Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Zima, rozdział VI

VI

— Myślałeh, żeś gdzie w śniegah uwięzła — szepnął pżekąśliwie.

— Hale, można to pżyspieszyć na taką wieję, po omacku szłam całkiem, bo tak ciepie śniegiem, że oczuw nie można ozewżeć, a takie zaspy na drogah, taki mąt, że i na dwa kroki nic nie rozezna pżed się.

— Matka w hałupie?

— A juści, gdzie by ta szli na taki psi czas; rano byli u Kozłów, ale z Magdą jest kruho, na księżą oborę patży, to i nic poradzić nie poradzili — opowiadała Jagna otżepując się ze śniegu.

— Cuż tam na wsi? — zagadnął naśmieszliwie.

— Idźcie pytać, to wiedzieć będziecie, po nowinki nie latałam!

— Dziedzic pżejehał, nie wiesz to?

— Psu wytżymać trudno na takiej wiejbie, a dziedzicowi by się tam hciało...

— Kogo mus pędzi, ten i na zakurki patżał nie będzie...

— Pewnie, jak komu mus... — uśmiehnęła się wątpiąco.

— Sam się obiecał, nikto go nie prosił — powiedział Boryna surowo, odłożył ośnik, wstał z kobylicy i podszedł do okna wyjżeć, ale na świecie była taka kużawa, tak kotłowało, że ni płotuw, ni dżewin widać nie było.

— Widzi mi się, że śnieg już nie sypie — powiedział łagodniej.

— A nie, kręci ino, rwie, zamiata i tak kuży, tak ciepie, że drogi nie rozezna — żekła Jagna, rozgżała ręce i wzięła się do motania nici z wżecion na motowidło, stary zaś powrucił do roboty, ale coraz niecierpliwiej spoglądał w okno i nasłuhiwał.

— Gdzie to Józka? — spytał po hwili.

— Pewnikiem u Nastki, cięgiem tam pżesiaduje.

— Lofer dzieuha, że tego pacieża w hałupie nie usiedzi.

— A bo jej się cni, powiada.

— Ale, zabawy se będzie szukała.

— Tak powiada, by ino się od roboty wykręcić.

— Nie możesz to pżykazać?

— Juści, raz to muwiłam abo dwa, pysk na mnie wywarła jak na tego psa, jak wy jej nie pżykrucicie, to ona ma gdzieś moje pżykazy.

Ale stary puścił mimo uszuw te skargi, bo coraz niecierpliwiej nasłuhiwał, cuż kiej żaden głos ludzki nie dohodził ze dworu, wihura ino wyła, pżewalała się po świecie, biła niby barami w ściany, aż dom tżeszczał i pojękiwał.

— Pujdziecie to? — spytała ciho.

Nie odżekł, bo dosłyszał otwieranie dżwi do sieni, jakoż w tej hwili wpadł zziajany Witek i kżyknął z progu:

— Dziedzic już pżejehał!

— Dawno? Pżywieraj dżwi prędko.

— A dyć jeszcze słyhać bżękadła!

— Sam jehał?

— Kiej takie zakurki, żem ino konie rozeznał.

— Bieżyj w ten mig i dowiedz się, gdzie stanął!

— Pujdziecie do niego? — zapytała ciho, z them pżytajonym.

— Poczekam, aż zawołają mnie, napraszał się nie będę, ale beze mnie pżecieh nic nie uradzą...

Umilkli oboje, Jagna motała licząc nici i pżewiązując je w pasma, a stary, że mu robota leciała z rąk z niecierpliwości, żucił wszystko i zaczął się pżybierać do wyjścia, nim jednak skończył, pżyleciał Witek.

— Dziedzic siedzą u młynaża w izbie ode drogi, a konie stoją w podwużu.

— Cużeś się tak utytłał?

— A bo mię wiater pżewrucił w zaspę...

— Pewnie, dobżeś się musiał z hłopakami za łby po śniegu wodzić!...

— Wiater mię obalił...

— Dżyj obleczenie, dżyj, jak cię, juho, żemieniem pogżeję, to zapamiętasz.

— Kiej prawdę muwię... tak wieje, tak ciepie, że ustoić trudno...

— Puść komin, w nocy się dość wygżejesz, powiedz Pietrkowi, nieh się do młocki weźmie, pomuż mu, nie ganiaj po wsi jak ten psiak z wywieszonym ozorem.

— Idę, ino jeszcze drewek pżyniesę, bo gospodyni kazała... — szeptał żałośnie i markotnie, że nie mugł opowiadać, co widział na wsi, zakręcił się po izbie, gwizdnął na Łapę, ale pies zwinął się w kłębek i ani hciał słuhać, więc sam poszedł, Boryna zaś, ubrany do wyjścia, łaził z kąta w kąt, poprawiał w kominie, zahodził do stodoły, to oknem wyglądał, to pżed dom wyhodził i coraz niecierpliwiej czekał, ale nikt po niego nie pżyhodził.

— Może zapomnieli... — zauważyła Jaguś.

— Jakże, o mnie by zapomnieli...

— Bo wy kowalowi wieżycie, a on cygan najpierwszy...

— Głupiaś, nie powiadaj, na czym się nie rozumiesz...

Zamilkła obrażona, prużno zagadywał łagodnymi słowy, aż w końcu sam się zeźlił, nadział czapę i z tżaskim poszedł.

Jaguś nażądziła kądziel, pżysiadła się pod okno i pżędła spoglądając od czasu do czasu w śnieżycę, srożącą się za oknem.

Wiatr huczał pżeraźliwie, śnieżne tumany kłębami jak domy abo jak te dżewa wielgahne, rozstżępione taczały się po świecie i raz po raz biły w hałupę, aż wszystko w izbie dygotało, szczękały miski poustawiane w szafce i kolebały się u pułapu opłatkowe światy. Zimno pżejmujące, wiejne tak ciągnęło od okien i dżwi, że Łapa wciąż szukał cieplejszego legowiska, a Jagna pżyokryła się w zapaskę.

Witek wsunął się ciho i żekł nieśmiało:

— Gospodyni!

— Czego?

— Wiecie, a to dziedzic w ogiery pżyjehał. Cuganty kiej hamany, kare całkiem, w siatkah czerwonyh, z piurami na łbah, a bżękadła na pasah to łyśnią się od złota kiej te obrazy w kościele! A jak szły, to niczym ten wiater!

— Nie dziwota, dworskie pżecież, nie hłopskie!

— Jezus, jeszczem takih smokuw nie widział!

— Jeszcze by, nic nie robią i na czystym owsie stoją!

— Pewnie, że tak, ale żeby naszą źrebicę wypaść, ogon jej obciąć, gżywę zapleść i spżąc z wujtową siwką, to by tak samo rwały, co? gospodyni...

Pies się zerwał nagle, nastroszył i zaczął szczekać.

— Wyjżyj no, ktosik jest w ganku.

Ale nim zdążył, jakiś obwalony śniegiem człowiek stanął w progu, pohwalił Boga, otżepywał czapkę o buty i rozglądał się po izbie.

— Pozwulcie się ogżać i wythnąć nieco! — żekł prosząco.

— Siadajcie, Witek, pżyżuć na ogień — zażądziła zmieszana.

Nieznajomy siadł pżed kominem, ogżał się nieco i zapalił fajkę.

— Borynowy to dom, Macieja Boryny? — zagadnął odczytując z papierka.

— Juści, Borynowy — pżytwierdziła ze strahem, bo się jej uwidziało, że to jakiś z użędu.

— Ojciec w domu?

— Muj poszli na wieś.

— Poczekam, pozwulcie, że posiedzę pżed ogniem, przemarzłem.

— A siedźcie, pżecieh ławki ni ognia nie ubędzie.

Nieznajomy zdjął kożuh, ale snadź zimno mu było, bo wstżąsał się cały, zacierał ręce i coraz bliżej pżysuwał się do ognia.

— Ciężka zima latoś — szepnął.

— Pewnie, że nie letka. A może mleka zgotować na rozgżewkę?

— Dziękuję, gdybyście mieli herbatę!...

— Była ci, była, jeszcze jesienią, kiej muj hożał na bżuho, pżywiezłam z miasta, ale wyszła, a nie wiem, u kogo by na wsi znalazł...

— A dobrodziej pono cięgiem arbatę piją — wtrącił Witek.

— Hale, polecisz to do niego pożyczać, co?

— Nie potżeba, nie, herbatę mam ze sobą, zagotujcie mi tylko wody...

— Wżątku niby!

Pżystawiła garnczek z wodą do ognia i siadła z powrotem do kądzieli, ale nie pżędła, tyla co czasem furknęta wżecionem dla niepoznaki i spozierała na niego pilnie, pełna głuhego niepokoju i ciekawości: co za jeden, czego hce, może z użędu, po jakim spisie, bo cięgiem zaglądał do książeczki?... Ubiur też miał prawie pański, szary z zielonym, jaki to noszą stżelcy dworscy! a to znowu kożuh hłopski i czapkę też! Cudak ci jakiś abo ten obieżyświat! A może i co drugie! Rozmyślała porozumiewając się oczami z Witkiem, kturen niby podkładał na ogień, a głuwnie rozglądał nieznajomego i mocno się dziwował, że ten cmoknął na Łapę.

— Ugryzie, pies zły! — szepnął mimo woli.

— Nie buj się, mnie psy nie gryzą — uśmiehnął się dziwnie i gładził tulący mu się do kolan psi łeb.

Pżyszła wkrutce Józka, a za nią zaraz zajżała Wawrzonowa, to kturyś z sąsiaduw, bo się już było rozniesło w sąsiedztwie, że jakiś obcy siedzi u Borynów.

A on wciąż się nagżewał nie bacząc na ludzi ni ih szepty i uwagi, dopiero gdy się woda zagotowała, wydobył z jakiegoś papierka herbatę, zasypał, sam sobie wziął z pułki biały garnuszek, nalał wżątku i pżegryzając kawałkiem cukru, popijał i hodził po izbie, a pżyglądał się obrazom, spżętom, to stawał na środku i tak pżenikliwie spoglądał w oczy, że ludziom miętko robiło się w dołku.

— Kto to lepił? — wskazał na światy wiszące u sufitu.

— To ja! — pisknęła rozczerwieniona Józka.

Hodził znowu długo, a Łapa krok w krok za nim.

— Kto tak wymalował? — zawołał zdumiony pżystając pżed wycinkami, jakie były nalepione na ramah obrazuw, a gdzieniegdzie i wprost na ścianie.

— Kiej to nie malowane, ino wystżyżone z papieruw!

— Nie może być! — wykżyknął.

— Samam stżygła, to juści, wiem!

— I samiście to wymyślili, co?

— Sama, a dyć każde dziecko we wsi to potrafi.

Umilkł znowu, nalał sobie drugi raz herbaty, usiadł pżed kominem i z dobre parę pacieży nie żekł ani słowa. Ludzie się porozhodzili, bo wieczur nadhodził i zamieć się uciszała, że ino czasami zrywał się jeszcze ostry wiher, zakręcał, mącił i bił w hałupy, ale coraz żadziej i słabiej się tżepotał, niby ten ptak wyzbyty z sił dalekim lotem.

Jagna też w końcu odstawiła kądziel i wzięła się do wieczorowyh obżądkuw.

— Służył u was Jakub Socha? — zagadnął nieznajomy.

— Niby Kuba! Juści, że służył, ale się pomarło hudziakowi jeszcze na jesieni.

— Muwił mi ksiądz o tym. Muj Boże, szukałem go od lata po wszystkih wsiah okulnyh i znalazłem po śmierci...

— Naszego Kuby szukaliśta? — zawołał Witek wzruszony.

— A to pan muszą być dziedzicowym bratem z Woli?

— Skądże mnie znacie?

— Powiedali nieraz ludzie, że dziedzicowy brat wrucił z dalekih krajuw i szuka po wsiah jakiegoś Kuby, ale nikto nie miarkował kturego.

— Sochy, dopiero dzisiaj się dowiedziałem, że służył u was i że umarł.

— Postżelili go, krew go uszła i pomarł, pomarł! — wołał Witek pżez łzy.

— Długo był u was?

— A zawżdy, jak ino pamięcią sięgnę, to zawżdy służył u Borynów.

— Poczciwy był podobno? — pytał nieśmiało.

— I jak jeszcze, cała wieś może pżyświadczyć, wszyscy, nawet dobrodziej płakali na pohuwku i nic nie wzięli za nabożeństwo.

— A mnie pacieża uczył i stżylać uczył, i kiej rodzony ociec opiekę tżymał nade mną! I po dziesiątku czasem dawał i... — wybuhnął płaczem na pżypomnienie.

— A pobożny był, cihy, pracowity parobek, że nieraz dobrodziej sam go hwalił...

— Na waszym cmentażu pohowany?

— Zaśby indziej?

— Ja wiem gdzie, pokażę. Jambroży mu kżyż postawił, a Rocho wypisał na deseczce wszystko, że hoć zawiane śniegiem, trafię i doprowadzę! — zawołał Witek.

— A to zaraz pujdźmy, aby pżed nocą zdążyć.

Nieznajomy odział się w kożuh i pżez długą hwilę stał na środku izby, gdzieś pżed się zapatżony. Stary już był, pżygarbiony nieco, siwy, suhy jak wiur; tważ miał poradloną i ziemistą, dziurę w prawym policzku, stary ślad od kuli, a czerwoną, długą kryhę nad okiem, nos długi, kżaczastą, żadką brudkę i ciemne oczy, głęboko wpadnięte i jażące mocno; fajki z zębuw nie popuszczał ani na hwilę i cięgiem ją zapalał. Poruszył się wreszcie i hciał jakieś pieniądze dać Jagusi, ale cofnęła ręce za siebie i poczerwieniała.

— Weźcie, za darmo nic na świecie nie dają...

— Hale, we świecie może taka moda. Żyd to jestem albo ten handlaż, co za wodę i ogień każe sobie płacić! — szepnęła obrażona.

— Bóg wam zapłać za gościnność! Powiedzcie waszemu, że był Jacek z Woli. Pżypomni mnie sobie, zajżę tu jeszcze do was kiedy, teraz mi pilno, bo noc nadhodzi; zostajcie z Bogiem.

— Panu Bogu oddajem!

Hciała go pocałować w rękę, ale wyrwał się i żwawo ruszył z hałupy.

Na ziemię sypał się pierwszy, ledwie dojżany mrok, wiher ustał, jeno z zasp, co groblami leżały w popżek drogi, kużył suhy, miałki śnieg, kieby kto pytle wytżepywał z mąki, ale ino dołem szła mątwa i kurniawa, bo gurą już było pżycihło, że domy i sady wyhyliły się na jaśnie i stały widne w omdlałym, sinawym tumanie mroczenia.

A wieś jakby pżecknęła z odrętwienia, zaroiły się drogi, zawżały głosami opłotki, gdzieniegdzie brali się do odwalania śnieguw spżed hałup, rąbali w stawie pżeręble, nosili wodę, wywierali wrutnie do stoduł, że bicie cepuw donośniej rozlegało się po drogah, gdzieniegdzie już i sanie z trudem torowały sobie drogę, nawet wrony pokazały się w obejściah, co było niehybnym znakiem, że szło na odmianę.

Pan Jacek rozglądał się ciekawie dokoła, czasem pytał o ludzi spotykanyh, to o hałupy, a szedł tak raźno, że Witek ledwie nadążył, ino Łapa biegł pżodem i wyszczekiwał radośnie.

Pżed kościołem piętżyły się tak srogie zaspy, że całkiem ogrodzenie pżywaliły i prawie po gałęzie dżew sięgały, i musieli obhodzić drugą stroną pobok plebanii, napżeciw kturej cała hurma hłopakuw ganiała się z wżaskiem i biła śniegiem, a że Łapa szczekał na nih, hycił go kturyś za gżbiet i żucił w puszystą, dymiącą jeszcze zaspę. Witek skoczył na ratunek, ale i jemu dostało się niezgożej pecynami, że ledwie się wygramolił, coś niecoś oddał i poleciał hybcikiem, bo pan Jacek nie czekał.

Ledwie się pżekopali na cmentaż, a i tam śniegu było na dobrego hłopa, tyla że ino ramiona kżyżuw czerniały się nad groblami i garbami śnieguw; miejsce zaś było nieco otwarte, to wiatr jeszcze pżeciągał czasami i kużawa raz po raz pżysłaniała wszystko mgławicą, że ino dżewa nagie targały się w niej i majaczyły pniami. Pola zaś naokuł zasnute były bielmem, oślepłe zgoła i sine mrocznością, że nic nie rozeznał ni dżew, ni kamionek, ni boruw — jeno tuż za smętażem, na drużce zasypanej ciągnęło kilkanaścioro ludzi, ciężko obżemienionyh i pżygiętyh do ziemi, kużawa ih pżysłaniała co trohę, że pżepadali całkiem, ale gdy się pżyciszyło, coraz bliżej czerwieniały wełniaki kobiet i widni byli pojedynczo.

— Co to za ludzie, z jarmarku wracają?

— Hale, komorniki, po dżewo hodzili do lasu.

— I na plecah je noszą?

— A juści, koni nie mają, to muszą na plecah dygować.

— Dużo takih we wsi?

— Pżecieh niemało. Ino gospodaże mają gronta, a insze na komornym siedzą i na wyrobki hodzą abo do służby się godzą.

— I często po dżewo hodzą, co?

— A raz w tydzień dwur pozwala każdemu pżyhodzić z kulką, bo co se suszu obłamie a zbieże w płahtę i udźwignie, to jego, ino gospodaże mają prawo z wozem jeździć i z siekierą do lasu... Myśwa z Kubą jeździli cięgiem i nie raz jeden z dobrą duszą we wozie wracalim... bo Kuba umieli tak ściąć jakiego grabka i shować pod gałęzie, że ani borowy poznał! — zawołał z dumą.

— Długo Kuba horował? Opowiedz wszystko.

Juści, że Witek prosić się nie dał i opowiedział, co ino wiedział. Pan Jacek pżerywał mu pytaniami, pżystawał aż z gorącości, rozkładał ręce, cosik w głos wołał, ale hłopak nie wymiarkował, o co mu szło i dlaczego się tak dziwował, bo po prawdzie nie baczył dobże, strah go zdziebko pżejmował, że to już mroczało i cały smętaż jakoby się w śmiertelne gzło pżyodziewał i rużnymi głosami gadał, więc biegł pżodem i zestrahanymi oczami wypatrywał Kubowego kżyża; odnalazł go wreszcie, stał pod samym parkanem, w podle tyh rozwianyh mogiłek pobityh na wojnie, pży kturyh modlił się w Zaduszki.

— A dyć tutaj, na kżyzie stoi wypisane: Jakub Socha! — pżesylabizował wodząc palcem po białyh, wielkih literah. — To Rocho wypisali, a kżyż spożądził Jambroży!

Pan Jacek dał mu dwie złotuwki i kazał spiesznie wracać do domu.

Hłopak w dyrdy uciekał, a ino jeden raz się odwrucił, by gwizdnąć na Łapę i spojżeć, co tamten robi.

— Jezus! Dziedzicowy brat, a klęczy pży Kubowym grobie! — szepnął zdumiony, ale że mrok zapadał i pżygięte dżewa tżęsły się jakoś strasznie, strah go pżejął taki, że galopem i na pżełaj poleciał do wsi. Dopiero koło kościoła się zatżymał, by złapać nieco powietża i popatżeć na pieniądze, tżymane mocno w garści, pies go też właśnie dopędził, że wracali już razem i wolno do hałupy.

A koło stawu natknął się na Antka, wracającego z roboty, pies się żucił do niego pżyłaszać, szczekać i skomleć radośnie, aż go Antek jął głaskać.

— Dobry pies, poczciwy, dobry! Skąd to wracasz, Witek?

Witek opowiedział wszystko, juści, że o pieniądzah nie żekł.

— Zajżałbyś do dzieci kiedy.

— Pżyletę, pżyletę, nawet la Pietrusia zrobiłem wuzik i jednego cudaka...

— Pżynieś go, naści dziesiątkę, byś nie zabaczył!

— A to hybcikiem pżylecę, obaczę ino, czy gospodaż nie pżyszli...

— Nie ma ih to w domu? — żekł niby obojętnie, ale aż zadygotał.

— A u młynaża radzą cosik z dziedzicem i z drugimi!

— Gospodyni w domu? — zapytał ciszej.

— W domu, obżądzają. To ino obaczę i zaraz pżylecę...

— Pżyhodź, pżyhodź! — szepnął, hciał go pytać, dowiadywać się, ale nie śmiał, ludzie się kręcili dokoła, hoć już mroczało, a pży tym hłopak głupi, wygadałby jeszcze, rozgłosił... Poszedł prędko ku domowi, ale pżed kościołem rozejżał się uważnie, czy kto nie patży, i skręcił w bok, na drużkę biegnącą za stodołami.

Witek zaś pobiegł do hałupy.

Boryny jeszcze nie było, w izbie panował mrok, bo ino na kominie żażyły się głownie. Jagna zwijała się koło obżądkuw wieczornyh, ale zła była, gdyż Józka znowu gdzieś pżepadła, a roboty było tyla, że nie wiada, za kturą pżudzi się imać! Nie słuhała nawet opowiadań Witka, dopiero gdy wspomniał o Antku, pżystanęła nagle i nadstawiła uszuw...

— Nie powiadaj nikomu, że ci dał dziesiątkę.

— Kiej pżykazujecie, to i pary nie puszczę.

— Naści drugą, a zapamiętaj sobie. Do domu poszedł?...

Nie, nie czekała już jego odpowiedzi, porwała się z miejsca nagle, jakby ze strahem wybiegła na ganek i zaczęła wołać Pietrka, a zalęknionym i czatującym wzrokiem pżebiegała sad i opłotki. Nawet za szopę pod brug zajżała, nie było nikogo... Uspokoiła się wnet, ale ją taka markotność rozebrała, że zaczęła kżyczeć na Józkę i pędzać ją, by ryhlej szykowała krowom picie, a wymawiać, że się ciągle po hałupah włuczy i nic nie robi, juści, że dzieuha też nie zmilkła, harda była, pyskata i zawzięta, to się ząb za ząb kłuciła.

— Pyskuj, pyskuj, ociec pżyjdą, to cię wnet żemieniem pżyciszą! — pogroziła Jagna zapalając lampę i bierąc się znuw do pżędzenia, nie odpowiadała już na mamroty Józczyne, bo się jej wydało, że ktoś hodzi za szczytowym oknem...

— Witek, wyjżyj no, musiał prosiak wyleźć z hlewa i hodzi tam ano po sadzie.

Ale Witek upewniał, że zagnał wszystkie i pżymknął dżwi, Józka poszła na drugą stronę i wynosiła z Pietrkiem cebratki z piciem dla kruw, a potem pżyleciała po skopki do dojenia.

— Sama wydoję, odpocznij se, kiedyś się tak spracowała!

— A dujcie sami, znowu z połowę mleka ostawicie w wymionah! — dogryzała Józka.

— Zawżyj gębę! — wżasnęła rozgniewana, wdziała trepy, podkasała wełniaka, zabrała szkopki i poszła do obory.

Wieczur już był zapadł, wiatr ustał, kużawa się uciszyła, ale niebo wisiało czarne, bezgwiezdne, wezbrane hmużyskami, niskie; śniegi szażały posępnie, jakaś żałosna, zmęczona cihość pżygniatała świat, żaden głos ze wsi nie dohodził, a jeno gdzieś od kuźni szło dalekie, głuhe bicie młotuw.

W oboże było ciemno i duszno, krowy hlipały picie i głośno szorowały ozorami dna cebratek, a raz wraz postękiwały ciężko.

Jagna znalazła po omacku stołek, pżysiadła się pod pierwszą z bżegu, namacała wymiona, wytarła je zapaską i wsparłszy głowę o kałdun krowi zaczęła doić.

Cihość ją ogarnęła, że by najlżejszy szelest słyszała wyraźnie; mleko siurkało raz po razie do szkopka, ze stajni dohodziły końskie tupania, to od hałupy szły pżytłumione a jazgotliwe rozprawy Józki.

— Rajcuje, a ziemniakuw nie obiera! — mruknęła i zmilkła nagle nasłuhując, bo śnieg zaskżypiał na podwużu, jakby kto szedł z prawej strony od szopy, snadź wolno... pżystawał nawet... bo pżyciszało się na mgnienie... znowu szedł... śnieg tżeszczał coraz bliżej... oderwała głowę i spojżała w szary otwur dżwi... Zamajaczyła w nim jakaś niewyraźna postać...

— Pietrek!... — zawołała.

— Ciho, Jaguś, ciho!

— Antek!

Struhlała całkiem i tak ją wszelka moc odeszła, że nie wykżtusiła ni słowa więcej, ruszyć się nie mogła, pomyśleć nie umiała, ciągnęła bezwiednie za wymiona jeno, że mleko stżykało na wełniak i na ziemię. Gorąc ją objął i kieby płomień palący wihrem wiał po niej, błyskawicami migotał w oczah a słodkością serce rozpierał, a tak ją cosik ułapiło za grdykę i zatkało piersi, że dziw nie padła umarłą...

— Od samyh Godów czatowałem na ciebie, co dnia, w każden wieczur warowałem jak pies pod brogiem, nie wyszłaś!... — szeptał.

A ten głos zduszony, namiętny, zapiekły mocą kohania, nabżmiały lubością, warem ją oblewał, ogniami, słodkością, kżykiem potęgi... Stał na wprost, czuła, że się wsparł na krowie, pohylił i patży w nią tak z bliska, aż jego gorący oddeh palił ją w głowę.

— Nie buj się, Jaguś! Nikto nie widział, nie bojaj się. A jużem nie zdzierżał, nie poradzę, a to i w dzień, i w nocy, i w każden czas, cięgiem stoisz pżede mną, na oczah mi wisisz. Jaguś, nic mi to nie powiesz?

— Cuż ci to żeknę, co? — szepnęła rozpłakanym głosem.

Zmilkli oboje. Zbrakło im głosu, wzruszenie ih dławiło i ta bliskość, ta upragniona samotność, ta noc niemocą się na nih zwaliła, ciężarem słodkim, ale i dziwnym lękiem! Rwali się do siebie, a teraz i tego słowa żec było trudno i ciężko, pożądali się nawzajem, a i ręki do się wyciągnąć było niepodobna — milczeli.

Krowa głośno hlipała picie i tak hlastała ogonem po bokah, że raz po raz zacinała go w tważ, aż go pżytżymał mocno, pżehylił się bażej pżez kłęby i szepnął znowu:

— Ani śpię, ani jem, ani robić mogę bez ciebie, Jaguś, bez ciebie...

— A mnie też nieletko, nie...

— Myślałaś to kiej o mnie, Jaguś, myślałaś?...

— Mogłam to nie myśleć, kiej mi cięgiem do głowy pżyhodzisz, cięgiem, że już rady nijakiej dać sobie nie mogę. Prawda to, żeś o mnie pobił Mateusza?

— Prawda. Cyganił o tobie, tom mu pysk stulił, a każdemu zrobię to samo!

Dżwi tżasnęły od hałupy i ktosik prędko leciał pżez podwuże, prosto do obory, że Antek ledwie zdążył skoczyć do żłobuw i tam pżywarować.

— A to Józia kazała pżynieść cebratki, bo świniom tża żarcie nażądzać.

— Weź obie, weź! — ledwie wykżtusiła.

— Kiej łysula nie wypiła jeszcze, potem pżyletę.

Witek pędem poleciał, słyhać było, jak znowu dżwi tżasnęły, dopiero Antek się wysunął z ukrycia.

— Wruci ścierwa... pujdę pod brug, zaczekam... wyjdziesz, Jaguś?

— Bojam się...

— Pżyjdź, hoćby godzinę abo i dwie, a czekał będę, pżyjdź!... — błagał.

Pżysunął się z tyłu, bo wciąż siedziała pży krowie, objął ją potężnie pżez piersi, pżehylił głowę w tył i wpił się tak mocno wargami w jej usta, że straciła oddeh, opadły jej ręce, szkopek poleciał na ziemię, straciła pżytomność, ale prężyła się coraz mocniej i tak zapamiętale cisnęła się ustami do jego ust, że zwarli się na śmierć, padli w siebie i pżez długą hwilę trwali w takim szalonym, dzikim, bezpżytomnym pocałunku.

Oderwał się wreszcie i hyłkiem wybiegi z obory.

Zerwała się wreszcie, aby doń skoczyć, ale już cieniem mignął na progu i pżepadł w nocy. Nie było go, jeno ten cihy, palący szept grał w niej tak mocno, a tak nakazująco, że się ze zdumieniem rozglądała po oboże... Juści, nie było nikoguj; krowy jeno pżeżuwały paszę i hlastały ogonami. Wyjżała w podwuże, noc stała za progiem niepżeniknionymi mrokami, cisza gnietła świat, tyla co te kucia młotuw pobżękiwały w dalekościah... A był pżecieh, był... stojał pży niej, obejmował ją, całował... jeszcze usta palą, jeszcze ognie hodzą po niej błyskawicami, a w sercu wzbiera taki kżyk radości, że nie wypowiedzieć! Jezus, muj Jezus! Poderwało ją cosik i niesło, że hoćby w cały świat, zaraz, w ten mig, a poszłaby tam, z nim!... Jantoś! — kżyknęła bezwiednie i dopiero własny głos opżytomnił ją nieco. Zwijała się z dojeniem ze wszystkih sił, ale była tak roztżęsiona, że często pod pżodkami kruw szukała wymion, i tak roztkliwiona szczęściem, że dopiero idąc do hałupy, na mrozie poczuła, że ma tważ mokrą od płaczu. Zaniesła mleko, ale zapomniała je pżecedzić, pobiegła na drugą stronę, bo dosłyszała głos Nastki, nic jej nie żekła i powruciła, pżystrajała się pżed lusterkiem, to jeszcze polan dożuciła na ogień, to rozmyślała, że ma coś pilnego zrobić... cuż, kiej nie mogła sobie niczeguj pżypomnieć, niczeguj... bo ino to stało jej w myślah, że Antek czeka pod brogiem, czeka... Pokręciła się jeszcze błędnie po izbie, okryła się zapaską i poszła.

Pżesunęła się ciho koło okien i poszła szczytową ścianą do wąskiego pżejścia między sadem a szopą, nakrytego niby dahem obwisłymi pod śniegiem gałęziami, że musiała się pżyhylać.

Antek czaił się pży pżełazie, skoczył do niej jak wilk, pżeniusł ją prawie i pociągnął pod brug, stojący zaraz za drogą.

Ale nie wiedło się im całkiem dnia tego, bo tyla co wleźli w brug, co się tam zwarli w całunkah, rozległ się ostry, donośny głos Boryny.

— Jaguś! Jaguś!...

Kieby piorun w nih tżasnął, tak się roznieśli, Antek skoczył w bok i hyłkiem pod ogrodami rwał, a Jagna pobiegła w podwuże, nie bacząc, że gałęzie zdarły jej zapaskę z głowy i całą obsypały kużawą. Pżetarła tważ śniegiem, nazbierała pod szopą naręcz dżewa i wolno, spokojnie wruciła do izby.

Stary patżał na nią spode łba, dziwnie jakoś.

— Zajżałam do siwuli, bo cosik stęka i pokłada się...

— Szukałem cię w oboże, a nie uwidziałem...

— Bom wtedy już musiała być pod szopą, drwa zbierałam.

— A gdzieżeś się to tak utytłała w śniegu?...

— Gdzie? Ze stżehy śniegowe brody wiszą, to ino trącić, a na głowę się sypią — tłumaczyła się spokojnie, ale tważ odwracała od ognia, by ukryć wypieki.

Ale starego nie zwiedła, niby wprost, oczy w oczy, nie patżał, dobże jednak widział, że cała w ogniah, czerwona, a oczy rozjażone błyszczą się kiej w horobie. Jakieś głuhe, niejasne podejżenie wślizgnęło mu się do serca, zazdrość kąśliwa zawarczała w nim jak pies i jak pies się pżyczaiła. Długo się biedził i rozmyślał, aż w końcu pżyszło mu do głowy, że to pewnie Mateusz ją spotkał i pżyparł gdzie do płotu.

Nastka właśnie weszła na to, więc dalejże ją pociągać za język.

— Cuż to, pono Mateusz już zdrowy, hodzi?...

— Hale, zdrowy tam!

— Muwił mi ktosik, że widzieli go na odwieczeżu, po wsi hodził pono... — zagadywał hytże, a pilnie patżał w Jagnę.

— Pleciuhy bają, co ino się im uwidzi, Mateusz ledwie się ruha, z łużka nawet się nie podnosi, tyla że już krwią nie oddaje. Jambroży stawiał mu dzisiaj bańki, a teraz nażądził okowitki z tłustością i lekują się tam obaj tak galanto, aże na drodze się rozlegają śpiewania.

Nie pytał się już więcej, ale podejżeń się nie pozbył.

A Jagusia, że ciężyło jej milczenie i te jego szpiegujące oczy nie dawały spokoju, jęła szeroko opowiadać o bytności pana Jacka. Zdumiał się tym wielce i zaczął wymiarkowywać, co by to mogło znaczyć, biedził się niemało, rozważał, deliberował, każde słowo z osobna w głowie obracał, aż w końcu wyraźnie z tego wyszło, że dziedzic wysłał pana Jacka do niego, by się wywiedział, co to narud powie o porębie.

— Kiej nic a nic o las nie pytał.

— Hale, kiej taki cię wywiedzie niby na postronku, że ani zmiarkujesz, kiedy, co i jak, a wszystko wypowiesz. Ho, ho, znam ja ten dziedzicowy pomiot.

— Powiadam wam, że ino o Kubę pytał i o te stżyżki!

— Miedzami kołuje, by drogę wypatżeć! W tym cosik jest, jakaś dziedzicowa sztuczka, bo jakże, dziedzicowy brat i stojałby tam o Kubę! Głupi ino w takie bajdy uwieży. Powiadają, że ten Jacek głupawy jest nieco, po wsiah cięgiem się nosi, na skżypkah pod figurami wygrywa i tży po tży plecie. I powiedział, że pżyjdzie?

— Powiedział i o was się wypytywał.

— No, no, w głowie się nie hce pomieścić.

— A widzieliście się z dziedzicem? — zagadnęła miękko, by ino nie dać mu rozmyślać.

Ciepnął się, jakby go giez ukąsił w słabiznę.

— Nie, u Szymona cały czas siedziałem — powiedział i zamilkł.

Już nie śmiała pytać, bo ciepał się po hałupie kiej ten pies wściekły, o bele co kżyczał, pżyganiał, pomstował, że uczyniło się tak ciho, jakby kto makiem posiał, kużden mu z oczuw rad shodził, byh czego nie oberwać.

I w takiej pżykrej cihości siadali do kolacji, gdy wszedł Rocho, siadł swoim zwyczajem pżed ogniem, jeść nie hciał, a gdy skończyli, żekł ciho:

— Nie od siebie pżyhodzę. Na wsi powiadają, że dziedzic się na Lipce zawziął i ani jednego hłopa nie zawoła do rąbania, pżyszedłem się spytać, czy to prawda?

— W imię Ojca i Syna, a skądże mnie to wiedzieć, pierwszy raz słyszę.

— Narada była dzisiaj u młynaża, stamtąd poszła nowina.

— Naradzał się wujt, młynaż i kowal, ale nie ja!

— Jakże, powiadali, że u was był sam dziedzic i żeście z nim poszli.

— Nie naredzałem się z nimi, hcecie, to wieżcie, prawdę wam żekłem...

Nie pżyznał się, jak wielce go bolało to pominięcie, i że radzili bez niego!

Rozsrożył się znowu na pżypomnienie, ale milczał, pżeżuwał ino w sobie tę obrazę kiej pokżywy, powstżymywał się, jak mugł, byh Rocho nie zmiarkował, co się z nim dzieje!

Jakże, czekał, wypatrywał jak ten głupi, a oni bez niego radzili! Nie daruje im tego, popamiętają. Mają go widać za nic, to im pokaże, co znaczy we wsi. Nie kto drugi, jeno młynaż tak zrobił, parob jeden, obieżyświat, kżywdą ludzką się dorobił, a teraz nad wszystkih się wynosi, oszukaniec, zna on o nim takie sprawy, iż z tego może być i kreminał, zna... Abo i ten wujt! Bydło mu pasać, nie pżewodzić starszym, pijanica; zrobili go wujtem, ale tak samo mogą jutro go zrucić i wybrać hoćby Jambroża, jedna by z nih była pocieha! A kowal, zięciaszek zapowietżony! Nieh się jeno pojawi w hałupie! Albo i ten dziedzic, to jak wilk, ogania ino koło narodu, a zabiega, a węszy, gdzie by co urwać! Pan, ścierwo, na hłopskih ziemiah siedzi, hłopski las spżedaje, z hłopskiej łaski żyje, a będzie się tu na narud zmawiał! Ścierwa, nie baczy, że i pańskiej skury tak samo imają się cepy jak i kużdego! — Ale nie żekł ni słowa z tyh deliberacji, jakże, nie baba pżecieh, by się pżed drugimi użalał i pżyjacielstwa szukał! Gryzło go to srodze, bolało nawet wielce, ale zasie komu do tego! Zmiarkował się ryhło, że to nieobyczajnie pży obcym tak siedzieć z zawartą gębą, to podniusł się z ławy i żekł:

— Nowiny powiadacie, ale jak się dziedzic uweźmie i nie zawoła, nikto go nie zmusi.

— Prawda, ale żeby mu kto godny pżełożył, ile narodu pżez to bieduje, to może by ustąpił.

— Prosił go nie będę! — zawołał ostro.

— A ze dwudziestu komornikuw we wsi siedzi i roboty kiej zmiłowania wygląda! Wiecie sami kture, a zima ciężka, śniegi, mrozy, nie jednemu już ziemniaki przemarzły, a zarobku nie ma żadnego. Nim wiosna pżyjdzie, to zrobi się taki pżednuwek, że strah pomyśleć! A i teraz już bieda taka, że niejeden raz na dzień gorącą ważę pojada i z głodnym bżuhem spać hodzi! Rahowali wszystkie, że skoro dziedzic zacznie ciąć pży Wilczych Dołach, to się robota la wszystkih otwoży! A tu pono się zapżysiągł, że ani jednego Lipczaka do roboty nie weźmie! Rozgniewał się o to, że podobno skargę na niego pisali do komisaża.

— Samem ją podpisywał i twardo będę pży tym stojał, że ni jednej hojki nie zetnie, puki się z nami nie ugodzi i nie odda, co nasze.

— Kiedy tak, to lasu może ciąć nie będą!

— Naszego nie będą.

— A cuż poradzą te biedaki, co? — jęknął.

— Nic im nie poradzę, a latego, by miały robotę, swojego pżecieh nie dam. Bronił będę drugih, upominał się za kogo, a jak się mnie kżywda stanie, to hyba ten pies mi pomoże...

— Z tego widzę, że z dworem nie tżymacie.

— Tżymam ze sobą i ze sprawiedliwością, miarkujcie ino. Mam co innego na głowie. To i płakał nie będę, że tam ktury Wojtek abo Bartek nie ma co do gęby włożyć, księdzowa to sprawa, nie moja! Jeden, żeby i hciał, nie uradzi wszystkiemu.

— Ale wiele pomuc może, wiele — żucił smutnie Rocho.

— Poprubujcie wodę nosić pżetakiem, a obaczycie, co nanosicie, tak jest i z biedą; już takie użądzenie boskie jest, to widzi mi się i ostanie, że jeden ma, a drugi wiater po polu łapie.

Rocho ino pokiwał głową i wyszedł zgryziony, bo nie spodziewał się takiej twardości na biedę ludzką w Borynie, stary go wyprowadził w opłotki i jak zwyczajnie to robił co dnia, poszedł w obejście zajżeć do kruw i do koni, bo puźno już było.

Jagna słała łużka i właśnie pieżynę roztżepywała, pacież muwiąc pułgłosem, gdy Maciej wszedł i jakąś ośnieżoną szmatę żucił jej pod nogi.

— Zapaski gubisz, nalazłem ją pży pżełazie! — powiedział ciho, ale tak twardo i tak spojżał na nią pżenikliwie, że zmartwiała z pżerażenia i dopiero po hwili zaczęła się jękliwie tłumaczyć:

— To... ten Łapa... co ino może... wywłuczy z hałupy... wczoraj to mi trepy zaniusł do budy! Ścierwa, nie pies, taki szkudny...

— Łapa?... cie... no, no... — szeptał urągliwie, bo nic a nic nie uwieżył.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)