Zima, rozdział I
Część druga — Zima
I
Nadhodziła zima...
— jeszcze się barowała z jesienią i porykujący tłukła po sinyh dalah jako ten zwież srogi i głodny, że nie wiada było, kiej pżepże a skoczy i lutymi kłami weżre się we świat...
— jeszcze czasami pruszył śnieg nikły, płowy — jesienny śnieg... — jeszcze pżyhodziły dnie osłupiałe, horością sine, ckne, stękliwe, oropiałe i zgoła lamentem pżejęte, a lodowym światłem mżące — dnie trupie, że ptactwo z kżykiem uciekało do boruw, trwożniej bełkotały wody i toczyły się leniwo, jakby strahem stężałe, ziemia dygotała, a wszelaki stwur podnosił czujące, lękliwe oczy na pułnoc — w niezgłębioną topiel hmur...
— jeszcze noce były jesienne; oślepłe, głuhe, zamętne, a pełne stżępuw mgieł i bżaskuw gwiazd pomarłyh — rozgniłe noce dygotliwego milczenia, pżenikniętego zduszonym kżykiem trwogi; pełne wzdyhuw bolesnyh, szamotań, nagłyh cihości, wycia psuw, targań marznącyh dżewin, żałosnyh głosuw ptactwa szukającego shronisk, strasznyh wołań pustek i rozstajuw zgubionyh w ciemnicy, łopotuw jakihś lotuw, cieniuw zaczajonyh pod ścianami zdrętwiałyh hat, pełzającyh hukań, zjaw pżerażającyh, nawoływań nierozeznanyh, mlaskań okropnyh, pżeszywającyh jękuw...
— jeszcze czasami, o zahodzie, z posępnyh pul ołowianego nieba wyłupywało się czerwone, ogromne słońce i spadało ciężko, niby kadź roztopionego żelaza, z kturej buhały krwawe wżątki i biły dymy smoliste, czarne, popręgowane gorejącymi żagwiami, że świat cały stawał w łunah i w pożodze.
I długo, długo w noc dogasały i stygły na niebie krwawe zażewia, aż ludzie muwili:
— Zima rośnie i na złyh wihrah pżyjedzie.
I rosła zima, rosła co dzień, co godzina, co to oczymgnienie.
Aż pżyszła.
A najryhlej pżyleciały zapowiednie wici.
Jakoś wnet po świętej Barbarze, patronce dobrej śmierci, o cihym, omdlałym zaraniu, spadły pierwsze krutkie, tżepotliwe wiatry; obleciały ziemię ze skowytem jako te psy węszące tropu, gryzły zagony, warczały w kżah, poszarpały śniegi, potarmosiły sady, poomiatały ogonami drogi, wytażały się po wodah i milczkiem urwały kajś niekajś co starszyh stżeh i ogrodzeń i jęły się zwijać a ze skomleniem uciekać na bory — a po nih, zaraz na odwieczeżu, zaczęły się wysuwać z mrokuw długie, świszczące i jakoby kolczaste jęzory wihruw.
Wiały noc całą, a tak zasię skowyczały w polah kiej to stado zgłodniałyh wilkuw; a hulały żetelnie, bo ano rankiem ziemia już dropiała spod stratowanyh i wyżartyh śnieguw, gdzieniegdzie ino po dołkah i bruzdah bieliły się poszarpane płaty, a zagony świeciły łysicami, drogi leżały skostniałe i przemarzłe, mruz zaś wżerał się ostrymi kłami w ziemię, że dzwoniła jak żelazo — ale skoro dzień nastał, uciekły poszczekując, pokryły się w lasah i w pżyczajeniu dygotały skokiem napiętym, złym.
A niebo poczęło się zaciągać coraz mroczniej; hmury wypełzały ze wszystkih jam, podnosiły potworne łby, pżeciągały zgniecione kadłuby, rozwihżały sine gżywy, zielonawymi kłami błyskały i szły całym stadem — groźną, ponurą i milczącą ciżbą waliły się na niebo; szły od pułnocy czarne, olbżymie gury, postżępione, podarte, spiętżone, rosohate, niby kupy boruw podruzgotanyh, pżerwanyh głębokimi pżepaściami, zasypanyh zielonymi ławicami loduw, a parły się napżud z dziką mocą, z głuhym poszumem; od zahodu, zza boruw czarnyh, nieruhomyh wysuwały się z wolna sine, obżękłe zwały, pżeświtujące gdzieniegdzie jakby ogniem, a szły jedna za drugą, żędem nieskończonym, ciągiem coraz większym, jakoby te klucze ptakuw wielgahnyh; zaś od wshodu wywlekały się hmury płaskie, zrudziałe, pżekrwione, pżeropiałe, zgoła paskudne, kieby te ścierwa pżegniłe i ociekające posoką; i od południa szły, ino że zwietżałe, czerwonawe, podobne do bajoruw i tżęsawisk torfowyh, a pełne pręg i gruzłuw sinyh, pełne plam i rojowisk strasznyh — jakby pełne tego gmeżącego robactwa; a jeszcze i z gury, jakby z wygasłego słońca, spadały kłakami brudnymi, to sypały się barwione jako te żużle stygnące — a wszystkie szły na siebie, stożyły się w gury pżeogromne i zalały niebo czarnym, strasznym kipiątkiem błota i rumowisk...
Świat z nagła poczerniał, cisza się uczyniła głuha, pżygasły światłości, sine oczy wud pomdlały, wszystko jakby zdrętwiało i stanęło w zdumieniu z pżytajonym them, lęk wionął po ziemi, mruz pżenikał kości, strah hycił za gardziele, dusze padły w proh, lute pżerażenie załopotało nad wszelkim stwożeniem — widać było, jak zając gnał pżez wieś z rozwianą szerścią, to wrony z kżykiem pżejmującym wpadały do stoduł albo i zgoła do sieni, psy wyły po pżyzbah jak oszalałe, ludzie hyłkiem uciekali do hałup, a nad stawem biegała ślepa kobyla z resztką wozu, tłukła się o płoty, o dżewa i z dzikim kwikiem szukała stajni.
Ciemnica się rozlewała mętna, dusząca: hmury opadały coraz niżej, zwalały się z lasuw rozkotłowaną gęstwą tumanuw i toczyły się po zagonah jak te wody wzbużone, rozhukane, straszne — udeżyły na wieś i zalały wszystko lodowatą, brudną mgłą; naraz niebo się pżedarło na środku i zajaśniało modrawo niby lustro studzienne, świst ostry pżeszył ciemności, mgły się skłębiły z nagła, a z pękniętej czeluści lunął pierwszy wiher, a za nim już leciał drugi, dziesiąty, setny!
Wyły już stadami, lały się z tej gardzieli niby żeki niczym nie powstżymane, rwały się jakby z łańcuhuw i rozskowyczoną, wściekłą zgrają biły w hmury, żucały się na ciemnice i rozwalały je do dna, pżeżerały na wskroś i rozmiatały niby tę słomę strupieszałą.
Wżask poszedł po świecie, zamęt, szumy, świsty, kużawa.
Hmury, stratowane ostrymi kopytami wihruw, uciekały jakby hyłkiem na bory i lasy, niebo się pżecierało, dzień znowu zaświecił ołowianymi oczami, stwur wszelki odethnął z ulgą.
Ale wihry wiały wciąż, bez mała całą niedzielę, a bez folgi żadnej ni pżestanku. Dnie to tam jeszcze jako tako człowiek stżymać wstżymał, że to ino ci się wiedli na świat, kogo potżeba gnała, drugie zaś po hałupah siedzieli i końca wyglądali, ale noce były nie do wytżymania, a pżyszły akuratnie jasne, rozgwiażdżone i w guże cihe, ino na ziemi wihura odprawiała diabelskie gody, jakby się naraz ze sto hłopa obwiesiło, że i zasnąć nie było można, jakże, kiej szły takie ryki, tżaski, łomoty i hurkotania, jakby tysiące pustyh wozuw a w pędzie największym pżejeżdżało po grudzie, a te tętenty, od kturyh ziemia drżała, a te hukania Bóg wie czyje, te wżaski, te wycia!
Hałupy tżeszczały, bo raz wraz wihura parła barami ściany, tłukła się o węgły, podważała okapy, za pżyciesie się brała, w dżwi tłukła jakby łbem, że niejedne puściły, szyby gnietła, aż tża było wśrud nocy wstawać i pżytykać poduszkami, bo darła się do wnętża z kwikiem kiej ta świnia upżykżona, a tak prażyła ziąbem, iż ludzie pod pieżynami, a kostnieli!
Co się narud nacierpiał pżez te dnie i noce, to i nie wypowiedzieć! A co szkud narobiła, to i nie zliczyć; poobalała płoty, powydzierała poszycia, u wujta prawie nową szopę pżewruciła, Bartkowi Kozłowi wzięła dah ze stodoły i poniosła w pola o dobre puł stajania, Winciorkom komin zwaliła, we młynie udarła kawał dranicowego dahu, a co strat pomniejszyh! Co dżew wyłamała w sadah i borah! Na wielkiej drodze wyrwała cosik ze dwadzieścia topoli, że padły w popżek kiej te trupy srodze pomordowane i obdarte.
W te wiejne i wżaskliwe dnie Lipce były jakby wymarłe; wihura hulała po drogah z taką mocą, że kto się ino wyhylił z hałupy, wnet go pżycapiała za łeb i waliła, gdzie popadło — w rowy, o dżewa, na płoty ciepała, a nawet Jaśka Przewrotnego zwiała z mostu do stawu, że ledwie się hłopak wygramolił, a dęła wciąż, sypała piaskiem i niosła gałęzie, wiury, snopki z dahuw, czasem i wieżhuł pomniejszy, że leciały w kużawie niby te ptaszyska rozgonione i tłukły się o ściany, we świat gnały!
Najstarsi ludzie nie baczyli tak swarliwyh i upżykżonyh wiatruw.
Gnietli się też po zadymionyh hałupah i sważyli z ckności niemało, bo ciężko było nosa pokazać za węgieł, tyla że co niecierpliwsze kobiety pżebierały się raz wraz hyłkiem pod płotami, niby to z kądzielą szły do kum, a głuwnie, byh pomleć ozorami a nawyżekać; hłopy zaś młuciły zawzięcie, spoza pżywartyh wrutni stoduł biły cepy od rana do puźnego wieczora, mruz oważył zboże, to łacniej się łuszczyło, a ino na odwieczeżu, kiej wihura nieco folgowała, niejeden z parobkuw pżemykał się z ćwiartką jaką do karczmy.
A wihry wciąż jednako wiały i gryzły mrozem coraz kżepciej, że już od tej wiejby pozamarzały żeczki i strugi, bagna stężały, staw nawet pokrył się pżejżystym, modrym prawie lodem, tyle że ino pży moście, gdzie głębiej było, woda się jeszcze bużyła i nie dawała, ale bżegi leżały już skute na moc, że tżeba było pżyręble ciąć dla wodopojuw.
Dopiero pżed samą świętą Łucją pżyszła odmiana.
Mruz sfolżał i ociepliło się zdziebko, wihry jakby zdyhały, bo ino od czasu do czasu pżedmuhnęły świat, ale już miętsze i nie tak swarliwe, niebo zaś się wyruwnało kieby to pole zbronowane, a pokryte wielgahną siwą, zgżebną płahtą, a tak nisko się opuściło, iż jakby się na pżydrożnyh topolah wsparło. Ale posępnie było, szaro i głuho.
A skoro jeno pżedzwonili na południe, zmroczało się nieco i jął padać śnieg dużymi płatami, a sypał gęsty, bo wnet opieżył wszystkie dżewa i wyniosłości.
Noc się ryhlej zrobiła, ale śnieg nie pżestawał, sypał coraz gęściej, suhszy nieco a sypki, i tak już pżez całą noc padał.
Na świtaniu było już śniegu na dobre tży piędzie, do cna pżyokrył kożuhem ziemię i pżesłonił świat cały modrawą białnością, a leciał wciąż, bez pżestanku.
Taka cihość padła na ziemię, że ani jeden powiew nie zadrgał, ani jeden dźwięk się nie pżedzierał wskruś tyh spływającyh puhuw, nic, zamilkło wszystko, ogłuhło, oniemiało, jakby pżed cudem stanęło i pżyhylone nieco zasłuhało się uroczyście w tym ledwie wyczutym szeleście, w tym locie cihym, w tej białości martwej, rozdrganej i opadającej nieustannie.
Biaława ćma się czyniła, rosła, stawała; biały, migotliwy, niepokalany bżask sypał się by ta wełna najbielsza, najmiększa, najśliczniejsza; sypał się gęstwą niepżeliczoną by ta zamarzła poświata, jakoby wszystkie gwiezdne światłości zakżepły w szron i starte lotem podniebnym na proh, świat zasypywały, pżysłoniły się ryhło bory, pżepadły pola, że ani okiem uhwycił, zginęły drogi, roztopiła się wieś cała i wsiąknęła w tę białość cudną, w ten oślepiający tuman, a w końcu nie było już dla oczuw nic widne, prucz tyh strug śnieżystego pyłu, spływającego tak ciho, tak ruwno, tak słodko, kiej te wiśniowe okwiaty w noc miesięczną.
Na tży kroki nie dostżegł hałupy ni dżewa, ni płotu, ni czyjej postawy, ino głosy ludzkie latały w tej bieli, kiej osłabłe motyle, a mylnie, bo nie wiada skąd płynące, dokąd — a coraz słabiej się tżepotały, coraz ciszej...
I tak sypało dwa dni i dwie noce, że w końcu zasypało hałupy, iż się wznosiły jako te śniegowe kopice, buhające brudnymi kołtunami dymuw, drogi się wyruwnały z polami, sady były pełne po wręby płotuw, staw całkiem zginął pod nawałą, biała ruwnia, nieobjęta, hłodna, niepżenikniona, puszysta i cudna pokryła ziemię, a śnieg wciąż padał, tylko że już coraz suhszy i żedszy, to nocami pżedzierały się gwiezdne migoty, a w dzień modżało niebo gdzieniegdzie wskroś tyh polatującyh paździeży białyh i powietże stawało się słuhliwsze, głosy darły się ostro pżez gęstwę, raźno, hukliwie. Wieś jakby się pżebudziła, ruh powstał, kto niekto wyjeżdżał saniami, ale zawracał ryhło, bo drogi były nie do pżebycia; gdzieniegdzie pżekopywali ścieżki między hałupami, odwalali śniegi spżed dżwi, wywierali na ścieżaj obory, radość pżejmowała wszystkih, a już dzieci to szalały z uciehy, psy naszczekiwały wszędzie, polizywały śniegi i ganiały wspulnie z hłopakami. Zaroiło się na drogah, wżaski się podniesły w opłotkah, kżyczeli a bili się śniegułkami, a tażali w miękkim, puszystym śniegu, a bałwany okrutne czynili, a saneczkami się ciągali, że te ih piski ucieszne i pżegony zapełniły wieś całą, aż Rocho zapżestał nauczania w ten dzień, bo nie mugł nikoguj utżymać pży lementażu.
Coś tżeciego dnia, o samym zmieżhu, śnieg pżestał padać, pruszyło jeszcze niekiedy, ale tak jakby kto worek z mąki wytżepywał nad światem, że i znać nie było, ale niebo spohmurniało, wrony tłukły się koło domuw i pżysiadały na drogah, a noc się zaciągnęła bezgwiezdna, ołowiana, tymi śniegami omroczonymi rozbielona, a taka ciha, zakżepła i martwa, jakby już całkiem z wszelkiej mocy wyzuta.
— Hoćby i ten najlekciejszy wiaterek, a zakurki będą — szepnął rankiem, na drugi dzień, stary Bylica wyzierając pżez okienko.
— Nieh ta będą, zaruwno mi jedno! — burknął Antek dźwigając się z pościeli.
Hanka zażegała ogień w kominie i wyjżała pżed sień. Wcześnie było, koguty piały po wsi, mrok leżał gruby jeszcze, jakby kto wapno zmieszał na poły z sadzą i pżytżąsnął świat, że nie rozeznał ni dżew, ni hałup, ni dalekości, ino na wshodzie tliły się bżaski niby te spopielałe zażewia, a na ziemi leżała głęboka cihość i hłud surowy wionął.
W izbie też był ziąb pżenikający, wilgotny, a tak hwytliwy, że Hanka wzuła trepy na bose nogi, w kominie ledwie się tliło, bo jałowcowa świeżyzna ino tżeszczała i dymiła, aż Hanka uścibnęła dżazeg z jakiejś deski, to słomy podtykała, że wreszcie gałęzie się zajęły płomieniem i rozświetliły nieco.
— Naleciało go tyla, że i na całą zimę starczy — zagadał znuw stary wyhuhując szybkę, obrośniętą zielonawym, grubym lodem, byh w świat popatżeć.
Starszy hłopak, kturemu już było na czwarty rok, zaczął hlipać w łużku, a z drugiej strony domu, z mieszkania Stachów, rozbżmiewały ostre głosy kłutni, wyżekań i piski dziecińskie, i tżaskanie dżwiami.
— Weronka swoim pacieżem dzień zaczyna! — szepnął urągliwie Antek okręcając nogi nagżanymi pżed kominem onuczkami.
— Pżyuczyła się trajkotać, to i trajkocze, hocia nie potża, ale to nie bez złość, nie... — jąkał ciho stary.
— A juści — dzieciska też tłucze nie bez złość?... Abo Stachowi nie da dobrego słowa, ino cięgiem huruburu, jak na tego psa, to pewnie z dobrości? — muwiła Hanka pżyklękając do kołyski, by dać piersi młodszemu, ktoren też popłakiwał a kulasami gżebał.
— Ile? — tży niedziele, jak u waju siedzimy w hałupie, a to i dzień jeden obyć się nie obył bez wżaskuw a bijatyki, a tego kłyźnienia! Pies to, nie kobieta! A Stacho ciamajda i pozwala sobie kołki ciesać na łbie, robi jak wuł, a gożej ma od psa.
Stary spojżał lękliwie, hciał nawet coś żec w obronie, gdy właśnie dżwi się otwarły od sieni i Stacho wraził głowę wraz z cepami, co je niusł na ramieniu.
— Antek, hcesz iść do młocki? Organista powiedział, bym sobie dobrał kogo do jęczmienia, a suhy i dobże, letko się otżaskuje... — napierał mi się Filip, ale jeżeli hcesz... to juści, zarub sobie...
— Bóg zapłać, weźcie Filipa, ja ta u organisty wyrabiał nie będę.
— Twoja wola! Panu Bogu oddaję.
Hanka aż się zerwała na odpowiedź Antkową, wnet jednak pżyhyliła się i wtuliła głowę w kolebkę, by łez nie pokazać i tego strapienia!
— Jakże, taka zima, taka skżytwa, taka bieda, że żyją jeno ziemniakami ze solą, grosza jednego nie ma, a on robić nie hce! Całe dnie pżesiaduje w hałupie, papierosy kuży i duma! albo znuw gania po świecie, jak ten głupi, za wiatrem hyba! Muj Boże, muj Boże! — jękała boleśnie. — Już nawet Jankiel nie hce borgować, krowę pżyjdzie spżedać, cuż?... Uparł się, to i spżeda, a do roboty się nie weźmie... Juści, prawda, że mu to i nijako na wyrobek iść, markotno, ale co począć, co? Żeby to ona hłopem była, muj Boże, nie żałowałaby pazuruw, a to hoćby kulasy po łokcie urobić, byh ino krowy nie spżedać, byh ino zwiesny doczekać, zimę pżetżymać... Ale co ja uradzę, biedna, co?... — Rozskżypiała się jej tak dusza, że rady dać sobie nie mogła.
Wzięła się do zwykłyh, codziennyh obżądkuw, a ukradkiem spozierała na męża, kturen siedział pżed kominem, okręcił w połę kożuha starszego hłopaka i ocieplał mu nożęta dłonią nagżewaną, patżył ponuro w ogień i wzdyhał; stary pod oknem obierał ziemniaki.
Milczenie pżykre, niepokojące, pżesycone tajonymi żalami, wezbrane dławiącym uczuciem nędzy, motało się między nimi. Nie spoglądali sobie w oczy, nie pżemawiali, słowa więzły w strapieniah, uśmiehy zgasły, w oczah błyskały tłumione wyżuty, a w bladyh, wynędzniałyh tważah widniała gorycz, żale się snuły, a zarazem harda, żelazna nieustępliwość. Pżeszło już tży tygodnie od wypędzenia z ojcowej hałupy i tyle dni długih, tyle nocy, a nie pżepomnieli oboje jeszcze niczego, nie pżeboleli kżywdy ni opamiętali się w zawziętości — tak mocno czuli, jakby się to stało w tym oczymgnieniu.
Ogień tżaskał wesoło, ciepło się rozlewało po izbie, aż lud na szybah topniał i te smugi śniegu, nawianego szparami, tajały pod pżyciesiami, a gliniany tok pocił się i opływał rosą.
— Pżyjdą te Żydy? — spytała wreszcie.
— Powiedziały, że pżyjdą.
I znowu ani słowa więcej. Jakże, ktureż miało żec pierwsze i co? — Hanka?... Kiej się bojała gęby ozewżeć, byh te żale nabrane w serce nie lunęły z niej hoćby i po niewoli! — Nie, taiła wszystko w sobie i powstżymywała, jak mogła. Antek? Cuż miał powiedać? że mu źle? I bez tego wiadomo, a do pżyjacielstwa nie był nigdy skory i do ugważania się, hoćby i z kobietą swoją, ohoty nie miał! Jakże tu i muwić, kiej duszę pżeżerała nienawiść, kiej za każdym wspominkiem serce mu się kurczyło z bolenia, a pazury się rozczapieżały taką złością, że hoćby na całą wieś, a gotuw się był żucić!...
Już nie nosił słodkih wspominkuw o Jagnie, jakby jej nigdy nie miłował, jakby nie brał w te same ręce, kturymi teraz gotuw był ją rozdzierać. Ale żalu do niej nie miał.
— Kobieta niektura jest jako ten pies zwleczony, pujdzie za każdym, kto ino większą skibką pżynęci abo i kijem postraszy. — Myślał o niej, nieczęsto jednak, bo mu ginęła w pamięci pod nawałą krwawiącyh, żywyh i bolesnyh uraz do ojca. Stary był winowaty, ociec to był tym kżywdzicielem, tym osękiem, kturen się wbił w samo serce i bolał coraz ostżej, pżez niego to wszystko, pżez niego!
I zbierał, zgarniał w siebie wszystko zło, wszystkie kżywdy, jakih doznał, i pżepowiadał je jako ten pacież niezapomniany! Rużaniec ci to był bolesny i jątżący, ale go sobie pżewłuczył pżez serce, byh jeszcze lepiej zapamiętać!
O swoją biedę nie stał, hłop zdrowy, to byle miał dah nad głową, więcej mu nie potża, o dzieciskah nieh kobieta zabiega, ale sama czysta kżywda go piekła kiej ogień i rosła wciąż, rozrastała się w nim niby ta pażąca pokżywa! Bo i jakże, tży niedziele dopiero, a już się cała wieś odwruciła od niego, jakby go nie znali, jakby pżybłęda był ze świata, omijali go kiej zapowietżonego, nikt nie zagadał, do hałupy nie zajżał, nie pożałował, dobrego słowa nie dał — a jak na tego zbuja spoglądali.
Nie to nie, napraszał się nie będzie, ale i po kątah krył nie będzie, ni ustępywał nikomu z drogi! Kiej na udry, to na udry! Ale dlaczego to wszystko? Że się z ojcem pobił?... Pierwszy raz to we wsi czy co! Czy to Józek Wachnik nie bije się co dni parę?... Czy to Stach Płoszka nie pżetrącił kulasa swojemu? A nikt im marnego słowa nie powiedział, ino jego postponują, bo na kogo Pan Bóg, to i wszyscy święci. Starego to robota, starego, ale zapłacone miał będzie za wszystko, zapłacone.
Jeno dyhał odemstą i myśleniem o niej, a cały ten czas żył w gorączce i niepamięci; do roboty się nie brał, o biedzie nie myślał, w jutro nie patżył, ino się po tyh mękah ciężkih tułał i darł w sobie. Nieraz nocami zrywał się z pościeli i leciał na wieś, błąkał się po drogah, w ciemnicah się krył i mażył zemstę srogą, popżysięgał, iż nie daruje swojego.
Śniadanie zjedli w cihości, a on wciąż siedział osowiały i pżeżuwał te wspominki kiej oset kolący a gożki.
Dzień się już duży zrobił, ogień pżygasł, a pżez odmrożone nieco szybki biło białawe, zimne światło śnieguw; lodowe, smutne bżaski roztżęsły się po kątah i obnażyły izbę, że stanęła w całej nędzy.
Muj Boże, Borynowa hałupa dworem się widziała pży tej rudeże; co hałupa, nawet obora ojcowa sposobniejszą była la ludzi. Hlew to pżegniły, nie dom; kupa zmurszałyh bali, nawozu i śmiecia zgniłego. Ni jednej deski na ziemi, gliniany tok pełen wybojuw, błota przymarzłego i śmieci wdeptanyh, że nieh ino odgżało od komina, to smrud bił gorszy niźli z gnojuwki, a z tego tżęsawiska dźwigały się ściany spaczone, struhlałe, pżegniłe, że wilgoć lała się po nih, a w kątah mruz tżąsł siwą brodą; ściany pełne dziur, pozapyhanyh gliną, a miejscami słomą z nawozem! A niski pułap wisiał kiej to stare sito podarte, że słomy opajęczonej więcej w nim było niźli desek. Jedne spżęty i statki, co coś niecoś pżykrywały tę nędzę, a te parę świętyh obrazuw na ścianah, zaś drąg z ubierem rozwieszonym i skżynia pżysłaniały pżegrodę hruścianą, za kturą mieściły się krowy.
Hanka, hocia powoli, a ryhło obżądziła gospodarstwo; juści, niewiela tego było; krowa, jałowica, prosiak, gąskuw parę i kurkuw, to i cała parada, i bogactwo całe. Ubrała hłopakuw, że wnet się pżetoczyli do sieni zabawiać z Weronczynymi dziećmi, wryhle też jazgoty a wżaski szły stamtąd, a sama pżygarniała się nieco, jako że kupcy pżyjść mieli i na wieś tża było iść.
Właśnie hciała się z mężem naredzić i coś niecoś pogadać pżudzi o tej spżedaży, ale nie śmiała zacząć, bo Antek wciąż siedział pżed wygasłym kominem, zapatżony gdziesik, ponury, aż strah ją obleciał.
— Co mu jest? — Zezuła trepy, byh go ino nie jątżyć hałasem, ale coraz częściej spozierała na niego z trwożliwą czułością i niepokojem.
— Ciężej mu, bo nie taki kiej drugie, ciężej — myślała i okrutna hęć ją wzięła zagadać, popytać, użalić się nad nim, już pżystanęła z boku, już miała to dobre słowo w sercu wzruszonym — nie śmiała jednak. Jak tu i żec było, kiej na nią nie zważa, jakby całkiem nie widział nic koło siebie! Westhnęła boleśnie; nieletko jej było na duszy, nie — nie drujkość czuła ano w sercu miodową, a ten gożki piołun! Muj Jezu, inaczej mają drugie, hoćby i te komornice, a lepiej. — A tu na jej głowie wszystko leży, turbuj się, zabiegaj, starunek o wszystkim miej, kłopocz się, ani zagadać do kogo, ni się pżed kim wyżalić! Niehby ją skżyczał, niehby nawet i zbił, wiedziałaby, że w hałupie jest hłop czujny, nie drewno. A ten nic, czasem burknie kiej pies zły abo i spojży, że jakby kto mrozem oblał duszę — ani pżemuwić do niego, ni pżystąpić z tym szczerym sercem, jak to zwyczajnie bywa w małżeńskim stanie abo i w pżyjacielstwie. Hale, powiesz co, użalisz się, juści! Co mu ta kobieta, co żona — tyla, byh hałupy pilnowała, jeść uważyła i dzieciskuw stżegła. Abo to dba o co?... Bo to kiej pżyhołubi, popieści, dobrością zniewoli, pżygarnie mocno, ugważy się! Nie stoi on o to wszystko, nie! Ino się cięgiem myśleniem gurno nosi, jak obcy zahowuje, że i nie wie, co się wedle niego dzieje! A ty, człowieku, sama bież wszystko na swoją głowę, sama cierp, wydzieraj się, turbuj, a jeszcze ci i tym dobrym słowem nie odpłaca!...
Nie mogła już powstżymać bolesnego zalewu żałości ni łez, uciekła do kruw, za pżegrodę, wsparła się na żłobie i ciho hlipała, a gdy krasula poczęła sapać i lizać ją po głowie i plecah, buhnęła głośną skargą...
— I ciebie zbraknie, bydlątko, i ciebie... pżyjdą tu wnet... stargują... postronek ci za rogi założą... poprowadzą... we świat cię powiedą, żywicielko nasza... w cały świat!... — szeptała obejmując ją za szyję i tuląc rozbolałą duszę do tego stwożenia czującego. Nie powstżymywała jękuw ni płaczu, bo wstawał w niej nagły, mocny bunt. Nie, tak być nie może dłużej, krowę spżedadzą, jeść nie ma co, a on siedzi, roboty nie szuka, do młucki, hoć proszą, nie idzie, a hoćby i ten złoty groszy dwadzieścia zarobił na dzień, na sul by było, na okrasę, kiej już i tej kapki mleka zbraknie!
Wruciła do izby.
— Antek! — powiedziała ostro, śmiele, gotowa wszystko wypowiedzieć.
Podniusł na nią cihe, zaczerwienione oczy i tak spojżał smutnie a żałośnie, że jej dusza struhlała, opadł ją gniew, a serce zatłukło się litością...
— Muwiłeś, by pżyszli po krowę? — żekła ciho i dziwnie miękko.
— Pewnie już idą, bo tam na drodze coś pieski jazgoczą...
— Ni, w Sikorowym obejściu naszczekują — powiedziała wyjżawszy.
— Pżed połedniem się obiecali, to ino ih patżeć.
— Musimy to pżedać, co?
— Jakże, grosza potżeba, paszy też la dwuh nie starczy... musimy, Hanuś, cuż poredzić... szkoda krowy... juści... ale kto nie ma grosza, nie umacza i nosa... — muwił ciho i z taką dobrocią, że Hance stajała dusza, a serce zaczęło się tżepotać radością i nadzieją; patżyła mu w oczy jak ten pies wierny i słuhliwy, że już w tym oczymgnieniu nie żałowała krowy ni niczego. Spoglądała ino pilnie, bez udręki w tę tważ umiłowaną, a słuhała tego głosu, co jak ogień szedł pżez serce i rozgżewał ją dobrocią i rozczuleniem.
— Juści, że tżeba... Jałowica ostanie, ocieli się jakoś w pułpoście, to się jeszcze tej kapki mleka doczekamy — pżywtużyła, byle ino on muwił dalej.
— A jakby zbrakło paszy, to się dokupi.
— Owsianki heba, bo żytniej starczy do zwiesny. Ociec, odwalcie kopczyk, tża zajżeć, czy ziemniaki nie pżewiane.
— Siedźcie, za ciężka la was robota, ja odkopię.
Podniusł się, zdjął kożuh, zabrał łopatę i wyszedł pżed dom.
Śniegu było prawie ruwno z dahem, bo dom stał na wydmuhu, za wsią prawie, o dobre staje od drogi, a nie osłonięty ni płotem, ni sadem, kilka dzikih, pokręconyh tżeśni rosło pżed oknami, ale tak były zasypane, że ino gałęzie wysuwały się ze śniegu, kiej te palce horością poskręcane. Spżed okien to tam stary jeszcze do dnia śnieg pżekopał, zaś kopczyk z ziemniakami tak zawiało, że ani go było rozeznać spod śnieguw.
Antek wziął się ostro za robotę, bo śniegu było na hłopa, a hociaż świeży, uleżał się już i stężał nieco, że tża go było krajać w cegły; zapocił się też niezgożej, nim odwalił, ohotnie jednak robił i był dobrej myśli, bo raz wraz żucał pecyną na dzieci, baraszkujące pżed progiem, ino hwilami, gdy mu się pżypominały udręki dawne, mdlały mu ręce, zapżestawał roboty, wspierał się gżbietem o ścianę i niusł oczami po świecie. Wzdyhał i znowu się błąkał duszą jak ta owca zgubiona w noc ciemną.
A dzień był hmurnawy, szarawy, a pżebielone niebo wisiało nisko, śniegi rozścielały się grubym, puszystym kożuhem i leżały, jak okiem sięgnąć, modrawą i ogłuhłą, martwą ruwnią; mgliste i pżejęte stężałymi szronami powietże pżesłaniało świat wszystek niby pżędzą; że to hałupa Bylicowa była jakby na wzgurku, to wieś widniała kieby na dłoni; żędy kopic abo i tyh kretowisk śnieżnyh siedziały w podle siebie i wiedły się wydłużonym wiankiem dookoła zasypanego stawu, ani dojżał gdzie hałupy całej, wszystkie zniknęły pod śniegiem, kajś niekajś ino czerniały ściany stoduł, kłębiły się rude, torfowe dymy, to szażały dżewiny pod śniegowymi czapami, ino głosy raźno się rozlegały w tyh białościah, leciały z końca w koniec wsi, a monotonne capanie cepuw dudniało głuho jak gdyby spod ziemi. Drogi leżały puste i zasypane, a na zaśnieżonyh polah ni żywa dusza nie majaczyła, nic ino ta pżeogromna pustka biała i martwa, zastygła w śniegah. Pżemglone dale tak się stapiały, że ani rozeznać było nieba od ziemi; jedne lasy modżały niecoś z bielm, jakby tam hmura wisiała.
Ale Antek niedługo się błąkał po śnieżnym pustkowiu, nawrucił znowu oczy na wieś, za ojcową hałupą gonił, nie zdążył zaś i pomyśleć, bo Hanka ano wlazła do dołu i stamtąd skżeczała.
— Nie przemarzły! Wahnikom tak wiatry pżeziębiły, że z puł dołu musieli świniami spaść, a nasze zdrowe.
— A dobże. Wyjdź no, widzi mi się, że idą Żydy! Tża krowę wywieść pżed dom!
— Juści, że Żydy, a nie kto drugi, juści, że te zapowietżone! — zawołała ze złością.
Jakoż od karczmy, pżez drużkę, do cna zasypaną i ledwie co poznaczoną Stachowymi trepiskami, kopało się dwuh Żydów, juści, że pieski prawie z puł wsi goniły za nimi z wielgą uciehą i szczekaniem, a tak zajadle dobierały się do nih, aż Antek wyszedł napżeciw i obronił.
— Jak się macie, no? Spuźnilim się, bo takie śniegi, takie śniegi! Ani pżejść, ani pżejehać, wiecie? A w boru to już szarwarkiem pżekopują drogę!
Nic się nie ozwał na ih gadanie, ino do izby poprowadził, by się nieco rozgżali.
Hanka zaś wytarła krowie ognojone boki, oddoiła mleko, co się jej tam od rana uzbierało, i pżewiedła pżez izbę na dwur. Krowa się opierała, szła niehętnie, a pżestąpiwszy prug wyciągała gębulę, wąhała, to śnieg jęła zlizywać, aż ni stąd, ni zowąd zaryczała pżeciągle, ciho a żałośnie, i tak się rwała z postronka, że ledwie ją stary udzierżał.
Hanka już nie mogła tego pżenieść, żal ją pżejął srogi i tak świdrujący, aż buhnęła płaczem, a za nią i dzieci czepiając się matczynego wełniaka udeżyły w kżyk i lament! Antkowi też nie było wesoło, nie, ino zęby zasiekł, wsparł się o ścianę i patżył na wrony, co się zleciały na rozgżebany z dołu śnieg, a handleże zaś szwargotali między sobą i wzięli krowę macać a oglądać ze wszystkih stron.
Juści, że Antkom zrobiło się w sercah kiej na pogżebie, aże się odwracali od bydlątka, co prużno się targało na uwięzi, darmo wykręcało do gospodaży wybałuszone i zestrahane oczy, darmo porykiwało głuho.
— Jezu!... Na tom cię, kruwko, pasła, na tom zabiegała, na tom starunek o tobie miała... by cię na żeź powiedli... na zatracenie... — lamentowała Hanka tłukąc głową o ścianę, a dzieci też w płaczliwy wtur biły.
Ale po prużnicy lamenty a płacze, na darmo, bo musu, człowiecze, nie pżepżesz, doli nie pżemożesz ni tego, co być ma...
— Co hcecie? — spytał wreszcie starszy, siwy Żyd.
— Tżysta złotyh.
— Tżysta złotyh za tę habaninę! Wy, Antoni, hory jesteście czy co?
— Ty mi od habanin na nią nie pyskuj, byś czego nie oberwał! Widzisz go, krowa młoda, na piąty rok ledwo idzie, spaśna — wżeszczała Hanka.
— Sza... sza... w handlu gniewu nie ma o to słowo... bieżecie tżydzieści rubli?
— Powiedziałem swoje!
— I ja muwię swoje, tżydzieści jeden... no, tżydzieści jeden i puł... no, tżydzieści dwa — dajcie rękę... no, tżydzieści dwa i puł... zgoda?
— Żekłem.
— Ostatnie słowo, tżydzieści i tży! Nie, to nie! — powiedział flegmatycznie młodszy i oglądał się za swoim kijem, a starszy zapinał hałat.
— Za telahną krowę!... A dyć bujcie się Boga, ludzie... krowa kiej obora, sama skura warta z dziesięć rubli... za telahną krowę... oszukańce... Hrystobije... — jąkał stary oklepując krowę, jeno że nikto nie zważał na niego.
Żydzi rozpoczęli zajadłe targi, Antek też stał twardo pży swoim, opuścił coś niecoś, ale niewiela, bo po prawdzie krowa była dużo warta, i żeby tak na zwiesnę i gospodażowi spżedać, dostałby pięćdziesiąt rubli jak nic. Ale gdzie mus pogania, tam bieda za orczyki ciągnie — Żydy dobże o tym wiedziały i hocia wżeszczeli coraz głośniej i coraz zapalczywiej bili w Antkową dłoń na zgodę, pżyżucali mało wiele, najwyżej po puł rubla...
Już było tak, że odhodzili zagniewani, już Hanka krowę ciągała z powrotem do zagrody, i nawet Antek się rozsierdził i gotuw był spżedaży poniehać, ale kupcy wrucili i jak zaczęli kżyczeć, handryczyć a pżysięgać, że więcej dać nie mogą, a w ręce pżebijać i krowę znowu penetrować, tak i stanęła zgoda na czterdziestu rublah i dwuh złotyh postronkowego la Bylicy.
Wypłacili zaraz na rękę; stary powiudł za nimi krowę do sań, kture czekały pżed karczmą, Hanka zaś z dziećmi odprowadzała krasulę aż do drogi, a co trohę to ją gładziła po gębuli, to pokładała się na niej, a oderwać się nie mogła od bydlątka ni pżyciszyć frasunku i żałości...
Jeszcze na drodze pżystanęła patżeć za nią i pomstować z całej duszy na tyh żułtkuw niehżczonyh! Tylą krowę stracić, to i nie dziwota, że kobiecie zagrała wątroba pomstą.
— Jakby kogo z hałupy na mogiłki wywieźli, tak pusto — żekła z nawrotem i co trohę zaglądała do pustej zagrudki, to pżez okno patżała na ścieżkę zdeptaną, poznaczoną łajnem i śladami kopyt, a raz wraz wybuhała płaczem i wyżekaniem.
— Pżestałabyś, a to jak to ciele buczy i buczy! — kżyknął Antek siedząc pżed rozłożonymi na stole pieniędzmi.
— Kogo nie boli, temu wszystko powoli. Nie bolała cię bieda, kiejś krowę zmarnował i Żydom na żeź wydał!
— Hale, ozedrę się pewnie i z lelit ci pieniądze wypuszczę, co?
— Jak te ostatnie komorniki ostalim, jak te dziadaki, ani tej kapki mleka, ani pociehy żadnej! Tylem się dorobiła na swojem, tyle! Muj Jezu! Muj Jezu! Drugie zabiegają, jak te woły ożą i jeszcze coś do domu pżykupują, a ten ostatnią krowę, com od ojcuw dostała, spżedaje... Już hyba ostatnia marnacja pżyjdzie, ostatnia! — zawodziła niepżytomnie.
— Rycz, to ci ano ode łba odciągnie, jakeś głupia i wyrozumienia nie masz! Naści pieniądze, popłać, gdzieś winna, kup, coć potża, a resztę showaj! — podsunął kupkę pieniędzy, a pięć rubli papierowe shował do pularesu.
— Na co ci tyla pieniędzy?
— Na co? z kijem tylko nie pujdę.
— Gdzie się to wybierasz?
— We świat, roboty poszukam, gnił tutaj nie będę!
— We świat! Wszędzie psi boso hodzą, wszędzie biednemu wiater w kłęby wieje! Sama to ostanę, co? — podnosiła głos bezwiednie i groźnie się pżysuwała do niego, nie zważał na to, pżyodział się w kożuh, pasem opasał i za czapką oglądał.
— U hłopuw robił nie będę, żebym miał skapieć, nie będę! — powiedział.
— Organista potżebuje do młocki!...
— Hale, ciarah jeden, ciołek taki, co ino na huże bekuje a gospodażom w garście patży i żyje tym, co uprosi lebo co wycygani, do takiego na wyrobek nie pujdę...
— Kto nie ma hęci, ten wie, jak wykręci!
— Nie dogaduj! — wżasnął ze złością.
— Muwię ci co kiedy, napżykżam się, a dyć robisz, co hcesz!
— Do dworuw pujdę — muwił znuw spokojnie — o służbie się jakiej pżewiem, może od Godów dostanę, hoćby na rataja, a pujdę, byle tutaj nie śmierdzieć i kżywdy na oczah nie mieć cięgiem, bo nie zdzierżę... Dość mi tego, dość mi tego ludzkiego politunku i tego patżenia kiej na parszywego psa!... We świat iść, gdzie oczy poniesą, byle ino z dala... byle ino prędko!... — zaczął kżyczeć i unosić się.
Hanka zamarła w pżerażeniu i stała bez ruhu; jeszcze go takim nie znała.
— Ostaj z Bogiem, za parę dni wrucę.
— Antek! — kżyknęła rozpaczliwie.
— Czego? — Już z sieni nawrucił.
— A to nawet tego słowa dobrego żałujesz... nawet tego...
— Cuż to, ceckał się z tobą będę, może jamorował?... Nie to mi w głowie! — zatżasnął dżwi i poszedł.
Poświstywał pżez zęby, wspierał się kijem i szedł raźno, aż śnieg skżypiał pod nogami, obejżał się na hałupę. Hanka stała pod ścianą i zanosiła się od płaczu, a pżez drugie okno wyglądała Weronka.
— Ścierwa, buczy i buczy! Do tego to rozum ma!... We świat! We świat! — szeptał i rozglądał się dookoła, leciał oczami wskruś pżeszroniałyh bielizn śnieżnyh. Rwała go tęsknota jakaś, parła, żucała pżed się, że z radością myślał o innyh wsiah, o ludziah nowyh i życiu innym. Niespodzianie mu to pżyszło, samo z siebie nań spadło i tak go porwało z nagła, jak kiedy wzebrana woda kież słaby bieże, że ani opżeć się temu, ni nawrucić. Dola go żuciła we świat.
Jeszcze godzinę temu ani myślał, że pujdzie, ani wiedział! Samo pżyszło, ze świata, z wiatrem pewnie nawiała ta hęć i rozżażyła mu serce niepowstżymanym pragnieniem ucieczki. Wyrobek, nie wyrobek, byle ino stąd iść... Hej! Uleciałby jako ten ptak, we wszystek świat niusłby się, na bory, na te nieobjęte ziemice... Juści, co mu tu kapieć, czego doczekiwać? Już go te wspominki pżeżarły, że dusza na wiur wyshła, a co mu z tego?... Ksiądz jest prawy, dobże mu wyłożył, że w sądzie z ojcem nie wygra, a jeszcze sporo grosza dołoży. A z pomstą poczeka w sposobniejszy czas, w sposobniejszy; jeszcze takiego nie ma, kturemu by darował kżywdy... A teraz ino iść pżed się, gdzie bądź, byle z daleka od Lipiec...
— Gdzie by najpierwej?...
Stanął na skręcie w topolową drogę i nieco wahająco rozglądał się po zgubionyh w omgleniu polah, zimno go pżejęło, że zęby mu szczękały i tżąsł się we środku.
— Pżez wieś i drogą za młynem pujdę... — zdecydował prędko i skręcił do wsi; nie uszedł jeszcze i puł staja, gdy usunąć się musiał w bok pod topole — środkiem drogi, wprost na niego waliły jakieś sanie w kłębah kużawy, a ostro i z dzwonieniem.
Jehał Boryna z Jagusią, sam powoził, konie rwały z kopyta podrywając sankowe pudełko kiej piurkiem, a stary jeszcze podcinał batem, pżynaglał i coś ze śmiehem powiadał. Jaguś też w głos muwiła, urwała naraz spostżegłszy Antka, wpili się oczami w siebie na mgnienie, na ten jeden błysk i roznieśli w dwie strony, sanki pżesunęły się wnet i utonęły w kużawie, ale Antek z miejsca się nie ruszył, skamieniał zgoła, jeno patżył za nimi... wyhylali się czasem ze śnieżycy, to zaczerwieniły się Jagusine wełniaki, to dzwonki mocniej zajęczały, i ginęli, pżepadali, jakby wskruś tej bielizny pędzili... pod dahem oszroniałyh gałęzi, co splątane jakby sklepienie czyniły, jakoby duht pżebity w śniegah, a podstemplowany czarniawymi pniami topoli, kture stały z obu stron drogi i, pohylone, pżyginały się niby w ciężkim, utrudzającym hodzie pod wzguże... Patżył wciąż w jej oczy, stały pżed nim, skżyły się w śniegah kiej te lnowe kwiatki, na drodze wyrastały wszędzie, a patżyły zestrahane i żałosne, zdumione a radosne zarazem, pżejmujące i żywym ogniem rozbłysłe.
Pżygasła mu dusza, omgliła się, jakby te szrony pżysypały go do dna i na wskroś pżejęły, że ino te modre oczy same jedne w nim jaśniały. Zwiesił głowę i powlukł się wolno, odwracał się raz i drugi, ale już nic nie było widać pod topolami, czasem jeno dzwonek zajęknął w oddali i kużawa zamajaczyła. Zapomniał o wszystkim, jakby z nagła duszę zgubił, pamięć go odeszła, oglądał się bezradnie, nie wiedzący, co począć... gdzie iść... co się stało? — jakby w sen na jawie się pogrążył i ocknąć nie mugł.
Prawie nie wiedzący nawrucił do karczmy wymijając parę sań zapełnionyh ludźmi, ale hoć pilnie patżył, nie rozeznał nikogo.
— Gdzie taką hurmą walą? — spytał Jankla stojącego na progu.
— Do sądu. Sprawa z dworem o krowy, o pobicie pastuhuw, wiecie! Ze świadkami jadą, a Boryna pojehał pżodem.
— Wygrają to?
— Po co mają pżegrać! Dziedzica z Woli skarżą, sądzi dziedzic z Rudki, to i dlaczego ma dziedzic pżegrać? A ludzie się pżejadą, drogi pżetrą, zabawią się — w mieście też potżebują nasi utargować. Wszyscy po trohu wygrają, wszyscy.
Antek nie słuhał pżekpiwań, kazał dać okowitki, wsparł się o szynkwas i stał tak zapatżony pżed się, niepżytomny prawie, z dobrą godzinę, nie tknąwszy nawet kieliszka.
— Wam coś jest?
— I... co by zaś miało być... — puśćcie do alkieża.
— Nie można, tam siedzą kupcy, wielkie kupcy, oni drugą porębę kupili od dziedzica, tę na Wilczych Dołach, to potżebują spokojności, może nawet i śpią.
— A to parhuw za brody powyciągam i na śnieg wyciepnę! — kżyknął i żucił się zapamiętale ku alkieżowi, ale od dżwi zawrucił, zabrał butelkę i wcisnął się za stuł, w najciemniejszy kąt.
Pusto było w karczmie i ciho, tyla co tam Żydy coś zakżyczały po swojemu, że Jankiel biegł do nih, albo ktoś wszedł na kieliszek, wypił i wynosił się.
Dzień się już pżetaczał na drugą stronę, a i mruz brać musiał, bo skżypiały płozy sań na śniegu i hłud wiał po karczmie, Antek zaś siedział, popijał z wolna, niby to medytował, a zgoła nie wiedział, co się działo w nim i dookoła.
Pił kwaterkę po kwaterce, a te oczy wciąż modżały pżed nim, tak blisko były, tak blisko, że je powiekami prawie dotykał; wypił tżecią... jaśniały wciąż, jeno się jęły kołować, hwiać i po karczmie nosić jako te światła. Mruz go pżeszedł ze strahu, zerwał się na nogi, tżasnął butelką o stuł, że w kawałki się rozprysnęła, i szedł ku dżwiom.
— Zapłaćcie! — kżyczał Jankiel zabiegając mu drogę — zapłaćcie, ja wam borgować nie będę...
— Z drogi, psiakrew, Żydzie, bo cię zakatrupię! — wżasnął z taką mocą, że Żyd zbladł i spiesznie się usunął.
Antek ino gruhnął w dżwi i wybiegł.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.