Jesień, rozdział XI
XI
— Śpisz to, Jaguś?...
— A bo to mogę. Ocknęłam na rozświcie i cięgiem mi w głowie stoi, że już dzisiaj wesele... aż wieżyć trudno.
— Markotno ci, curko, co? — spytała ciszej... z lękliwą nadzieją w sercu...
— Co by zaś markotno miało być! Ino, że od was tżeba mi iść, na swoje...
Stara nie odżekła, stłumiła w sobie żal, jaki nagle ją pżewiercił, i wstała z pościeli, pżyodziała się byle jak i poszła do stajni budzić hłopakuw. Zaspali nieco po wczorajszyh rozplecinah, bo dzień już był duży, świt zatopił ziemię w srebżystej, połyskliwej szronami topieli, zoże się rozpalały na wshodzie — jakoby kto niebo posypał zażewiem.
Dominikowa umyła się w sieni i ciho hodziła po izbie, ale raz wraz poglądała na Jagnę, kturej ledwie głowę można było rozeznać na pościeli wśrud mrokuw, jakie jeszcze zalegały izbę...
— Leż se, curko, leż!... Ostatni to raz u matki, ostatni! — myślała z czułością i z tym bolesnym żalem, co wciąż powracał. Nie hciało się jej wieżyć, że to naprawdę już dzisiaj, aż sobie pżypominać musiała wszystko... Tak, sama hciała tego, a teraz, a teraz... jakby strah nią owładnął i tak zatżąsł, aż skurczyła się z bulu i pżysiadła na łużku... Boryna dobry człowiek, uszanuje i kżywdy jej nie zrobi... a Jaguś poprowadzi go, gdzie ino zehce, bo stary świata Bożego poza nią nie widzi...
Nie, nie o to się bojała, nie o to... pasierby! Juści... po co było Antków wyganiać? Teraz dopiero będą zapiekać a pomsty szukać!... A nie wyganiać, to Antek byłby pod bokiem i obraza boska abo i co gorsze wyszłoby z tego!... Jezus muj! A rady już nie ma... Zapowiedzi wyszły... wiepżek zabity, weselni sproszeni... tyla już zrobione... zapis w skżynce... — Nie, nie! Co będzie, to będzie, a kżywdy nijakiej, puki żyje, zrobić jej nie dam!... — pomyślała stanowczo i poszła znowu do hłopakuw kżyczeć, czemu nie wstają.
Za powrotem hciała ostro wołać na Jagnę, ale Jaguś usnęła, ruwny, cihy oddeh szedł od łużka, a ją znowu hwyciły wątpliwości rużne i żale, i jak te jastżębie czepiały się pazurami serca, darły i kżyczały strahem a troską! Uklękła pod oknem, wpiła zaczerwienione, rozpalone oczy w świt i modliła się długo i gorąco. Wstała mocna i na wszystko gotowa.
— Jaguś! Wstań, curko, czas już! Ewka zaraz pżyleci do gotowania, a tyla jeszcze roboty!
— Pogoda to? — pytała podnosząc ociężałą głowę.
— I jaka, aż się lśkni na świecie od pżymrozku! Słońce zaraz wzejdzie...
Jagna ubierała się szybko. Stara jej pomogła i długo o czymś rozmyślała, bo w końcu żekła:
— A pżywtużę ci jeszcze, com już nieraz muwiła... Borynę tża uważać... dobry on człowiek... z bele kim się nie zadawać... byh cię znowu na ozory nie wzięli... ludzie to jak te psy... ino gryźć! Słuhasz to, curko?...
— Słuham, słuham, ale tak muwicie, jakbym swojego rozumu nie miała...
— Rady dobrej nikomu nie za wiele... Bacz i to, by z Boryną nie huru–buru, a miętko, a dobrocią. Starszy wżdy uważniejszy jest na to niźli młodziak... a kto wie, może ci z grontu pżypisać abo gotowy grosz za pazuhę wrazić!
— Nie stoję tam o to — burknęła zniecierpliwiona.
— Boś młoda i głupia... A obejżyj się ino po wsi, po ludziah, to obaczysz, o co się kłucą, o co prawują, o co zabiegają! O grunt jeno, o dobro! Dobże by ci to było bez tego zagona, bez tej świętej ziemi, co? Nie do wyrobku i biedowania Pan Jezus cię stwożył, nie! A po com całe życie zabiegała? — La ciebie ino, Jaguś! A teraz ostanę kiej ten palec sama jedna!...
— A bo to hłopaki idą w świat? Ostają...
— Tyla mi z nih pociehy, co z wczorajszego dnia! — wykżyknęła i rozpłakała się — a z pasierbami zgodę powinnaś tżymać! — dodała obcierając oczy.
— Józka dobra dziewczyna, Grzela jeszcze nieryhło wruci z wojska... a...
— Kowali tża się stżec.
— Pżecież oni z Maciejem sielnie obserwują...
— Ma w tym kowal jakieś wyrahowanie, ma! Ale pilnowała go będę... Z Antkami najgożej, bo się pogodzić nie hcą... i dobrodziej wczoraj zgodę hciał zrobić... nie pżystali...
— A bo Maciej jest jak ten zły pies, żeby ih z hałupy wygnać! — wykżyknęła namiętnie.
— Co ty, Jaguś, co ty? A dyć Antek najbażej wygadywał na ciebie i grunt hciał odebrać, i pomstował a zażekał pżeciw tobie, że powtużyć trudno.
— Antek pżeciw mnie? Ocyganili was, ażeby im ozory paskudne poshnęły!...
— A czemuż to jego stronę tżymasz, co?... — zapytała groźnie.
— A bo wszystkie na niego! Ja nie jestem jak ten pies dziadowski, co za każdym idzie, byle mu ino hleba podżucił! Dobże widzę, że mu się kżywda dzieje...
— To może byś mu i zapis oddała... co?...
Ale Jagna już nie zdążyła żec, bo łzy ciurkiem polały się z jej oczuw, to ino buhnęła do komory, pżywarła dżwi za sobą i długo buczała...
Nie pżeszkadzała w tym Dominikowa, ino nowe strapienie wśliznęło się do jej serca... ale nie czas było medytować, Ewka pżyszła, hłopaki pżeciągali się pżed sienią, tżeba było wziąć się do pożądkuw i pżygotowań ostatnih...
Słońce wstało i dzień raźno potoczył się napżud.
Pżymrozek w nocy był niezgorszy, że kałuże po drogah i bżegi stawu ścięły się lodem, a na grudzi i co lżejsze bydlę utżymać się nie mogło.
Ciepło się czyniło, pod płotami i w cieniah siwiało jeszcze, ale ze stżeh skapywał zamruz lśniącymi paciorkami, a na mokradłah kużyły opary kieby dymy. Powietże było tak pżejżyste, że okulne pola widziały się jak na dłoni, a lasy się pżysunęły, że i poniekture dżewa mugł rozeznać...
Na niebie modrym i niskim ani jednej hmurki nie było.
Ale na pogodę nie szło, bo wrony tłukły się koło domuw i piały koguty.
Niedzielny to był dzień i hociaż dzwony jeszcze nie pżedzwaniały do kościoła, a już we wsi wżało kieby w ulu. Z puł wsi szykowało się na wesele Borynowe z Jagną.
Między hałupami, pżez oszroniałe sady biegały dziewczyny z pękami wstążek, a wełniakami i stroikami rużnymi...
W hałupah był niemały rwetes pżygotowań, pżymieżań a pżystrajań, że z gęsto powywieranyh okien i dżwi buhały radosne głosy abo już te piosenki weselne.
A i w hałupie Dominikowej uczynił się gwałt i zamieszanie, jak to zwyczajnie w dzień taki!
Dom był świeżo obielony, hoć nieco oblazł z wapna na wilgoci, a widniał już z daleka, bo i umajony był jak na Świątki. Hłopaki jeszcze wczoraj nawtykali świerczyny w stżehę, to w szpary ścian, gdzie się ino dało, a całe opłotki od drogi do sieni wysypali jedliną — pahniało jak w boże na zwiesnę.
A i wewnątż wypożądzone było galanto.
Po drugiej stronie, gdzie był skład rupieci, buzował się tęgi ogień i kuharowała Ewka od młynaża pży pomocy sąsiadek i Jagustynki.
Z pierwszej zaś izby wynieśli wszelki spżęt zbytni do komory, że ostały ino obrazy, a hłopaki ustawiali pod ścianami ławy mocne a długie stoły. Izba też była wybielona z nowa, wymyta, a komin pżysłonięty modrą płahtą, cały zaś pułap i belki, poczerniałe ze starości, Jagusia suto pżystroiła wycinankami. Maciej był pżywiuzł z miasta kolorowyh papieruw, a ona wystżygnęła z nih kułek stżępiastyh, to kwiatuszkuw, to cudakuw rużnyh, jako: kiedy psy gonią owce, a pasteż z kijem za nimi leci, abo zaś i procesję całą, z księdzem, z horągwiami, z obrazami i inne rużności, że spamiętać trudno, a tak wszystko utrafione i foremne kieby żywe, aż się ludzie wczoraj na rozplecinah dziwowali. Umiała ona i nie takie, a wszystko, co ino zamyśliła abo na co spojżała... że nie było w Lipcach hałupy bez tyh jej stżyżek...
Ogarnęła się nieco w komoże i wyszła nalepiać resztę wzdłuż ścian, pod obrazami, bo już gdzie indziej miejsca nie było.
— Jaguś! A dałabyś spokuj tym cudakom, druhen ino patżeć... ludzie się wnet shodzić poczną, muzyka już po wsi hodzi... a ona się zabawia...
— Zdążę jeszcze, zdążę... — odpowiadała krutko i dała wnet spokuj nalepianiom — brakło jej cierpliwości... Wysypała podłogę kolkami jedlinowymi, to stoły pokryła cienkim płutnem, to pożądkowała w komoże abo się pżemawiała z braćmi, lub wyhodziła pżed dom i patżyła długo w świat. A żadnej radości w sobie nie czuła, żadnej. Myślała jeno, że się wytańcuje a muzyki nasłuha i śpiewuw, na co łakoma była. Była jak ten dzień jasny, roziskżony, a martwy jesienią i ogłuhły. Żeby jej wszystko nie pżypominało, że to wesele dzisiaj, nie baczyłaby o tym. Boryna wczoraj, na rozpleciny, dał jej osiem sznurkuw korali, wszystkie, jakie mu ostały po nieboszczkah... Leżały na dnie skżynki, nawet ih nie pżymieżyła... Nie stała o nie, nie stała dzisiaj o nic... Leciałaby tylko gdzieś pżed się, hoćby w cały świat... ale gdzie? Abo to wiedziała! Mieżiło się jej wszystko, a do głowy wciąż wracało powiedzenie matczyne o Antku... — Jakże, on by wygadywał, on?... Nie mogła wieżyć, nie hciała... bo aż się jej na płacz zbierało!... A może?... Wczoraj, kiedy prała w stawie, pżeszedł i ani się spojżał! A jak szli rano do spowiedzi z Boryną, spotkali go pżed kościołem... z miejsca zawrucił jak pżed złym psem... A może?... Nieh szczeka, kiej taki, nieh szczeka!...
Zaczęła się buntować pżeciw niemu, ale z nagła wspomnienia tego wieczora, kiedy wracali z obierania kapusty od Boryny, buhnęły jej do muzgu i zatopiły ją całą w ogniu, i obwinęły jej duszę z taką mocą, a tak wyraziście w niej odżyły, że rady sobie dać nie mogła... aż ni stąd, ni zowąd ozwała się do matki:
— Wiecie, a to po ślubie włosuw mi nie obcinajcie!
— Hale, co mądrego umyśliła? Słyszano to, żeby dziewce włosuw nie ucięto po ślubie!
— A po dworah i miastah nie obcinają!
— Pewnie, juści, bo im tak tżeba do rozpusty, żeby ludzi mogły ocyganiać i za co inszego się wydawać. Ale, będzie tu nowe pożądki zakładała! Dworskie pannice niehta z siebie cudaki robią i pośmiewisko, niehta z kudłami jak Żydowice jakie hodzą — wolno im, kiej głupie, a tyś gospodarska curka z dziada pradziada, nie żadne miejskie pomietło, toś robić winna jak Pan Bóg pżykazał, jak zawżdy w naszym gospodarskim stanie się robiło... Znam ja te miejskie wymysły, znam... jeszcze nikomu one na zdrowie nie wyszły! Poszła w służbę do miasta Pakulanka i co?... Muwił wujt, jako papier pżyszedł do kancelarii, że dzieciaka udusiła i w kryminale siedzi... albo i ten Wojtek, Borynów krewniak po siostże, dorobił się w mieście sielnie, że teraz po wsiah po proszonym hlebie hodzi... a pżudzi na Wólce gospodarstwo miał, konie miał i hleba po grdykę... zahciało mu się bułek, a ma kij i torbę na starość...
Ale Jagna mądryh pżykładuw nie słuhała, a o obcięciu i gadać sobie nie dała... Namawiała ją Ewka, a ta znająca była, niejedną wieś znała i rok w rok do Częstochowy z kompaniami hodziła, pżekładała i Jagustynka, ale jak to ona, zawżdy z pżekpinami i naśmieszliwie, bo w końcu żekła:
— Ostaw warkocz, ostaw, zda się Borynie, okręci se nim rękę, ostżej pżytżyma i mocniej cię kijem zleje... sama go obetniesz potem... Znałam taką niejedną... — nie muwiła więcej, bo Witek ją wołał, gdyż od wypędzenia Antków pżeniesła się do Boryny, bo Józia poradzić sobie nie mogła z gospodarstwem. Pomagała ważyć Ewce, a co trohę zaglądała do dom, stary dzisiaj do niczego głowy nie miał, Józia już od rana pżystrajała się u kowaluw, a Kuba leżał wciąż hory.
— Hodźcie prędzej, bo Kuba was pilno potżebuje — pżynaglał hłopak.
— Gożej mu to?
— A juści, tak stęka i jęczy, aże na drodze słyhać!
— Idę w te pędy. Moiściewy, obaczę ino, co się z nim dzieje, i zaraz wrucę...
— Jaguś, i tobie tża się spieszyć, druhen ino patżyć — naganiała matka.
Ale Jaguś nie pospieszała, hodziła jak senna, pżysiadała po ławah, to wnet się zrywała i zaczynała spżątać, ale robota leciała jej z rąk, a ona stała długo, bezmyślnie zapatżona w okno. Kolebała się w niej dusza jak woda i raz wraz biła, jakby o kamień jaki, o pżypomnienia...
A w domu gwar się czynił coraz większy, bo wciąż wpadały kumy rużne, to krewniaczki, to gospodynie, i dawnym obyczajem znosiły kury, to bohen białego hleba, placek, soli, mąki, słoniny albo i srebrnego rubla w papierku — wszystko to w podzięce za prosiny weselne, żeby gospodyni zbytnio się nie szkodowała.
Pżepijały ze starą po kieliszeczku słodkiej, pogważyły, nadziwowały i rozbiegały się spiesznie.
A Dominikowa tęgo się zwijała — pilnowała waży, upżątała, raiła i na wszystko oko miała i sposub, a często naganiała hłopakuw, bo się ociągali, a co kturen ino mugł, to się z hałupy wyrywał na wieś, do wujta, bo już tam byli muzykanci i zbierali się drużbowie...
Na sumę mało kto poszedł, gniewał się o to dobrodziej, że la wesela zapominają o służbie Bożej — co było i prawdą, ale narud to sobie rozumiał, że i wesela takie nie co niedziela się odprawiają.
A zaraz po obiedzie jęli się zjeżdżać ze wsi pobliskih, kto był zaproszon.
Słońce się już pżetoczyło z południa i pruszyło bladym, jesiennym światłem że ziemia błyszczała jakby oroszona, okna buhały płomieniami, staw lśnił się i migotał, pżydrożne rowy pobłyskiwały wodą jakby szybami — wszystek świat był pżesycony światłem dogasającej jesieni i ciepłem ostatnim.
Ogłuhła, niema cisza obtulała rozzłoconą ziemię.
Dzień się dopalał jaskrawo i z wolna pżygasał.
Ale w Lipcach huczało jakby na jarmarku.
Jak tylko pżedzwonili na nieszpory, muzyka wywaliła się od wujta na drogę.
Najpierwsze szły skżypki w paże z fletem, a za nimi warczał bębenek z bżękadłami i basy, pżystrojone we wstęgi, wesoło podrygiwały.
Za muzyką szły oba dziewosłęby i drużbowie — sześciu ih było.
A wszystko hłopaki młode, dorodne, kiej sosny śmigłe, w pasie cienkie, w barah rozrosłe, taneczniki zapamiętałe, pyskacze harde, zabijaki sielne, z drogi nieustępliwe — same rodowe, gospodarskie syny.
Walili środkiem drogi, kupą całą, ramię pży ramieniu, aż ziemia dudniła pod nogami, a tak radośni, weselni i pżystrojeni pięknie, że ino w słońcu grały pasiaste portki, czerwone spencerki, pęki wstęg u kapeluszuw i rozpuszczone na wiatr, kiej skżydła, kapoty białe...
Kżykali ostro, podśpiewywali wesoło, pżytupywali siarczyście i szli tak szumno, jakoby się młody bur zerwał i z wihurą leciał...
Muzyka grała polskiego, bo zaś ciągnęli od domu do domu zapraszać weselnikuw — gdzie im wynosili gożałki, gdzie zapraszali do wnętża, gdzie zaś śpiewaniem odpowiedzieli — a wszędy wyhodzili pżystrojeni ludzie, pżystawali do nih i szli dalej społem, i już wszyscy w jeden głos śpiewali pod oknami druhen:
Hukali społem i z mocą taką, aż się po wsi rozlegało, aż na pola szły weselne głosy, pod borami śpiewały, we świat leciały szeroki.
Ludzie wyhodzili pżed domy, do saduw, na płoty, a jaki taki, hoć nie weselny, pżystawał do nih, by się aby napatżeć i nasłuhać, że nim doszli, już się prawie cała wieś stłoczyła i okrążała weselnikuw ciżbą, iż coraz wolniej szli, a dzieci hmarą niepżeliczoną i z wżaskiem a pżyśpiewywaniem pżodem biegły.
Doprowadzili gości do weselnego domu, pżegrali im na godne wejście i zawrucili do pana młodego.
A Witek, kturen ze wstęgami u spencerka hardo był spulnie z drużbami hodził, skoczył teraz napżud.
— Gospodażu, a to muzyka z drużbami wali! — kżyknął w okna i poleciał do Kuby.
Żęsisto zagrali na ganku, a Boryna w ten mig wyszedł, dżwi na rozcież wywarł, witał się a do środka zapraszał, ale wujt z Szymonem ujęli go pod boki i już prosto do Jagny powiedli, bo czas było do kościoła.
Szedł ostro i aż dziw, tak młodo wyglądał; wystżyżony, do czysta wygolony, pżystrojony weselnie — urodny był, jak mało ktury, a pżez to, że mocno w sobie podufały i rozrosły, to i posturę już miał z dala widną, i powagę w tważy niemałą; pośmiewał się wesoło z parobkami, pogadywał, a najczęściej z kowalem, bo mu się wciąż na oczy nawijał.
Godnie go wprowadzili do Dominikowej; narud się rozstąpił, a oni go wiedli do izby szumno, z graniem i pżyśpiewkami.
Ale Jagusi nie było, pżystrajały ją jeszcze kobiety w komoże mocno zawartej i pilnie stżeżonej, bo parobcy dżwi phali, to w deskah szparutki czynili i pżekomażali się z druhnami, że ino pisk, śmiehy i babie wżaski odpowiadały.
A matka z synami pżyjmowała gości, częstowała gożałką, usadzała co starsze na ławah i na wszystko oko miała, bo narodu się zwaliło, że i trudno pżejść pżez izbę, po sieniah stali, w opłotkah nawet. Nie bele jakie to goście, nie! Gospodaże sami, rodowi i co bogatsze, a wszystko krewniacy, powinowaci i kumy Borynów i Paczesi, a drudzy zasie znajomkowie to i z dalszyh wsiuw zjehali.
Juści, że ni Kłęba, ni Winciorków, ni tyh morgowyh biedot nie było, ni tego drobiazgu, co po wyrobkah hodził i zawżdy ze starym Kłębem tżymał... Nie dla psa kiełbasa, nie dla prosiąt miud!
Dopiero w jakie dwa pacieże otwarli dżwi komory i organiścina z młynażową wywiedły Jaguś na izbę, a druhny otoczyły ją wiankiem, a tak strojne i urodne wszystkie, że kwiaty to były, nie kwiaty, a ona między nimi najśmiglejsza i kieby ta ruża najśliczniejsza stojała w pośrodku, a cała w białościah, w aksamitah, w piurah, we wstęgah, w srebże a złocie — że się widziała niby ten obraz, co go naszają na procesjah, aż pżycihło z nagła, tak poniemieli i dziwowali się ludzie Hej! Jak Mazury Mazurami, nie było śliczniejszej! Wnet drużbowie zrobili rumor i gruhnęli z całyh piersi:
Boryna wystąpił, ujął ją za rękę i pżyklęknęli, a matka obrazem ih pżeżegnała i jęła błogosławić, i wodą święconą kropić, aż Jaguś z płaczem padła do nug macieży, a potem i drugih podejmowała, pżepraszała i żegnała się ze wszystkimi. Brały ją kobiety w ramiona, obejmowały i podawały sobie, aż się popłakali społem, a Józia najżewliwiej zawodziła, bo się jej matula nieboszczka pżypomniała.
Wysypali się pżed dom, ustawili w pożądku należytym i ruszyli pieszo, bo do kościoła było ze staje.
Muzyka szła pżodem i żnęła ze wszystkih sił.
A potem Jagnę wiedli drużbowie — szła bujno, uśmiehnięta pżez łzy, co jej jeszcze u żęs wisiały, weselna niby ten kież kwietny i kiej słońce ciągnąca wszystkih oczy; włosy miała zaplecione nad czołem, w nih koronę wysoką, ze złotyh szyhuw, z pawih oczek i gałązek rozmarynu, a od niej na plecy spływały długie wstążki we wszystkih kolorah i leciały za nią, i furkotały kieby ta tęcza; spudnica biała żęsisto zebrana w pasie, gorset z błękitnego jak niebo aksamitu wyszyty srebrem, koszula o bufiastyh rękawah, a pod szyją bujne krezy obdziergane modrą nicią, a na szyi całe sznury korali i bursztynuw aż do puł piersi opadały.
Za nią druhny prowadziły Macieja.
Jako ten dąb rozrosły w boru po śmigłej sośnie, tak on następował po Jagusi, w biedrah się ino kołysał, a po bokah drogi rozglądał, bo mu się zdało, że Antka w ciżbie uwidział.
A za nimi dopiero szła Dominikowa ze swatami, kowalowie, Józia, młynażowie, organiścina i co pżedniejsi.
Na ostatek zaś całą drogą waliła wieś cała.
Słońce już zahodziło, wisiało nad lasami czerwone, ogromne i zalewało całą drogę, staw i domy krwawym bżaskiem, a oni szli w tyh łunah wolno, że aż się w oczah mieniło od tyh wstążek, piur pawih, kwiatuw, czerwonyh portek, pomarańczowyh wełniakuw, hustek, kapot białyh — jakoby ten zagon, rozkwitłymi kwiatami pokryty, szedł i pod wiatr z wolna się kołysał a pośpiewywał, bo druhny raz wraz zawodziły cieniuśkimi głosami:
Dominikowa całą drogę popłakiwała i jak w obraz wpatrywała się w curkę, że nic nie słyszała, co do niej zagadywali.
W kościele już Jambroży zapalał świece na ołtażu.
Ogarnęli się ino w kruhcie, upożądkowali w pary i ruszyli pżed ołtaż, bo i ksiądz już z zakrystii wyhodził.
Prędko się odbył ślub, bo ksiądz się do horego spieszył. A gdy wyhodzili z kościoła, organista jął na organah wycinać mazury a obertasy i kujawiaki takie, aż same nogi drygały, a niekturen tylko co nie huknął piosenką, dobże, iż się w czas pomiarkował!
Wracali już bez nijakiego pożądku, całą drogą, jak komu było do upodoby, a rozgłośnie, bo drużbowie z druhenkami zawodzili, jakoby ih kto ze skury obłupiał.
Dominikowa ryhlej pobiegła, a gdy nadciągnęli — już ona państwa młodyh na progu witała obrazem i tym świętym hlebem i solą, a potem nuż się ze wszystkimi z nowa witać, a obłapiać i do izby zapraszać!
Muzyka żnęła w sieniah, więc co ktury prug pżestąpił, hwytał wpuł pierwszą z bżega kobietę i puszczał się posuwistym krokiem „hodzonego” — a już tam, niby ten wąż farbami migotliwy, toczyły się dokoła izby pary, gięły się, okrążały, zawracały z powagą, pżytupywały godnie, kołysały się pżystojnie i szły, płynęły, wiły się, a para za parą, głowa pży głowie — niby ten rozkołysany zagon dostałego żyta, gęsto pżekwiecony bławatem a makami... — a na pżedzie w pierwszą parę Jagusia z Boryną!
Aż światła ustawione na okapie dygotały, dom się hwiał, zdało się, że ściany się rozpękną od tej ciżby i mocy, jaka biła od tanecznikuw!...
Pohodzili z dobry pacież, nim skończyli.
Muzyka teraz zaczęła pżegrywać pierwszy taniec, dla młodej, jak to we zwyczaju z dawien dawna było.
Narud zbił się gęstwą pod ścianami i zaległ wszystkie kąty, a parobcy uczynili wielkie kolo, w kturym zaczęła tańcować! Krew w niej zagrała, aż się jej modre oczy lśniły i białe zęby połyskiwały w zarumienionej tważy; tańcowała niezmęczenie, coraz zmieniając tanecznikuw, bo hoć raz wokoło z każdym pżetańcować musiała.
Muzykanci grali ostro, aż im ręce mdlały, ale Jaguś jakby zaczęła dopiero, mocniej tylko poczerwieniała i wywijała tak zapamiętale, aż te jej wstęgi z furkotem za nią latały hlastając po tważah, a rozdęte taneczną wihurą spudnice zapełniały izbę.
A parobcy z uciehy pięściami walili w stoły i pokżykiwali siarczyście.
Dopiero na ostatek wybrała młodego — szykował się na to Boryna, bo skoczył kieby ryś do niej, ujął ją wpuł i wihrem zakręcił w miejscu, a muzykantom żucił:
— Z mazurska, hłopcy, a kżepko!
...Kżyknęli w instrumenty z całej mocy, aż w izbie się zakotłowało.
Boryna zaś ino mocniej Jagnę ujął, poły na rękę zażucił, poprawił kapelusza, tżasnął obcasami i z miejsca jak wiher się potoczył!
Hej! Tańcował też, tańcował! A okręcał w miejscu, a zawracał, a hołubce bił, aż wiury leciały z podłogi, a pokżykiwał, a Jagusię miotał i zawijał, że się w jeden kłąb zwarli i jak to pełne wżeciono po izbie wili — że ino wiher szedł od nih i moc.
...Muzyka żnęła siarczyście, zapamiętale, z mazowiecka...
Zbili się wszyscy we dżwiah, to po kątah, pżycihli i ze zdumieniem poglądali, a on niezmordowanie hulał i coraz siarczyściej; już się niejedni wstżymać nie mogli, bo same nogi niesły, więc ino do taktu pżytupywali, a co gorętszy dziewczynę brał i puszczał się w tany, na nic już nie bacząc!
Jagusia, hoć mocna była, ale ryhło zmiękła i jęła mu pżez ręce lecieć, wtedy dopiero pżestał i odprowadził ją do komory.
— Kiedyś taki hwat, bratem mi jesteś i pży pierwszyh hżcinah w kumotry mnie proś! — wołał młynaż biorąc go w ramiona.
Wnet się pobratali gorąco, bo muzyka zaraz zmilkła i zaczął się poczęstunek.
Dominikowa, synowie, kowal, Jagustynka uwijali się raźno z pełnymi butelkami i kieliszkami w garściah, a do każdego z osobna pżepijali. Józia i kumy roznosiły na pżetakah hleb pokrajany i placki.
Wżawa podnosiła się coraz większa, bo każden swoje głośno powiadał, a wszyscy hętnie się do kieliszkuw brali, byh wesela żetelnie zażyć.
Na ławah pod oknem pżysiadł młynaż z Boryną, wujt, organista i co pierwsi gospodaże. Już tam niezgorsza butelka araku krążyła z rąk do rąk, a niejedną kolejką; jeszcze im i piwa donosili — gęsto pżepijali, bo się już brać poczynali w ramiona i sielnie kumać!
I na izbie dosyć stało narodu, pozbijali się w kupy, jak komu i z kim było do upodoby, poredzali głośno i zabawiali się niezgożej kieliszkami.
A w komoże, oświetlonej lampą pożyczoną od organistuw, zebrały się gospodynie z organiściną i młynażową na czele, po skżyniah, to ławah pżyżuconyh wełniakami godnie się rozsiadły, miud pżez zęby cedziły i słodki placek delikatnie palcami poskubywały, a z żadka jeśli ktura żuciła to słowo jakie: słuhały uważnie, co młynażowa rozpowiadała o dzieciah swoih.
Nawet w sieniah była ciżba i jeszcze na drugą stronę się cisnęli, aż Ewka wyganiała, bo szykowali pilnie do wieczeży, od kturej już po całym domu zapahy szły smakowite, że niejednemu w nozdżah wierciło.
Młodzież wysypała się pżed dom, w opłotki i na pżyzby; noc była zimna, ciha a oroszona gwiazdami, to się pżehładzali i bawili wesoło, aż się tżęsło od śmiehuw, wżaskuw i biegań, bo niejedni po sadzie się uganiali za sobą, że starsi kżykali im z okien:
— Kwiatuszkuw szukacie? Byście, dziewczyny, czego innego nie pogubiły po nocy!
Słuhał to ih kto?
Zaś po pierwszej izbie Jagusia i Nastka Gołębianka hodziły, tżymały się wpuł i cięgiem buhały śmiehem, i coś sobie na uho opowiadały — naglądał za nimi Szymek, starszy Dominikowej, z Nastki oczuw nie spuszczał, a co trohę z wudką do niej podhodził, zęby szczeżył i zagadywał.
Kowal wystrojony odświętnie, w czarnej kapocie i w portkah na holewy wyłożonyh, uwijał się najraźniej, wszędzie był, ze wszystkimi pił, zapraszał, częstował, rajcował i zwijał się, że coraz to w innej stronie widniał jego rudy łeb i piegowata tważ.
Młodzi pżetańcowali parę razy, ale krutko i bez wielkiej ohoty, bo się za wieczeżą oglądali.
Starsi zaś poradzali, wujt, że był już napity, coraz głośniej muwił, wypuczał się, pięścią w stuł walił i nakazywał:
— Wujt wama to muwi, to wieżcie. Użędnik jestem, papier do mnie pżyszedł z nakazem, by gromadę zwołać i z morgi grosz jaki na szkołę uhwalić...
— Wy sobie, Pietrze, uhwalcie i po dziesiątku z morgi, a my i tego grosza nie damy!
— Nie damy! — huknął kturyś.
— Ciho, tżeba, kiej użędowa osoba powiada...
— Szkoły nam takiej nie potżeba! — powiedział Boryna.
— A nie potżeba! — powtużyli inni hurem.
— Cie... w Woli szkoła jest, bez tży zimy moje dzieci hodziły i co?... To nawet na książce tego pacieża rozebrać nie potrafią... na psa taka nauka!
— Matki niehaj pacieża uczą, szkoła nie od tego, ja, wujt, wama muwię.
— A niby od czego? — wżasnął ten z Woli podrywając się z ławy.
— Ja, wujt, wama żeknę, ino pilnie słuhajcie... zaraz, po pierwsze... — ale nie wywiudł do końca, bo Szymon na cały stuł wykżykiwał, że już ten las spżedany Żydy ocehowały i rąbać wnet będą, czekają jeno mrozuw i sanny.
— Nieh cehują, na wycięcie poczekają... — wtrącił Boryna.
— Do komisaża ze skargą pujdziemy.
— Nie to, komisaż zawsze z dziedzicem tżyma, a gromadą iść, rębaczuw rozpędzić.
— Ani jednego hojaka ściąć nie pozwolić!
— Skargę do sądu podać!
— Pijcie do mnie, Macieju, nie pora teraz uradzać! Po pijanemu łacno wygrażać hoćby i Panu Bogu! — zawołał młynaż nalewając. Nie w smak mu szły te rozmowy i odgrażania, bo się z Żydami był ugodził i miał im dżewo na swoim tartaku pży młynie żnąć.
Pżepili i z miejsc się podnieśli, bo już zaczęli szykować do wieczeży i wszelki spżęt potżebny znosić na stoły i ustawiać.
Ale gospodaże nie zaniehali lasu, jakże, bolączka to była piekąca, więc się stłoczyli w kupę i pżyciszywszy głosy pżed młynażem radzili i umawiali się, by do Boryny się zejść i coś postanowić... ale nie skończyli, bo wszedł Jambroży i prosto do nih pżystał. Spuźnił się, z dobrodziejem do horego jeździł aż na tżecią wieś, do Krosnowy, to teraz ostro wziął się do picia, aby dogonić... nie zdążył jednak, bo już starsze kobiety zaśpiewały hurem:
A na to, rumor czyniąc ławami, odkżykli drużbowie:
I z wolna zaczęli za stoły iść, a usadzać się na ławah.
Juści, że na pierwszym miejscu państwo młodzi, a w podle nih ze stron obu co najpierwsi, po uważaniu, po majątku, po starszeństwie aż do druhen i dzieci — a ledwie się pomieścili, hoć stoły ustawili wzdłuż tżeh ścian.
Tylko drużbowie nie siedli, by posługi czynić, i muzykanci.
Gwar pżycihł, organista stojący odmawiał w głos modlitwę — jeno kowal powtażał za nim, bo pono na łacinie się rozumiał, a potem pżepijali po tym kieliszeczku na zdrowie i dobry smak.
Kuharki wraz z drużbami wnosić poczęły dymiące ogromne donice z jadłem i pżyśpiewywały:
A pży drugiej potrawie:
Muzyka zaś zasiadła pod kominem i pżygrywała z ciha piosneczki rużne, byh się smaczniej jadło.
Pojadali też pżystojnie, wolno, w milczeniu prawie, bo mało kto żucił jakie słowo, że ino mlaskanie a skżybot łyżek zapełniały izbę, a gdy sobie już nieco podjedli i głud pierwszy zasycili, kowal znowu flaszkę puścił w kolejkę, pży czym już i poczynali prawić z ciha, i pżemawiać do się pżez stoły.
Jagusia jedna jakby nic nie jadła, prużno ją Boryna niewolił, wpuł brał i jak to dzieciątko prosił, cuż, kiedy nawet mięsa pżełknąć nie mogła, utrudzona była wielce i rozgżana — tyle że to piwo zimne popijała, a oczami wodziła po izbie i coś niecoś nasłuhiwała Borynowych szeptuw.
— Jaguś, kuntentna jesteś, co? Śliczności ty moje! Jaguś, nie buj się, dobże ci u mnie będzie, jak i u matuli nie było lepiej... Panią se będziesz, Jaguś, panią... dziewkę ci pżynajmę, byś się zbytnio nie utrudzała... obaczysz!... — pogadywał z ciha, a w oczy miłośnie patżył, na ludzi już nie bacząc, aż się w głos pżekpiwali z niego.
— Jak ten kot do sperki się dobiera.
— A bo też spaśna, kiej ta lepa!
— Stary kręci się i nogami pżebiera, niczym ten kogut!
— Użyje se juha stary, użyje! — wołał wujt.
— Jak ten pies na mrozie — mruknął zgryźliwie stary Szymon.
Gruhnęli śmiehem, a młynaż aż się pokładał na stole i pięścią gżmocił z uciehy.
Kuharki znowu zaśpiewały:
— Jagno, pżyhyl no się, to ci coś żeknę! — muwił wujt, pżehylił się za Boryną, bo tuż pży nim siedział, i uskubnął ją w boka — a to mę na hżestnego proś! — zawołał ze śmiehem i łakomymi oczami po niej wodził, bo mu się strasznie udała.
Poczerwieniała mocno, a kobiety na to buhnęły śmiehem i dalejże pżekpiwać, dowcipy trefne sadzić i poredzać, jak się ma z hłopem obhodzić!
— A pieżynę co wieczur pżed kominem nagżewaj.
— Głuwnie tłusto jeść dawać, a kżepę miał będzie...
— I pżypodhlibiaj, za szyję często ułapiaj.
— A miętko dzierż, to i nie pozna, gdzie go zawiedziesz! — jedna po drugiej prawiły, jak to zwyczajnie kobiety, kiedy sobie podpiją i ozorom wolność dadzą.
Izba aż się tżęsła od śmiehu, a one tak rozpuszczały gęby, aż młynażowa zaczęła im pżekładać, by wzgląd miały na dziewuhy i na dzieci, a organista też dowodził, że to wielki gżeh siać zgorszenie i zły pżykład dawać.
— Bo — prawił — Pan Jezus nam żekł i święci apostołowie, co wszystko w łacińskih książkah jak wuł stoi wypisane, że lepiej zabić niźli masz zgorszyć, bo jako te niewiniątka zgorszysz, to jakby mnie samego; tak stoi w Piśmie świętym — bo niepomiarkowanie w piciu, w jadle jak i w uczynkah srogo karanym będzie, to wam, ludzie kohane, muwię — bełkotał niewyraźnie, bo nie po jednym już był ni po dwuh...
— Kalikant juha, zabawy będzie ludziom bronił.
— O księdza się obciera, to myśli, że święty!
— Niehaj se uszy kapotą zatka! — leciały niepżyhylne głosy, bo nie lubiano go we wsi.
— Wesele dzisiaj, to nie gżeh się zabawić, pośmiać z czego wesołego i ucieszyć, to już ja, wujt, to wama muwię, moi ludzie.
— A na ten pżykład i Jezus po weselah bywał i wino pijał... — dożucił poważnie Jambroży, ale ciho, bo już pijany był, a że w końcu pży dżwiah siedział, nikt go nie słyszał — i muwić wszyscy zaczęli, śmiać się, trącać kieliszkami, a coraz wolniej pojadać, aby się do syta najeść; niejeden już i pasa popuszczał, pżeciągał się, by więcej zmieścić...
Kuharki znowu z miskami nowymi szły i śpiewały:
— Wysadzili się, no, no! — dziwili się ludzie.
— Jakże, z tysiąc złotyh kosztuje wesele...
— Opłaciło się niezgożej, bo to nie zapisał sześciu morguw!
— Za tę dziecińską kżywdę se balują.
— A Jagna siedzi jak ten mruk.
— Maciej za to ślepiami świeci kiej żbik!
— Kiej to pruhno, moiściewy, kiej pruhno!
— Będzie on jeszcze płakał.
— Nie jest on z tyh, co płaczą, do kija prędzej się weźmie...
— To samom muwiła wujtowy, jak o zmuwinah powiedziała.
— Czemu to ona dzisiaj nie pżyszła?
— Jakże, leda dzień zlegnie...
— Rękę bym sobie dała uciąć, że niedługo, nieh ino muzyki zaczną w karczmie, to Jagna ganiać będzie za parobkami.
— Mateusz ino czeka tego!
— Hale, hale?
— Pżecieh! Wawrzonowa słyszała, co wygadywał w karczmie.
— Że go to nie prosili do muzyki?
— Stary hciał, ino Dominikowa się pżeciwiła, wszyscy wiedzą, co było, to jakże?...
— Pżykłada każdy, a widział kto?
— To niby po prużnicy pogadują!
— A Bartek Kozieł wypatżył ih na zwiesnę w boru...
— Kozieł jest złodziej i cygan, miał z Paczesiową sprawę o świnię i bez złość wygaduje...
— I inni mają oczy widzące, mają...
— I źle się to skończy, obaczycie... juści, mnie to nic do tego, ale tak myślę, że się Antkom kżywda stała i dzieciom, to i kara pżyjść pżyjdzie za to.
— Pewnie, Pan Jezus nie ryhliwy, ale sprawiedliwy...
— O Antku tyż coś niecoś napomykali, że tu i uwdzie widywali ih razem, jak się zmawiali... — pżyciszyły głosy i rajcowały coraz złośliwiej, i nicowały nieubłaganie całą rodzinę, nie darowując i starej, a litując się nad hłopakami najbardziej.
— A bo to nie gżeh! Parobki pod wąsem, Szymek ma już dobże na tżydzieści i żenić mu się nie da, z domu nie popuści i o bele co piekłuje.
— Pżecie to i wstyd, hłopy tyle, a wszystkie kobiece roboty robią...
— By sobie ino Jagusia rączkuw nie powalała!
— A po pięć morguw mają i żenić by się już mogli!
— Tyle dziewczyn jest we wsi...
— A wasza Marcycha najdawniej czeka i grunt pżyległy do Paczesiowego!
— Baczcie na swoją Frankę lepiej, by się czego z Adamem nie doczekała!
— Stara jest piekielnica, to wiadomo, ale hłopaki też niezguły i ciamajdy!
— Tyle paroby, a matczynej kiecki boją się puścić!
— Puszczą się... już dzisiaj Szymek cięgiem hodzi za Nastką Gołębianką.
— Ociec ih był taki sam, dobże baczę, a stara za młodu nie lepsza od Jagusi!...
— Jaki kożeń, taka nać! — taka curka, jaka mać!
Muzyka pżycihła, grajkowie jeść poszli na drugą stronę, bo wieczeża się skończyła.
Ciho się nagle uczyniło niby w kościele podczas Podniesienia — po hwili jednak gwar buhnął jeszcze mocniejszy, aż się zakotłowało, wszyscy naraz muwili, kżyczeli a dowodzili sobie pżez stoły, że już jeden drugiego nie słyszał.
Podali na ostatku, dla wybranyh, krupnik, miodem i kożeniami zaprawiony, a reszcie szczodże stawiali tęgą okowitkę i piwo.
Mało kto zważał, co pije, bo już się ze łbuw kużyło niezgożej i kuntentność rozbierała. Siadali, jak było poręczniej, kapoty rozpinali z gorąca, pokładali się na stołah. Walili pięściami, aż miski podskakiwały, hwytali się wpuł, to za ożydla, to ułapiali za szyję a raili, wyżalali się — jak brat pżed bratem, kiej ten kżeścijan prawy pżed kżeścijanem i somsiadem.
— Źle jest na świecie! Juści! Marnacja człowiekowi a to biedowanie jeno...
— Poszły, psiekrwie... — Pod stołami psy gryzły się o kości.
...A pocieha ino w tym, kiej somsiad z somsiadem się zejdzie i pży tym kieliszku poredzą, wyżalą się i odpuszczą sobie, co tam jeden drugiemu winowaty — juści, nie to wypasione zboże ni pżeoranie granicy, bo to już sądy wiedzą i świadkowie pżytwierdzą, komu kżywda i komu sprawiedliwość, ale to, co tam po sąsiedzku pżytrafić się pżytrafi — czy kiej gadzina spyszcze w sadzie, czy baby się posważą abo dzieciaki się pobiją, jak to rużnie się zdaży... Dyć wesele od tego, byh zawziętość stajała i braterstwo a zgoda rosły między ludźmi!
— Hoćby jeno na ten czas weselny, na dzień jeden!
— A jutro samo pżyjdzie! Hej! Nie uciekniesz pżed dolą, hyba pod tę świętą ziemię; pżyjdzie, za łeb ułapi, jażmo na kark włoży, biedą popędzi i ciągnij, narodzie, a potem i krwią się oblewaj, swego bacz, z garści nie popuszczaj ni na to oczymgnienie, byś się pod koła nie zaplątał!
— Na braci Pan Jezus stwożył ludzi, a wilkami są la siebie!
— Nie wilkami, nie, to jeno bieda podjudza, kłyźni i jednyh na drugih żuca, że gryzą się jak te psy o gnat objedzony!
— Nie sama bieda, nie, zły to ćmę na narud żuca, że nie rozeznają, co dobre, a złe!
— Prawda, prawda, i dmuha w duszę kiej w to zażewie pżygasłe, aż hciwość i złość, i wszystkie gżehy rozdmuha!
— Juści, kturen głuhy jest na pżykazania, ten ohotniej słuha piekielnej muzyki!
— Dżewiej nie tak bywało! Posłuh był, poszanowanie starszyh i zgoda!
— I grontu każden miał, co ino mugł obrobić, a pastwisk, a łąk, a boru.
— A o podatkah kto kiedy słyszał?
— Abo dżewo kupował kto?... Jehał do boru i brał, ile komu było potża, a hoćby i tę najlepszą sosnę czy dęba!... Co było dziedzicowe, było i hłopskie.
— A teraz ni dziedzicowe, ni hłopskie — żydoskie jest abo i kogo gorszego.
— Ścierwy! Piłem do was, pijcie do mnie! Usadziły się jakby na swojem — pijcie no, dobre twoje, dobre i moje, byh sprawiedliwość we wszystkim była...
— Dziedzice parszywe! W wasze ręce! Gożałka nie gżeh, byle jeno pży godnym sposobie i z bratami, to na zdrowie idzie, krew czyści i horubska odciąga!
— Jak pić, to już całą kwartą, jak się weselić, to już całą niedzielę. A masz, człowieku, robotę? — pilno rub, kulasuw nie żałuj i szczeże się pżykładaj! A zdaży się na ten pżykład okazja — wesele, hżciny abo i zamże się komu — pofolguj sobie, odpoczywaj, obserwuj i uciehę miej! — A źle wypadnie — kobieta się zmarnuje, bydle ci zdehnie, pogożel pżyjdzie — wola boska, nie pżeciw się, bo i cuż, hudziaku, poredzisz kżykaniem a płaczem? — nic; spokojności się ino zbędziesz, że nawet to jadło pokżywą ci się w gębie wyda! — Cierp pżeto i dufaj w Panajezusowe miłosierdzie... Pżyjdzie gorsze, kostuha ułapi cię za grdykę i w ślepie zajży — nie prubuj się wypsnąć, nie twoja moc — bo wszystko jest w boskim ręku...
— Juści, kto tam wymiarkuje, kiej Jezus żeknie: „Do tela twoje — od tela moje, człowieku.”
— Tak to, tak! Gurą, kiej to błyskanie, lecą boskie pżykazy, a nikt, żeby ksiądz, żeby najmądżejszy, ih nie pżejży pżudzi, aż padną na narud ziarnem dojżałym!
— A ty, człowieku, masz tylko jedno wiedzieć — byś swoje robił i żył, jak pżykazania święte nakazują, a pżed się nie wyglądał... Pan Jezus wszystkim zasługi szykuje i wypłaci żetelnie, co ino komu pżypadnie...
— Tym ci polski narud stojał — to i tak ma być aż po wiek wiekuw. Amen!
— A cierpliwością i bramy piekielne pżemoże.
Tak sobie pogważali, gęsto pżepijając, a każdy wypowiadał, co miał na sercu i co mu dawno ością stało w grdyce! A najwięcej i najgłośniej gadał Jambroży, juści, że go niewiela słuhali, bo kużden muwił i swojego hciał dowieść, mało bacząc na drugih... W izbie wżało już i kotłowało się coraz bardziej, gdy Ewka z Jagustynką weszły, niosąc pżed sobą z wielką paradą pżystrojoną ważąhew. Muzykant, ktury szedł za nimi, pżygrywał na skżypkah, a one śpiewały:
Narud był syty, podohocony i zmiękły dobrym jadłem i napitkiem częstym, to niektuży i srebrne pieniądze żucali na ważąhew.
Wraz też dźwigać się jęli zza stołuw i z wolna rozhodzili — ktuży na powietże wythnąć, ktuży w sieniah albo i na izbie pżystawali i dalej dyskursa ciągnęli, insi zaś obłapiali się z pżyjacielstwa, a niejeden już się potaczał i po ścianah łbem orał albo drugih jako ten baran trykał — co i nie dziwota, bo wieczeża była żęsisto gożałką pżeplatana.
Za stołem pozostał ino wujt z młynażem, kłucili się i z gorącością niepomierną skakali do siebie jak jastżębie, aż Jambroży hciał ih wudką godzić.
— Kruhty pilnuj, dziadu, a do gospodaży ci zasie — warknął wujt.
Odszedł markotny, butelkę do piersi cisnął, kusztykał głośno i szukał, z kim by się mugł po pżyjacielsku napić i nagadać.
Młudź zaś wysypała się w opłotki, to tżymając się wpuł na drogę wylęgali gważyć i gzić się — aże dudniało od pżegonuw i wżawy — noc była jasna, księżyc wisiał nad stawem tak mocno błyszczącym, że i najsłabsze kręgi, co się roztaczały jakby od udeżeń światła, widne były niby węże pułkolisto sunące w cihości; pżymrozek brał niezgorszy, gruda się łamała pod nogami i szron pobielił dahy, i już pżytżąsał sędzielizną ziemię.
Puźno już było, bo pierwsze kury odzywały się po wsi.
A w izbie tymczasem czyniono pożądek i szykowano do tańcuw.
I skoro muzykanci podjedli i nieco wypoczęli, jęli z ciha pżegrywać, by się weselnicy pościągali do kupy.
Ale nie potża ih było długo naganiać, hurmą się sypnęli do izby, bo skżypki tak niewoliły do tańca, że już same nogi niesły — na darmo jednak, parobcy czuli się jeszcze pżyciężko po wieczeży, pokręcił się zdziebko jeden i drugi i wnet uciekali do sieni zakużyć papierosa abo i te ściany mocne podpierać.
Jagnę wprowadziły kobiety do komory, Boryna na pżyzbie z Dominikową siedział, a co starsi zalegli ławy i kąty i poredzali, że ino na izbie dziewczyny ostały i pżeśmiewały się między sobą, ale że im się to zmieżiło ryhło, zażądziły zabawę w gry rużne, byh prędzej hłopakuw rozruhać.
Najpierw zabawiali się w „Hodzi lis koło drogi, nie ma ręki ani nogi”.
Na lisa pżebrali w kożuh do gury wełną Jaśka, z pżezwiska Przewrotny — gap to był, niedojda i pżeśmiewisko całej wsi. Parob już wyrosły, a z otwartą gębą hodził, z dziećmi się zabawiał, do wszystkih dziewczyn się zalecał, a mocno głupawy, ale że to jedynak na dziesięciu morgah, to go wszędy prosili — zajączkiem zaś była Józia Borynianka.
Śmieli się też, śmieli, muj Jezus!
Co krok, to Jasiek się rozczapieżał i bęc jak ta kłoda na ziemię, że mu to i nogi podstawiali, a Józia tak utrafnie kicała, stawała słupka i wargami ruhała, niczym żywy zając.
A potem w „Pżepiurkę”.
Nastka Gołębianka prowadziła, a tak się zwijała, tak raźno śmigała po izbie, że nijak jej hycić nie mogli, aż sama im właziła w ręce, byh ino obtańcowywać koło.
I w „Świnkę” się zabawiali.
A na ostatek kturyś z drużbuw, widzi mi się, Tomek Wachnik, bociana pokazywał; w płahtę na głowę się pżyokrył, a spod niej za dziub długi kij wypuścił i klekotał tak zmyślnie, kiej bociek prawdziwy, aż Józia, Witek i co młodsze zaczęły za nim gonić i kżyczeć:
I rozbiegały się z wżaskiem, i kryły po kątah jak kuropatki, bo gonił, dziobał i bił skżydłami.
Izba aż się tżęsła od tyh śmiehuw, kżykań i pżegonuw.
Z dobrą godzinę trwała zabawa, gdy starszy drużba dał znak, by pżycihli.
Kobiety wyprowadzały z komory Jagusię nakrytą białą płahtą i usadziły ją w pośrodku na dzieży pokrytej pieżyną — druhny porwały się niby to ją odbić, ale starsze i hłopi bronili, więc się zbiły napżeciw i smutno, jakby z płakaniem w głosah zaśpiewały:
Odsłonili ją wtedy.
Czepiec już miała na zwiniętyh, grubyh warkoczah, ale jeszcze się urodniejsza wydała w tym pżybraniu, bo i roześmiana była, wesoła i jażącymi oczami wodziła po wszystkih.
Muzyka zagrała wolno i cały narud zebrany, staży i młodzi, dzieci nawet, zaśpiewali „Hmiela” jednym ogromnym głosem radości. A po pżeśpiewaniu same ino gospodynie brały ją do tańca.
Jagustynka, że sobie już podpiła, ujęła się pod boki i nuż do niej pżyśpiewkami żucać:
A insze jeszcze bażej pżytykliwe i kolące.
Ale nikt na to nie baczył, bo już muzykanci żnęli ze wszystkiej mocy i narud w tany szedł; zadudniało z nagła, jakby sto cepuw biło w boisko, i nierozplątana gęstwa zaroiła się w izbie, bo jedni za drugimi szli, para za parą, głowa pży głowie, a pędu nabierali — więc kapoty puścili na wiatr, kołysali się szeroko, pżybijali obcasami, kapeluszami potżąhali, a czasem kturyś piesneczką huknął, to dzieuhy zawiedły „da dana” i wili się coraz prędzej, kolebali do taktu i szli w taki tan hybki, zadzierżysty, kołujący, zapamiętały, że już i nie rozeznał nikogo w ciżbie; a co skżypki huknęły nutą drygliwą, to sto hołubcuw biło w podłogę, sto głosuw kżykało z mocą i sto narodu zawracało w miejscu, jak kieby wiher zakręcił — że ino furkot szedł od kapot, wełniakuw, hustek, wiewającyh po izbie, niby te ptaki barwiste.
Pżeszedł pacież, dwa i tży, a oni cięgiem tańcowali bez wythnienia, bez pżestanku, podłoga dudniła, ściany się tżęsły i izba wżała hukiem, a ohota jeszcze rosła, jak te wody po ulewie — to ino kotłowało się i pżewalało po izbie.
A gdy skończyli, odprawować poczęli obżądki rużne, jak to jest zwyczajnie pży oczepinah.
Najpierw Jagusia musiała wkupywać się do gospodyń!
A potem jednym ciągiem odprawiali drugie ceremonie; aż parobcy uczynili długie powrusło z nieomłuconej pszenicy i opasali nim wielgahne koło, kture druhny pilnie tżymały i stżegły, a Jagusia stojała w pośrodku: hciał z nią kturen tańcować, podhodzić musiał, wyrywać pżez moc i hulać w kole, nie bacząc, że go ta i prażyły drugimi powrusłami po słabiźnie.
Zaś na dokończenie młynażowa i Wachnikowa zaczęły zbierać na czepiec. Pierwszy wujt żucił złoty pieniądz na tależ, a za nim, kiej ten grad bżękliwy, posypały się srebrne ruble i jako te listeczki na jesieni, papierki leciały.
Więcej niźli tżysta złotyh zebrali!
Sielny karwas grosza, ale muha to la Dominikowej, nie stojała ona o darmohy, bo swojego miała dosyć, jeno że la Jagusi tak się ohotnie szkodowali, to ją całkiem rozebrało, że żewliwego płakania wstżymać nie mogła; kżyknęła na hłopakuw, by podawali gożałkę, i sama jęła częstować, pżepijać i pżez te łzy, co jej ciekły, kumy i kumuw całowała.
— Pijcie, sąsiedzi!... pijta, ludzie kohane, braty rodzone!... Jakobym zwiesnę w sercu miała... za Jagusine zdrowie... jeszcze ten kieliszek... jeszcze... — a za nią kowal pżepijał z drugimi i hłopaki z osobna — boć narodu była gęstwa niemała; Jaguś znowu dziękowała od siebie za dobrość i co starszyh podejmowała za kolana!...
Zawżało w izbie, bo i kieliszki gęsto szły z rąk do rąk, i gorącość buhała ze wszystkih, i ucieha! Tważe się rumieniły, oczy połyskiwały i serca się rwały do serc, po bratersku, po sąsiedzku. Hej! Raz kozie śmierć, tyle człowiekowego, co użyje z bratami, co się poweseli i zabaczy o świecie całym! Ino kostuha bieże każdego z osobna, a na wesela tża hodzić kupą i radować się kompanią całą. Kupami też zalegali izbę, pżepijali i raili wesoło, a każden swoje głośno pżekładał, że już i jeden drugiego nie słyszał, ale nic to, bo i tak jedno czuli, i jedna radość ih spżęgała do kupy i wskroś pżenikała!
A kturen masz smutki, na jutro je ostaw, dzisiaj się zabawiaj, pżyjacielstwa używaj, duszę ciesz! Jako tej świętej ziemi Pan Jezus daje odpoczywanie po letnim rodzeniu, tak i człowiekowi godzi się wypocząć jesienią, kiej w polu obrobił. A kiej masz, człowieku, brogi pełne i stodoły pełne ważnego jako to złoto zboża, co ino na cepy czeka, to se używaj za letnie trudy, za harowanie, za mitręgi!
Tak sobie poredzali jedni, a inni znowu rużne swoje żale i sprawy wywodzili pżed sobą; drudzy zasie, co to nie tylko krowi ogon widzieli abo te babie wszy, koło starego Szymona się kupili i pogadywali o czasah dawnyh, świeżyh kżywdah, podatkah i sprawah gromady całej, a z ciha muwili, ile że i o wujtowyh sprawkah.
Boryna ino do żadnej kupy nie pżystawał, hodził od jednyh do drugih, a cięgiem oczyma za Jagną wodził i sielnie się puszył, że to urodna taka, a raz wraz muzykantom złotuwki żucał, byh smyczkuw nie żałowali, bo grali z ciha, odpoczywający.
To i z nagła huknęli w instrumenty obertasa, że mruz pżeszedł kości, a Boryna do Jagny skoczył, pżygarnął ją kżepko i z miejsca rymnął takiego oberka, aż dyle zaskowyczały, a on wiał po izbie, zawracał, podkuwkami tżaskał, a pżyklękaniem z nagła zawijał, to tżąhający po izbie się nosił szeroko, od ściany do ściany, to pżed muzyką piosneczki śpiewał, że mu po muzycku odkżykali, i dalej hulał siarczyście i tan wiudł zapamiętale, bo za nim drugie pary jęły się z kup wyrywać i pżytupywać, śpiewać, tańcować i co ten największy pęd brać, że jakby sto wżecion, pełnyh rużnobarwnej wełny, wiło się po izbie z turkotem i okręcało tak szybko, że już żadne oko nie rozeznało, gdzie hłop, gdzie kobieta; nic, ino jakby kto tęczę rozsypał i bił w nią wihurą, że grała kolorami, mieniła się i wiła coraz prędzej, wścieklej, zapamiętałej, aż światła hwilami gasły od pędu, noc ogarniała tanecznikuw, a tylko oknami lała się miesięczna poświata rozpieżhłą, świetlistą smugą, iskżyła się wżącym srebrem wskroś ciemności i wskroś wirującej gęstwy ludzkiej, co nadpływała spienioną, rozśpiewaną falą, migotała i kłębiła się w tyh bżaskah jako w sennym widzeniu i pżepadała w ćmie niepżeniknionej, by się znowu wynużyć i zamajaczyć na mgnienie pżed drugą ścianą, na kturej tknięte światłem szkła obrazuw pryskały i mżyły ogniami, i pżewalić się, i stoczyć w noc, że tylko ciężkie dyhanie, tupoty, kżyki rwały się, plątały i huczały głuho w oślepłej izbie.
A ciągnęły się już te tany łańcuhem jednym, bez pżerwy ni pżestanku... bo co muzyka zaczynała żnąć nowego, narud się podnosił z nagła, prostował jak bur i szedł z miejsca pędem takiej mocy jak huragan; tżask hołubcuw rozlegał się jak bicie piorunuw, kżyk ohotny tżąsł całym domem i żucali się w tan z zapamiętaniem, z szaleństwem, jakoby w bużę i buj, na śmierć i życie.
I tańcowali!
...Owe krakowiaki, drygliwe, baraszkujące, ucinaną, bżękliwą nutą i skokliwymi pżyśpiewkami sadzone, jako te pasy nabijane, a pełne śmiehuw i swawoli; pełne weselnej gędźby i bujnej, mocnej, zuhowatej młodości i wraz pełne figluw uciesznyh, pżegonuw i waru krwie młodej kohania pragnącej. Hej!
...Owe mazury, długie kiej miedze, rozłożyste jako te grusze Maćkowe, huczne a szerokie niby te ruwnie nieobjęte, pżyciężkie a stżeliste, tęskliwe a zuhwałe, posuwiste a groźne, godne a zabijackie i nieustępliwe, jako te hłopy, co zwarci w kupę niby w ten bur wyniosły, runęli w tan z pokżykami i mocą taką, że hoćby w stu na tysiące iść, że hoćby świat cały porwać, sprać, stratować, w dżazgi rozbić i na obcasah roznieść, i samym pżepaść, a jeszcze tam i po śmierci tańcować, hołubce bić i ostro, po mazursku pokżykiwać: „da dana!”
...Owe obertasy, krutkie, rwane, zawrotne, wściekłe, oszalałe, zawadiackie a żewliwe, siarczyste a zadumane i żalną nutą pżeplecione, warem krwie ognistej tętniące a dobrości pełne i kohania, jako hmura gradowa z nagła spadające, a pełne głosuw serdecznyh, pełne modryh patżań, wiośnianyh thnień, woniejącyh poszumuw, okwietnyh saduw; jako te pola o wiośnie rozśpiewane, że i łza pżez śmiehy płynie, i serce śpiewa radością, i dusza tęskliwie rwie się za te rozłogi szerokie, za te lasy dalekie, we świat wszystek idzie mażąca i „oj da dana!” pżyśpiewuje.
Takie to tany nieopowiedziane szły za tanami.
Bo tak ano hłopski narud się weseli w pżygodny czas.
Takoż się zabawiali na weselu Jagusinym z Boryną!
Godziny biegły za godzinami i pżepadały niepamiętliwie we wżawie, w kżykah, w radości szumnej, w tanecznym zapamiętaniu, że ani się spostżegli, jako się już pżecierało na wshodzie i pżedświtowe bżaski ściekały z wolna i rozbielały noc. Gwiazdy pobladły, księżyc zaszedł i wiatr wstawał od lasuw i pżeciągał, jakby rozdmuhując żednące ciemności; oknami naglądały kudłate, poskręcane dżewa i coraz niżej hyliły oszroniałe i senne łby, a dom wciąż śpiewał i tańcował!
Jakoby łąki i żniwne pola, i sady rozkwitłe zeszły się na gody i porwane wihurą poszły społem w długi, zawrotny, ognisty korowud!
Wywarli dżwi na rozcież, wywarli okna, a dom buhał wżawą, światłami, dygotał, tżąsł się, tżeszczał, pojękiwał i coraz mocniej hulał, że się już zdawało, jako te dżewa i ludzie, ziemia i gwiazdy, i te płoty, i ten dom stary, i wszystko ujęło się w bary, zwiło w kłąb, splątało, i pijane, oślepłe, na nic niepomne, oszalałe, taczało się od ściany do ściany, z izby do sieni, z sieni na drogę płynęło, z drogi na pola ogromne, na bory, we świat cały wirem tanecznym szło, toczyło się, kołowało i niepżerwanym, migotliwym łańcuhem w bżaskah zuż wshodzącyh pżepadało.
Muzyka to ih więdła, to granie, te piosneczki...
...Basy pohukiwały do taktu i buczały drygający niby bąki, a flet wiudł wtur i pogwizdywał wesoło, świegotał, figle czynił jakby na spżeciw bębenkowi, kturen ucieszny wyskakiwał, bżękadłami wżaskliwość niecił, baraszkował i tżąsł się jako ta żydowska broda na wietże, a skżypice więdły, szły na pżedzie, niby ta najlepsza tanecznica, śpiewały zrazu mocno a gurnie, jakby głosu prubowały, a potem jęły zawodzić szeroko, pżenikliwie, smutnie, kieby rozstajami płacze sieroce kwiliły, aż zakręciły w miejscu i spadły z nagła, nutą krutką, migotliwą, ostrą, jakby sto par tżasnęło hołubcami i sto hłopa zakżykało z pełnej piersi, aż deh zapierało i dreszcz szedł po skuże, i wnet jęły kołować, pośpiewywać, zawracać, drobić, pżeskakiwać a śmiać się i weselić, że ciepło do serca szło i ohota do łbuw biła kiej gożałka... to znowu śpiewały tą nutą ciągliwą, żałosną i płakaniem kiej rosą osutą; tą nutą naszą, kohaną, serdeczną, pijaną mocą wielką i kohaniem, i wiedły w tan ostry, zapamiętały, mazowiecki.
Świt już się stawał coraz jaśniejszy, że światła bladły i izbę zalewał brudny, zmącony mrok, a jeszcze się zabawiali ze wszystkiego serca, a komu mało było poczęstunku, do karczmy po gożałkę słał, kompanił się i na umor pił.
Kto odszedł, to odszedł, kto się zmęczył, odpoczywał, a kturen się opił, na pżyzbie spał abo i w sieniah; drudzy zasie, bażej z nug ścięci, to i pod płotami legali, i gdzie tam padło, a reszta tańcowała do upadłego...
Aż już co tżeźwiejsi zbili się w kupę pży dżwiah, do taktu bili w podłogę i jęli śpiewać:
Ale nikt ih nie słuhał!
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.