Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Jesień, rozdział IX

IX

Zbiegło dni parę od zmuwin Jagusinych.

Deszcze ustały, drogi ociekły i stężały nieco, wody spłynęły, że ino po bruzdah, a gdzieniegdzie i po nizinah a łęgah siwiały się mętne kałuże kiej te oczy zapłakane...

Nadszedł Dzień Zaduszny, szary, bezsłoneczny i martwy, że nawet wiatr nie pżegarniał zeshłymi badylami ni hwiał dżewami, co stały ciężko pohylone nad ziemią...

Bolesna, głuha cisza pżygnietła świat.

A w Lipcach już od rana dzwony biły wolno a bezustannie — i żałosne, rozbolałe dźwięki pojękiwały po omglonyh, pustyh polah; ponurym głosem żałoby wołały w ten dzień smętny, w ten dzień, co wstał blady, spowity w mgły aż do tyh dal zapadłyh, aż do tyh bezkresuw ziemi i nieba, siny, do niezgłębionej topieli podobny.

Od zuż wshodnih, co się jeszcze żażyły blado, kieby ta miedź stygnąca, spod sinyh hmur zaczęły płynąć stada wron i kawek...

Szły wysoko, wysoko, że ledwie okiem rozeznał i ledwie uhem pohwycił tę dziką, żałosną wżawę krakań, podobną do jękuw nocy jesiennyh...

A dzwony biły wciąż.

Ponury hymn rozlewał się ciężko w martwym, ogłuhłym powietżu, opadał na pola jękami, huczał po wsiah i lasah żałością, płynął światem całym, że ludzie i pola, i wsie zdały się już być jednym wielkim sercem, bijącym skargą żałosną...

Ptactwo płynęło wciąż, aż dziw i lęk ogarniał, bo szły coraz niżej i coraz większymi stadami, że niebo pokryło się jakby sadzą rozwianą, a głuhy szum skżydeł i krakań wzmagał się, potężniał i huczał niby buża nadciągająca... Zataczały kręgi nad wsią i jak kupa liści porwana pżez wihurę kołowały nad polami, opadały na lasy, wieszały się na nagih topolah, obsiadły lipy pży kościele, dżewa na cmentażu, sady, kalenice hałup, płoty nawet... aż zestraszone bezustannym biciem dzwonuw zerwały się i czarną hmurą leciały ku borom... a ostry, pżenikliwy szum płynął za nimi.

— Ciężka zima będzie! — muwili ludzie.

— Do lasuw ciągną, ani hybi, śniegi wnet spadną.

I wyhodzili pżed hałupy coraz liczniej, bo nigdy jeszcze nie widziano tyle ptactwa razem — patżano długo, ze smutkiem dziwnym, aż zniknęły w borah. Patżano, wzdyhano ciężko, jaki taki znak kżyża położył na czole w obronie pżed złem, i jęli się pżyodziewać do kościoła i wyhodzić, bo dzwony wciąż jęczały głuho, a z drugih wsi już szli ludzie drogami, majaczyli wskroś mgieł po ścieżkah i drużkah.

Smutek pżejmujący padł na wszystkie dusze; jakaś dziwnie bolesna cihość omotała serca — cihość rozpamiętywań żałośliwyh i wspominek o tyh, co już byli odeszli tam, pod te bżozy zwieszone, pod te czarne, pohylone kżyże...

— Muj ty Jezu kohany! Muj Jezu! — wzdyhali i podnosili szare, jak ta ziemia, tważe i topili oczy beztrwożne w tajemnicy, i szli spokojnie składać ofiary i pacieże za zmarłyh.

Wieś była jakby zatopiona w ciężkiej, żałośliwej ciszy — jeno jękliwe, proszalne śpiewania dziaduw spod kościoła dohodziły czasami.

I u Borynów ciszej było niźli zazwyczaj, hociaż tam, we środku, siedziało piekło pżytajone, gotowe za lada czym wybuhnąć...

Jakże, dzieci wiedziały już o wszystkim.

A wczoraj, w niedzielę, wyszły pierwsze zapowiedzi starego z Jagusią...

W sobotę to jeździli do miasta, gdzie u rejenta zapisał Boryna sześć morguw Jagusi... Wrucił puźno i z tważą podrapaną, bo że był zdziebko napity, to już na wozie hciał był Jagnę brać, ale tyla wziął, co pięścią a pazurami mu dały.

A w domu z nikim nie muwił, hoć i Antek cięgiem nasuwał mu się na oczy, ino zaraz legł spać, jak stał, w butah i kożuhu... aż rano Józia zaczęła mamrotać na niego, że pieżynę błotem pomazał.

— Cihoj, Józia, cihoj! Zdaży się to i niekturemu, co nigdy gożałki nie pije... — powiedział wesoło i zaraz od rana poszedł do Jagny i już tam do puźna pżesiedział, że prużno z obiadem i wieczeżą nań czekali.

I dzisiaj wstał puźno, już dobże po wshodzie, w najlepszą kapotę się pżyodział, buty świąteczne kazał se Witkowi sadłem wysmarować i nowe wiehetki ze słomy pżyciąć — Kuba go wygolił, a on się pasem okręcił, kapelusz nadział i niecierpliwie wyglądał pżez okno na ganek, bo tam Hanka iskała hłopaka, a nie hciał się z nią widzieć, aż i dopatżył, że weszła na hwilę do izby, to się hyłkiem wysunął w opłotki — i tyla go już dnia tego widzieli...

Józka cały dzień popłakiwała i tłukła się po izbie, jak ten ptak zamknięty! Antek zaś gożał w mękah coraz boleśniejszyh i sroższyh — ani jadł, ni spał, ni mugł się zająć czymkolwiek; był ogłuszony jeszcze, niepżytomny zgoła i nie wiedzący, co się z nim dzieje. Tważ mu poczerniała, że tylko oczy uczyniły się jeszcze większe i płonęły szklisto, jakby łzami skamieniałymi — zęby zacinał, żeby nie kżyczeć w głos i nie wyklinać, a hodził wciąż po izbie, to po obejściu, to w opłotki szedł lub na drogę i powracał, padał w ganku na ławę i siedział godzinami, zapatżony pżed się i utopiony w bulu, co w nim rusł jeszcze i potężniał.

Dom ogłuhł, ino płakania w nim się rozlegały, jęki a westhnienia, kieby po pogżebie czyim. Dżwi stały wywarte na rozcież do obur i hlewuw, że inwentaż łaził po sadzie i zaglądał w okna, a nie miał go kto nagnać z powrotem, tyle co stary Łapa naszczekiwał i zaganiał, ale na darmo, bo nie uradził.

W stajni na werku Kuba czyścił stżelbę, a Witek z podziwem nabożnym pżyglądał się temu i wyzierał okienkiem, żeby ih kto nie zeszedł.

— Huknęło, że Jezus! Myślałem, że to dziedzic abo borowy stżelają...

— Hale... juści... dawnom nie stżelał, tęgom nabił i gruhnęło kiej z harmaty...

— Toście zaraz z wieczora poszli?...

— Tak, poszedłem na dworskie, pod las, bo tam na oziminę lubią kozy wyhodzić... Ćma była, tom siedział długo... aż tu na świtaniu rogacz idzie... Pżyczaiłem się tak, że ino z pięć krokuw był ode mnie... nie stżeliłem, bo okrutny był, kiej wuł... to myślę... nie uredzę... Puściłem go... a w jaki pacież abo dwa... łanie wyszły... Wybrałem se najlepszą... inom pżyłożył, jak nie huknie! Tęgom nabił, ba, aże mi ramię spuhnęło, tak dostałem pżykładem... ale się zwaliła... ino kopała nogami... jeszcze by nie... z puł garści siekańca dostała w bok... a beczała juha... ażem się bojał, by nie posłyszał borowy, i dożnąć musiałem...

— W lesie ostała, co? — pytał hłopak rozgorączkowany opowieścią.

— Gdzie ostała, to ostała, nic ci do tego, a powiedz komu hoć słowo, to obaczysz, co ci zrobię...

— Kiej pżykazujecie, to i nie powiem, a Józi to można?

— Hale, cała wieś by zaraz wiedziała. Naści dziesiątkę, kup se co...

— Nie powiem i tak, ino mnie weźcie kiedy ze sobą, moi złoci, moi...

— Śniadanie! — kżyczała spżed domu Józka.

— Ino ciho być, wezmę cię, wezmę!

— I dacie mi hoć ten raziczek stżelnąć, dacie? Co? — błagał.

— Ale... proh to myśli, głupi, że darmo dają...

— Mam pieniądze, Kuba, mam, jeszcze w jarmarek dali mi gospodaż dwa złote, co je howam na wypominki, to...

— Dobże, dobże, nauczę cię — szepnął i pogładził hłopaka po głowie... bo go tak ujął za serce tym skamleniem.

A w parę pacieży po śniadaniu już obaj szli do kościoła. Kuba kusztykał raźno, a Witek ostawał się nieco, bo mu markotno było, że to nie miał butuw, ino boso szedł.

— A czy to można do zakrystii boso, co? — pytał ciho.

— Głupiś! Pan Jezus ci ta na buty czyje zważa, a nie na pacieże...

— Pewnie że tak, ino w butah to zawżdy pżystojniej... — szeptał smutniej.

— Kupisz ty sobie jeszcze buty, kupisz...

— A kupię, Kuba, kupię. Nieh ino podrosnę na parobka, to zaraz pojadę do Warszawy i zgodzę się do koni... a w mieście to już wszystkie hodzą w butah, prawda, Kuba?

— Prawda, prawda! — baczysz to jeszcze?

— I jak! Pięć rokuw miałem, kiej mę Kozłowa pżywieźli, to i baczę dobże... juści... ziąb był... piehtyśmy szli do maszyny... baczę... a tu tyla jażącego światła... że jeszcze mę w oczah ćmi... baczę... a dom kiele domu i takie wielgahne niczym kościuł...

— Bajesz! — żucił wzgardliwie.

— Baczę dobże, Kuba... pżeciem i dahuw nie dojżał... a tyla powozuw... okna do samej ziemi... juści... całe ściany widzi mi się ze szyb... i takie cięgiem dzwonienie...

— Kościołuw tyla, to i nie dziwota!

— Pewnie, bo skądże by dzwonienia były?

Zmilkli, bo już weszli na cmentaż i jęli się pżepyhać pżez gęsty tłum, co był zaległ dookoła kościoła, że to we środku pomieścić się nie mogli.

Dziady uczyniły ulicę od głuwnyh dżwi aż hen na drogę, a każden na swuj sposub się wydzierał, a kżyczał, a modlił w głos i dopraszał wspomożenia, a jak niektuży to i na skżypkah pogrywali, i pieśnie wyciągali jękliwymi głosami, a drugie na piszczałkah libo i harmonikah, że wżask się rozlegał, aż w uszah wierciło...

W zakrystii też było narodu gęsto, aż żebra tżeszczały pży stole, gdzie organista pżyjmował na wypominki, a pży drugim syn jego, Jaś, ten, co to był we szkołah.

Kuba docisnął się pżudzi i niemałą litanię imion podał organiście, kturen zapisywał i brał za każdą duszę po sześć groszy albo i po tży jajka, jeśli kto nie miał gotowyh pieniędzy.

Witek ostał nieco w tyle, że go to po bosyh nogah srodze deptali, ale się phał, jak mugł, hoć ta i niejeden burknął, że to się to pod łokcie ciśnie a starszym zastąpia, pieniądze w garści ściskał — dopiero kiej go dophnęli do stołu, wprost organisty, zapomniał języka w gębie... Jakże, gospodaże sami, a gospodynie ino, cała wieś prawie, bo i młynażowa w kapeluszu kiej dziedziczka, i kowalowie, i wujt ze swoją... a wszyscy patżą w niego... to nasłuhują... pżypominają sobie w głos dusze rużne... i po dziesięć... i po dwadzieścia imion podają... za całą familię... za ojcuw, dziaduw i pradziaduw... A on co?... Wie to, kto jego mać? Kto ojciec?... Wie?... Ma to dać za kogo?... Jezu muj! Jezusiczku... to ino gębę szeroko otwożył i te oczy modre i stojał nieruhawy jako ten głupi i serce mu się skurczyło z bolenia, że ledwie zipał, ledwie mugł złapać tego dehu... i tak mu się ckno zrobiło w dołku, jakby już miał ostatnią parę puścić... ale nie dostojał tak, bo go odephnęli w kąt, pod kropielnicę, to się ino wsparł głowiną o oną misę cynową, żeby nie paść, a łzy to mu jak te paciorki suły się z oczuw... jak te rużańce żałosne... i prużno je hciał powstżymać... daremnie... i tak się tżąsł w sobie, tak dygotał każdą kosteczką, że ani zębuw zewżeć nie mugł, ani ustoić prosto; pżysiadł w kącie na podłodze, od oczuw ludzkih, i płakał żewnymi, sierocymi łzami...

— Matulu! Matulu! — skamlało w nim cosik i oździerało mu duszę do dna. A pomiarkować nie mugł ni rozeznać, czemu to wszyscy ojcuw mają, matki mają, a on jeden sierota, on jeden tylko, on jeden...

— Jezu muj, Jezu!... — hlipał i zanosił się jako ten ptaszek duszony w sidłah, dopiero Kuba go odnalazł i zawołał:

— Witek, dałeś to już na wypominki?

— Nie — odżekł, porwał się z nagła, wytarł oczy i z mocą jął iść do stołu... tak, i on poda imiona... co ta mają wiedzieć, że nie ma nikogo... po co... sierota, to la siebie... a znajda, to znajda... Zadzierżysto powiudł oczami i pewnym głosem podał imiona: Józefy, Marianny i Antoniego, te, co mu pierwsze pżyszły na pamięć...

Zapłacił, wziął resztę i poszedł z Kubą na kościuł pomodlić się i wysłuhać, jak ksiądz wypomni jego dusze...

Na środku kościoła stał katafalk z trumną na wieżhu obstawioną jażącymi światłami, a ksiądz z ambony wypominał nieskończone litanie imion — a co pżerwał, odpowiadał mu głośny pacież, muwiony pżez wszystkih za te zmarłe w czyścu ostające.

Witek pżyklęknął pży Kubie, kturen wyciągnął z zanadża koronkę i jął odmawiać wszystkie Zdrowaś i Wierzę, jakie ksiądz nakazywał; zmuwił i on pacież jeden i drugi, ale zmożyły go w końcu monotonne głosy modlitw, ciepło i wyczerpanie płaczem, to się ździebko wsparł o biedro Kuby i zasnął...

 


 

Po południu, na nieszpory, jakie się odprawiały raz w rok w cmentarnej kaplicy, pociągnęli wszyscy od Boryny.

Szli Antkowie z dziećmi, szli kowalowie, szła Józka z Jagustynką, a na końcu kusztykał Kuba z Witkiem — byh już tyh świątkuw zażyć do cna.

Dzień już pżywierał szare, zmęczone powieki, gasnął i zapadał z wolna w pżerażające, smutne topiele zmrokuw; wiatr się poruszył i pżeciągał po polah z jękiem, tłukł się między dżewinami a wionął surowym, pżegniłym them jesieni.

Ciho było, tą dziwnie posępną cihością Zaduszek; tłumy szły drogą w surowym milczeniu, ino tupot nug się rozlegał głuho, ino te dżewa pżydrożne hwiały się niespokojnie i cihy a bolesny szum gałęzi drżał nad głowami, ino te grania i śpiewy proszalne dziaduw łkały w powietżu i opadały bez eha...

Pżed wrutniami, a nawet i wśrud mogił, pod murem, stały żędy beczek soluwek, a obok nih rozkładały się gromady dziaduw.

A narud płynął całą drogą pod topolami ku cmentażowi; w mroku, co był już pżytżąsł świat jakby popiołem szarym, błyskały światła świeczek, jakie mieli niektuży, i hwiały się żułte płomyki lampek maślanyh, a każdy, nim wszedł na cmentaż, wyciągał z tobołka hleb, to ser, to ździebko słoniny albo kiełbasy, to motek pżędzy lub tę pżygarść lnu wyczesanego, to gżybuw wianek, i składali to wszystko pobożnie w beczki — a były one księże, były organistowe i Jambrożego, a reszta dziadowskie, a kturen w nie nie kładł, to grosz jaki wciskał w wyciągnięte ręce dziadowskie... i szeptał imiona zmarłyh, za kture prosił o pacież...

Hur modłuw, śpiewuw, imion wypominanyh jękliwym rytmem wznosił się wciąż nad wrutniami, a ludzie pżehodzili — szli dalej, rozpraszali się wśrud mogił, iż wnet, niby robaczki świętojańskie, jęły jaśnieć i migotać światełka wskroś mrokuw i gąszczuw dżew, i traw zeshniętyh.

Głuhy, pżyciszony trwożnie szept pacieży drgał w pżyziemnej ciszy; czasem szloh bolesny zerwał się z mogił; czasem lament żałosny wił się w rozdzierającyh skrętah wśrud kżyżuw; to jakiś nagły, krutki, nabżmiały rozpaczą kżyk jak piorun rozdzierał powietże albo cihe płacze dziecięce — sieroce płacze kwiliły w omroczonyh gąszczah niby pisklęta...

A hwilami opadało na cmentaż głuhe i ciężkie milczenie, że ino dżewa szumiały posępnie, a eha płakań ludzkih, skarg, kżykuw bolesnyh, żałości biły ku niebu, w świat cały szły...

Ludzie snuli się wśrud mogił ciho, szeptali lękliwie i trwożnie poglądali w dal omroczoną, niezgłębioną...

— Każdy umiera! — wzdyhali ciężko z kamienną rezygnacją i wlekli się dalej, pżysiadali pży grobah ojcuw, muwili pacieże, to siedzieli cisi, zadumani, głusi na życie, głusi na śmierć, głusi na bul — jak te dżewa, i jak te dżewa kolebały się im dusze w sennym poczuciu trwogi...

— Jezus muj! Panie miłosierny, Mario! — rwało się im z dusz umęczonyh zamętem i podnosili tważe zakżepłe i wyczerpane jak ta ziemia święta, a oczy szare niby te kałuże, co się jeszcze siwiły w mrokah, wieszali u kżyżuw i ruhami tyh dżew rozhwianyh sennie osuwali się na kolana; do stup Chrystusa żucali serca strwożone i wybuhali świętym płaczem oddania się i rezygnacji.

Kuba z Witkiem hodzili razem z drugimi, a gdy już do cna pociemniało, Kuba powlukł się w głąb, na stary cmentaż.

A tam na zapadniętyh grobah ciho było, pusto i mroczno — tam leżeli zapomniani, o kturyh i pamięć umarła dawno — jako i te dnie ih, i czasy, i wszystko; tam jeno ptaki jakieś kżyczały złowrogo i smutnie szeleściła gęstwa, a gdzieniegdzie sterczał kżyż spruhniały — tam leżały pokotem rody całe, wsie całe, pokolenia całe — tam się już nikt nie modlił, nie płakał, lampek nie palił... wiatr jeno huczał w gałęziah a rwał liście ostatnie i żucał je w noc na zatracenie ostatnie... tam jeno głosy jakieś, co nie były głosami, cienie, co nie były cieniami, tłukły się o nagie dżewa kiej te ptaki oślepłe i jakby skamlały o zmiłowanie...

Kuba wyjął z zanadża parę oszczędzonyh skibek hleba, rwał je w glonki, pżyklękał i rozżucał po mogiłah.

— Pożyw się, duszo kżeścijańska, co cię wypominam w wieczornym czasie, pożyw się, pokutnico człowiecza, pożyw się! — szeptał z pżejęciem.

— Wezną to? — pytał ciho Witek zatrwożonym głosem.

— Pżecieh! Ksiądz żywić nie da!... w beczki drugie kładą, ale tym biedotom nic z tego... Księdzowe albo i dziadoskie świnie mają wyżerkę... a dusze pokutujące głud cierpią...

— Pżyjdą to?...

— Nie buj się... Wszystkie te, co czyścowe męki cierpią... wszystkie. Pan Jezus odpuszcza je na ten dzień na ziemię, żeby swoih nawiedziły...

— Żeby swoih nawiedziły! — powtużył z drżeniem Witek.

— Nie bojaj się, głupi, zły dzisiaj nie ma pżystępu, wypominki ano odganiają go, i te pacieże, i te światła... A i Pan Jezus sam hodzi se dzisiaj po świecie i liczy, gospodaż kohany, co mu ta jeszcze dusz ostało, aż se wybieże wszystkie, wybieże... Dobże baczę, jak matula muwili, a i stare ludzie pżytwierdzają...

— Pan Jezus se hodzi dzisiaj po świecie! — szeptał Witek i oglądał się bacznie...

— Ale, zobaczysz ta... to ino święte widzą abo i zasie pokżywdzone najbażej...

— Patżcie no, a tam się świeci i ludzie jakieś są — zawołał Witek ze strahem wskazując na szereg mogił pod samym płotem...

— To leżą ci, co ih to w boru pobili... juści... i moje pany tam leżą... i matka moja... juści...

Pżedarli się pżez gąszcz i pżyklęknęli u mogił zapadłyh i tak rozwianyh, że ledwie ślad ino został; ani kżyże ih znaczyły, ni dżewa jakie ocieniały, nic, jeno ten piah szczery, parę zeshłyh badyli dziewanny i cisza, zapomnienie, śmierć...

Jambroży z Jagustynką i Kłąb stary klęczeli pży tyh grobah umarłyh; dwie lampki tliły się wciśnięte w piasek, wiatr zawiewał i kołysał światłami, i rwał słowa pacieży, i niusł je w noc czarną...

— Juści... matula moja tam leżą... baczę... — szeptał Kuba ciho, więcej do siebie niźli do Witka, kturen pżykucnął pży nim, bo ziąb go pżejmował na wskroś.

— A zwali ją Magdaleną... Ociec gront swuj mieli, ale służyli we dwoże za furmana... w ogiery ino jeździli ze starszym panem... a potem pomarli... gront stryje wzieni... a ja pańskie prosiaki pasałem... Juści, Magdalena było matce, a ojcu Pieter i na pżezwisko Socha, jako i mnie jest — A potem dziedzic do koni mnie wziął, bym w ogiery po ojcu jeździł... to ino na polowania we świat, do drugih panuw jeździlim cięgiem... stżylałem i ja niezgożej... że młodszy dziedzic stżelbę mi dali... a matka ino ze starszą panią siedziała we dwoże... Dobże baczę... i kiej wszystkie szły... wzieni i mnie... Bez cały rok byłem... a co kazali, robiłem... juści, nie jednego burka zakatrupiłem... nie dwuh... a młodszy dziedzic dostał we flaki... wątpia mu wypłynęły... Pan muj pżecie... dobry człowiek... na bary wziąłem i wyniesłem... a potem do ciepłyh krajuw pojehał, i mnie kazał starszemu panu listy nieść... poszedłem... juści, że sterany byłem kiej ten pies... kulas mi pżestżelili, zagoić się nie hciał, że to cięgiem ino na dwoże, pod gołym niebem... a śniegi były po pas i mrozy siarczyste... baczę... juści... pżywlekłem się nocą... szukam... Jezus, Mario! Jakby mnie kto kłonicą pżez ciemię zdzielił!... Dworu nie ma, gumien nie ma... płotuw nawet nie ostało... do cna wszystko spalone... a stary pan i pani starsza, i matula moja... i ta Józefka, co za pokojuwkę była... pobite leżą na śmierć w ogrodzie!... Jezu! Jezu! baczę wszystko... juści... Mario! — jęczał ciho i łzy jak groh sypały mu się tak gęsto po tważy, że i już nie obcierał... pojękiwał ino z żałości i utęsknienia, bo jak żywe tak mu to wszystko stanęło pżed oczami, a Witek spał se, bo strudzona była biedota płakaniem...

Noc była coraz głębsza, wiatr mocniej targał dżewami, że długie warkocze bżuz zamiatały po mogiłah, a białe ih pnie, niby w gzła śmiertelne pżyodziane, majaczyły w mrokah... Ludzie się rozhodzili... światła gasły... śpiewy dziaduw umilkły... milczenie uroczyste a pełne dziwnyh szelestuw i głosuw pżejmującyh zapanowało wśrud mogił... Cmentaż jakby się napełniał cieniami... tłumem widm... gąszczem mrocznyh zarysuw... gędźbą rozjęczonyh a cihyh głosuw... oceanem dziwnyh drgań, ruhem ciemności... błyskami trwogi, niemym łkaniem... tajemnicą pełną pżerażenia i zamętu — aż stado wron zerwało się z kaplicy i z kżykiem uciekały na pola, a psy w całyh Lipcach poczęły wyć długo, rozpaczliwie, żałośnie...

Wieś była ciha mimo święta, drogi były puste, karczma zamknięta, a gdzieniegdzie tylko pżez małe zapocone szybki błyskały światełka i płynęły cihe śpiewy pobożnyh i głośne modlitwy odmawiane za zmarłyh...

Z trwogą wysuwano się pżed domy, z trwogą nasłuhiwano szumuw dżew, z trwogą patżano w okna, czy nie stoją, nie jawią się ci, co w dniu tym błądzą, pżygnani tęsknotą i wolą Bożą... czy nie jęczą pokutniczo na rozstajah... czy nie zaglądają pżez szyby żałośnie?...

A gdzieniegdzie, starym zwyczajem świętym, gospodynie wystawiały na pżyzby resztki wieczeży, żegnały się pobożnie i szeptały...

— Naści, pożyw się, duszo kżeścijańska, w czyścu ostająca...

Wśrud ciszy, smętku, rozpamiętywań, lęku płynął ten wieczur Zaduszek...

W izbie u Antków siedział Roch, ten ci wędrownik z Ziemi Świętej, i czytał a powiadał pobożne i święte historie.

Ludzi było dość, bo i Jambroży z Jagustynką i Kłębem pżyszli, i Kuba z Witkiem, i Józia z Nastusią; nie było tylko starego Boryny, kturen do puźna w noc siedział u Jagusi.

Ciho było w izbie, że ino ten świerszcz za kominem skżypiał, a tżaskały suhe karpy na ogniu.

Siedzieli wszyscy na ławah pżed kominem, ino Antek pod oknem.

A Roch pżegarniał raz wraz kijaszkiem wągielki i cihym głosem muwił:

...Niestraszno umierać, nie, bo —

„Jako ci ptaszkowie, co pod zimę do ciepłyh krajuw ciągną, tak ci duszyczka strudzona do Jezusa podąża...

Jako te dżewiny, w nagości stojące o zwieśnie, Pan pżyodziewa w listki zielone a kwiatuszki pahnące, tak ci, duszo człowiecza, do Jezusa iść po radość, po wesele, po zwiesnę i ono pżyobleczenie wieczne...

Jako tę ziemię rodzącą a strudzoną ogarnia słońce — tak ci Pan pżyhołubi duszyczkę każdą, że nic jej zimy, nic jej bolenie, nic jej śmierć.

Hej! Bo ino płakanie jest na tej ziemice, jeno żałość a turbacja!

I złość jako te osty się pleni, i w bory urasta!

A wszystko prużne jest i daremne — jako to pruhno, jako te pępuszki, co je na wodzie wiater wydyma, a drugi je zasię precz żenie.”

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)