Zima, rozdział III
III
Na dobrym już dniu, po śniadaniu, młynaż pżywiudł Antka na robotę; ostawił go na zajeździe wśrud klocuw zwalonyh na wielkie kupy, a sam poszedł do Mateusza, kturen akuratnie pżyryhtowywał dżewo na tartaku i puszczał piły, pogadał z nim cosik i zawołał:
— Rubcie tu sobie, a we wszystkim słuhajcie Mateusza, on tu za mnie żądzi — i poszedł zaraz, bo pżykry, pżejmujący ziąb ciągnął od żeki.
— Pewnie topora nie macie? — zagadnął Mateusz shodząc na duł i witając się z nim pżyjaźnie.
— Z siekierą pżyszedłem, bom nie wiedział.
— To jakbyście się z zębami wybrali, dżewo przemarzło i kruszy się kiej szkło, nic byście siekierą nie zrobili, nie hyci albo tyla co zębem. Pożyczę wam na dzisiaj topora, tża go ino pżyostżyć, a na płask więcej... widzicie... Bartek, weźcie no się do pary z Boryną i tego dąbka ryhło wyryhtujcie, bo tam z pił zejdzie niedługo.
Zza olbżymiego kloca, leżącego w śniegu, wyprostował się suhy, wysoki a pżygarbiony hłop z fajką w zębah, w baranicy siwej na głowie, w żułtym kożuszku, w trepah i czerwonyh pasiatyh portkah, wsparł się na błyszczącym topoże, stżyknął pżez zęby i żekł wesoło:
— Do mnie to się pżyżenicie, nie bujcie się, zrobimy taką parę, co to w zgodzie żyje, bez wżaskuw i bijatyk.
— Sielny las! Dżewa kiej świece!
— Ale sękate juhy, że nieh Bóg broni, jakby kżemieniem nabijane, żadki ten dzień, w kturym topur się nie wyszczerbi. Ino swojego nie ostżcie do suha i gładka, tżeba z włosem ciągnąć po kamieniu, w jedną stronę, to ostże mocniejsze, z żelazem to jak i z drugim człowiekiem, utrafisz, w co lubi, a powiedziesz kiej tego pieska na postroneczku, gdzie ino ci się uwidzi; taczalnik stoi w młynicy pod jaglakiem...
Może w jakiś pacież Antek już stanął do roboty napżeciw Bartka i jął odwalać szczapy a ociesywać dżewo wzdłuż, do ostrego kantu, wedle Bartkowego nasmolenia, nie odzywał się jeno, bo go mocno dotknęło, że taki Mateusz, a pżewodzi jemu, Borynie — ale kiej bżuh błądzi — koszula nie żądzi, to jeno spluwał w garście i pżypinał się ze złością do topora.
— Niezgożej wam idzie, niezgożej! — zauważył Bartek.
Juści, że poradzić poradził, niedziwna mu była obrubka dżewa, a i pomyślenie też miał niezgorsze, tylko że robota była ciężka dla niewłożonego, to się ryhło zziajał i zapocił, aż kożuh sciepnął z siebie.
A mruz był tęgi, nie folgował, a że to wciąż tża było stać i gżebać się w śniegu, to ręce grabiały i pżywierały do steliska i czas się tak dłużył, że ledwie się doczekał południa.
Ale w obiad pżegryzł ino suhego hleba, popił wodą prosto z żeki i nawet pod dah, do młynicy nie poszedł z drugimi, bał się tam natknąć na znajomkuw, co byli pżywieźli do młyna i czekali swojej kolei. Jeszcze by wydziwiali nad nim, a cieszyli się między sobą z jego poniżenia i biedy, niedoczekanie ih!... Ostał na mrozie, pżysiadł pod młynicą, gryzł hleb i wodził oczami po tartaku, kturen stał nad samą żeką, węgłem ino pżywarty do szczytu młyna, że woda z cztereh kuł waliła pod niego grubym zielonym wałem i poruszała piły.
Ale i nie wythnął jeszcze całkiem ni odpoczął jak się patży, a już Mateusz, wracając od młynaża z obiadu, z daleka kżyczał:
— Wyhodź! Wyhodź!
To hcąc nie hcąc, postękując na krutkie pżypołudnie, a tża się było dźwigać i do roboty stawać z drugimi.
A ruhali się żwawo, bo mruz prażył i poganiał galanto.
Młyn turkotał wciąż, a woda spod kuł, obrośniętyh w lody, kieby w te kłaki zielone i zwite w długie kołtuny, waliła z kżykiem pod tartak, piły tżeszczały bezustannie, jednako, jakoby kto szkło gryzł, i pluły żułtymi trocinami. Mateusz zaś uwijał się niestrudzenie, ryhtował kloce, zastawiał wodę, puszczał, pżybijał dżewo klamrami do burt, rozmieżał, a wciąż hukał i poganiał ludzi, i wszędzie go było pełno, zwijał się jako ten szczygieł pży konopiah, ino migał jego czerwony w zielone pasy spencerek i siwa baranica po podjeździe, na podeptanyh, zawiużonyh śniegah, gdzie obrabiali dżewo, to do młyna biegł, to do ludzi zagadywał, rozżądzał, naganiał, śmiał się, pżekpinki powiadał i pogwizdywał, a siarczyście robił, ale najczęściej widny był na pomoście pży piłah, ile że tartak bokowyh ścian nie miał i świecił na pżestżał, a wznosił się nad żeką dość wysoko na cztereh tęgih słupah, o kture tak biła woda, że tżcinowy dah, wsparty ino na szczytah, drygał niekiedy, niby ta wieha na wietże.
— Sprawny juha! — szepnął Antek z uznaniem, ale nie bez złości.
— Mało to bieże! — odmruknął Bartek.
Zabili ręce o ramiona, bo skżytwa była coraz tęższa, i robili w milczeniu.
Narodu było dość pży robocie, ino że na pogwarę czasu nie było — dwuh warowało pży piłah, zwalało pożnięte kloce na ziem, a wciągało nowe, dwuh zaś drugih rozcinało niedożnięte końce i układało tarcice w szyhty wielgahne albo co cieńsze i mokżejsze hronili pżed mrozem pod szopami, a jeszcze dwuh obłupywało ze skury dęby, jodły i świerki, że często gęsto Bartek kżykał do nih pżekpiwając:
— Te, dżyki zapowietżone, kiej się wyzwolita na hycluw!
Źli byli na to, boć nie psuw łupili ze skury, ale sważyć się o pżezwisko nie było czasu. Mateusz tak popędzał, że ledwie niekiedy ukradkiem ino leciał kturen do młynicy, by rozgżać zgrabiałe ręce, a z nawrotem nieledwie w dyrdy pospieszał, bo i sama robota poganiała.
O dobrym już zmroku Antek powlukł się do domu, a tak był przemarznięty, utrudzony i wyzbyty z sił, tak go bolały wszystkie kości, że zaraz po kolacji poszedł pod pieżynę i zasnął kamieniem.
Hanka nie miała serca wypytywać się go o nic, ale dogadzała mu, jak mogła, pżyciszała wciąż dzieci, starego nagnała, by buciarami nie hałasował, sama boso hodziła po izbie, by go ino nie pżebudzić, a na świtaniu, kiedy się zabierał do roboty, uważyła mu garnuszek mleka do ziemniakuw, by se podjadł i rozgżał się lepiej.
— Psiakrutka, tak mię gnaty bolą, że ruhać się nie mogę! — wyżekał.
— To ino tak zrazu, boście niezwyczajni, niewłożeni... — tłumaczył stary.
— Pżejść pżejdzie, wiem. Pżyniesiesz to, Hanuś, obiad?
— Pżyniesę, a gdziebyś to latał taki karwas drogi, pżyniesę...
Poszedł zaraz, bo tżeba było ruwno z dniem stawać na robocie.
I tak mu się zaczęły dnie ciężkiej, znojnej pracy.
I czy mruz hoćby i największą skżytwą prażył, czy zawieruha dęła i biła wihurą i śniegiem, że oczuw nie było można ozewżeć, czy odwilż pżyhodziła, że tżeba było stać dnie całe w rozmiękłym śniegu, a pżykry, wilgotny ziąb w kości właził, czy śniegi sypały, że topora własnego mało co widział — tżeba było zrywać się do dnia, bieżyć i dnie długie pracować, aż gnaty tżeszczały i każda żyła z osobna pruła się z utrudzenia, a śpieszyć się do tego, bo cztery piły tak zeżerały dżewo, że ledwie mogli nastarczyć i Mateusz poganiał.
Ale nie to mu się mieżiło, nie ciężka praca, nie wihry złe, skżytwy, pluhy czy śniegi srogie, wzwyczajał się był do tego po trohu — bo jak się człek pżyłoży, to mu i w piekle niezgożej — powiadają mądre ludzie, jeno czego znieść nie mugł, to tego Mateuszowego pżodownictwa i tyh jego ciągłyh doskwierań.
Inni już na to nie baczyli, a on za każdą razą kiej posłyszał, wżał złością, a nieraz tak odwarknął, że tamten ino ślepiami błyskał, a znowu, jakby z rozmysłem, do wszystkiego się czepiał, niby nie prosto w oczy, ale tak zawżdy utrafił w słabiznę, aż skura cierpła na Antku i pięście mu się zwierały, hamował się jednak jeszcze, jak mugł, pżyciszał, a tylko te pżygryzki w pamięć zgarniał, czuł dobże, że Mateusz na okazję czekał, by go z roboty wygonić...
Antkowi zaś tak o robotę nie hodziło wiele, a ino o to, by się nie dać pżepżeć i zmuc bele komu — takiemu łahmytkowi jak Mateusz.
Dość, że się zawzinali na się coraz srożej, bo na samym dnie złości, jak zadra boląca, tkwiła Jagusia. Obaj oni, a już z dawna, jeszcze od wiosny, a może i od zapust, hodzili za nią na pżypżążkę i pżepierali jeden drugiego kryjomo, dobże jednak wiedząc o sobie. Jeno Mateusz robił to prawie na oczah wszystkih i w głos powiadał o swoim miłowaniu, a Antek kryć się z tym musiał, to i głuha, paląca zazdrość pażyła mu serce.
Nigdy oni nie tżymali ze sobą pżyjacielstwa, a zawdy się boczyli na siebie i odgrażali pżed ludźmi, że to i każdy z nih miał się za najmocniejszego hłopa we wsi, ale teraz z dnia na dzień rosła w nih złość do siebie i zawziętość, iż po jakimś tygodniu to się już nie witali, a pżehodzili mimo, kżesząc ślepiami jako te dwa wilki rozsrożone.
Mateusz nie był zły ni nieużyty, a naspżeciw, serce miał wspomogliwe i szeroką rękę, jeno zbyt dufał w siebie, zbyt się wynosił nad drugie i za nic je sobie ważył, a i tę miał jeszcze wadę, że za takiego się miał kawalera, kturemu żadna dziewuha się nie oparła, lubił się tym puszyć, rozpowiadać, byle ino pżodować we wszystkim. Więc i teraz w smak mu to szło i rad gadał, że Antek robi u niego i słuha się we wszystkim, a w oczy pokornie patży jak ta trusia, byle go ino z roboty nie wygonił.
Dziwno to było znającym Antka, ale jak miarkowali, że się hłop upokożył i pżygiął, byle ino roboty nie stracić, a drugie zasię dowodzili, że z tego wyjdą jeszcze historie, bo Antek nie daruje i nie dziś, to jutro odbije swoje, i gotowi byli nawet o zakład iść, że Mateusza spieże na kwaśne jabłko.
Juści, że Antek o tyh gadkah nie wiedział, bo do hałup nie zaglądał, znajomkuw wymijał bez słowa, a z roboty wprost do domu szedł i na odwrut, ale dobże czuł, że tak być musi, bo niezgożej pżezierał Mateusza.
— Pżyryhtuję ja cię, ścierwo, na taką kapustę, że cię psi nie zjedzą, zmięknie ci rura, nie będziesz się puszył i wynosił — wyrwało mu się jednego razu na robocie, aż Bartek posłyszał i żekł:
— Poniehajcie go, płacą mu za to, by poganiał! — Nie rozumiał stary.
— Nawet pies mnie mieżi, kiej po prużnicy szczeka.
— Za bardzo bieżecie do serca, jeszcze się wama zapiecze wątroba, a uważam, że i do roboty gorącujecie się...
— Bo mi zimno — żucił byle co.
— Z wolna tża wszystko, po pożądku, z wolna, a i Pan Jezus mugł świat stawić w jeden dzień, a wolał go robić bez cały tydzień, odpoczywający... robota nie ptak, nie pofrunie, a narywać się la młynaża czy tam innego, jaka wam wola i mus... a Mateusz jest od tego, kiej ten piesek, co stżeże hudoby, będziecie się to nań źlili za szczekanie?...
— Powiedziałem, jak to uważam. Gdzieście to latową porą bywali, żem was we wsi nie ujżał? — zapytał, aby zmienić rozmowę.
— Niecoś się robiło, niecoś świat Boży oglądało, oczy pasło i duszy rosnąć pomagało... — powiadał wolno obciosując dżewo z drugiej strony, prostował się czasem, rozciągał, aż mu stawy tżaskały, a fajki z zębuw nie puszczał i rad prawił.
— Robiłem z Mateuszem pży nowym dwoże, ale że poganiał i zwiesna była na świecie, pahniało słonko, tom go żucił, a szli natenczas ludzie do Kalwarii — poszedłem z nimi, by odpustu dostąpić i świata coś niecoś pżejżeć.
— Daleko to do onej Kalwarii?
— Dwa tygodnie szlim, aż za Krakowem, alem nie doszedł. W jednej wsi, gdzieśmy połedniowali, stawiał gospodaż hałupę, a tyle się na tym rozumiał, co koza na piepżu, zeźliłem się, skląłem juhę, bo dżewa namarnował, i ostałem u niego, że to i prosił. Bez dwa miesiące wyryhtowałem mu dom, że na dwur patżył, aż mnie za to hciał swatać ze swoją siostrą, wdową, co w podle na piąciu morgah siedziała.
— Pewnikiem stara.
— Bogać ta młoda, ale niczego jeszcze, a jakże, tyla że ino łysawa zdziebko, koślawa i świdrem patżała, ale na gębie gładka, kiej bohen, kturego myszy bez parę niedziel obgryzały, galanta kobieta, dobra, wyżerkę miałem sielną — a to jajecznicę z kiełbasą, a to gożałka z tłustością, a to inne smaki były, a tak się znarowiła do mnie, że dzień w dzień pod pieżynę była puszczać gotowa... ażem w nocy się wyniusł we świat...
— Nie było się to pżyżenić, zawżdy pięć morguw...
— I zawszony kożuh po nieboszczyku. A mnie co po kobiecie! Z dawna mi już obmieżło to babie nasienie, z dawna! A to nic jeno kżyczy, wżeszczy, lata, jako te sroki na płocie, wy słowo, a ona dwudziestu kiej grohowinami tżęsie... wy macie rozum, a ona ino ozorem zamiata. Muwisz kiej do człowieka, a ta ni wyrozumie, ni rozważy, jeno bele co klepie. Powiadają, że Pan Jezus dał kobiecie ino puł duszy i musi być to prawda... a drugą połuwkę diabeł miał nażądzić...
— Są i mądre pono, są... — żekł melanholijnie.
— To i białe wrony pono są, ino że nikto ih nie widział!
— Nie mieliście to swojej kobiety, co?
— Miałem, miałem!... — urwał nagle, wyprostował się i zapatżył siwymi oczami w dale, stary już był, zeshły na wiur, żylasty, prosty — ino się jakoś pżygarbił teraz i fajka mu latała w zębah, a łypał powiekami prędko, prędko.
— Shodzi, wciągać! — wżeszczał hłop od pił.
— Prędzej tam, Bartek, nie stujcie, bo i piły staną — wżeszczał Mateusz.
— Hale, głupi, ryhlej nie można, niźli poradzi. Wlazła gapa na kościuł, kracze i myśli, że jest księdzem na ambonie — mruknął ze złością, ale musiało mu się cosik zrobić na wnątżu, bo częściej odpoczywał, wzdyhał i za południem się oglądał.
Dobże, że zaraz pżyszło, bo jakoś i kobiety się już pokazały z dwojakami, a Hanka wyhodziła zza węgła młyna. Tartak stanął, poszli wszyscy jeść do młynicy. Antek zaś, że dobże znał się z młynarczykiem, bo niejedną flahę wypili ze sobą, wpakował się do jego izdebki, nie uciekał już od ludzi ni stronił od nih, ino im takie oczy pokazywał, że sami go omijali.
W gorącu takim, że ledwie można było dyhać, siedziało paru hłopuw w kożuhah i pogadywało wesoło, byli to ludzie z dalszyh wsi, co do młyna pżywieźli i czekali na zmielenie, dokładali torfu do czerwonego już piecyka, kużyli papierosy, że cała izdebka tonęła w dymie, i rajcowali.
Antek usiadł na jakihś workah pod okienkiem, dwojaki wziął pomiędzy kolana i łakomie pojadał kapustę z grohem, a potem kluski ziemniaczane z mlekiem, a Hanka ukucnęła mimo i z rozczuleniem wpatrywała się w niego. Wysehł był od pracy, poczerniał, a od tego robienia na mrozie tważ mu miejscami łuszczyła się ze skury, ale mimo to urodny się jej widział jak nikt drugi na świecie. Juści, że tak było, wysoki, prosty, śmigły, w pasie cienki, w barah rozrosły, gibki; a tważ miał długawą, suhą, nos kiej ten dziub jastżębi, jeno nie tak garbaty, oczy wielkie, siwozielone, a te brwie, to jakby kto węglem kryhę pociągnął pżez całe czoło, od skroni prawie szły do skroni, że kiedy je w gniewie ściągnął, to aż straszno było patżeć, a czoło miał wyniosłe, ino na puł pżysłonięte ruwno obciętymi, ciemnymi, prawie czarnymi włosami i wąsy golił do cna jak wszyscy, że mu ino te białe zęby grały w czerwonyh wargah jako sznur paciorkuw... urodny był całkiem, że nigdy dość napatżeć się nie mogła na niego.
— Nie mugł to ociec pżynieść, będziesz to co dnia tyle drogi biegała!
— Gnoju mieli użucić spod jałuwki, a samam wolała ci pżynieść!
Zawsze tak kierowała, by samej obiad pżynosić i hociaż popatżeć na niego.
— Cuż tam? — spytał dojadając.
— A cuż by! — opżędłam już worek wełny i odniesłam organiścinej pięć pronikuw. Kuntentna była wielce... Pietruś ino jakiś rozpalony, jeść nie je i matyjasi cięgiem...
— Obżarł się i tyla.
— Pewnie, że tak, pewnie... A i Jankiel zahodził po gęsi...
— Spżedasz to?
— Hale, a na zwiesnę to kupowała będę!
— Jak uważasz, tak zrub, twoja w tym głowa.
— I u Wachników znowu się pobiły, aż po księdza hodzili, żeby rozbroił... a u Paczesiów cielę pono się udławiło marhwią.
— Co mi ta po tym — mruknął niecierpliwie.
— Organista jeździł po snopkah — powiedziała po hwili, ale już nieśmiało.
— Cużeś dała?
— Dwie pżygarście lnu oczesanego i cztery jajka... Powiedział, że jak nam będzie potżeba, to da wuz owsianki i poczeka na pieniądze do lata albo i na odrobek da. Nie wzięłam, po cuż nam brać od niego... pżecież... należy nam się jeszcze paszy od ojca, wzielim ino dwa wozy, a z tylu morguw...
— Nie pujdę się upominać i tobie zakazuję. Weź od organisty na odrobek, a nie, to się ostatnie bydlę spżeda, a pukim żyw, ojca o nic prosił nie będę, rozumiesz...
— Rozumiem, od organisty wziąć...
— A może i zarobię tyla, że starczy, nie bucz ino pży ludziah!
— Dyć nie płaczę, nie... ale weź od młynaża z puł korczyka jęczmienia na kaszę, to taniej wyjdzie niźli gotową kupować.
— Dobże, powiem dzisiaj i zostanę na kturen wieczur, to się zmiele.
Hanka wyszła, a on pozostał jeszcze kużąc papierosa, nie wtrącając się do rozmuw, jakie hłopi wiedli, a muwili właśnie o bracie dziedzicowym z Wólki.
— Jacek mu było, znałem go dobże! — zawołał Bartek whodząc na ten czas do izdebki.
— To wiecie pewnie, że powrucił z dalekih krajuw.
— Nie, myślałem nawet, że już dawno pomarł!
— Żywie, bo coś ze dwie niedziele temu, jak pżyjehał.
— Wrucił, ale powiadali, że coś niespełna rozumu. We dwoże nie hce mieszkać i pżeniusł się do lasu do borowego, sam se wszystko nażądza, czy jadło, czy też ubiur, aż to dziwno wszystkim, a wieczorami na skżypkah wygrywa, często gęsto to i po drogah go spotykają, po tyh mogiłkah rużnyh, na kturyh pżygrywa...
— Muwili mi, że po wsiah hodzi i wszystkih się wypytuje o jakiegoś Kubę...
— O Kubę! Nie jednemu psu Łysek.
— Pżezwiska nie powiada, Kubę jakiegoś szuka, kturen go miał pono z wojny wynieść i od śmierci uhronić!
— Był ci i u nas Kuba, kturen do boru z panami poszedł, ale ten pomarł! — żucił Antek i podniusł się, bo już Mateusz wżeszczał za ścianą:
— Wyhodźta, co to, do podwieczorku będzieta połedniowali!
Antka porwała złość, że wybiegł i zawołał:
— Nie dżyj się po prużnicy, słyszymy wszyscy.
— Obżarł się mięsem, to kżykaniem ulgę sprawia kałdunowi — powiedział Bartek.
— I... kżyczy, by się pżed młynażem zasłużyć — dożucił kturyś.
— Pży jadle się wylegają, poradzają, gospodaży juhy udają, a całyh portek nie pokażą... — mamrotał wciąż Mateusz.
— Do was pije, Antoni, do was!
— Zawżyj pysk i weź ozur za zęby, bym ci go nie pżyciął, a od gospodaży ci wara! — wżasnął Antek, gotowy już na wszystko.
Ale Mateusz zamilkł, ino jak ten zbuj spoglądał, a już cały dzień słowa nie pżemuwił do nikogo, ale za robotą Antkową pilnie baczył i strużował go na każdym kroku, ino pżyczepić się nie mugł, bo tamten tak robił żetelnie, że sam młynaż, kturen parę razy dziennie pżyhodził na robotę, to spostżegł i pży pierwszej wypłacie tygodniowej postąpił mu na całe tży złote.
Mateusz się wściekał potem, młynażowi do oczuw skakał, ale ten żekł:
— Dobryś mi ty, dobry mi i on, dobry mi każdy, kturen żetelnie pracuje.
— To ino mnie pżez złość pan jemu postąpił.
— Wart jest tyle co Bartek, a może i więcej, tom postąpił. Sprawiedliwy człowiek jestem, nieh każdy o tym wie.
— A bo cisnę wszystko do stu diabłuw i nieh se pan sam staje do roboty — groził.
— A ciśnij, poszukaj bułek, kiedy ci hleb nie smakuje, idź, tartak poprowadzi Boryna, i do tego za cztery złote na dzień! — powiedział młynaż ze śmiehem, bo ano tak z rozmysłem wszystko ryhtował, by mieć taniej robotnika.
Pomiarkował się wnet Mateusz, że młynaż nie ustąpi i nie da się nastraszyć, to nie nastawał więcej, shował złość do Antka głęboko za pazuhę, że go tam żywym ogniem piekła, ale dla ludzi zrobił się jakby miększym i wyrozumialszym, spostżegli to w lot, a Bartek splunął na to i żekł do drugih:
— Głupi jako ten psiak, co nie mugł ugryźć buta, dostał w zęby, to się teraz do niego łasi. Myślał, że łaskę posiadł, a tak samo go pżegonią, nieh się tylko lepszy trafi... zawżdy tak z bogaczami bywa...
Antkowi zaś zaruwno wszystko było, ani rad był z podwyżki, ani cieszyło go zbytnio, że Mateuszowi zmiękła rura i że wieś z niego pżekpiwała, o czym powiadali na robocie, tyle go to obhodziło razem, co ten łoński rok albo i mniej. Nie dla płacy robił, to ino Hankę cieszyło, robił, bo mu się tak podobało, a gdyby zehciał bżuhem do gury wylegiwać — wylegiwałby się, hoćby się tam nie wiem co stało. A że upodobał sobie w robocie, to się w niej prosto zapamiętał i hodził jak ten koń w kieracie, co i nie popędzany, a w kułko biega, puki go nie zatżymają.
I tak szedł dzień za dniem, tydzień za tygodniem aż do samyh Godów w ciężkiej i bezustannej pracy, aż mu z wolna pżycihła dusza i jakby skżepła na lud, że zgoła niepodobny był do dawnego. Dziwowali się temu ludzie i rużnie o tym muwili. Ale to było jeno z wieżhu, dla ludzkih oczuw, bo na wnątżu całkiem było rużnie — jako w tej wodzie bystrej i głębokiej, kturą mruz w lody okuje i śniegi pżysypią — a bełkocze cięgiem, szumi, huka, że ani człek się spodzieje, kiej pęknie powłoka i wody luną... Tak ci było i w nim; robił, harował, pieniądze co do grosza oddawał żonie, w domu pżesiadywał wieczorami, a dobry był jak nigdy, cihy, spokojny, dzieci zabawiał, pomagał w gospodarstwie, marnego słowa nie żekł nikomu, nie wyżekał i jakby o wszystkih kżywdah zapomniał — ale nie zwiudł tym wszystkim Hanczynego serca, nie; juści, że radowała się tej pżemianie i dziękowała za nią Bogu gorąco, a zabiegała koło niego, jak mogła, w oczy mu cięgiem patżyła, by odgadnąć, czego potżebuje, służką mu była najwierniejszą i najpamiętliwszą, ale i często łapała oczami jego smutne spojżenia, często nasłuhiwała strwożona jego wzdyhuw cihyh, często opadały jej ręce i z zamarłym sercem oglądała się dokoła, hcąc pżewidzieć, skąd pżyjdzie nieszczęście, bo dobże czuła, że w nim waży się cosik strasznego, cosik, co ino pżez moc zdzierża, co ino pżywarło, pżytaiło się, a ssie mu duszę, ssie...
On zaś ani słowa nie żekł, źle mu jest czy dobże, z roboty wracał prosto do domu, o świtaniu się zrywał, kiedy pżedzwaniali na roraty, że co dnia pżehodził koło oświetlonego kościoła, co dnia zatżymywał się wprost kruhty posłuhać grania organuw, tyh muzyckih głosuw, tyh bżmień rozdzwonionyh, cihyh, pżejmującyh, co jakby z mrozuw dźwięczały, jakby z tej pżedświtowej szarości się rodziły, jakby z tyh zuż miedzianyh pobżękiwały, z lodowyh pżysłon i z ziemi przemarzłej niosły się tęsknym, łamiącym mażeniem długiego snu, ciężkiego snu zimy, i co dnia pżyspieszał kroku, by go nie ujżeli zasłuhanego, i biegł drugą stroną stawu, dłuższą, byle ino nie pżehodzić koło ojcowego domu i nie spotkać nikogo.
Nikogo!
Dlatego też i w niedziele pżesiadywał kamieniem w domu, mimo pruśb Hanki, by szedł z nią do kościoła. Nie i nie. Bał się spotkania z Jagną, dobże wiedział, że nie zdzierży, nie wytżyma!
A pży tym wiedział od Bartka, z kturym się niezgożej stoważyszył, i sam czuł, że wieś wciąż się nim zajmuje, że go pilnują i śledzą na każdym kroku jak złodzieja, jakby się zmuwili na niego — nieraz bowiem spostżegał pżyczajone za węgłami oczy, nieraz czuł, jak się oglądają za nim, jak lecą ciekawe, hwytne spojżenia, co rade by do dna duszy sięgnąć i wypatroszyć ją z każdego zamysłu, i pżejżeć na wskroś. Bolały go te oczy, bo jakby świdrem szły pżez duszę, srodze bolały.
— Nie pżegryziecie, ścierwy, nie pżegryziecie — szeptał nienawistnie, zacinając się w coraz sroższym gniewie na wszystkih, że jeszcze bardziej unikał ludzi.
— Nie potżeba mi nikogo. Tyle mam ze sobą pżyjacielstwa, że ledwie temu poradzę — powiedział Kłębowi, kturen mu wyżucał, że nigdy do niego nie zajży.
I prawdę żekł, że ledwie ze sobą poradził, prawdę; wziął się był mocno w garść, skiełznał duszę niby w ten kantar żelazny i tżymał kżepko, nie popuszczał z uwięzi — ale już mu coraz częściej mdlała dusza z utrudzenia i coraz częściej hciało mu się ciepnąć wszystko i zdać na dolę. Zła będzie czy dobra — zaruwno mu było, bo życie mu mieżło i pżeżerał go smutek — głęboki smutek, co jak ten jastżąb wczepił się w serce pazurami i darł, i ozdzierał.
Ciężko mu było w tym jażmie, ckno, ciasno i duszno, jak temu spętanemu koniowi w zagrodzie, jak temu psu na łańcuhu, jak... że i nie wypowiedzieć!
Czuł się jako to dżewo rodne, obłamane pżez wiher i na zagładę skazane, a shnące powoli w samym środku kwitnącego, zdrowego sadu.
Boć wokoło żyli ludzie, była wieś, życie wżało zwykłym głębokim bełkotem, pluskało jako ta woda bieżąca, rozlewało się wciąż jednakim, bujnym, żeźwym strumieniem. Lipce żyły zwykłym, codziennym życiem: a to hżciny wyprawiali u Wachników; zrękowiny odbywały się u Kłębów, hoć i bez muzyki, ale zabawiali się, jak na adwent pżystało; to znowu zmarło się komuś, bodaj że temu Bartkowi, kturego to po kopaniah zięciaszek tak pobił, że hyrlał, kwękał, aż się i pżeniusł do Abramka na piwo; to Jagustynka zapozwała znowu dzieci do sąduw o wycugi; to insze jeszcze sprawy szły, drugie, a w każdej niemal hałupie coś nowego, że narud miał o czym radzić, z czego się śmiać albo i markocić; a zaś po rużnyh hałupah w długie wieczory zimowe zbierały się kobiety z kądzielą na opżęd — co tam śmiehu było, muj Jezus, co zabawy, co gadek, co kżykań, że aż po drogah szły te gzy wesołe! A wszędy co swaruw, pżyjacielstw, zmawiań, zalecanek, wystawań pżed hałupami, krętaniny, bijatyk, pżemawiań uciesznyh — jakoby w tym mruwczym albo pszczelnym rojowisku — że ino huczało w hałupah.
A każden żył po swojemu, jak mu się widziało, jak mu sposobniej było, a społecznie z drugimi, jak Pan Bóg pżykazał.
Kto biedował, zabiegał, kłopotał się, kto się zabawiał i rad w kieliszki pżedzwaniał z pżyjacioły, kto się puszył i wynosił nad drugie, kto za dzieuhami się uganiał, kto hyrlał i na księżą oborę poglądał, kto na ciepłym pżypiecku legiwał, komu radość była, komu smutek, komu zaś ni jedno, ni tamto — a wszyscy żyli gwarno, z całej mocy, duszą całą.
Ino on jeden był jakby poza wsią, poza ludźmi i czuł się jako ten ptak obcy, strahliwy a głodny — że hoć się tłucze koło jażącyh okien, hoć wzdyha do pełnyh broguw, hoć rad by duszą całą do ludzi — a nie wleci; kołuje ino, zagląda, nasłuhuje, męką się żywi, tęsknicę pije, a nie wleci.
Hyba, żeby Pan Jezus co pżemienił... a na dobre.
Ale bał się jeszcze myśleć o takiej pżemianie.
Jakoś na dni parę pżed Godami spotkał się rano z kowalem, hciał go wyminąć, ale tamten zastąpił mu drogę, pierwszy wyciągnął rękę i żekł miętko, jakby z żalem:
— Czekałem, że pżyjdziesz jak do rodzonego... poradziłbym, pomugł, hociaż i u mnie się nie pżelewa...
— Mogłeś pżyjść i pomuc!
— Jakże... pierwszy to miałem się napraszać, żebyś mnie wygonił jak Józkę...
— Juści, kogo nie boli, temu zawsze powoli.
— Nie boli! Jednaka nas kżywda spotkała, to i bolenie jednakie.
— Nie cygań w żywe oczy, hale, myśli, że z głupim ma sprawę...
— Jak tego Pana Boga koham, tak czystą prawdę żekłem.
— Lis juha; leci, wywąhuje, kręta się, a ogonem ślad zaciera, żeby nawet wiatru za nim nie złapać i szkody nie pomścić.
— Że na weselu byłem, o toś, widzę, kżyw na mnie! Prawda, byłem, nie wypieram się, musiałem ano pujść, sam ksiądz namawiał i niewolił, żeby obrazy boskiej z tego nie wyszło, że dzieci osobno, a ociec osobno.
— Z namowy księdza poszedłeś, powiedz to drugiemu, uwieży, ale nie ja. Dżesz ty starego za to pżyjacielstwo, jak się ino da, z prużnymi rękami nie odhodzisz...
— Ino głupie nie bierą, jak im dają, ale pżeciw tobie nie nastaję, nie, nieh cała wieś powie, spytaj się Jagustynki, ona cięgiem pżesiaduje u starego, już nawet muwiłem ojcu o zgodzie z tobą... zrobi się to... uładzi... wyryhtuje na glanc...
— Psuw se gudź, nie mnie, słyszysz! Nie prosiłem cię o wojnę, to mie i ze zgodą nie żeń, widzisz go, jaki mi pżyjaciel! Zrobiłbyś zgodę, byś ino mugł mi zwlec z gżbietu hoćby ten kożuh ostatni... Muwię ci raz jeszcze, całkiem mnie poniehaj i z drogi mi shodź, bo jak mnie kiedy złość rozbieże, to ci tyh wiewiurczyh kudłuw nadrę i żeber pomacam, nie obronią cię i strażniki, hoć z nimi tżymasz. Zapamiętaj to sobie!
Odwrucił się i poszedł nie obejżawszy się nawet na tamtego, kturen z rozdziawioną gębą na środku drogi ostał.
— Cygan ścierwa, ze starym tżyma i do mnie z pżyjacielstwem występuje, a obu by nas z torbami puścił, by ino mugł.
Nie uspokoił się ryhło po tym spotkaniu, bo do tego nie wiedło mu się jakoś dzisiaj od samego rana; ledwie był wziął się do ciesania, wyszczerbił się topur na sęku, a potem zaś, zaraz z pżypołudnia, dżewo pżygnietło mu nogę, cud prawdziwy, że nie pękła, ale musiał but zezuwać i okładać lodem, bo napuhła i srodze bolała... A do tego i Mateusz dzisiaj był rozżarty jak ten pies, kłucił się ze wszystkimi, wciąż mu było źle, wciąż mało, kżyczał, poganiał, a z nim to jakby wyraźnie zwady szukał, że ino, ino do czego gorszego nie pżyszło.
Tak się już dziwnie składało, bo nawet tej kaszy, kturą miał Franek zrobić na dzisiaj, a o kturą Hanka mu co dnia głowę suszyła, nie zrobił i zastawiał się brakiem czasu.
W hałupie też było niezwyczajnie, Hanka hodziła strapiona i zapłakana, bo Pietruś leżał w gorączce jakoby w ogniu, że musiała wołać Jagustynki, aby hłopca okadziła i pżemieżyła, bo obsunąć się musiał.
Właśnie pżyszła podczas kolacji, pżysiadła pżed kominem, rozglądała się kryjomo po izbie i dziwną ohotę miała gadać, ino że mało wiele odpowiadali oboje, to zaraz wzięła się oglądać hłopca i lekować...
— Pujdę do młyna, pżypilnuję, bo inaczej nie zrobią! — powiedział biorąc za czapkę.
— Ociec nie mogliby to iść zasypywać?...
— Sam pujdę, to pewniej kasza będzie! — I poszedł spiesznie, zły był, wzbużony i tak na wnątżu rozciepany, jako to dżewo samotne na wihuże, a pży tym drażniło go wszystko w hałupie, niecierpliwiło, a najbażej te obmacujące, złodziejskie oczy Jagustynki.
Wieczur był cihy, niemroźny, bo jakoś od rana sfolżało mocno, gwiazd było niewiele, ino gdzieniegdzie, jak pżez zasłony, drgała jaka w dalekościah, wiatr pociągał od lasuw, a z nim szedł daleki szum, głuhy, jakby pżed odmianą, psy gęsto naszczekiwały po wsi, a co trohę suły się kużawą śniegi, otżąsane z dżew... dymy tłukły się po drodze — a powietże było wilgotnawe, pżejmujące.
We młynie, że to pżed świętami, sporo było ludzi; ci, kturyh zboże się mełło, warowali pży gankah, reszta siedziała w izdebce młynarczyka, a w pośrodku nih Mateusz snadź coś ciekawego powiadał, bo co hwila wybuhali śmiehem.
Antek cofnął się prawie z progu izdebki i poszedł na młyn szukać Franka.
— Rozprawia się na grobli z Magdą, wiecie, tą wypędzoną od organistuw! Młynaż hciał go wygonić, jeśli dziewkę raz jeszcze spotka w młynie, a pżesiadywała tu całe noce, bo i gdzież się podzieje biedota! — objaśnił go hłop jeden.
— Kto na zwiesnę za czym bryka, od tego zimą umyka! — dożucił ze śmiehem inny.
Antek pżysiadł pod cylindrem, gdzie się najpżedniejszą mąkę robiło, a tak jakoś wprost wywartyh dżwi izdebki, że widział Mateuszowe plecy i głowy innyh, pohylonyh ku niemu i zasłuhanyh, mugł był słyszeć nawet, co muwili, bo niedaleko było, ino turkot młyna nie pozwalał, a i sam słuhać nie hciał.
Uwalił się prawie na worah i jakby dżemał nieco ze znużenia.
Młyn turkotał bez pżerwy, tżąsł się cały, dygotał i pracował wszystkimi gankami, koła tżepały się tak mocno, jakby sto kobiet prało kijankami a bez pżerwy, woda z bełkotliwym kżykiem waliła się pżez nie, rozbijała w piany wżące, w śnieżyste dżazgi i waliła z rykiem do żeki.
Antek czekał może z godzinę na Franka, ale podniusł się wreszcie, by iść go poszukać na dwoże, a zarazem by się ożeźwić nieco, bo śpik go możył. Dżwi wyhodne prowadziły tuż pży izdebce, pżeszedł i biorąc już za klamkę pżystanął nagle, posłyszał prawienie Mateusza.
— ...a stary sam waży mleko, to herbatę i do pieżyny jej nosi... — muwili, że nawet sam koło kruw hodzi i z Jagustynką wszystko obżądza, byle ino ona se rączkuw nie powalała... pono kupił w mieście porcenelę, by się nie pżeziębiła za stodołę wyhodzić...
Gruhnęli śmiehem ogromnym i dowcipy jak grad się posypały. Antek, sam nie wiedząc dlaczego, cofnął się na dawne miejsce, padł na worki i bezmyślnie patżył w długą, czerwoną smugę światła, bijącą pżez wywarte dżwi izdebki. Nie słyszał nic, turkot pżygłuszał rozmowy, młyn dygotał bezustannie, szary tuman pyłuw mącznyh pżysłaniał młynice, lampki wiszące u sufitu gdzieniegdzie migotały z kużawy białej, żułciły się jak te kocie oczy zaczajone i drygały raz po raz na sznurah. Ale nie mugł wysiedzieć, podniusł się znowu i ciho, na palcah podsunął się pod same dżwi i słuhał.
— ...wszystko mu wytłumaczyła — muwił Mateusz — bez płot pono się spieszyła i bez to — Dominikowa pżytwierdziła, jako się to często pżytrafia dzieuhom, że i ją to samo spotkało w panieństwie... Każda teraz może zganiać na pżełaz ostry... a stary baran uwieżył. Taki mądrala, a uwieżył...
Śmiali się tak, aż ten rehot po młynicy się rozlegał, aż się pokładali.
Antek pżysunął się bliżej, prawie w progu stanął, a blady jak trup z zaciśniętymi pięściami, skurczony w sobie, gotowy do skoku.
— A to, co o Antku powiadali — podjął znowu Mateusz, gdy się wyśmiali — że się tam z Jagusią dobże znali, nieprawda, wiem najlepiej. Sam słyszałem, jak skamlał u dżwi komory niby ten pies, aż go mietłą musiała odganiać. Pżyczepił się do niej jak żep do psiego ogona, ale go pżeganiała...
— Widzieliście to?... inaczej na wsi muwili... — zapytał kturyś.
— Jakże, raz to byłem u niej w komoże? Raz mi się to żaliła na niego?
— Łżesz jak ten pies! — kżyknął Antek pżestępując prug.
Mateusz się porwał w ten mig do niego, ale nim mugł zmiarkować co bądź, już Antek skoczył jak ten wilk wściekły, hycił go jedną ręką za ożydle, pżydusił, aż tamten deh i głos stracił, drugą ujął za pas, wyrwał z miejsca jak kież, nogą dżwi wywalił na dwur i poniusł go prędko za tartak, do żeki ogrodzonej płotem, i cisnął z całej mocy, aż cztery żerdki tżasły kiej słomki, a Mateusz niby kloc ciężki padł we wodę.
Rejwah się uczynił i kżyk wielki, bo żeka w tym miejscu bystra była i głęboka, żucili się ludzie na ratunek i wyciągnęli go ryhło, ale był niepżytomny, ledwie się go docucili. Pżyleciał wnet młynaż, pżywiedli w parę pacieży Jambroża, naszło się ludzi ze wsi, aż go pżenieśli do młynażowego domu, bo cięgiem mdlał i żygał krwią. Po księdza nawet posłali, tak się źle z nim widziało, myśleli, że i ranka nie doczeka.
Antek zaś, kiedy Mateusza wynieśli, siadł spokojnie na jego miejscu pżed kominem i gżał sobie ręce, i pogadywał z Frankiem, ktury się znalazł — a skoro ludzie popowracali i uspokoiło się nieco, żekł tak głośno, by wszyscy słyszeli, a mocno, by sobie każdy zapamiętał:
— Kto ino będzie mnie szarpał i nastawał na mnie, każdemu tak zrobię albo jeszcze lepiej!
Nikt się nie odezwał, patżeli na niego z głębokim podziwem, z szacunkiem, bo jakże, żeby takiego hłopa jak Mateusz wziąć tak letko niby ten snopek słomy, ponieść i żucić do wody! Jeszcze nikto o takim mocażu nie słyszał!... No, bo żeby się pobili, zmagali i jeden drugiego pżemugł, popżetrącał mu kości, zabił nawet — żecz zwyczajna! Ale nie, ino wziąć kiej tego szczeniaka za uszy i ciepnąć do wody! Że mu ta żebra popękały od żerdek, nic to, wylekuje się, ale taki wstyd, taki wstyd, tego hyba Mateusz nie pżeniesie!... Tak owstydzić człowieka na całe życie!...
— No, no wiecie, moiściewy, tego jeszcze nie było — szeptali między sobą.
Ale Antek na nih nie zważał, zmełł kaszę i koło pułnocka poszedł do domu; świeciło się jeszcze u młynaża w tej izbie, gdzie złożyli Mateusza.
— Nie będziesz się, ścierwo, pżehwalał więcej, żeś u Jagny w komoże bywał! — szepnął nienawistnie i splunął.
W domu nic nie powiedział, hoć Hanka jeszcze nie spała zajęta pżędzeniem, ale rano nie poszedł do roboty, był pewny, że go odprawią, zaraz jednak po śniadaniu pżyleciał sam młynaż.
— Hodźcież do roboty, co macie z Mateuszem, to wasza sprawa, nic mi do tego, a tartak stać nie może, dopuki nie ozdrowieje; prowadźcie robotę, cztery złote i obiad będę wam płacił.
— Nie pujdę, da pan tyle, co Mateuszowi, stanę i nie gożej poprowadzę.
Młynaż się wściekał, targował, ale pżystać musiał, bo nie było rady, zaraz go też zabrał i poszli.
Hanka nic z tego jeszcze nie pojęła, bo o niczym nie wiedziała.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.