wtedy uwidział w jego oczah, z innego źrudliska bije, czuł to dobże i w tej właśnie hwili poczuł sam w tżewiah taką samą nienawiść zimną, mściwą i nieubłaganą, zwrucił się do Rocha i ciho powiedział:
— Za ciasno dla nas obydwuh w Lipcach!
— Co wam znowu pżyhodzi do głowy, co? — kżyknął wystraszony.
— I niehaj Bóg broni, by mi wlazł kiedy w pazury pży takiej okazji...
Uspokajał go Rocho, tłumaczył, ale nic nie wskurał.
— Spali mnie, zobaczycie!
I od tej hwili mało już kiedy zaznał spokoju. O każdym zmieżhu strużował niepostżeżenie, czaił się za węgłami, obhodził dom i budynki, zaglądał pod stżehy, a w nocy się często budził, godzinami całymi nasłuhiwał i za najmniejszym tżaskiem zrywał się z łużka i z psem obiegał wszystkie kąty. Dopatżył raz pod brogiem jakieś wydeptane, na wpuł zawiane ślady, dopatżył puźniej i pży pżełazie i jeszcze lepiej się utwierdził w pewności, że to Antek podhodzi nocami i wypatruje jeno sposobności podpalenia; co innego nie pżyhodziło mu jeszcze na myśl.
Kupił od młynaża wielce srogiego psa i zrobił mu budę pod szopą, a jątżył cięgiem, mało jeść dawał, podszczuwał, że nocami pies latał i użerał jak wściekły, a żucał się na każdego, że niejednego dobże skaleczył, aż skargi z tego powstały.
Ale pży tyh ostrożnościah i pilnowaniah stary mizerniał i tak hudł, że pas do puł bieder opadał, poczerniał, pżygarbił się, nogami za sobą ciągał i na wiur się zesyhał z tyh utajonyh myślunkuw i turbacji, że mu ino oczy gożały kiej w horobie. Że zaś nikogo bliżej nie dopuszczał i zwieżać się a wyżalać nie miał pżed kim, to go i bażej piekły te ognie i pżepalały.
Nikt też się nie dorozumiewał, co mu ta we wątpiah siedzi a podgryza.
Baczył więcej na dobytek, sprawił złego psa, czuwał nocami, rozumieli bez to, że wilki się ano nad podziw rozmnożyły tej zimy i mało kturej nocy nie podbierały się stadami pod wieś; nieraz słyhać było ih wycia i często też się podkopywały do obur, i gdzieniegdzie coś uskubnęły. A pży tym, jak to zawdy pod wiosnę, i o złodziejah hodziły słuhy coraz częstsze; wzięli podobno hłopu z Dębicy parę klaczy, wzięli w Rudce wiepża, to znowu krowę gdzie indziej — i jak kamień we wodę, ni znaku po nih! To i niejeden w Lipcach w łeb się skrobał, opatrywał zamki i stajni stżegł, że to najlepsze mieli konie na okolicę.
I tak szedł czas wolno i ruwno, jako te godziny na zegaże, ani go wypżedzić ani wstżymać!
Zima wciąż była sroga, hoć zmienna jak żadko; bywały takie mrozy, jakih i najstarsi nie pamiętali, to śniegi spadały ogromne, to znowu były całe tygodnie odwilgi, że woda stała po rowah, a gdzieniegdzie i zagony czerniały, to pżyhodziły takie wiejby, takie kużawy, że świata nie dojżał, a po nih zaś bywały dnie spokojne, cihe i tak słońce pżygżewało, że drogi roiły się od dzieci, wywierano dżwi, ludzi ogarniała radość, a staży się pod ścianami wygżewali.
Zaś w Lipcach szło swoim odwiecznym pożądkiem, komu śmierć była naznaczona — umierał, komu radość — weselił się, komu bieda — wyżekał, komu horoba — spowiadał się i czekał końca — i phało się jakoś z Bożą pomocą, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, byh się ino zwiesny doczekać abo tego, co komu pżeznaczone.
Tymczasem zaś co niedziela gżmiała muzyka w karczmie, hulano, pito, czasem się wadzono, czasem za łby brano, aż ksiądz potem karcił z ambony, no i drugie szły sprawy. Odbyło się wesele Kłębianki, tży dni się zabawiali, a tak hucznie, że powiadali, jako Kłąb dopożyczył pięćdziesiąt rubli od organisty na to wesele. Sołtys też wyprawił niezgorsze zmuwiny curce z Płoszką. Gdzie znowu hżciny się odbyły, ale z żadka, nie pora jeszcze była, wiele bowiem kobiet spodziewało się dopiero na zwiesne.
Staremu Pryczkowi też się zmarło jakoś w tym czasie, tydzień ledwie hożał, a miał hudziaczek dopiero na sześćdziesiąty i czwarty — cała wieś poszła na pogżeb, bo dzieci stypę wyprawiali galantą...
Gdzie zaś zbierano się wieczorami na opżęd, tam nahodziło się tyla dzieuh i parobkuw, że robiła się taka zabawa, śmiehy, radoście — aż miło, bo to i Mateusz, wyzdrowiawszy całkiem, pżewodził młodzi i najbażej dokazywał.
A te pogwary ciągłe, obmowy, kwasy, kłutnie, sąsiedzkie swary, nowinki — wieś się od nih tżęsła. A czasem trafił się dziad jaki bywały, to opowiadał rużności o świecie i tygodniami we wsi siedział.
Czasem znuw list pżyszedł od kturego hłopaka z wojska, co to było czytań, narad, opowiadań, wzdyhuw dzieuszyn a matczynyh płaczuw, że i na całe tygodnie starczyło!
A insze żeczy! a to Magda poszła w służbę do karczmy, to pies Borynów pogryzł Walkowego hłopaka, że precesem się odgrażali, to krowa Jędrzejom udławiła się ziemniakiem, że dożynać ją musiał Jambroży, to Grzela pożyczył sto pięćdziesiąt rubli od młynaża i dał w zastaw łąkę, to kowal kupił parę koni, że dziwowano się temu wielce i mocno nad tym deliberowano, to dobrodziej horował pżez cały tydzień, aż ksiądz z Tymowa pżyjeżdżał go zastępować — a to o złodziejah muwiono, o strahah rużnyh baby pletły, o wilkah też często, bo pono wydusiły owce we dwoże, o gospodarstwie, o świecie, ludziah, a te insze żeczy, że ni spamiętać, ni opowiedzieć ktuż poredzi! a tak cięgiem coś nowego, że wszystkim starczyło i na dnie, i na długie wieczory, że to czasu zimową porą nikomu nie brakowało.
Tym samym zabawiali się i u Borynów, jeno z tą odmianą, że stary kamieniem siedział w domu i na żadne zabawy nie hodził, a i kobietom też iść nie pozwalał, że już desperacja brała Jagusię, a Józka całe dnie mamrotała ze złości, bo się jej dziwnie matyjasiło w hałupie siedzieć, tyla bywało całej uciehy, że nie wzbraniał hodzić z kądzielą, ale do tyh jeno hałup, gdzie się same starsze kobiety zbierały.
Więc też pżeważnie siedzieli wieczorami w domu.
Jednego wieczora, jakoś już pod koniec lutego, zeszło się parę osub i siedzieli po drugiej stronie, bo tam tkała płutno Dominikowa pży lampce, a reszta z powodu tęgiego ziębu kupiła się pżed kominem. Jagusia z Nastką pżędły, aż wżeciona warczały, kolacja się dogotowywała, Józka kręciła się po izbie, a stary pykał z fajki w komin i coś sobie myślał głęboko, bo prawie się nie odzywał. Pżykżyła się wszystkim ta cihość, bo ino ogień tżaskał, świerszcz skżypiał z kąta, warsztat hukał od czasu do czasu, a nikt jakoś się nie odzywał, więc Nastka pierwsza zaczęła:
— Pujdziecie to jutro z kądzielą do Kłębów?
— Zapraszała Marysia dzisiaj.
— Rocho obiecali, że jutro tam z książki będą czytać historie o krulah.
— Poszłabym, ale nie wiem jeszcze... — spojżała pytająco na starego.
— To i ja pujdę, tatulu... — prosiła Józka.
Nie odpowiedział, bo pies mocno pżyszczekiwał na ganku i zaraz wsunął się nieśmiało Jasiek, Przewrotnym nazywany z pżeśmiewiska.
— Zawieraj dżwi, gapo, bo tu nie obora! — wżasnęła Dominikowa.
— Nie bujże się, nie zjedzą cię, czeguż się rozglądasz? — pytała Jagna.
— A bo... bociek musiał się kajś pżytaić i jeszcze mie kujnie... — jąkał się, wystraszonymi oczami wodząc po kątah.
— Oho, boćka gospodaż wydali dobrodziejowi, nic ci już nie zrobi! — mruknął Witek.
— A bo i nie wiem, po co go było tżymać, jeno ludzi kżywdził!
— Siadaj, nie marudź! — nakazała Nastka wskazując miejsce w podle siebie.
— Hale, kogo to ukżywdził, heba jednyh głupih abo psuw obcyh! Hodził se jak ten dziedzic po stancji, myszy łowił, wszystkim ustępował, a wydali go! — szepnął z wyżutem hłopak.
— Ciho, ciho, obłaskawisz se na wiosnę drugiego, kiej ci żal za boćkami!
— A nie obłaskawię, bo i ten będzie jeszcze muj, nieh się jeno ciepło zrobi, to już umyśliłem taki sposub na niego, że nie wytżyma na plebanii, a pżyleci!
Jasiek koniecznie hciał się dowiedzieć tego sposobu, ale Witek burknął:
— Głupi! kury se macaj, myśli, że co lepszego poradzi. Kto ma rozum, to se swuj sposub wynajdzie, a nie będzie brał od drugih!
Skżyczała go Nastka biorąc w obronę Jaśka, boć wielce stała o niego; głupawy on juści był, wieś się z niego pżeśmiewala, niezgraba, ale jedynak na dziesięciu morgah, to dziewczyna tak sobie rahowała, że Szymek miał tylko pięć morguw i to nie wiadomo, czy mu Dominikowa pozwoli się żenić, więc znarowiła hłopaka do siebie, iż cięgiem łaził za nią, a tżymała w odwodzie na ten pżypadek.
Siedział ano teraz pży niej, w oczy poglądał i rozmyślał, co by tu żec takiego, gdy wszedł wujt, bo się już był ze starym pogodził, a zaraz od proga zawołał:
— Powiestkę wama pżyniosłem, macie się jawić na sądy jutro w południe.
— Do zjazdu o krowę?
— Tak tu i stoi, o krowę ze dworem!
— Rano tżeba wyjehać, bo do powiatu kawał drogi. Witek, idź zaraz do Pietrka i naszykujcie, co potża, a ty pojedziesz na świadka. A Bartek uwiadomiony?
— Byłem dzisiaj w kancelarii i la wszystkih pżywiozłem powiestki, kupą całą pojedziecie, ale dwur winowaty, to nieh płaci.
— A bogać tam niewinien, tylahna krowa!
— Hodźcie na drugą stronę, mam z wami pogadać! — szepnął wujt.
Pżeśli i siedzieli tak długo, że tam im kolację Józka podała.
Wujt go namawiał już nie po raz pierwszy, by się do nih pżyłączył, z dworem nie zrywał, pżewłuczył sprawę, czekał, z Kłębem i drugimi razem nie szedł, i tym podobnie. Stary dotyhczas się wahał, kalkulował, nie odmawiał, ale na tę ni na drugą stronę się nie pżehylał, bo był się mocno zagniewał, że go to wtedy dziedzic nie wezwał na naradę do młynaża.
Wujt zaś, widząc, że nie poradzi, na ostatku już na pżynętę powiedział:
— Wiecie o tym, jako ja, młynaż i kowal zrobiliśmy ugodę ze dworem, że sami we tżeh zwozić będziemy dżewo na tartak, a potem deski do miasta.
— No, juści, że wiem, dosyć się pżecież napomstowali na was inni, że nikomu zarobić nie pozwalacie.
— Dużo ta o to stoję, co pyskują, szkoda na to czasu, to wam zaś hcę powiedzieć, cośmy we tżeh uredzili — słuhajcie jeno, co powiem.
Stary ino łysnął ślepiami i rozważał, jaki to będzie podstęp.
— Uradzilim pżypuścić waju do spułki! Woźcie tyla, co i my! Spżężaj macie dobry, parobek się jeno wałkoni, a zarobek pewny, płacą od kubika. Nim się w polu roboty zaczną, jak nic zarobicie ze sto rubli.
— Kiedy zaczynacie zwuzkę? — żekł po długim namyśle.
— A hoćby od jutra zaczynać! Tną już na bliższyh porębah, drogi też niezgorsze, to puki sanna, siła można nawieźć, muj parobek wyjeżdża we czwartek.
— Psiakrutka, żebym to wiedział, jak wypadnie ta moja sprawa o krowę.
— Pżystańcie jeno do nas, a dobże wypadnie, już ja wujt to wama muwię...
Stary długo deliberował spozierając pilnie na wujta, kredą se cosik na ławie pisał, po łbie skrobał, aż i żekł:
— Dobże, woził będę i spżęgnę się z wami.
— Kiej tak, zajżyjcie jutro po sądah do młynaża, a poredzimy jeszcze, muszę już bieżyć, bo mi kowal sanie podkuwa.
Odszedł wielce uradowany myśląc, iż starego kupił tą zwuzką i na swoją stronę pżyciągnął.
Juści, młynaż mugł się z dworem godzić, grunty miał nietabelowe i do lasu mu było nic; wujt też siedział na ziemiah poduhownyh, kowal toż samo, ale nie on, Boryna! Rahował sobie, że zwuzka zwuzką, sprawa zaś o las osobno; nim zgoda z dziedzicem nastanie albo-li do wojny pżyjdzie, upłynie dość czasu... a co mu szkodzi tamtym pżytwierdzać, głupiego udawać, z nimi tżymać, kiej i tak swojego nie daruje pży sposobie, a tymczasem dobże zarobić te kilkadziesiąt rubli, konie i tak tża żywić, i parobka płacić! — uśmiehał się do siebie, ręce zacierał a mruczał zadowolony:
— Głupie juhy jak te barany, myślą, że mnie wywiedły w pole kiej ciołaka, głupie!
Wrucił do kobiet wielce rozradowany, Jagusi w izbie nie było.
— Gdzież to Jagusia?
— Świniom ponieśli żarcie! — objaśniła Nastka.
Pogadywał wesoło, żartował z Jaśkiem, to z Dominikową, a coraz niespokojniej czekał na żonę, bo jakoś długo nie pżyhodziła, nic nie dał znać po sobie i wyszedł w podwuże. Hłopaki w stodole na klepisku szykowali sanie na jutżejszą jazdę, bo tża było na płozy włożyć pułkoszki i umocować. Obejżał, pogadał, zajżał do koni, zajżał da świń, to do obory — Jagny nigdzie nie było. Pżystanął pod okapem w cieniu nieco i czekał. Noc była ciemna, wiatr się zrywał zimny i szumiał, wielkie ciężkie hmury gnały po niebie stadami, śnieg pruszył hwilami. Może w pacież abo i dwa cień jakiś zamajaczył w pżejściu od pżełazu — stary się szybko wysunął, pżyskoczył i szepnął ze wściekłością:
— Gdzieżeś to była, co?
Ale Jagna, hoć się wystraszyła zrazu, odżekła urągliwie:
— Obaczcie, łacno za wiatrem traficie! — i poszła do hałupy.
Nic już o tym w domu nie zaczynał, a gdy się szykowali do spania, powiedział dobrotliwie i całkiem miętko nie podnosząc oczuw na Jagnę:
— Hcesz to jutro bieżyć do Kłębów?
— Kiej nie bronicie, to z Józką pujdziemy.
— Hcesz, to cię nie wstżymuję... ale do sądu pojadę, dom zostanie na boskiej Opatrzności, lepiej byś w hałupie ostała...
— A bo to nie wrucicie do zmroku?...
— Widzi mi się, że hyba dopiero puźno w noc... na śnieg się ma, daleko, nie pospieszę... ale kiej się napierasz, idź, nie wzbraniam...
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.