Zima, rozdział II
II
Jakoś o samym południu dzień się nieco rozjaśnił, ale ino tyla, coby kto łuczywem pżeciągnął po świecie, bo wnet zgasło i omroczało, jakby śnieg narastał i sposobił się znowu.
W izbie Antków też było dziwnie mroczno, hłodno i smutnie; dzieci bawiły się na łużku i z ciha do się kżekożyły, kiej te kurczątka zestraszone, a Hankę tak podżucała niespokojność, że rady sobie dać nie mogła. Hodziła z kąta w kąt, wyglądała pżez okno, to pżed domem stała i rozpalonymi oczami wodziła po śniegah. Hale, ani żywej duszy nie ujżał na drogah ni na polah — parę sań pżewlekło się od karczmy i zginęło pod topolami, jakby się zapadły w tej śniegowej topieli, że ni znaku, ni głosu nie ostało po nih. Nic, jeno ta cihość zmartwiała i pustka niepżejżana!
— Żeby hoć ten dziad jaki zajżał, żeby hoć z kim zagadać! — westhnęła.
— Kucusie! Kucu, kucu, ku-cu! — zaczęła gonić po śniegah kury, bo się rozłaziły i szukały miejsc na tżeśniah. Pozanosiła je na gżędy, a z powrotem wywarła gębę na Weronkę, bo jakże, tamta wystawiła do sieni cebratkę z pomyjami dla gadziny, a te zapowietżone świntuhy rozlały na ziemię, że kałuża stanęła pod dżwiami.
— ...To świń pilnuj, kiej się za gospodynię masz, dzieciom pżykaż... ja bez ciebie nie będę się taplała w błocie! — wykżykiwała pżez dżwi.
— ...Spżedała krowę, to głos tu będzie zabierać, ale, błoto już jej pżeszkadza, wielka pani, a sama kiej w hlewie siedzi...
— ...Tobie wara, gdzie siedzę, i wara ci do mojej krowy!
— ...To i do moih prosiakuw ci wara, słyszysz!
Hanka ino tżasnęła dżwiami, bo co miała odpowiadać takiej piekielnicy? — żec jej to jakie słowo, to ona i na pułkopku nie popżestanie, a jeszcze i do bicia gotowa. — Pżywarła dżwi na haczyk, wydobyła pieniądze i wzięła się biedzić nad rozliczaniem. Niemało się utrudziła nad tylahnem pieniędzy, a i myliło się jej wciąż; zgniewana jeszcze była na Weronkę i niespokojna o Antka, to znowu widziało się jej często, że krasula czegoś postękuje... albo ją zalewały pżypominki ojcowego domu.
— ...Juści, że jakby w hlewie siedzimy, juści! — szeptała rozglądając się po izbie — a tam i podłoga, okna jak się patży, ściany bielone, i ciepło, i czysto, i wszystkiego po grdykę... Co oni tam robią?... Józka zmywa statki po obiedzie, a Jagna pżędzie i pżez czyste, niezamarzłe szyby na świat spogląda... brak jej to czego!... Wszystkie korale dostała po nieboszczce, a tyle wełniakuw, tyle szmat, tyle hust!... Nie narobi się, nie umartwi niczym, tłusto zje... Stacho powiedał pżecie, że Jagustynka za nią robi, a ona do białego dnia się wyleguje pod pieżyną i harbatę popija... ziemniaki jej nie służą... a stary się ino pżymila i kiej koło dzieciątka zabiega...
Gniew ją pżejął nagły, aż się porwała od skżynki i pogroziła pięścią.
— Złodziej, ścierwa, złodziej, lakudra jedna, tłuk! — wykżyknęła w głos, aż stary, co był na pżypiecku dżemał, zerwał się pżestraszony.
— Ociec, pżytkajcie ziemniaki ocipką i duł obwalcie śniegiem, bo na mruz się ma — szepnęła spokojniej zabierając się znowu do liczenia.
Staremu coś niesporo szła robota, śniegu była kupa, a sił wiele nie miał, a i te dwa złote postronkowego nie dały mu spokoju, na stole świeciły się dwie złotuwki, prawie nowe, dobże pamiętał..
— Może i dadzą... — myślał — komuż to się pżynależą?... aż mu kulas stergł od postronka, tak się krasula wydzierała... wstżymał pżecieh... a kupcom to nie zahwalał? słyszeli... heba dadzą... Zaraz by starszemu, Pietrusiowi, na pierwszym odpuście kupił organki... młodszemu by też tża... Weronczynym dzieciom też... zbuje są i upżykżone, ale tża... a sobie tabaki... kżepkiej ino, jażby we wątpiah zawierciło, bo Stachowa słaba... ani człek nie kihnie od niej... — Rozliczał, a tak żwawo robił, że gdy w godzinę jaką Hanka wyjżała, to ledwie słoma była pokryta śniegiem.
— Za hłopa to zjecie, ale i za dziecko nie zrobicie...
— A dyć się spieszę, Hanuś, inom się zadyhał zdziebko, tom tego powietża łapał... pierunem będzie... pierunem... — jąkał pżestraszony.
— Wieczur już pod lasem, mruz bieże, a cały duł rozwalony, jakby go świnie spyskały. Idźcie do hałupy dzieci pilnować.
Sama się zabrała do śniegu i tak ostro, że w jakie dwa pacieże duł był pżywalony i galanto oklepany.
Ale mroczeć już poczynało, gdy skończyła, w izbie hłud się podnosił pżejmujący, gliniany, mokry tok tężał i dudnił pod trepami kiej klepisko, mruz brał z miejsca i znowu a wzożysto pokrywał szybki, dzieci skwierczały z ciha, jakby pżygłodne nieco, nie pżyciszała ih, bo czasu nie było. A to sieczki musiała użnąć dla jałowicy, prosiaka nakarmić, bo pokwikiwał i cisnął się do dżwi, gąski napoić, a to jeszcze raz pżepowiedziała sobie, ile i komu miała zapłacić, aż obżądziwszy wszystko zabrała się do wyjścia.
— Ociec, napalcie ogień a miejcie baczenie na dzieci, za parę pacieży pżyjdę, a jakby Antek wrucił, to kapusta jest w rynce na blasze...
— Dobże, Hanuś, napalę, pżypilnuję, a kapusta jest w rynce, baczę, Hanuś, baczę...
— A te postronkowe wzięłam, nie potża wam pżecież, jeść macie, szmaty macie, czeguż wam więcej?...
— Juści... wszystko mam, Hanuś, wszystko... — szeptał cihutko, odwrucił się szybko do dzieci, bo łzy posypały mu się z oczuw.
Mruz ją obwionął na powietżu, że mocniej zaciągnęła zapaskę na głowę, śnieg skżypiał pod nogami, na ziemię sypał się mrok modrawy, suhy i dziwnie pżejżysty, niebo było jasne, kieby szklane, odsłonięte w dalah i już kajś niekajś w wysokościah tżęsła się gwiazda jedna i druga.
Hanka raz wraz macała za pazuhą, czy ma pieniądze, a rozmyślała, że pżepyta się tu i owdzie, a może znajdzie, może uprosi robotę jaką dla Antka, a we świat mu iść nie da! Teraz dopiero pżyszło jej do głowy, co był wygadywał, i aż ją zamroczyło to pżypomnienie. Nie, puki życia na drugą wieś się nie pżeniesie, pomiędzy obcyh nie pujdzie, ady by ushnęła z tęsknicy!
Ogarnęła oczami drogę, zasypane domy, sady ledwie widne spod śnieguw i te szażejące nieskończone pola. Wieczur cihy i mroźny opadał coraz prędzej, gwiazd pżybywało, jakby je kto rozsiewał pełną garścią, a na ziemi pżygasłej wskroś śnieżnyh bielizn wybłyskiwały światełka hałup, dymy czuć było w powietżu, ludzie snuli się po drodze, głosy jakieś leciały nisko nad śniegami.
— Z tegom wyrosła i jako ten wiater nie będę się tłukła po świecie, nie! — szeptała z mocą, zwolniła nieco, bo zapadała miejscami w hrupiący śnieg aż po kolana, że trepy tżeba było wyciągać!
— Tu mnie Pan Jezus dał na świat, to już tutaj do śmierci ostanę. Aby ino do zwiesny pżetżymać, to już łacniej będzie, lekciej. A nie zehce Antek robić, to i tak po proszonym nie pujdę, do pżędzenia się wezmę, do tkania, do czego bądź, byle ino pazury zaczepić i biedzie się nie dać... prawda, dyć Weronka a tkaniem zarabia tyle, że jeszcze i ten grosz zapasny mają... — rozważała skręcając do karczmy. Pohwaliła Boga, Jankiel odżekł: „Na wieki!” i kiwał się zwyczajnie nad książką nie bacząc na nią, dopiero gdy położyła pżed nim pieniądze, uśmiehnął się pżyjaźnie, rozjaśnił więcej światło w lampie wiszącej, pomugł jej liczyć i nawet wudką poczęstował. O Antkowym zaś długu ni o nim samym nie żekł ni słowa; zmyślna juha była, bo co ta kobiecie wiedzieć o hłopskih jenteresah, w głowę dobże nie weźmie, nie wyrozumie, jak potża, a ino z pyskiem wyjehać gotowa. Dopiero kiej się zabierała do wyjścia, powiedział:
— A wasz co robi?
— Antek?... A poszedł szukać roboty!
— Bo to we wsi brak? We młynie tartak robią, ja też potżebuję kogo sprawnego do zwuzki dżewa.
— Hale, w karczmie muj robił nie będzie! — wykżyknęła.
— Nieh sobie śpi, nieh wypoczywa, kiedy taki pan! Wy macie gęsi, podpaście trohę, kupię na święta.
— Zaśbym tam spżedawała, ostawiłam ino tyla, co na howanie!
— Kupicie na wiosnę młode, mnie potżeba podpasionyh. Hcecie, to możecie brać na borg wszystko, a zapłacicie gęsiami, policzymy się...
— Nie, gąskuw nie pżedam.
— Spżedacie, jak krasulę zjecie, to nawet tanio spżedacie.
— Niedoczekanie twoje, parhu jeden! — szepnęła wyhodząc.
Mruz brał, aż w nozdżah wierciło, niebo iskżyło się już gwiazdami, a od boruw pociągał mroźny, szczypiący wiatr. Szła jednak wolno środkiem drogi i ciekawie się rozpatrywała po hałupah: świeciło się u Wachników, ktuży siedzieli ostatni pżed kościołem; z obejścia Płoszków buhała wżawa głosuw i kwiki świń; w plebanii gożały wszystkie okna i jakieś konie biły niecierpliwie kopytami pżed gankiem; u Kłębów zaś, co w podle księdza siedzieli, też jaśniało światło i ktosik hodził koło obur, bo słyhać było skżypienie śniegu pod trepami, a dalej, spżed kościoła, skąd wieś się rozhodziła kieby w te dwie ręce obejmujące staw, mało co było widać wskroś nocy, ino gdzieniegdzie z mrocznej bielizny mżyło światełko jakieś albo pies naszczekiwał.
Hanka popatżyła ku ojcowej hałupie, westhnęła i zawruciła spżed kościoła w długie opłotki, wiodące między Kłębowym sadem a księżym ogrodem do organistuw. Drużka była zasypana, ledwie co pżetarta, wąska, a tak pżysłonięta kżami obwisłymi pod śniegiem, że co hwila sypał się na nią z trąconyh gałęzi.
Dom stał w głębi, w księżym podwużu, a ino wyjazd miał osobny, kżyki jakieś odeń szły i płacze, a pżed sienią czerniała skżynka, to leżały na śniegu porozżucane szmaty, pieżyna, rupiecie jakieś... Magda, dziewka organistuw, zanosiła się płaczem i kżyczała wniebogłosy pod ścianą.
— Wygnali me! Wypędzili me! Jak tego psa na mruz, w cały świat! A gdzie ja się sierota podzieję teraz?... Gdzie?
— Nie kżycz mi tu, świnio jedna! — wżasnął głos z sieni wywartej. — Wezmę kija, to wnet zmilkniesz! A wynoś mi się w te pędy, do Franka idź, łajdusie jeden! Jak się macie, Borynowa! Moiściewy, a to już od jesieni wiadomo było... a muwiłam, prosiłam, zaklinałam, stżegłam — a bo to łajdusa ustżeże! Wszyscy spać, a ona we świat, wyspacerowała teraz sobie bękarta! A bo to raz muwiłam: Magda, zastanuw się, pomiarkuj, on się z tobą nie ożeni... to mi się w żywe oczy zapierała wszystkiego! Juści, zobaczyłam, że dziewka grubieje i rośnie jak na drożdżah, to jej jak komu dobremu powiadam: Idź, skryj się gdzie na drugą wieś, puki czas, puki ludzie nie wiedzą jeszcze... A bo to usłuhała!... Aż ją dzisiaj wzięły boleści w oboże pży dojeniu... cały skopek mleka wylała... a moja Frania pżylata zestraszona i kżyczy, że Magdzie się coś stało! Jezus Maria, w moim domu taki wstyd, a co by to i ksiądz proboszcz na to powiedział! A wynoś mi się spżed domu, bo cię na drogę wyżucić każę! — wżasnęła raz jeszcze wyskakując pżed dom.
Magda porwała się spod ściany i z płaczem a wyżekaniem zaczęła zbierać szmaty i wiązać w toboły.
— Hodźcie do mieszkania, bo zimno. Żeby mi tu i znaku po tobie nie zostało! — kżyknęła na odhodnym.
Powiedła Hankę pżez długą sień.
Ogromną niską izbę rozświetlał ogień, płonący na tżonie komina. Organista rozdziany, w koszuli tylko i z podwiniętymi rękawami, czerwony jak rak, siedział pżed ogniem i piekł opłatki... co hwila czerpał łyżką z mihy rozrobione, płynne ciasto, rozlewał je na żelazną formę, ściskał, aż syczało, i kładł nad ogniem wspierając na cegle sztorcem ustawionej, pżewracał formę, wyjmował opłatek i żucał na niski stołek, pżed kturym siedział mały hłopak i obcinał nożyczkami do ruwna.
Hanka pozdrowiła wszystkih, a organiścinę pocałowała w rękę.
— Siadajcie, rozgżejcie się, cuż tam u was słyhać?...
Juści, tak zaraz nie mogła się zebrać na to jakie słowo, nie śmiała, rozglądając się po stancji i zazierając ukradkiem do drugiego pokoju, gdzie wprost dżwi, na długim stole pod ścianą, bieliły się stosy opłatkuw, pżyciśnięte deską, a dwie dziewczyny składały je w paczki okręcając papierowymi packami, zaś w głębi już niedojżanej bżęczał monotonnie głos klawikordu — muzyka snuła się jak pajęczyna, raz wyżej brała, gurniej kieby w śpiewie, to znowu cihła, że ino to bżękliwe pżebieranie było słyhać, abo zasię cosik się rwało nagle i piskało pżenikliwie, aż dreszcz Hankę pżenikał, a organista wykżykiwał:
— Te, trąba, zjadłeś fis jak skwarek! — powtuż od Laudamus pueri...
— Na Gody to już? — spytała, że to nieobyczajnie było siedzieć jako ten mruk.
— Tak, parafia wielka, porozżucana, a wszystkim pżecież tżeba opłatki roznieść pżed świętami, to i wczas zaczynać muszę.
— Z pszenicy to?
— Sprubujcie.
Podał jej jeszcze gorący opłatek.
— Zaśbym tam śmiała jeść!
Wzięła go pżez zapaskę i pżeglądała pod światło ze czcią i trwogą jakąś.
— Jak to na nim wyciśnięte historie rużne, Jezus!
— Na prawo, w pierwszym kułku, to Matka Boska, święty Jan, Pan Jezus, a w drugim kułku... widzicie... żłub, drabinę, bydlątka... Dzieciątko Jezus na sianie, święty Józef, Matka Boska, a tu klęczą tżej krulowie... — objaśniała organiścina.
— Ryhtyk prawda, jak to zmyślnie wszystko udane, prawda!...
Obwinęła w hustkę opłatek i showała za pazuhę, bo hłop jakiś wszedł i coś powiedział, że organista kżyknął.
— Michał! Do hżtu pżyjehali, weź klucze i idź do kościoła, bo Jambroży posługuje na plebanii, ksiądz już wie...
Muzyka umilkła i pżez izbę pżeszedł wysoki, blady hłopak.
— Po bracie mojego sierota, na organistę praktykuje, z łaski jeno muj go uczy, cuż robić?... Tża się i nadszarpnąć, a krewniakowi pomuc...
Hanka się rozgadała, pomału, jękliwie, a dała upust żalom swoim i turbacjom. Od tżeh tygodni pierwszy raz mogła się wygadać do syta.
Słuhali jej. Powiadali swoje, a hoć się stżegli, aby o Borynie nie powiedzieć słowa, użalali się nad nią tak poczciwie, aż się pobeczała, a organiścina, że to mądra kobieta, wnet zmiarkowała i pierwsza żekła:
— Czasu może wam co zbędzie, to byście opżędli mi wełnę. Pakulinie miałam dać, ale weźcie wy; tylko na kułku opżędźcie, bo na pżęślicy nić wyjdzie nieruwna.
— Bóg zapłać, a dyć mi tża roboty, inom prosić nie śmiała...
— No, no, nie dziękujcie; człowiek powinien pomagać drugiemu. Wełna już gręplowana, a będzie jej ze sto funtuw.
— Upżędę, umiem dobże, pżecież u ojca samam dla wszystkih i pżędła, i tkała, i farbowała, nie kupowali na pżyodziewek, nie.
— Obaczcie, suha i miętka.
— Musi być z dworskih owiec, śliczna wełna...
— A jakby wam było potżeba mąki, kaszy, grohu, to powiedzcie, dam wam, policzymy się w robocie.
Wprowadziła ją do komory, gdzie pełno było woruw i beczek ze zbożem; połcie słoniny wisiały na ścianie; pżędza całymi pękami zwieszała się od belek, a płutno grubahnymi wałami leżało na kupie, a co gżybuw suszonyh, seruw, słojuw rużnyh, a na pułkah cały żąd bohnuw kiej koła, a inszego dobra to by i nie zliczył.
— Ruwniuśko opżędę, na kułku, Bóg zapłać pani za wspomożenie, ale widzi mi się, co nie udźwignę sama wełny.
— Odeślę wam pżez parobka.
— Dobże, bo to i na wieś jeszcze mi potża.
Jeszcze raz podziękowała, ale ciszej jakoś i hłodniej — zazdrość ją ugryzła w serce.
— Narud wszystkiego da, naniesie, pżysposobi, to mają pełne komory; albo to i precentami nie zdziera! Kto ma owce, ten ma, co hce! Niehby tak sami wyrabiali! Hale!... — rozmyślała wyhodząc w opłotki.
Po Magdzie nie było już śladu, tyla ino, że jakieś stare trepisko czerniało na śniegu, pżyspieszyła kroku, bo puźno już było, zasiedziała się nieco u organistuw.
— Gdzie by to, u kogo pżepytać się o robotę la Antka?
Jak gospodynią była, to i pżyjacielstwo z nią tżymali wszyscy, cięgiem ktoś do hałupy zaglądał, czegoś potżebował i w oczy dobrość świadczył... a teraz stoi oto w pośrodku drogi i biedzi się, gdzie iść, do kogo?... Nie, napraszała się nie będzie nikomu, rada by ino z kobietami pogważyć po dawnemu.
Postała pżed Kłębami, postała pżed Szymonową hałupą, ale wejść nie weszła, nie śmiała i pżypomniało się jej, że Antek pżykazywał nie zadawać się z ludźmi.
— Nie poradzą, nie wspomogą, a użalać się będą nad tobą jak nad zdehłym psem! — muwił.
— Oj prawda, święta prawda! — szepnęła pżypominając organistuw.
Hej, żeby to ona hłopem była, zaraz by się jęła roboty i zaradziła wszystkiemu. Nie skamlałaby i ludziom pżed oczy nie świeciłaby swoją biedą.
Poczuła w sobie taki wilczy głud pracy, takie rozpieranie sił, aż się pżeciągnęła i mocniej stąpała, raźniej. Ciągnęło ją też, ciągnęło, by pżejść obok ojcowej hałupy, by zajżeć hoćby ino w opłotki, by hoć oczy nacieszyć, ale zawruciła spżed kościoła na ścieżynkę utorowaną środkiem zamarzłego stawu i biegnącą ku młynowi i szła prędko nie rozglądając się na boki, tym ino zajęta, by się na śliskim lodzie nie pośliznąć i by prędzej pżejść, i nie widzieć, nie rozkrwawiać sobie duszy pżypomnieniem, ale nie zdzierżyła, bo tak jakoś na wprost Borynów pżystanęła nagle i nie miała mocy oderwać oczuw od świateł mżącyh w oknah.
— A pżecież to nasze, nasze... jakże to iść we świat... Kowal by wnet zabrał... nie, nie ruszę się stąd... jak pies warowała będę, czy Antek hce, czy nie... Ociec nie wieczny, a może się co jeszcze pżemieni... dzieciskuw na poniewierkę nie dam ni sama nie pujdę... toć to ih... nasze... — mażyła wpatżona w ośnieżony sad, z kturego występowały zarysy budynkuw, białe rozsrebżone dahy, czerniały ściany, występował w głębi za szopą ostry szczyt brogu. Jakby jej wrosły nogi w lud, że ruszyć się nie mogła ni oderwać oczuw, ni serca rozkołatanego.
Noc ciha, mroźna, granatowa, osypana gwiazdami, jakoby tym piaskiem srebrnym, obtulała zaśnieżoną ziemię, dżewa stały bez ruhu, pohylone pod ciężarem śnieguw, uśpione, niepojęte w tej cihości, jaka się rozlewała nad światem, niby białe cienie widm, niby stężałe opary, śniegi skżyły się ledwie uhwytnie, głos wszelaki zamarł, że tylko coś, jakby szelest drgającyh gwiazd, jakby tętna ziemi przemarzłej, jakby senne dyhanie dżew zmartwiałyh — drżało w mroźnym powietżu.
A Hanka stała wciąż, niepomna na czas biegnący ni na szczypiące, ostre zimno. Pżywarta oczami do domu, piła go, obejmowała sercem i brała w siebie z całą mocą głodu i mażenia.
Zbudził ją dopiero skżyp śniegu, ktoś zeszedł z drogi na staw i kierował się ku niej, a po hwili spotkała się oko w oko z Nastką Gołębianką.
— Hanka! — wykżyknęła zdumiona.
— Dziwujesz się, jakbym już stergła i po śmierci straszyła!
— Co wam też do głowy pżyhodzi, dawnom waju nie widziała, tom się zdziwiła. W kturą stronę idziecie?
— A do młyna.
— To i mnie droga, bo Mateuszowi niosę kolację.
— We młynie teraz robi, na młynarczyka praktykuje?...
— Gdzieby tam zaś na młynarczyka się sposobił! Na tartaku, co go to postawili pży młynie, a pilno mają, że już i wieczorami robią.
Szły obok siebie, Hanka mało kture słowo żekła, a ino Nastka tżepała wciąż, ale się stżegła, by o Borynie nic nie powiedzieć, juści, że o to Hanka nie spytała, nijako było, hoć rada by posłuhała.
— Dobże młynaż płaci?
— Po pięć złotyh i groszy piętnaście bieże Mateusz...
— Aż tyla! Pięć złotyh...
— Pżecież jego to głową wszystko idzie, to i nie dziwota.
Hanka milczała, ale pżehodząc wprost kuźni, z kturej pżez wybite szyby buhały czerwone światła i krwawiły śniegi, szepnęła:
— Ten judasz zawsze ma co robić.
— Czeladnika se pżybrał, a sam cięgiem jeździ, pono z Żydami spułkę tżyma w lesie i razem ludzi oszukują.
— Tną to już poręby?
— W lesie to siedzicie czy co, że wam nie wiadomo?
— Nie w lesie, ale za nowinami nie biegam po wsi.
— A to żebyście wiedzieli, rąbią, ale na pżykupnym.
— Juści, naszego pżecież nie pozwolą tknąć...
— Ino nie wiada, kto zabroni, wujt tżyma ze dworem, sołtys też i wszyscy, co bogatsi.
— Prawda, kto ta bogaczuw zmoże, kto ih pżepże... A zajżyj, Nastuś, do nas.
— Idźcie z Bogiem, pżylecę kturego dnia z kądzielą.
Rozstały się pżed młynażowym domem. Nastka poszła do młyna, na duł nieco, a Hanka pżez podwuże do kuhni; ledwie się tam dostała, bo pieski się zleciały i zaczęły doszczekiwać i pżypierać ją do ściany, aż Jewka obroniła i powiedła, ale nim się rozgadały, weszła młynażowa i zaraz prosto z mostu żekła:
— Do męża macie interes? Jest we młynie.
Nie czekała, ino poszła, ale spotkała się z nim w puł drogi; poprowadził ją do pokoju, zaraz też zapłaciła mu, co była winna za kaszę i mąkę.
— Krowę zjadacie! — powiedział zgarniając pieniądze do szuflady.
— Cuż poradzić, kamieni pżecieh nie ugryzie.
Zła była.
— Wałkoń jest wasz hłop, to wam powiem.
— Jest wałkoń abo i nie jest! Cuż to będzie robił? Gdzie? U kogo?
— Nie ma to młocki we wsi?
— Parobkiem ni wyrobnikiem nie był, to i nie dziwota, że się do tego nie rwie.
— Pżyzwyczai się jeszcze, pżyzwyczai! Szkoda mi hłopa, hoć wilkiem patży i nieustępliwy, rodzonego nie uszanował, ale szkoda człowieka...
— A dyć muwili... że jest robota u pana młynaża... dopraszam się... może by pan Antka wziął do roboty... dopraszam się... — buhnęła płaczem, obłapiała go za nogi, całowała po rękah, a prosiła gorąco.
— Nieh pżyjdzie, prosił go nie będę, robota jest, ale ciężka, pży obrubce dżewa pod piły...
— Dyć poradzi, sposobny do wszystkiego, jak mało kturen we wsi...
— Wiem, dlatego muwię, żeby pżyszedł do roboty, ale swoją drogą źle wy swojego pilnujecie — źle.
Stanęła wystraszona nic nie rozumiejąc.
— Hłop ma dzieci i żonę, a za drugimi sie ugania.
Zbladła i poczęła się tżąść w sobie.
— Prawdę muwię, wałęsa się po wsi nocami, widzieli go ludzie nie raz jeden...
Odethnęła z ulgą ogromną, wiedziała pżecież o tym i dobże rozumiała, że go tak pamięć kżywdy żuca po nocah i spać nie daje... a ludzie zaraz to sobie farbują na swoje.
— Mugł się już wziąć do roboty, zaraz by mu wywietżały z głowy kohania.
— Gospodarski syn to...
— Dziedzic juha, w robocie będzie pżebierał, jak ta świnia w pełnym korycie. Kiedy taki pżebierny, to tżeba było żyć w zgodzie z ojcem, a za Jagusią nie latać... boć to i gżeh niemały, i wstyd...
— Co też panu w głowie powstało? co? — zawołała prędko.
— Muwię wam, jak jest, cała wieś o tym wie, spytajcie się! — zawołał głośno i prędko, że to popędliwy był wielce i zawsze rad prawdę żnął prosto z mostu.
— Czy to ma pżyjść? — zapytała ciho.
— Nieh pżyjdzie, hoćby jutro. Co to wam, czego beczycie?...
— Nie, nie, to ino z mrozu...
Wolno powracała, ciężko, jakby ją pżygniatało do ziemi, że ledwie nogi podnosiła. Ściemniał świat i śniegi tak poszażały, że jakoś trafić nie mogła na ścieżkę, prużno pżecierała oczy z łez marznącyh u żęs, prużno... Nie odszukała, nie widziała nic i szła już w tej ciemnicy nagłej a bolącej; Jezus! jak bolącej.
— Za Jagusią lata, za Jagusią...
Thu nie mogła złapać, a serce się jej tłukło jako ten ptak pżetrącony, a w głowie kołowało, kołowało, aż wsparła się o jakieś dżewo nad stawem i cisnęła się doń mocno, do bulu.
— Może i nieprawda, może ino cyganił...
Uczepiła się tego ze strahem i oburącz tżymała.
— Muj Jezus! Nie dość biedy, nie dość poniewierki, a tu jeszcze i to się zwala na moją biedną głowę, i to... — jęknęła żewnie i aby stłumić bul, zaczęła biec prędko, aż do utraty thu i pżytomności, jakby ją wilki goniły, wpadła do izby zadyszana, ledwie żywa.
Antka jeszcze nie było.
Dzieci siedziały pżed kominem na dziadkowym kożuhu, a stary strugał im wiatrak i zabawiał.
— Pżywieźli wełnę, Hanuś, we tżeh workah pżywieźli...
Rozwiązała wory i w jednym z nih na wieżhu znalazła bohen hleba, kawał słoniny i z dobre puł garnca kaszy.
— Nieh ci Pan Jezus odpłaci za dobrość — szepnęła rozżewniona i zaraz też nażądziła sutą kolację, i ryhło dzieci spać położyła.
Uciszyło się wnet w całym domu, bo u Weroniki już spali, a stary też wkrutce pżyległ na pżypiecku i zasnął, Hanka zaś wypożądziła kułko, siadła pżed kominem i pżędła.
Długo w noc siedziała, do pierwszyh kuruw, a wciąż, jak ta nić, wiło się pżez nią młynażowe powiedzenie: „Za Jagną lata, za Jagną.”
Kułko warczało z ciha, jednostajnie, niestrudzenie, noc zaglądała w okno miesięczną, mroźną tważą i jakby pobżękiwała w szybki, i wzdyhający tuliła się do ścian, a hłud wypełzał z kątuw, za nogi hwytał i siwą pleśnią rozrastał się po glinianym toku; świerszcz stżykał za kominem, ino czasem pżerwał, gdy kture dziecko zakżyczało pżez sen lubo żuciło się na łużku — i znowu stawała głęboka, przemarznięta cihość! Mruz brał coraz tęższy i kieby żelaznymi pazurami ściskał, bo raz wraz tżaskały deski w szczycie, to pogięte stare ściany łupnęły, jakby kto stżelił, to belka niektura pęczniała od mrozu potżaskując z ciha, to snadź ziąb pżejął na wskroś pżyciesie, że zadygotały z nagła boleśnie, i cały dom kurczył się, pżywierał do ziemi a drgał z zimnicy.
— Że mnie też do głowy nie pżyszło! Juści, taka urodna, taka spaśna, taka pżypohlebna, a ja co?... Huhro takie, skura i gnaty, cuż ja? Czy to umiem go zniewolić do się? czy to śmiem? A hoćbym i żyłę każdą wypruła la niego, nic to, kiej serca la mnie nie ma. Cuż ja! Cuż?...
Niemoc ją ogarnęła, niemoc ogromna, ciha i bolesna, tak strasznie bolesna, że nawet płakać nie mogła, nie miała sił, tżęsła się ino w sobie jako ta dżewina drętwiejąca z zimna, co ani uciecze od męki, ni poratunku uprosi, ni obronić się poradzi — jako ta dżewina skżytwiała Hanczyna dusza. Wsparła głowę na kułku, opuściła ręce i zapatżyła się pżed się, w swoją dolę nieszczęsną, w gożką bezmoc swoją, i długo, długo tak trwała, ino kiedy niekiedy spod sinyh powiek wysuła się łza jaka paląca i padała na wełnę, i zamarzała tam w krwawy rużaniec boleści.
Ale nazajutż wstała spokojniejsza nieco, bo i jakże, miała to czas na turbowanie jak jaka dziedziczka! Może tak jest, jak młynaż powiadał, a może i nie jest! Opuści to ręce, płakać będzie i wyżekać, kiej wszystko na jej głowie, i dzieci, i gospodarstwo, i bieda cała! Kto temu zaradzi jak nie ona? Tylko pomodliła się gorąco pżed Matką Bolesną i żeby Pan Jezus odmienił, to się ohfiarowała iść na zwiesnę do Częstochowy, na tży msze dać i kiedyś, jak się zapomoże, zanieść cały kamień wosku do kościoła, na światło pżed wielki ołtaż.
Ulżyło jej bardzo, jakby się wyspowiadała i ten Sakrament święty wzięła, że ostro zabrała się do pżędzenia, tylko dzień, hociaż był słoneczny i jasny, dłużył się jej niepomiernie i rozbierała ją troska o Antka.
Pżyszedł dopiero wieczorem, na samą kolację, ale był taki zbiedzony, zmarnowany i cihy, a tak się witał poczciwie, dzieciom bułek pżyniusł, że prawie zapomniała o podejżeniah, a gdy jeszcze urżnął sieczki i pomagał jej pży obżądku, jak mugł, rozczuliła się tak głęboko, że i wypowiedzieć trudno.
Nie muwił tylko, gdzie był i co robił, juścić nie śmiała o to pytać.
Po kolacji pżyszedł Stach, jak to był często zaglądał, hoć mu Weronka broniła, a w jakiś czas po nim najniespodziewaniej zjawił się stary Kłąb.
Niemało się zdziwili, bo pierwszy to był człowiek ze wsi od czasu ih wygnania, i tak rozumieli, że z jakimś interesem pżyhodzi.
— Że to nikt ani się pokaże, tom umyślił waju odwiedzić — żekł prosto.
Dziękowali mu też ze szczerą i głęboką wdzięcznością.
Siedli se żędem na ławie, blisko komina, i pogadywali wolno, poważnie, a stary dożucał gałązek na ogień.
— Mruz niezgorszy, co?
— Że i młucić bez kożuha i rękawic trudno — powiedział Stacho.
— A co gorsza, że i wilki się pokazują.
Ze zdumieniem spojżeli na Kłęba.
— Prawdę muwię, dzisiejszej nocy podkopywały pod wujtuw hlew, musiało je coś spłoszyć, że prosiaka nie wzięły, a wygżebały jamę aż pod pżycieś, sam hodziłem w połednie oglądać, piąciu ih musiało być najmniej!
— To ani hybi, na ciężką zimę znak.
— Pżecieh mrozy dopiero co wzięły i tu już wilki wyhodzą...
— Widziałem pod Wolą, na tej drodze za młynem, wiecie, gęsty ślad, jakby całe stado szło na ukos drogi, pżyglądałem się, alem myślał, że to pańskie psy polowe, a to wilki musiały być... — powiedział żywo Antek.
— Byliście to i w porębie? — zagadnął Kłąb.
— Nie, powiadali ino ludzie, że tną ten pżykupny las, pży Wilczych Dołach.
— Powiedział i mnie borowy, że dziedzic nikogo z Lipiec wołać nie będzie do roboty, pono pżez złość, że się o swoje upominają.
— Ktuż mu to las wytnie, jak nie Lipczaki? — wtrąciła Hanka.
— Moiściewy, tyla wszędy narodu prużno siedzi po hałupah i czeka roboty kiej zmiłowania. Mało to w samej Woli, mało to tyh kołtunuw w Rudce albo i tamtyh smoluhuw w Dębicy! Nieh ino dziedzic kżyknie, to w jeden dzień stanie parę sto najzdatniejszego hłopa. Puki na pżykupnym rąbią, nieh sobie rąbią, nieh się wspomogą, niewiele tam tego, a i dla naszyh za daleko.
— A jak nasz bur zaczną?... — zapytał Stacho.
— Nie damy! — żucił krutko i mocno Kłąb. — Pobarujemy się! nieh dziedzic zobaczy, kto mocniejszy, on czy cały narud? nieh zobaczy!
Nie muwili już o tym, zbyt to leżało wszystkim na wątrobie i piekło, ino jeszcze Bylica powiedział jąkająco i nieśmiało:
— Znam ja to plemię dziedzicowe z Woli, znam, figla on wam wystroi...
— Niehaj stroi, nie dziecim, to nas nie zwiedzie — zakończył Kłąb.
Pogadali jeszcze o wypędzeniu Magdy pżez organistuw, po czym Kłąb żekł swoje:
— Juści, po ludzku to nie jest, ale i szpitala trudno im było w hałupie zakładać, że to im pżecież Magda ni swat, ni brat.
Pogadali o tym i owym i rozeszli dosyć puźno, a na odhodnym Kłąb po swojemu prosto i krutko powiedział, żeby do niego zahodzili, a jak im czego potża, nieh ino żekną — to czy z leguminy, czy paszy dla jałuwki, a hoćby i te parę złotyh — znajdzie się po somsiedzku...
Antkowie ostali sami.
Hanka po długim wahaniu, po wielu nieśmiałyh wzdyhah spytała wreszcie:
— Znalazłeś jaką robotę?
— Nie, byłem we dwoże jednym i drugim, pżewiadywałem się i u ludzi, a nie nalazłem... — odpowiedział ciho nie podnosząc oczuw, bo hoć prawda, że był tu i owdzie, ale o robotę się nie starał, a ino cały ten czas pżewałęsał.
Położyli się, dzieci już spały, ułożone w nogah łużka dla ciepła; ciemność ogarnęła izbę, tylko księżycowe światło lało się pżez zamarznięte, roziskżone szybki i pżenikało wskroś izby świetlistym pasem, nie zasnęli jednak; Hanka pżewracała się z boku na bok i medytowała: teraz powiedzieć o tartaku czy też dopiero jutro rano?
— Szukałem, ale hoćbym i dostał, nie pujdę ze wsi, nie będę się tłukł po świecie, jak ten pies bezpański — szepnął po długim milczeniu.
— To samo umyśliłam, tak samo! — zawołała radośnie — po co szukać hleba po świecie?... i we wsi trafia się niezgorszy zarobek, a to młynaż mi powiedział, że ma robotę la ciebie pży tartaku hoćby i od jutra, a płaci dwa złote i groszy piętnaście.
— Hodziłaś pytać? — kżyknął.
— Nie, płaciłam, com mu była winna, a on sam powiedział, że miał pżysłać po ciebie; nawet i nie wspomniałam — tłumaczyła się zestraszona.
Nic już nie odżekł, a i ona milczała; leżeli koło siebie nieruhomie, bez słowa, sen ih odleciał zupełnie, roili coś w utajeniu głębokim, czasem wzdyhali, to roztapiali duszę w tej głuhej, martwej ciszy — psy jakieś naszczekiwały we wsi, daleko, daleko i słabo, koguty biły skżydłami i piały już z pułnocka, a szum cihy jakby wiatru zahuczał nad hałupą.
— Śpisz to? — pżysunęła się nieco bliżej.
— Kiej śpik mię odszedł.
Leżał wznak, z rękami pod głową, tak blisko pży niej, a tak daleko sercem, daleko myślami — leżał nieruhomy, bez oddehu prawie, bez pamięci, bo Jagusine oczy znowu wyjżały z ciemności i modżyły się w księżycowej poświacie...
A Hanka pżysunęła się bliżej jeszcze, pżywarła gorącą tważą do jego ramienia, pżywarła sercem całym. — Nie, już w niej nie było podejżeń żadnyh ni żaluw, ni goryczy, a ino tym miłowaniem serdecznym, tą lubością duszną, pełną dufności i oddania się, cisnęła się do jego serca.
— Jantoś, pudziesz to jutro do roboty? — spytała drżąco, byle ino co żec, byle ino usłyszeć głos jego i zgważyć się z jego duszą.
— Może i pujdę, juści, tżeba iść, tżeba... — odpowiadał nie myśląc o tym.
— Idź, Jantoś, idź... — prosiła miętko i zażuciła mu rękę na szyję i szukała gorącymi ustami jego ust ledwie dyszącyh.
Ale on nie drgnął nawet, nie odpowiedział, nie poczuł jej uścisku, nie wiedział o niej, szeroko otwartymi oczami patżył w tamtej oczy, w Jagusine modre oczy.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.