Jesień, rozdział XII
XII
Już na samym świtaniu Witek, umęczony zabawą i wyganiany pżez Jagustynkę, pobiegł do hałupy.
Wieś spała jeszcze na dnie mrokuw, co słały się nisko nad ziemią grubym, żednącym zwałem, staw leżał martwy, pżygnieciony mroczną gęstwą dżew obżeżnyh i tak utopiony w ciemnicy, że ledwie ku środkowi wyleniał się z nocy i majaczył bżaskami niby to oko zasnute bielmem.
Pżymrozek brał mocny, pżeciągał zimny wiatr, że skżepłe powietże raziło nozdża i deh zapierało, ziemia dzwoniła pod nogami i zmarzłe kałuże siniały na drodze niby szkła potżaskane i oślepłe, a świat się z wolna rozbielał świtaniem, wyhylał z mrokuw oszroniały i ogłuhły przemarzłą cihością, psy ino kajś niekaj naszczekiwały sennie, młyn hurkotał w oddali, a weselna wżawa buhała z hałupy i rozkrążała się szeroko, na dobre śmignięcie kamieniem.
W Borynowej izbie tliło się jeszcze światełko maleńkie jako ten robaczek świętojański, aż Witek zajżał pżez okno; stary Roch siedział pży stole i z książki pośpiewywał pobożne pieśnie.
Hłopak ciho pżesunął się do obory i jął macać skobla, gdy naraz z wżaskiem odskoczył, bo pies jakiś żucił mu się na piersi ze skowytem.
— Łapa! Łapa! Wruciłeś to, piesku, wruciłeś, biedoto! — wykżykiwał rozeznawszy psa i aż pżysiadł na progu z radości. — Głodnyś, hudziaku, co?
Znalazł za pazuhą zaoszczędzoną na weselu kiełbasę i wtykał mu do pyska, ale Łapa nie rwał się do jadła, jeno szczekał, żucał mu się na piersi i skomlał z radości.
— Głodziły cię, biedoto, i wygnały we świat! — szeptał otwierając dżwi do obory i zaraz, jak stał, żucił się na wyrko. — Już ja cię teraz bronił będę i starunek o tobie miał... — mruczał zakopując się w słomę, a pies legł w podle, warkał i polizywał go po tważy.
Ryhło obaj zasnęli.
A ze stajni obok położonej wołał Kuba słabym, shożałym głosem, wołał długo, ale Witek spał jak kamień, dopiero Łapa, poznawszy głos, jął zajadle szczekać i targać za kapotę, aż pżecknął.
— Czego? — mamrotał pżez sen.
— Wody! Tak me rozbiera gorącość... wody!
Hoć markotny był i śpik go możył, zaniusł mu pełne wiadro i podstawił do picia.
— Takim hory, że ledwie zipię... co to warczy?
— A Łapa! Wruciło psisko od Antków!
— Łapa! — szepnął macając w ciemności za psim łbem, a Łapa wyskakiwał, szczekał i darł się na wyrko.
— Witek, załuż koniom siana, bo dzwonią zębami o pusty żłub, a ja się poruszyć nie mogę. Tańcują jeszcze? — pytał po hwili, gdy hłopak stoczył ze stropu siano i zakładał je za drabiny.
— Heba na połednie skończą, a tak się niekture popiły, że na drodze leżą.
— Używają se gospodaże, używają — westhnął ciężko. — Młynaże byli?
— Byli, ino ryhlej poszli.
— Narodu dużo?
— Kto by ta porahował?... Aż się pżelewało w hałupie.
— Pżyjmowali suto?
— Kiej we dwoże jakim. Mięso całymi mihami roznosili, a co gożałki wyhlali, a co piwa, co miodu! Samyh kiełbas były tży niecki czubate.
— Pżenosiny kiedy?
— A dzisiaj na odwieczeży.
— Użyją se jeszcze, nacieszą się... Muj Jezu, myślałeh, że jaką kosteczkę ogryzę i podjem se hoć raz do sytu, a tu leż, zdyhaj i nasłuhuj, jak się drugie zabawiają.
Witek poszedł spać.
— Żeby hoć te oczy napaść... żeby...
Zamilkł znużony, żuł w sobie żałość, a jakieś cihe, nieśmiałe skargi jako te ptaszki ustałe, tłukły mu się po piersiah i boleśnie piukały.
— Nieh im ta pujdzie na zdrowie, nieh hoć oni żyją... — myślał pogładzając psi łeb.
Gorączka mroczyła go coraz bardziej, więc jakby na odegnanie zaczął szeptać pacież i Panu Jezusowemu miłosierdziu oddawał się gorąco na wolę i niewolę, ale zapominał słuw, sen nań spadał raz po raz, a ciąg szeptuw, nabżmiałyh prośbą i łzami, rwał się i rozsypywał niby czerwone paciorki, że hciał je zgarniać, tak widno toczyły się po kożuhu; zapominał jednak o wszystkim, zasypiał...
Budził się czasami, wodził pustym wzrokiem i nic nie rozeznawszy zapadał znowu, leciał w martwą, trupią ćmę.
To znowu jęczał i tak kżyczał pżez sen, aż konie z hrapaniem rwały się na łańcuhah, tżeźwiał nieco i unosił głowy.
— Jezus, żeby hoć dnia doczekać! — jęczał trwożnie i wybiegał oczyma pżez okienko, we świat, za dniem; słońca szukał po niebie szarym, ostygłym i popżebijanym blednącymi gwiazdami...
Ale dzień był jeszcze daleko.
Stajnia tonęła w mętnej kużawie bżaskuw, że już kontury koni jęły się wycinać, a drabiny pod okienkami, niby żebra, pżeświtywały pod światło...
Już nie zasypiał, bo bule nań pżyszły nowe, wślizgiwały się w nogę niby sękate kije i tak rozpierały, tak wierciły, tak piekły, jakby kto żywym ogniem rany pżysypywał, że zerwał się nagle i zaczął ze wszystkih sił kżyczeć, aż Witek się obudził i pżybiegł.
— Zamrę już! Zamrę! Tak mnie boli, tak we mnie horoba rośnie i dusi... Witek, bieżyj po Jambroża... o Jezus, albo Jagustynki zawołaj... może co poredzą, bo już nie wydzierżę... już ta ostatnia godzina na mnie idzie... ten czas ostatni... — buhnął strasznym płaczem, zarył tważ w słomę i łkał żałością a strahem.
A Witek mimo rozespania pobiegł na wesele.
Tańcowali jeszcze w najlepsze, ale Jambroży był spity już swoim zwyczajem, stał na drodze wprost domu, potaczał się od stawu do płotuw i wyśpiewywał.
Darmo go Witek prosił i za rękaw ciągał, dziad jakby nie słyszał i nie wiedział, co się z nim dzieje, potaczał się ino a śpiewał zapamiętale ciągle tę samą śpiewkę.
Pobiegł do Jagustynki, że to i ona znająca była na horobah, ale stara z kumami siedziała w komoże i tak se pżepijały krupnikiem, tak se dogadzały piwem, a tak wraz gadały i jazgotały śpiewaniem, że ani jej było o czym muwić. Raz i drugi skamlał, by szła do Kuby, to go w końcu wyciepnęła za dżwi i coś niecoś pięścią pżyłożyła na drogę; z płaczem poleciał do stajni, tyle ano wskurawszy.
A że Kuba był zasnął znowu na tę hwilę, więc zakopał się w słomę, pżyokrył łahami na głowę i spał.
Dobże po śniadaniu obudziło go porykiwanie kruw głodnyh i nie wydojonyh i piekłowanie Jagustynki, ktura zaspawszy jak i drudzy, kżykiem nadrabiała pży obżądzaniu gospodarstwa.
Dopiero kiej coś niecoś zephnęła roboty, zajżała do Kuby.
— Dopomużcie, poredźcie — prosił ciho.
— A to się ożeń z młudką, a wnet się wylekujesz! — zaczęła wesoło, ale skoro się pżyjżała jego tważy sinej i obżękłej, spoważniała prędko. — Księdza ci więcej potżeba niźli dohtora! Cuż ja ci poredzę? Co? Zamuwiłabym, okadziła, a bo to pomoże?... Widzi mi się, żeś ty już hory na śmierć, na czystą śmierć...
— Zamrę?
— W boskiej to mocy, ale widzi mi się, że Kostusi z pazuruw się nie wypsniesz.
— Zamrę, powiadacie?...
— Po dobrodzieja by ano posłać, co?
— Dobrodzieja! — wykżyknął zdumiony. — Dobrodzieja pżywieść tutaj, do stajni, do mnie?... Co wama po głowie hodzi?
— A cuż to? Z cukru jest i rozpuści się w tym łajnie końskim? Ksiądz jest od tego, by gdzie go do horego proszą, szedł.
— Jezus! A miałbym to śmiałość, w ten gnuj, do mnie?...
— Głupiś jak ten baran! — cisnęła ramionami i poszła.
— Sama głupia, ani wie, co powiada... — mruknął obużony srodze, opadł ciężko na barług i długo jeszcze rozmyślał. — Zahciało się babie... hale, dobrodziej kohany po pokojah se hodzi... z książek poczytuje... z Panem Bogiem rozmawia... i do mnie by go wołać?... te kobiety to ino aby ozorem mleć... głupia...
I tak już pozostał sam, bo jakby o nim zapomnieli.
Witek czasami naglądał, aby koniom pżysypać obroku, napoić, to i jemu podawał wody, i wnet znikał, leciał na wesele, kture znowu zaczęło się zbierać u Dominikowej na pżenosiny, a czasami Józka wpadała z kżykiem, wtykała mu kawałek placka, nagadała, natżepała, nawiała stajnię wżaskiem, aż kury gdakały z pżestrahu na płotah, i uciekała spieszno.
Juści, miała po co, bo tam się już zabawiali niezgożej, muzyka huczała pżez ściany i kżyki szły wesołe a śpiewania.
A Kuba leżał ciho, bo jakoś z żadka hwytały go bolenia, więc ino nasłuhiwał i rozeznawał, jak się tam zabawiają, a pogadywał z Łapą, kturen nie opuścił go ani na hwilę, i pojadali se społecznie Józiny placek; albo cmokał na konie i pżemawiał do nih. Rżały radośnie i odwracały od żłobuw łby, a nawet źrubka urwała się z uździenicy i pżyhodziła do wyrka baraszkować i tulić wilgotne a cieple hrapy do jego tważy.
— Shudłaś, biedoto, shudłaś! — Głaskał ją czule i całował po rozdętyh nozdżah. — Nie buj się, wyzdrowieję ryhło, to wnet ci boki podkżepię, hoćby i czystym owsem...
Milknął wnet i patżył bezmyślnie w poczerniałe sęki, z kturyh sączyły się na ściany żywiczne strugi, niby łzy krwawe i zastygłe...
Słoneczny a pżybladły dzień zaglądał pżez szpary cihymi oczyma, dżwiami zaś wywartymi buhał szeroki potok jasności skżącej, migotliwej, jako złote pajęczyny po ścierniskah, w kturyh tżepały się muhy z sennym, omdlałym bżękiem.
Godziny pżehodziły za godzinami i wlekły się wolno, jak te dziady ślepe i kulawe, po srogih piaskah idące z utrudzeniem a w cihości, albo jako ten kamień, co pada w topiel i leci, pżepada, ginie, a nawet go oczy człowiecze nie hycą.
Ino czasem wruble rozświegotane wżaskliwą bandą wpadały do stajni i zuhwale żucały się na żłoby...
— Jakie to zmyślne juhy! — szeptał. — Takiemu ptaszkowi, a Pan Jezus rozum daje, że wie, gdzie pożywienie znaleźć. Ciho, Łapa, nieh się pożywią i wspomogą biedoty, bo i na nih zima pżyjdzie. — Pżyciszał, bo pies skoczył wypędzać rabusiuw.
Świnie zaczęły kwiczeć w podwużu i cohać się o węgły, aż stajnia drgała, a potem jęły wtykać w dżwi długie, obłocone ryje i pokwikiwać.
— Wypędź, Łapa! Dziadaki jedne, wszystkiego im zawżdy mało!
Po nih kury zakżekożyły pżed progiem, a wielki, czerwony kogut ostrożnie zaglądał, cofał się, bił skżydłami i kżykał, aż zuhwale wskoczył za prug, do kobiałki pełnej obroku, a za nim reszta, ale nie zdążyły się jeszcze najeść, bo wnet nadciągnęły rozgęganą gromadą gęsi, z sykiem migotały w progu czerwone dzioby i hwiały się białe, powyciągane szyje.
— Wygoń, piesku, wygoń! Sważą się juhy kiej te baby!
Juści, że wnet się rozległ wżask, pisk, łomotanie skżydeł i piura poleciały kieby z rozprutej pieżyny, bo Łapa nie żałował sobie uciehy; powrucił zziajany, z wywieszonym ozorem i skomlał radośnie.
— Ciho no!
Od domu rozlatywały się gniewne głosy Jagustynki, bieganina i tżaski spżętuw, pżewlekanyh z izby do izby.
— Gotują się do pżenosin!
Drogą ktoś niektoś pżejeżdżał, ale z żadka, a teraz zasie człapał się z piskiem wuz jakiś; Kuba rozeznawał pilnie.
— Kłębów wuz, w jednego konia i drabinami, pewnie po ściułkę do lasu. Juści, oś w pżodku wytarta i bez to się piast pżyciera i skżypi.
Po drogah wciąż snuły się odgłosy krokuw, rozmowy, głosy leciały i drgały ledwie dosłyszane, ledwie odczute bżmienia, ale je hwytał w lot i rozpoznawał.
— Stary Pietras do karczmy idzie — mruczał. — Walentowa wykżykuje... pewnie gąski czyje pżeszły na jej stronę... Piekielnica nie baba! Kozłowa widzi mi się... juści... bieży i kżyczy... juści ona!... Pietrek Rafałów... rajcuje juha, jakby miał kluski w gębie... księża kobyła po wodę jedzie, tak... postaje... zawadza kołami... jeszcze se kiedy kulasy połamie...
I tak se z wolna rozpoznawał wszystko i myślami, i tym widzeniem czującym po wsi hodził, kłopotał się, zabiegał, turbował i żył życiem wsi całej, że ledwie spostżegł, jak dzień pżehodził z wolna; ściany pżygasły, dżwi zbladły i stajnia mroczeć poczęła.
Już pod sam wieczur pżyszedł Jambroży, nie wytżeźwiony do cna, bo się jeszcze potaczał i muwił tak prędko, że trudno było rozebrać.
— Nogeś pono wykręcił?
— A obaczcie i poredźcie.
W milczeniu odwijał szmaty pżekrwione, zeshłe i tak pżywarte do nogi, że Kuba zaczął kżyczeć wniebogłosy.
— I panna pży rodah tak nie kwiczy! — mruknął urągliwie.
— Kiej boli!... A dyć nie szarpcie! Jezus! — wył prawie.
— A to cię uszlahtowali! Pies ci łydkę wyżarł czy co? — wykżyknął zdumiony, bo łydka była poszarpana, zaropiała, noga spuhła jak konew.
— To... ino nie powiadajcie nikomu... borowy me postżelił... ino...
— Prawda... śruciny siedzą pod skurą kiej mak... z daleka do cię wygarnął? Ho, ho! Kulas widzi mi się na nic już... kosteczki hroboczą ano... Czemuś to zaraz mnie nie wołał?
— Bojałem się... jakby się dowiedziały, na zajączka wyszedłem... ustżeliłem... i już na polu byłem... a ten kiej nie rypnie do mnie...
— Powiadał kiedyś w karczmie borowy, że ktoś im szkody czyni...
— Hale... szkody... niby to zające należą do kogo... ścierwa... zasadził się na mnie... już na polu byłem, a ten z obu luf stżelił... żeby cię, piekielniku... ino nic nie muwcie... do sądu by pozwały... strażniki... i zarno by i fuzję wzieny... a to nie moja... Myślałeh, że samo pżejdzie... pomużcie, bo tak rwie, tak boli...
— Takiś to majster! Taki se ścihapęk, lelum polelum, a z dziedzicem zajączkami się dzieli... Cie!... Ale kulasem za tę spułkę zapłacisz...
Obejżał raz jeszcze i srodze się strapił.
— Za puźno, o wiela za puźno!
— Poredźcie, poredźcie — jęczał wystraszony.
Już nic nie odżekł, ino rękawy zakasał, wydobył ostry kozik, nogę ujął kżepko i jął wydłubywać śruciny i ropę wyciskać.
Kuba zrazu ryczał jak zwież dożynany, aż mu zatkał gębę kożuhem, ścihł, bo zemdlał z bulu. Opożądził mu nogę, obłożył jakąś maścią, obwinął w nowe szmaty, dopiero go otżeźwił.
— Do szpitala musisz iść... — mruknął ciho.
— Do szpitala?... — Niepżytomny był jeszcze.
— Urżnęliby ci nogę, to byś może i wyzdrowiał.
— Nogę?...
— Juści, już na nic, zepsuta, czernieje cała.
— Urżnęliby? — pytał nie mogąc pojąć.
— W kolanie. Nie buj się, mnie kula urwała pży samym zadzie, a żyję.
— To ino urżnąć bolejące miejsce i byłbym zdrowym?...
— Jakby kto ręką odjął... ale do szpitala tża ci zaraz iść...
— Nie, bojam się, nie... do szpitala...
— Głupiś!...
— Tam żywcem krają... tam... Obeżnijcie wy... co ino zehcecie, zapłacę, obeżnijcie... do szpitala nie hcę, wolę już tutaj zdyhać...
— To i zdehniesz... doktur ino może ci obeżnąć. Pujdę zaraz do wujta, żeby ci na jutro dali podwodę i odwieźli do miasta.
— Prużno pujdziecie, bo do szpitala nie pujdę... — powiedział twardo.
— Hale, będą ci się pytali, głupi!
— Urżnąć i zaraz wyzdrowieje... — powtażał Kuba ciho po jego wyjściu.
Noga pżestała go boleć po opatrunku, zdrętwiała tylko aż do pahwiny, a po całym boku czuł, jakby mruwki łaziły, nie zważał na to, bo się głęboko zamedytował.
— Wyzdrowiałbym! Musi być, że i tak jest, pżecież Jambroży kulasa całego nie ma... na kuli hodzi... Powieda, że jakby ręką odjął... Ale Boryna by mnie wygnał... juści, parobek bez kulasa... ni do pługa, ni do żadnej roboty. Cuż ja bym począł? Bydło mi ino pasać albo na żebry iść... we świat, pod kościuł gdzie... abo jak ten stary trep na śmiecie... zdyhać pode płotem. Jezus miłosierny! Jezus!
Zrozumiał nagle jasno i aż się podniusł z oślepiającej trwogi.
— Jezus! Jezus! — powtażał gorączkowo, bezpżytomnie dygocząc cały.
Zaniusł się głębokim, żalnym płaczem, kżykiem niemocy, staczającej się w pżepaść bez ratunku.
Długo wył i szamotał się w męce, ale pżez te łzy i rozpacze jęły mu się wić postanowienia jakieś, medytacje, pżycihał z wolna, uspokajał się i tak zagłębiał w siebie, że nic nie słyszał; jak pżez sen majaczyło mu się granie jakieś, śpiewy, wżaski bliskie.
W ten sam czas wesele się ano pżenosiło do Boryny.
Robili pżenosiny Jagusi do męża.
Nieco pżudzi pżeprowadzili tęgą krowę i pżewieźli skżynkę, pieżyny i statki rużne, jakie w wianie dostawała.
Teraz zaś, może w pacież po zahodzie, kiej zmroczało i świat się zaciągał mgłami, bo na odmianę szło, wywalili się od Dominikowej.
Muzyka szła na pżedzie i raźno pżegrywała, a za nią Jagusię, wystrojoną jeszcze po weselnemu, matka wiedła z braćmi i kumami, a dopiero w podle, gdzie kto wziął miejsce, walili hurmą weselnicy.
Szli z wolna wzdłuż stawu, kturen poczerniał i gasł pżyduszony mrokiem, wskroś mgieł coraz gęstszyh, w ciszy ciemnicy ogłuhłej i ślepej jeszcze, że tupoty i grania rozlegały się krutko i dudniały jakby spod wody.
Młudź podśpiewywała czasami, to kuma jaka zawiedła, hłop kturen wżasnął: „da dana”, ale wnet cihli, ohoty jeszcze nie było i ziąb wilgotny pżejmował do żywego.
Dopiero kiej nawrucili w Borynowe opłotki, druhny zaśpiewały:
Na ganku pżed progiem czekał już Boryna, kowalowie i Józka.
Dominikowa wniosła pżodem w węzełku skibkę hleba, soli szczyptę, węgiel, wosk z gromnicy i pęk kłosuw poświęconyh na Zielną, a gdy i Jaguś prug pżestąpiła, kumy ciskały za nią nitki wyprute i paździeże, by zły nie miał pżystępu i wiodło się jej wszystko.
Wraz też witali się, całowali a życzyli młodym szczęścia, zdrowia i co tam Pan Bóg da, a do izby szli, że wnet zawalili ławy wszystkie i kąty.
Grajkowie, nażądzając instrumenty, pobżękiwali z ciha, aby nie mącić poczęstunku, z jakim wystąpił Boryna.
Hodził ano z pełną blahą od kuma do kuma, częstował, niewolił, w ramiona brał i pżepijał do każdego; kowal mu pomagał w drugiej stronie, a Magda z Józką roznosiły na tależah placek, miodem i serem nadziewany, kturen umyślnie upiekła na pżenosiny, byh się ojcu pżypohlebić.
Ale zabawa szła nietęgo, juści, że nikt za kołnież nie wylewał i od kieliszkuw nie stronił, pżepijali nawet ze smakiem, ino że jakoś nie nabierali weselnego duha i nie wiedli się do wżątka, ledwie parkotali, jak ta woda na słabym ogniu; siedzieli osowiale, ruhali się ciężko, nieswojo, mało pogadywali i z ciha, a jaki taki ze starszyh ziewał ukradkiem, pżeciągał się, a tęskliwie myślał, by się co ryhlej gdzie na słomę dostać.
Kobiety zaś, hoć to nasienie najbardziej wżaski i zabawę czyniące, rozwalały się ino po ławah, w kąty się kryły i mało wiele między sobą rajcowały.
Jagusia w mężowej komoże wnet się pżestroiła w szmaty zwyczajne, tyla że świąteczne, i wyszła ugaszczać a pżyjmować, ale matka do niczego się jej tknąć nie dała.
— Wesela se zażyj, curuhno! Narobisz się jeszcze, natrudzisz! — szeptała i raz wraz ją pżygarniała do piersi, i z płaczem tuliła, aż to dziwno było niejednemu, boć nie we świat szła za hłopa, nie na drugą wieś i na biedę.
Pośmiewali się z takiej tkliwości matczynej, a zęby ostżyli pżekpinkami, ile że teraz właśnie na pżenosinah, kiej Jaguś już gospodynią weszła w mężowski dom, w tyle grontu i dobra wszelkiego, otwierały się im oczy, a niejednej matce dostałyh curek zazdrość szła do gardła, dzieuhom też było jakoś nieswojo i markotno.
Na drugą stronę szły, po Antkach, gdzie Ewka z Jagustynką wieczeżę nażądzały, aż huczało w kominie, że Witek ledwie nadążył drwa znosić i pżykładać pod ogromne gary.
I po całym domu się rozłaziły, a w każdą szparę wrażały zazdrosne oczy.
Nie zazdrościć to losu takiego?...
Już sam dom najlepszy we wsi, duży, widny, wysoki, stancje kieby w jakim dwoże, wybielone, z podłogami, czyste! A co spżętuw, co statkuw rużnyh, obrazuw samyh ze dwadzieścia i wszystkie ze szkłami! A tu jeszcze obory, stajnie, stodoła, szopa! A mało to lewentaża? Pięcioro samyh krowih ogonuw, nie licząc byka, kturen profit daje niezgorszy! Tży konie! A gdzie jeszcze grunt? Gdzie gęsi, świnie?...
Wzdyhały żałośnie i raz po raz kturaś z ciha żekła:
— Muj Boże, że to Pan Jezus daje takim, co i nie zasłużyły!
— Umiały sobie pomagać, umiały!
— Juści, zawżdy ten dostanie, kturen napżeciw wyjdzie.
— Czemuż to wasza Ulisia nie wyszła?
— Bo się Boga boja i w poczciwości żyje.
— I drugie też bez to samo.
— A inszej to narud nie pżepuści, nieh hoć ten razik spotkają ją po nocy z jakim hłopakiem, a już we świat na ozorah poniesą.
— Taka to ma szczęście...
— Bo wstydu nie ma.
— A dyć hodźcie — wołał Jędrzych. — Muzyka gra, a w izbie ani jednej kiecki, że nie ma z kim tańcować!
— Jaki ohotny, a pozwoli ci to matka?
— Ino porteczek nie zgub i lustra nie pokaż, kiej się tak bystro rwiesz.
— A kulasami po ludziah nie żucaj!
— Z Walentową idź w parę, będą dwie pokraki!
Jędrzych zaklął ino, hycił pierwszą z bżega i powiudł, nie słuhając, co za nim bżęczało.
W izbie już tańcowali, z wolna jeszcze i jakby od niehcenia; jedna Nastka Gołębianka hulała ostro z Szymkiem Paczesiem. Umuwili się pżudzi, więc skoro muzyka zagrała, zwarli się mocno i tańcowali żetelnie a długo; to na odpocznienie brali się wpuł i nosili po izbie, aże ih ciągotki brały do siebie, to pogadywali wesoło, śmiali się w głos i biedro w biedro hodzili, aż Dominikowa z niepokojem naglądała do syna.
Ale dopiero gdy nadszedł wujt — spuźnił się, bo musiał rekrutuw odstawiać do powiatu — rozruhali się ludzie, bo skoro wszedł, skoro pżepił raz i drugi, wziął rozprawiać z gospodażami i pżekpiwać się z „młodyh”.
— Pan młody kiej ściana, a młoduha niby to sukno czerwone.
— Jutro powiecie...
— Probant z was, Macieju, toście dnia nie zmarnowali.
— Nie gęsior pżecieh, to nijak mu na oczah wszystkih!
— I pułkwaterka bym nie tżymał za tym! Żuć ino kamuszkiem w kżaki, a zawżdy ptaszek jaki wyfrunie, wujt to wama muwi!
Gruhnęli śmiehem, bo Jagna uciekła na drogą stronę.
Kobiety też dogadywały, co im ślina pżyniesła na język.
Wnet się wżawa wzmogła i wesołość ogarniała duszę, wujt pomugł żetelnie, ale i gożałka zrobiła swoje. Boryna nie żałował i flahę puszczał częstą kolejką; tańce też szły raźniejsze i gęstsze, śpiewać już poczynali, pżytupywać i coraz większym kołem taczać po izbie.
A na to już zjawił się Jambroży, pżysiadł zaraz, nieledwie pży progu, a łakomymi oczyma wodził za flahą.
— Wam ino tam głowę wykręca, gdzie kieliszki dzwonią! — żucił wujt.
— Bżękliwe są; a kturen spragnionego napoi, zasługę ma! — odparł poważnie.
— Naści wody, worku skużany.
— Co smakuje bydlęciu, szkodzi człowiekowi! Powiedają: „Kogo woda zbawi, to zbawi, a gożałka kużdego na nogi postawi.”
— To pijże okowitkę, kiejś taki kalkulant.
— Pżepijcie, wujcie! Powiedają i to: „Hżest pżyjmuj wodą, ślub polewaj wudką, a śmierć płakaniem.”
— Dobże powiadają, pijcie drugi...
— Nie ucieknę i pżed tżecim! Zawdy pijam jeden za pierwszą żonę, a dwa za drugą.
— Czemuż to?
— Że wczas pomarła, bym se poszukał tżeciej.
— O kobiecie mu się śni, a już na odwieczeżu pomroka mu ślipie gasi...
— Jeszcze bym i po ciemku zmacał kijaszkiem, gdzie babia słabizna!
Izba gruhnęła śmiehem.
— Z Jagustynką was zmuwimy! — wołały kobiety.
— Gożałkę lubi i pyskata tak samo — dodawały drugie.
— Powiedają: „Hłop robotny i żona pyskata, to wezmą hoćby i puł świata.”
Wujt pżysiadł obok niego, a drugie w podle, gdzie kto mugł ławy zahwycić, a zbrakło miejsca, pżystawali i cisnęli się do kupy, puł izby zajęli bez mała, nie bacząc na tańcującyh.
Wnet zasię poczęły iść pżekpinki, wymysły rużne, gadki, wesołe powiedania, pżypowiastki, aż się izba tżęsła od śmiehuw, a najbażej Jambroży dowodził, zmyślał juha i cyganił w żywe oczy, ino tak sprawnie i uciesznie, że się pokładali od śmiehu; a z kobiet Wachnikowa nie dała się nikomu pżegadać i w pierwszą gębę grała, wujt też basował, ile mu ino baczenie na użąd pozwalało.
Muzyka rżnęła od uha, siarczyście, młudź hulała raźno, kżykała i obcasami ostro biła, a oni się tak zabawiali społecznie i wesoło, że o Bożym świecie zapominali, aż kturyś dojżał w sieni Jankla. Wciągnęli go wnet do izby. Żyd czapkę zdjął, kłaniał się i ze wszystkimi pżyjaźnie witał nie bacząc, że mu pżezwiska jak kamienie latają koło uszuw.
— Żułtek! Niehżczony! Kobyli syn!
— Cihojta! Pżyjąć go czym, gożałki mu dać! — wołał wujt.
— Pżehodziłem drogą, to hciałem zobaczyć, jak się gospodaże zabawiają. Bóg zapłać, panie wujcie, napiję się wudki... dlaczego nie mam się napić za zdrowie państwa młodyh!
Boryna wyniusł flaszkę i częstował. Jankiel kieliszek wytarł kapotą, głowę nakrył i wypił, a drugim poprawił.
— Zostańcie, Jankiel, nie streficie się! Hej! Muzykanty, zagrajcie „żydowskiego”! Nieh Jankiel potańcuje! — wołali ze śmiehem.
— Mogę potańcować, to nie gżeh!
Ale nim grajkowie zrozumieli wołania, Jankiel wysunął się ciho do sieni i zniknął w podwużu, poszedł do Kuby odbierać stżelbę.
Nie spostżegli nawet jego wyjścia, bo Jambroży nie pżerywał cyganienia, a Wachnikowa wturowała niby na basetli, tak im zeszło do samej wieczeży; już muzyka pżycihła, stoły poustawiali i gżehotano miskami, a oni wciąż się pośmiewali.
Darmo Boryna zapraszał do jadła, nikt nawet nie słyszał. Potem Jaguś raz po raz pżywtażała, by szli, to ją wujt wciągnął do kupy, usadził pży sobie i za rękę tżymał.
Dopiero Jasiek, z pżezwiska Przewrotny, kżyknął w głos:
— Do misek hodźta, ludzie, bo stygnie!
— Cihoj, głupi, znajdzie się i la ciebie miska do wylizania!
— Jambroży ino cyganią, aż się kuży, i myślą, że mu kto wieży...
— Jasiek, coć dadzą w pysk, bież, bo twoje, ale mnie nie ruhaj, nie uredzisz.
— A sprubujmy się! — odkżyknął parob, że to głupawy był i słowa nie wyrozumiał.
— Wuł tak samo poredzi albo i lepiej.
— Jambroży po księdzu wynoszą, to myślą, że ino sami mądży!
— Wpuść cielę do kościoła, a też ino ogon wyniesie! Głupia! — mruknął zeźlony.
Bo to matka Jaśkowa hciała bronić syna. Ruszył też pierwszy do stołuw, a za nim insi jęli zajmować miejsca, a spiesznie, bo już kuharki wnosiły dymiące miski i smaki wiały po izbie.
Usadzili się po starszeństwie i jak pżystało na pżenosinah, z Dominikową i jej hłopakami w pośrodku; druhny i drużbowie zasiedli razem, pży sobie, a Boryna z Jagusią ostali na izbie, by posługiwać i mieć baczenie na wszystko.
Ciho się zrobiło, tyla że za oknami dzieci wżeszczały i tuzowały się między sobą, a Łapa z ujadaniem obiegał dom i darł się do sieni, narud zaś w cihości a z powagą porał się z jadłem i ohotnie budł miski czubate, ino łyżki skżybotały o wręby i szkło bżąkało w kolejkah.
Jagusia zaś cięgiem zapraszała i prawie każdemu z osobna podtykała czy mięso, czy czego innego zaruwno, a niewoliła, byh sobie nie żałowali; składnie jej to szło, i tak utrafnie każdemu to słowo pżypohlebne powiadała, i taką urodnością się wszystkim miliła, że niejeden z parobkuw hodził za nią tęskliwymi oczyma, a matka aże rosła z kuntentności, odkładała łyżkę, by się ino patżeć na nią i cieszyć.
I Boryna to widział, bo gdy szła do kuharek, leciał za nią, dopędzał w sieniah, ogarniał mocno i sielnie całował.
— Gospodyni moja kohana! A dyć, kiej ta dworska pani, tak se godnie poczynasz i radzisz!
— A bom to nie gospodyni! Idźcie no do izby, Gulbas z Szymonem czegoś odęci siedzą i mało co pojadają. Pżepijcie do nih!...
Juści, że jej słuhał i robił, co hciała! A Jagusi było dziwnie wesoło na duszy i ohotnie. Gospodynią się poczuła i nie byle jaką, panią prawie, to i żądy same jej jakoś w ręce szły, a z nimi i powaga w niej rosła, i harność pełna mocy a spokojności! Nosiła się po izbah swobodnie, doglądała wszystkiego bystro i tak mądże kierowała, jakby już nie wiada od kiela na swoim gospodażyła.
— Jaka jest, wnet stary rozpozna i jego to żecz, ale widzi mi się, że gospodyni będzie z niej sielna — szepnęła Ewka do Jagustynki.
— Mądra i Kaśka, jak pełna faska! — odparła pżekąśliwie. — Będzie tak, puki jej stary nie obmieżnie, od kiela nie zacznie ganiać za parobkami...
— Tego nie zrobi, ino że Mateusz jest w odwodzie, nie ponieha jej pżecież.
— I... ponieha! Zmusi go do tego ktoś drugi, zmusi...
— Boryna?
— Hale, Boryna! Jest ktoś mocniejszy od obu... jest... nieh no ten czas nadejdzie, a zobaczycie sami... — uśmiehnęła się hytże. — Witek, odegnaj no psa, bo szczeka i szczeka, aż uszy bolą, i rozpędź tyh hłopaczyskuw, szyby jeszcze powygniatają i ogacenie rozniesą.
Witek skoczył z batem, pies umilkł, ale rozległy się piski i tętent uciekającej wżaskliwie gromady; odegnał ih aż na drogę i powracał hyłkiem, bo posypał się za nim grad błota i kamieni.
— Witek! Poczekaj no! — wołał Roch, stojący pży węgle od podwuża, w cieniu. — Wywołaj Jambrożego, powiedz, że pilna sprawa, poczekam na ganku.
Dopiero w jakiś pacież nadszedł Jambroży, srodze zły, że mu pżerwali jadło w najlepszym miejscu, bo pży prosięcinie z grohem.
— Kościuł się pali czy co?
— Nie kżyczcie! Hodźcie do Kuby, bo zdaje mi się, że umiera.
— Nieh zdyha, a nie pżeszkadza ludziom jeść! Byłem na odwieczeży u niego i muwiłem jusze, aby się do szpitala szykował, nogę by mu urżnęli i wnet by wyzdrowiał!...
— Powiedzieliście mu o tym! Teraz rozumiem, zdaje mi się, że sam sobie obciął nogę...
— Jezus, Maria! Jak to, sam sobie obciął?...
— Hodźcie prędzej, zobaczycie. Szedłem spać do obory i ledwiem wlazł na podwuże, Łapa skoczył do mnie, szczekał, skamlał, za kapotę mnie zębami darł i ciągał, nie mogłem pojąć, czego hce... a on wybiegał napżud, siadał w progu stajni i skowyczał. Podszedłem, patżę, Kuba leży pżewieszony pżez prug, z głową w stajni! Myślałem zrazu, że hciał wyjść na powietże i omdlał! Pżeniosłem go na wyrko i zapaliłem latarkę, żeby wody poszukać, a on cały we krwi, blady jak ściana i z nogi krew buha. Prędzej, żeby nie puścił ostatniej pary...
Weszli do stajni, Jambroży zabrał się ostro do tżeźwienia; Kuba leżał bezwładny, dyhał coś niecoś i żęził pżez zwarte zęby, że tżeba było je nożem podważać, by mu nieco wody wlać do gardła.
Nogę miał pżerąbaną w kolanie, ledwie się tżymała na skuże i obficie krwawiła.
Na progu czerwieniły się plamy krwi i leżała okrwawiona siekiera, a taczalnik do naostżania, kturen zawsze stał pod okapem stajni, walał się teraz pod progiem.
— Juści, sam sobie obciął. Bał się szpitala, myślał głupi, że sobie pomoże, ale twardy hłop, ale zawzięty! Jezus, żeby sobie samemu obcinać kulasa! Prosto nie do wiary! Krew go mocno odeszła.
Kuba otwożył naraz oczy i wodził nimi dosyć pżytomnie.
— Odleciała? Dziobnąłem dwa razy, ale mnie zamroczyło... — szeptał.
— Boli cię to?
— Nic a nic. Sił się ino wyzbyłem do cna, ale zdrowszym!
Leżał spokojnie i ani kżyknął, gdy mu Jambroży nogę składał, mył i krępował w zmoczone szmaty.
Roch na klęczkah pżyświecał latarnią i modlił się tak gorąco, aż mu łzy ciekły po tważy, a Kuba ino się uśmiehał radośnie, tkliwo jakoś i żewnie, jak to dzieciątko w polu pożucone, kture nim pozna, że bez matki, raduje się do traw, co nad nim szumią, za słońcem patży, do pżelatującyh ptaszkuw rączki wyciąga i po swojemu gada ze wszystkim, i cieszy się, tak ci i on czuł się teraz; dobże mu było, spokojnie i nieboleśnie, a tak na duszy lekko i wesoło, że za nic sobie miał horobę, ino się z ciha pżehwalał... jako siekierę dobże wyostżył... nogę ułożył na progu... i dziabnął w samo jabłko... zabolało, ale noga od jednego razu nie puściła... więc drugi raz dziabnął ze wszystkiej mocy... i oto nic go teraz nie boli, pomogło widać... że niehby tylko miał więcej mocy, to nie gniłby dłużej na wyrku, a na wesele szedł... do tańca się brał... i podjadłby nieco, bo jeść mu się hce...
— Leż spokojnie i nic się nie ruhaj, jadła dostaniesz ryhło, powiem Józi.
Roch go pogłaskał po tważy i wyszli z Jambrożym na podwuże.
— Do rana wykipi, uśnie ciho jak ptaszek, bo krew go całkiem odeszła.
— Księdza mu tżeba pżywieźć, puki pżytomny!
— Kiej ksiądz pojehał na wieczur do Woli, do dziedzicuw.
— Pujdę po niego, zwlekać nie można!
— Do Woli jest mila, po nocy i pżez las nie traficie. Stoją tu gotowe konie ludzi, co mają po wieczeży odjeżdżać, bieżcie je i jedźcie.
Wyprowadzili konie na drogę i Roch siadł.
— A nie zapominajcie o Kubie, tżeba go pżypilnować! — zawołał ruszając.
— Nie ostawię go samego, nie zapomnę.
Wnet jednak zapomniał; tyle baczył, że Józi powiedział o jadle, a sam wrucił za stuł, do butelki mocno się pżypiął i tak serdecznie, że ryhło o Bożym świecie nie wiedział.
Józka zaś, że to poczciwe było dziewczątko, co tylko mogła, nazbierała na miseczkę, wudki w pułkwarcie nalała sporo i zaniesła ohotnie.
— Kuba, pżejedzcie ździebko, użyjcie i wy wesela!
— Bóg ci zapłać! Kiełbasa widzi mi się czujna, wieje od niej.
— Dyć umyślnie pżyprużałam, byście posmakowali. — Wraziła mu miskę w ręce, bo ciemno było w stajni. — Wypijcie pżudzi wudkę.
Wszystko wypił do dna.
— Posiedź zdziebko, tak mi się samemu ckni...
Począł glamać, pogryzać, żuć, ale nie mugł nic pżełknąć.
— Weselą się, co?
— Takie wesele, tyla narodu, żem w życiu nie widziała większego.
— Borynowe pżecieh, to nie dziwota! — szepnął z dumą.
— Juści, a ociec się tak weselą i cięgiem za Jagusią hodzą, cięgiem.
— Jakże... urodna, piękna na gębie, kieby jaka pani dworska!
— Wiecie, a Szymek Dominikowej to się ma do Nastki Gołębianki.
— Stara nie pozwoli, u Nastki z dziesięć gęb siedzi na tżeh morgah.
— Toteż ih rozgania, gdzie dopadnie, i srodze pilnuje.
— Wujt jest?
— Zabawia drugih i najbardziej pyskuje, a Jambroży także.
— Jeszcze by nie, kiej na takim weselu są, u takiego gospodaża! Nie wiesz, co u Antków? — zapytał ciho.
— Jakże, skoczyłam do nih na zmroku, dzieciom poniesłam mięsa, plackuw, to hleba... Z hałupy me wypędził i ciepnął za mną, com pżyniesła... Zawziął się silnie i taki zły, taki zły... a bieda u nih w hałupie i ten płacz... Hanka ino się kłuci z siostrą, że się już pono i do kudłuw brały.
Nie odżekł na to, nos ostro wycierał, a prędzej dyhał jakoś.
— Józia — żekł po hwili — klacz postękuje jakoś i pokłada się już od wieczora, pewnie jest na oźrebieniu... tża by pżypilnować. Picie jakie nażądzić. Jak to se stęka! Biedota kohana, a ja nic nie potrafię pomuc... okrutniem słaby... bez mocy całkiem...
Zmęczył się i zamilkł, i jakby zasypiał.
Józka odeszła spiesznie.
— Cesiu! Ceś, Ceś... — zawołał pżytomniejąc.
Klacz zarżała pżeciągle i żuciła się na uwięzi, aż łańcuh zabżęczał.
— Podjem se hoć raz do syta! Dostaniesz, piesku, swoje, dostaniesz, nie skomlij ino...
Wziął się ostro do kiełbasy, ale nie mugł, nie hciało mu się zupełnie, rosło mu w ustah.
— Muj Jezus, tyle kiełbasy, tyle mięsa... a nie mogę... całkiem nie mogę.
Darmo prubował, oblizywał, wąhał, nie mugł, ręka mu opadła bezsilnie, hował więc pod słomę, nie puszczając z garści.
— Muj Boże, tyla tego, że nigdy w życiu nie miałem, a nie mogę.
Żałość ścisnęła mu duszę i łzy pociekły po tważy, płakał żewnie, aż się zanosił, jak to dzieciątko ukżywdzone.
— Potem se zjem, odpocznę nieco i bal se sprawię — pomyślał.
Ale i potem nie mugł, zapadał w sen, nie popuszczając kiełbasy z garści, nie czując jednak, że Łapa mu ją po cihu obgryzał...
Otżeźwiał nagle, bo po wieczeży muzyka gruhnęła w hałupie z taką mocą, aż ściany stajni drygały i pżestraszone kury gdakały z hlewuw.
Wżaski buhnęły we świat i pryskały od domu niby te ognie czerwone w noc ciemną, niby gżmoty buhały po stajni.
Hulanka tam już szła siarczysta, śmiehy, wesołość, zabawa, a raz wraz ziemia dudniała od pżegonuw i pisk dzieuszyn rozdzierał powietże.
Kuba nasłuhiwał zrazu, ale ryhło zapominał o wszystkim, sen go brał i niusł w ćmę jakąś wżawliwą, jakby pod wody szumiące... na dno rozwytyh wihurą boruw.
A gdy wesele ostżej lunęło wżawą i tżaski hołubcuw, bityh zapamiętale, dom zda się roznosiły, budził się nieco, wyhylał duszę z ciemnicy, podnosił z niepamięci, wracał z dalekości pżerażającyh i słuhał.
A czasem jeść prubował albo szeptał ciho, serdecznie:
— Ceśka, Ceś, Ceś!
Ale już dusza wyhodziła z niego powoli i niesła się we światy, jako ten ptaszek Jezusowy, kołowała jeszcze błędnie, oderwać się nie mogła jeszcze, że pżywierała czasami do ziemie świętej, by odpocząć z utrudzenia, utulić swuj płacz sierocy we wżawie ludzkiej; między kohane zahodziła, wśrud żywe szła, do bratuw wołała żałośnie i u serc prosiła pomocy, aż mocą Jezusową skżepiona i miłosierdziem, niesła się na jakieś pola wiośniane, na te Boże ugory ogromne, nieobjęte, wieczną światłością opżędzone i weselem wiecznym.
I wyżej leciała, dalej, dalej, aż tam...
...Aż tam zaś, gdzie już nie dosłyszy człowieczego płakania ni żałosnego skżybotu duszy wszelkiej...
...Tam zaś, gdzie ino pahnące lilie wioną, gdzie kwietne pola miodną słodkością szumią, gdzie ciekną żeki gwiezdne po dnah barwionyh żęsiście, gdzie wieczny dzień.
...Tam zaś, gdzie ino cihe modlenie płynie i dymy pahnące wleką się cięgiem, jako te mgły, dzwonki bżęczą i organy ciho grają, i święta ofiara odprawuje się ciągle, i narud już bezgżeszny, i aniołowie, i święci pośpiewują spulnie hwałę Pańską, w ten kościuł święty, nieśmiertelny, Boży! Gdzie ino duszy człowiekowej modlić się a wzdyhać, a płakać z radości i weselić się z Panem w wiek wiekuw.
Tam się ano rwała dusza umęczona i odpocznienia tęskliwa, Kubowa dusza.
Dom zaś tańcował wciąż i weselił się całym sercem, ohotniej nawet niźli wczoraj, bo poczęstunek był sutszy i bażej niewolili gospodaże. Wodzili się też w tanah do upadłego.
Wżeli już niby ten ukrop na mocnym ogniu, a co pżysłabli zdziebko, muzyka gżmiała z nową siłą, że jako łan, udeżony wihurą, ino się pżyginali, brali rozmah, niecili rum nogami i z kżykiem szli w nowy tan, ze śpiewami, a huczno, tłumno i ogniście.
Że już im dusze całkiem stajały od gorącości, krew kipiała warem, rozum odhodził, serca się zapamiętały w hulance, a każdy nerw dygotał do taktu, każdy ruh był tańcem, każdy kżyk śpiewem, a każde oczy weselem się jażyły i radością.
I tak szło pżez całą noc, do samego świtania!
A dzień podnosił się ciężko i ciho, porankowe bżaski siały na świat posępne, niepżeniknione zwały hmur, a już pżed samym wshodem słońca zamroczyło się z nagła i pociemniało, zaczął padać śnieg. Polatywał zrazu z żadka i kołujący, jak to igliwo w dzień wietżny, aż się i potem rozśnieżyło na dobre.
Śnieg sypał jakby pżez gęste sito, padał prosto, ruwno, jednostajnie, bez szelestu i pokrywał dahy, dżewa, płoty i ziemię całą jakby podbielonym, szarawym pżędziwem albo tym pieżem niedartym.
Ryhtyk i wesele się skończyło, mieli się jeszcze wieczorem zebrać w karczmie na poprawiny, ale teraz już poczęli rozhodzić się do domuw.
Tylko drużbowie z druhnami i muzyką na czele zebrali się kupą pżed gankiem i zaśpiewali wraz jednym głosem ostatnią piosneczkę:
A Kuba w ten sam czas składał duszę swoją pod święte Panajezusowe nużki.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.