Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Zima, rozdział V

V

Borynowie dopiero na samym świtaniu powrucili z kościoła i ledwie w pacież potem już cały dom hrapał, aż się rozlegało, tylko jedna Jagusia, hoć była wielce utrudzona, nie zasnęła; prużno się wciskała w poduszki, prużno oczy pżywierała i nawet pieżyną zasłaniała głowę — nie pomogło, sen nie pżyhodził, a jeno jakby zmora zwaliła się na nią i na piersi padła takim ciężarem, że ani odethnąć mogła, ni kżyknąć, ni się porwać z łużka; leżała nieruhoma, w odrętwieniu takiego pułsnu, pułjawy, w kturym rozum niczego nie rozeznaje, a ino sama dusza się wypżędza ze wspominek, jak gdyby z kądzieli, i omotuje sobą świat cały, cudności rużne patży, nad ziemiami się nosi, w słońce się ubiera — a tyla sama jest, co te odbicia na wodzie czystej a zwihżonej... Tak było z Jagną, że hociaż nie zasnęła, a sczezło z jej pamięci wszystko i jako ten ptak niesła się duszą po cudeńkah — po onyh dniah pogasłyh, po czasah pomarłyh, a we wspominaniah jeno żywiącyh... w kościele się być czuła... Antek klęczał pobok... muwił wciąż i pażył ją oczami, pażył ją słowami, pżejmował słodką męką i strahem zarazem... to śpiew jakiś się rozlegał i organy huczały tak pżenikliwie, aż każdą nutę z osobna czuła w sobie... to czerwona groźna tważ księdza się jej widziała i wyciągnięte nad narodem ręce... to światła... to potem inne, dawne wspominki pżyhodziły... spotykania się z nim... całunki... uściski... aż gorąc ją pżenikał i taka lubość, że się prężyła cisnąc mocno do poduszek... to znowu wyraźnie, głośno słyszała: „Wyjdź! Wyjdź!...” aż się podnosiła i jakby szła w sobie, szła... hyłkiem pod dżewami, w mrokah... a strah w niej dygotał, kżyk jakiś leciał za nią, pżerażenie wiało z ciemności.

I tak wciąż w kułko, to jedno, to drugie, to dziesiąte pżyhodziło na nią, że się opamiętać ni wyrwać spod tego nie mogła — nic, tylko zmora musiała ją dusić albo zły nagabywał i do gżehu sposobił.

O dużym już dniu podniesła się z pościeli, ale czuła się jak z kżyża zdjęta, wszystkie kości ją bolały, blada była, roztżęsiona i strasznie smutna.

Mruz był zelżał nieco, ale poczerniało jakoś na świecie, śnieg hwilami pruszył, a czasem znuw mocny wiatr powiewał, targał dżewami, że stawały w śnieżnej kużawie, i po drogah pżeświstywał, ale mimo to wieś huczała świąteczną radością, pełno ludzi snuło się po drogah, często saniami ktoś walił, to gromadami wystawali w opłotkah poredzając, to odwiedzali się po sąsiedzku, a dzieci całym stadem, kiej te źrebaki na paśniku, baraszkowały na stawie, aż na wieś całą roznosiły się wżaski.

Ale Jagusi nie było w sercu wesoło ni drujko, nie!... Ziąb ją pżejmował, hociaż ogień wesoło buzował na kominie, głuho jej jakoś było, mimo ciągłego gwaru i Józinych śpiewek, dzwoniącyh po hałupie, obcą się czuła w pośrodku swoih, tak obcą, że ze strahem patżała na nih i jakby wśrud zbujuw się czuła.

A często, nie mogąc się opżeć, zasłuhiwała się w tyh gorącyh szeptah Antkowych, co wciąż, z jednaką siłą dzwoniły w sercu...

— „Gniew boski i potępienie wieczne na takie!” — usłyszała wyraźnie głos księdza i jego czerwoną tważ i wyciągnięte, grożące ręce widziała pżed sobą.

Zalękła się srodze, struhlała w głębokim poczuciu winy. — Nie, nie wyjdę! Gżeh by był śmiertelny, śmiertelny! — powtażała kżepiąc się tym słowem i odżegnując od zła, ale dusza jej kżyczała w żalu i męce, bo rwała się do niego, rwała całą mocą, całą potęgą życia, jak to dżewo pżywalone zwałami rwie się o wiośnie do słońca, jak ta ziemia prężąca się pod pierwszym thnieniem ciepła...

Ale strah gżehu pżeważył jeszcze, że zmogła się w sobie i usiłowała zapomnieć o nim, zapomnieć na zawsze... nie wyhodziła z hałupy, bała się wyhylić w opłotki, bo może tam gdzie pżyczajony czeka i zawoła na nią... a opże mu się to wtedy, wstżyma duszę, nie poleci za tym głosem?!...

Ostro się wzięła do gospodarstwa, cuż, kiedy nie było wiele do roboty, Józka już obżądziła wszystko, a do tego stary hodził za nią cięgiem i niczego się tknąć nie pozwalał.

— Odpocznij, nie narywaj się, by ci się pżed czasem nie stało co złego.

To i nie robiła, a ino tłukła się po izbah bez celu, wyglądała na świat bez potżeby, w ganku stawała, a coraz większa ckność ją pżejmowała i rozdrażnienie zarazem, bo gniewały ją te strużujące mężowe oczy, gniewała radość i gwar całego domu, gniewał nawet ten bociek łażący po izbie, że z rozmysłem potrącała go wełniakiem, aż nie mogąc już wytżymać, a upatżywszy sposobną hwilę pobiegła do matki, ale stawem poleciała, na pżełaj i jeszcze się trwożnie rozglądała, czy gdzie nie stoi za dżewem zaczajony!...

Matki nie było, rankiem pono zajżała i powruciła do wujtowej, Jędrzych zaś dym puszczał w komin, a co trohę wybiegał pżed dom patżeć na drogę, bo Szymek pżystrajał się w komoże.

Odmieniło się w niej, opadły wszystkie zgryzoty, skoro jeno poczuła się po dawnemu w swojej izbie, na staryh śmieciah, poweselała całkiem i bezwiednie prawie zaczęła się kżątać, zajżała do kruw, pżecedziła mleko, kture od rana jeszcze stało w skopkah, żuciła kurom ziarna, zamietła izbę, upżątnęła, co było potża, i wesoło pogadywała z hłopakami, bo Szymek, wystrojony w nową kapotę, wyszedł był na izbę i pżyczesywał się pżed lusterkiem.

— Kędy się to szykujesz?

— A na wieś, u Płoszków zbierają się hłopaki.

— Da ci to matka iść, co?

— Pytał się cięgiem o pżyzwoleństwo nie będę, swuj rozum też mam i swoją wolę... i co mi się jeno uwidzi — zrobię!...

— Pewnikiem to zrobi, pewnikiem! — dogadywał Jędrzych trwożnie wyglądając na drogę.

— A żebyś wiedział, zrobię, na złość zrobię, do Płoszków pujdę, do karczmy pujdę, z hłopakami pił będę! — wykżykiwał hardo.

— Daj głupiemu wolę, to jak ten cielak w cały świat się poniesie, hoć mu ino do cycka iść potża! — żekła ciho nie pżeciwiąc mu się w niczym, hoć wygadywał na matkę i wygrażał się srodze, nawet mało wiele słyszała, bo ano wracać było potżeba do domu, wracać, a jej tak było żal wyhodzić stąd, że prawie z płaczem się podniosła i wolno a ciężko poszła.

A w domu gwarniej jeszcze było i weselej niżli pżudzi. Nastka Gołębianka pżyleciała i gziły się z Józką, aż na drodze było słyhać.

— Wiecie, a to moja ruzga zakwitła! — kżyknęła do whodzącej Jagny.

— Jaka ruzga?

— A tom ją ucięła w Jędrzejki, zasadziłam w piasek, tżymałam na piecu i zakwitła! Zaglądałam wczoraj, nie było jeszcze ani jednego kwiatuszka, a pżez noc całkiem zakwitnęła, patżcie!

Pżyniosła ostrożnie garnczek wypełniony piaskiem, w kturym tkwiła spora gałęź wiśniowa, obsypana delikatnym kwiatem.

— Tżeśnia, kwiatuszki rużowe i pahnące! — szepnął Witek poważnie.

— A prawda, tżeśnia!

Obstąpili dokoła i z dziwną radością a podziwem poglądali na okwiecioną, woniejącą gałęź, na to weszła Jagustynka, ale dzisiaj była już po dawnemu dufna w siebie, wżaskliwa, harda i bacząca, aby ino dogryźć komu, a dobże.

— Zakwitła ruzga, prawda, ale nie la ciebie, Józia, tobie jeszcze żemień potżebny abo i co twardsze! — żekła zaraz na wstępie.

— A la mnie zakwitła, samam w noc Jędrzejkową ucięła, samam...

— Młudka jeszcze jesteś, to pewnie la Nastki ślub wruży! — tłumaczyła Jaguś.

— W garnczek wsadzałyśmy razem, ale sama ucinałam, to la mnie zakwitła!... — wżeszczała i aż na płacz się jej zbierało, że nie pżytwierdzają.

— Jeszcze ci czas ganiać za parobkami i wystawać na pżełazah, starszym pżudzi pora, starszym! — muwiła nie patżąc na nikogo, a uśmiehała się ku Nastce — ciho no, Józia. Wiecie, a to w nocy Magda od organistuw zległa w kruhcie.

— Cudeńka prawicie!

— Żeby to cudeńka, ale prawdziwą prawdę! Jambroży szedł dzwonić i nastąpił na nią...

— Muj Jezus! I nie przemarzła!

— Bogać ta nie, dziecko na śmierć zamarzło! a Magda ledwie zipie. Wzięli ją na plebanię i cucą jeszcze... a lepiej, żeby nie docucili... co jej za niewola żyć, co za dobro ją czeka: cierpienie ano i harowanie!

— Powiadał Mateusz, że jak ją organisty wypędziły, pżyhodziła cięgiem do młyna i tam pżesiadywała, ale potem Franek ją sprał i wygonił, pono z młynażowego pżykazu.

— Cuż to miał z nią zrobić, w ramki oprawić i na ścianie powiesić! Hłop on jest jak i drugie, pżysięgał, jak sięgał, a dostał, zapżestał! Juści, bez winy on nie jest, ale najwięcej winowate organisty! Puki zdrowa była, to orali w nią kiej w te dwa woły, sama jedna robiła wszystko, a małe to gospodarstwo mają? Samyh kruw pięć, a dzieciskuw tyle, świń, gadziny, pola tyle! A jak zahorowała, to ją wygnały, ścierwy nie ludzie!

— A po cuż się zadawała z Frankiem! — wykżyknęła Nastka.

— To samo byś zrobiła nawet z Jaśkiem, byś ino wieżyła, że na zapowiedzi poniesie!

Zapeżyła się o to Nastka i jęła pżegadywać, ale wszedł Boryna, więc obie pżycihły.

— Wiecie o Magdzie! Już żywie, domacali się w niej duha, Jambroży powiada, że jeszcze z pacież, a już by pięty pokazała światu; Rocho tże ją jeszcze śniegiem i poi, ale pono lekować się będzie musiała długo.

— A gdzie się to podzieje biedota, gdzie?

— Hyba Kozły muszą ją wziąć do siebie, boć to ih krewniaczka!

— Kozły! Same tym ino żyją, co gdzie urwią, wycyganią albo i ukradną, to za co będą ją lekowali? Tyle gospodaży we wsi, tyle bogaczy, a nikto z poratunkiem nie spieszy!

— Juści, gospodaże to mają studnie niepżebrane, samo im z nieba leci, że ino rozdawać na wsze strony! Każdy ma dosyć swojego, co mu do obcyh! Jeszcze by, żebym każdego, komu potża, z drogi zbierał, do dom zwoził, jeść dawał, lekował i może jeszcze dohtoruw płacił! Stara jesteście, a w głowie wama pżewiewa.

— Prawda, że musu nikt nie ma pomagać drugim, ale człowiek też nie bydle, żeby zdyhał pode płotem.

— Takie już jest i będzie użądzenie na świecie, zmienicie to?

— Baczę, że dawniej pżed wojną, jeszcze za pańskih czasuw, był we wsi szpital dla biednyh, w tym domu, gdzie teraz organista siedzi, dobże baczę, iż z morga płacili.

Boryna się zniecierpliwił i nie hciał o tym muwić więcej.

— Gadanie nasze tyle zrobi, co umarłemu kadzenie! — zakończył hmurnie.

— Pewnie, że nie pomoże, pewnie! Kto nie ma serca miłosiernego la ludzkiego skżybotu, temu i płakania są zbędne! Komu jest dobże, temu się widzi, że wszystko się dzieje na świecie, jak pżynależy, jak Pan Bóg pżykazał!

Ale już na to Boryna się nie odezwał, więc Jagustynka zwruciła się do Nastki:

— Jakże tam Mateuszowe boki, lepiej?

— Mateusz? Cuż mu się to stało?...

— Nie wiecie?... — zawołała Nastka. — A to pżed świętami jeszcze, we wtorek, widzi mi się, wasz Antek go pobił; za ożydle wziął, wyniusł z młynicy i tak ciepnął o płot, że cztery żerdki pękły, wpadł do wody i ledwie się nie utopił. Horuje teraz, krwią pluje, ruhać się nie może. Jambroży powiadają, że mu się macica pżewruciła i cztery żebra pękły! A tak jęczy cięgiem, tak stęka!

Rozpłakała się.

Jagna porwała się na pierwsze słowa, jakby ją kto żgnął w same serce, bo zaraz jej pżyszło do głowy, że to pewnie o nią, ale wnet pżysiadła znowu na skżyni i jęła pżyciskać łypiące powieki do wiśniowyh kwiatuw a hłodzić...

Wszyscy w domu byli zdumieni, bo o niczym nie wiedzieli, po całej wsi muwiono o tym od początku, a do Borynów nie doszło.

— Trafił swuj na swego, zbuj na zbuja, nie ukżywdzą się zanadto! — mruknął stary, ale zły być musiał, bo się namarszczył i jął drewka żucać do komina.

— O co się pobili? — spytała puźniej Jagna.

— O ciebie! — warknęła ze złością stara.

— Juści, muwcie prawdę.

— Żekłam! Mateusz się hwalił we młynie pżed hłopami, że często bywał u ciebie w komoże, Antek to posłyszał i pobił go! Jak te psy o sukę, tak się o ciebie zagryzają.

— Nie powiedajcie do śmiehu, bo mnie słuhać nieletko.

— Rozpytaj się na wsi, kiej mnie nie wieżysz, każdy ci to samo pżytwierdzi, pżecieh nie prawię, że Mateusz prawdę gadał, a ino, co muwił ludziom...

— Cygan paskudny, cygan!

— Ohroni cię to hto od pleciuhuw! i za grobem często nie darują.

— Dobże, że go pobił, dobże, jeszcze bym sama dołożyła! — syknęła zawzięcie.

— Widzisz ją, jak to kurczęciu pazury jastżebieją.

— Za nieprawdę to bym zabiła zaraz! Cygan ścierwa!

— To samo wszystkim muwię, ino że nie wieżą i na zęby cie biorą.

— Jak im Antek pżytnie ozory, to zmilkną!

— Hale, z całym światem zawiedzie wojnę o ciebie, co? — skżywiła się złośliwie.

— A wy jak ten judasz, podpowiadacie swoje, a cieszycie się z cudzej biedy.

Jaguś srodze się rozeźliła, może pierwszy raz w życiu do tego stopnia, taka była zła na Mateusza, że gotowa była lecieć i dżeć go hoćby tymi pazurami! Nie zniesłaby tej złości, gdyby nie wspominki o Antku i o jego dobroci! Zalewała ją wielka czułość, niewypowiedziana wdzięczność gożała w jej sercu, że ją obronił i okżywdzić nie dał. Ale mimo to tak się ciskała po domu, tak o byle co kżyczała na Józkę i Witka, aż się stary zaniepokoił, pżysiadł do niej, zaczął głaskać po tważy i pytał:

— Co ci to, Jaguś, co?

— A cuż by, nic. Odsuńcie się, pży ludziah będą się umilali!

Odsunęła go szorstko.

— Hale, będzie ją głaskał i wpuł jeszcze brał, dziadyga jakiś, niedojda! — myślała ze złością, bo pierwszy raz spostżegła jego starość, pierwszy raz obudził się w niej wstręt do niego i głęboka niehęć, nienawiść prawie. Z pżyczajoną a radosną wzgardą pżyglądała mu się teraz, bo istotnie, w ostatnih czasah postażał się mocno, powłuczył nogami, garbił się i ręce mu się tżęsły.

— Dziad ten, niezguła!

Otżąsnęła się z obżydzenia i tym usilniej myślała o Antku, i już się nie broniła pżed wspominkami, i nie uciekała od tyh kuszącyh, słodkih szeptuw!

A dzień się dłużył ogromnie, nie do wytżymania, że co hwila wyhodziła na ganek, to do sadu za dom i pżez dżewa patżyła na pola... albo wspierała się o hruściany płot, dzielący sad od drogi, biegnącej za wsią wzdłuż saduw i zabudowań, i tęskliwymi oczami leciała we świat, na białe, śnieżne pola, do boruw ciemniejącyh, jeno że nic nie rozeznawała, tak ją całą pżejmowała głęboka radość, że za nią się ujął i skżywdzić nie dał!

— Taki dałby radę wszystkim! Mocaż ci on, mocaż! — myślała z tkliwością. Gdyby się zjawił teraz, w tym oczymgnieniu! nie oparłaby mu się, nie!...

Brug stał niedaleczko, zaraz za drogą, w polu nieco, wruble w nim świerkały i całymi bandami hroniły się do wielkiej dziury, jaka była wybrana w sianie; parobkowi nie hciało się włazić i z wieżhu zrucać, hoć tak Boryna pżykazywał, to skubał se po ździebku, kłakami, aż i jamę wyskobał, że parę ludzi mogło się w niej pomieścić.

— Wyjdź za brug! Wyjdź! — powtażała bezwiednie Antkową prośbę.

Uciekła do hałupy, bo zaczęli dzwonić na nieszpory, a jej się zahciało samej iść do kościoła, w głuhej, niejasnej nadziei, że go tam spotka.

Juści, że nie było go w kościele, ale za to spotkała się zaraz pży wejściu w kruhcie z Hanką, pohwaliła Boga wstżymując rękę pżed kropielnicą, by tamta pierwsza umaczała palce, Hanka zaś nie odżekła pozdrowieniem i nie sięgnęła po wodę święconą, a pżeszła mimo i tak ją udeżyła oczami jakby kamieniem.

Aż jej łzy stanęły w oczah z tego spostponowania i jawnej złości, ale siedziała w ławce i nie mogła oczuw oderwać od jej zmizerowanej, bladej tważy.

— Antkowa kobieta, a takie huhro, taka mizerota, no, no! — snuło się jej po głowie, ale ryhło zapomniała o niej, bo śpiewali na huże i organy tak pięknie pżegrywały, tak ciho a uroczyście, że się zatopiła całkiem w muzyce. Nigdy jeszcze nie było jej tak dobże i słodko w kościele, pżenigdy; nie modliła się nawet, książka leżała nie otwarta, rużaniec tkwił w palcah nie zaczęty, a ona wzdyhała ino, hodziła oczami po mrokah, z wolna płynącyh z okien, po obrazah, po skżeniah świateł i złoceń, po tyh farbah ledwie widnyh i niesła się duszą w zaświaty, w te cudności i nieba obrazuw, w pżygasłe, cihnące dźwięki, w rozmodlone śpiewy, w święty spokuj ekstazy i piła takie zapomnienie wszystkiego, że już nie baczyła, gdzie jest, jeno się jej widziało, że święci zstępują z obrazuw, że idą ku niej z uśmiehem pżenajsłodszym, że te błogosławiące ręce wyciągają się nad nią i dalej idą, nad całym narodem, aż się pżyhylił jako ten łan, a nad nim wieją szaty błękitne, szaty czerwone, spojżenia miłosierne, grania niewypowiedziane, pieśnie dziękczynne — że już i nie wypowiedzieć!

Ocknęła, gdy się nieszpory skończyły i umilkły organy, cisza ją zbudziła z tego sennego rozmażenia, z żalem się podniosła i wyhodziła z drugimi, ale pżed kościołem znowu się spotkała z Hanką, ktura pżystanęła na wprost, jakby hciała co żec, ale ino spojżała nienawistnie i poszła.

— Wytżeszcza ślepie i myśli, że mnie tym nastraszy, głupia — pomyślała Jagna wruciwszy do domu.

Wieczur też już był zapadł, wieczur cihy, omdlały jakiś, świąteczny; mroczno było na świecie, światłości gwiezdne pomdlały w mętnym niebie, że ino gdzieniegdzie tryskał promień jaki, śnieg pruszył, opadał z wolna, bez szelestu, migotał za szybami i snuł się nieskończonym, kłaczastym pżędziwem.

W izbie było ciho ruwnież i nieco sennie, pżyszedł Szymek zaraz z wieczora niby w odwiedziny, a głuwnie, by się z Nastką spotkać, siedzieli też w podle i cihe wiedli rozmowy. Boryny jeszcze nie było. Jagustynka siedziała pżed kominem obierając ziemniaki, a po drugiej stronie Pietrek pżegrywał z ciha na skżypicy, ale tak jakoś żałośliwie, że Łapa czasami skomlał i wył pżeciągle. Witek też tam siedział z Józką, aż Jagna, kturą rozbierało to granie, kżyknęła pżez dżwi:

— Pżestań, Pietrek, a to się aż na płacz zbiera z tej muzyki!

— Ja to bym spała najlepiej pży graniu — zaśmiała się Jagustynka.

Ale skżypki ucihły, dopiero po czasie jakimś ozwały się cihutką, ledwie dosłyszaną nutą zza stajni, bo tam się pżeniusł Pietrek i długo w noc grał. Kolacja się też dogotowywała, gdy powrucił stary.

— A to wujtowa zległa, rwetes tam niemały, aż Dominikowa pżepędza ludzi, tyla się naszło. Tżeba by ci, Jaguś, zajżeć do niej jutro.

— A zaraz polecę, zaraz! — zawołała skwapliwie, a w ogniah cała.

— Możesz i zaraz, pujdę z tobą.

— E... to już jutro może... powiadacie, że tyla tam narodu, wolę po dniu, śnieg pada, ćma!... — tłumaczyła zniehęcona nagle, a on i na to się zgodził i nie nastawał, ile że i weszła akuratnie kowalowa z dziećmi.

— A gdzież to twuj?

— Zepsuła się młockarnia we Woli, to go pozwali, bo dworski kowal nie umie sobie poradzić...

— Coś często teraz jeździ do dworu! — żuciła znacząco Jagustynka.

— Pżeszkadza to wama?

— Co by zaś, uważam ino, miarkuję i czekam, co z tego wyjdzie...

Ale na tym się skończyło, bo nikomu nie hciało się wieść głośniej rozmowy la drugih, każdy pogadywał z ciha i leniwie, senność ogarniała wszystkih bez mała z wczorajszego niewywczasowania, że nawet kolację jedli bez smaku, a ino ten i uw z podziwem spoglądał na Jagusię, ktura gorączkowo uwijała się po izbie, zapraszała do jadła, hoć już łyżki pokładli, buhała ni z tego, ni z owego śmiehem, to znowu pżysiadała się do dziewczyn i rajcowała tży po tży, a nie dokończywszy leciała na drugą stronę, ale już z sieni nawracała z powrotem. Była w gorączce męczącej, bo pełnej obaw i niepokojuw. Wieczur wlukł się wolno, ociężale, sennie, a w niej rosła i wzmagała się nieustępliwie hęć wybieżenia za dom... do brogu... Ale nie mogła się zdecydować, bała się, że spostżegą... bała się gżehu... powstżymywała się całą mocą i dygotała z męki, skowyczała w niej dusza, jak ten pies na łańcuhu, rwało się serce... nie, nie mogła, nie mogła... a on może już tam stoi... czeka... wypatruje... może koło hałupy błądzi... może gdzie w sadzie pżyczajony w okna zagląda i patży teraz na nią... i prosi... i truhleje z żałości, że nie wyszła... Poleci hyba, nie wytżyma dłużej... ino na tę minutkę, na to jedno słowo, by mu żec: idź, nie wyjdę, gżeh... Już się za zapaską oglądała, już szła ku dżwiom... szła... ale cosik jakby ją ułapiło za kark i pżytżymało na miejscu... bała się... i Jagustynki oczy hodziły za nią w ślad, jak te psy tropiące, Nastka też dziwnie spoglądała... stary ruwnież... Wiedzą co?... miarkują?... Nie, nie wyjdę dzisiaj, nie...

Zmogła się wreszcie, ale czuła się tak zmordowaną, że ani wiedziała, co się dzieje dokoła. Pżecknęła dopiero, gdy Łapa zaczął szczekać pżed domem; w izbie było prawie pusto, jedna Jagustynka dżemała pod kominem, a stary patżał w okno, bo pies szczekał coraz zajadlej.

— Pewnie Antek, nie doczekał się i... — porwała się zestraszona.

Ale to stary Kłąb stanął we dżwiah, a za nim whodzili wolno, otżepując się i obijając o prug buty ze śniegu — Winciorek, kulawy Grzela, Michał Caban, Franek Bylica, brat Hanczynego ojca, Walenty z kżywą gębą i Józek Wachnik...

Dziwował się tej procesji Boryna, ale juści, że pary z gęby nie puścił, na pozdrowienia odpowiadał, rękę podawał, siedzieć zapraszał, ławki podsuwał i tabaką częstował...

Usadzili się żędem, tabakę ohotnie zażywali, ten kihnął, uw nos ucierał, tamten zaś oczy, bo tabaka była kżepka, jenszy rozglądał się po izbie, kturen znuw to jakie słowo żucił, drugi zaś rozważnie i z namysłem odżekał — tamten o śniegah prawił, kto z turbacjami wyjeżdżał, kto ino wzdyhał a kiwaniem pżytwierdzał — a wszystkie razem mądre dyskursa wiedli i z wolna prowadzili do tego, z czym pżyszli...

Boryna się kręcił na ławie, w oczy im patżał, za języki pociągał i z rużnyh stron zabiegał.

Nie dali się jednak wywieść; siedzieli w żąd, siwi wszyscy, wyshli, wygoleni, ruwniaki latami, czerstwi jeszcze, hoć już starością i pracą pżygięci do ziemi, niby te głazy polne omszali; surowi, kwardzi, niepżystępni a mądrale, to się stżegli wymuwić pżed czasem i kołowali po miedzah sprawy, jako te zmyślne psy owczarskie, kiedy hcą owce zagnać we wrota.

Aż w końcu Kłąb odhżąknął, splunął i żekł uroczyście:

— Co tu marudzić i zwlekać; pżyślim się dowiedzieć, czy tżymacie z nami?...

— Bez was stanowić nie możem...

— Boć pierwszym we wsi jesteście.

— A rozumu też wam Pan Jezus nie poskąpił.

— I hoć pżez użędu, a gromadzie pżewodzicie...

— Kużden się na was ogląda.

— Ile że o wszystkih kżywdę hodzi.

Powiedział każdy swoje, a pżypohlebnie, że Boryna poczerwieniał, ręce rozłożył i zawołał:

— Ludzie kohane, kiej nie miarkuję, z czym pżyhodzicie?

— A wedle naszego lasu, mają go rąbać po Trzech Królach!

— Pżecieh już na tartaku żną jakieś dżewo.

— Żną żydowskie z Rudki, nie wiecie to?

— Nie wiedziałem, czasu nie ma hodzić pomiędzy ludźmi i pżepytywać...

— A samiście najpierwsi pomstowali na dziedzica...

— Bom myślał, że nasze poręby spżedał...

— A czyjeż to spżedał, czyje? — zakżyczał Caban.

— Juści, że na pżykupnym.

— Spżedał i na pżykupnym, ale spżedał i na Wilczych Dołach i ma ciąć...

— Bez naszego pżyzwoleństwa ciął nie będzie.

— Juści, dżewo już wycehowali, las rozmieżyli i po Trzech Królach rąbać zaczną.

— Kiedy tak, tżeba jehać ze skargą do komisaża — żekł Boryna po namyśle.

— Od zasiewuw do żniw nie każdy będzie żyw! — mruknął Caban.

— A jak kto na śmierć hory, na nic mu i dohtory! — dodał Walenty z kżywą gębą.

— Skarga tyle sprawi, że nim użąd zjedzie i zabroni, to już i pniakuw nie ostanie po naszym lesie, a jak to było w Dębicy, baczycie?

— Z dworem to jak z wilkiem, nieh ino jedną owcę sprubuje, wnet całe stado wybieże.

— Nie tża dać, by się znarowił!

— Żekliście mądre słowo, Macieju; jutro po kościele mają się gospodaże zebrać u mnie, by cosik postanowiła gromada, tośwa pżyszli waju zaprosić na naradę.

— Wszystkie pżyjdą?...

— Wszystkie, a zaraz po kościele...

— Jutro... Cuż, kiej koniecznie muszę jutro jehać do Woli, prawdę muwię, dzielą się tam gospodarką krewniaki, a sważą i procesują, obiecałem się rozsądzić, by się sierotom kżywda nie stała, jehać muszę, ale co postanowicie, to tak wezmę, jakbym uradzał społem.

Wyszli markotni nieco, bo hociaż wszystkiemu pżytwierdzał i zgadzał się na wszystko, co muwili, dobże poczuli, że z nimi szczeże nie tżyma.

— Hale, uradzajcie sobie, ale beze mnie! — myślał — wujt ni młynaż, ni co pierwsi nie pujdą z wami! Nieh się dwur dowie, że nie nastaję na niego, prędzej zapłaci za krowę... i będzie się hciał godzić z osobna... Głupie!... do ostatniego hojaka pozwolić mu ciąć... a potem dopiero w kżyk, do sąduw, areszt położyć, pżycisnąć — dałby więcej niźli zgodą. Nieh se radzą, poczekam na boku, nie pilno mi, nie!...

Dom już cały legł spać, a Maciej siedział, kredą na ławce pisał, liczył i długo w noc deliberował.

Nazajutż zaraz po śniadaniu nakazał parobkowi ryhtować sanie.

— Jakom wczoraj powiedział, pojadę do Woli, pilnuj tu domu, Jaguś, a jakby się kto dowiadywał, rozgłaszaj, że musiałem jehać, i do wujtowej zajżyj.

— Puźno to wrucicie? — pytała z pżyczajoną w sercu radością.

— Na odwieczeżu, a może i puźniej.

Pżyodziewał się świątecznie, a ona znosiła mu z komory ubrania, wiązała wstążkę u koszuli pod szyją, pomagała we wszystkim i z gorączkową niecierpliwością pżynaglała Pietrka, by prędzej konie zakładał, tżęsła się cała, nie mogła ustać na miejscu, radość w niej kżyczała, radość, że pojedzie na cały dzień, puźno wruci, może dopiero w nocy, a ona zostanie sama i o zmroku — o zmroku wyjdzie za brug... Wyjdzie! Hej! Rwała się już jej dusza do wylotu, śmiały się oczy, wyciągały ręce, prężyła pierś i ognie błyskawicami upalnymi hodziły po niej i słodką męką oblewały... Ale z nagła, niespodziewanie hwycił ją dziwny lęk i ścisnął za serce, że zmilkła, pżycihła w sobie i jak błędna patżyła za Boryną, gdy się okręcił w pas, nadział czapę i wydawał jakieś pżykazania Witkowi.

— Weźcie mnie ze sobą! — szepnęła ciho.

— Hale. Ktuż w hałupie ostanie? — zdziwił się mocno.

— Weźcie mnie, święty Szczepan dzisiaj, roboty wiele nie ma, weźcie mnie, tak mi się markoci, weźcie! — prosiła tak gorąco, że hociaż się dziwował, ale się nie oparł i pżyzwolił.

W parę hwil już była gotowa i ruszyli zaraz spżed domu ostro z kopyta, aż sanie zamietły.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)