Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Jesień, rozdział VIII

VIII

Nazajutż gruhnęła po Lipcach wieść o Borynowych z Jagną zmuwinah.

Wujt był dziewosłębem — więc wujtowa, że mąż srogo pżykazywał pary z gęby nie puszczać pżudzi, nim powruci, dopiero na odwieczeżu pobiegła do sąsiadki, żekomo soli pożyczyć, i już na odhodnym nie wytżymała, ino wzięła kumę na bok i szepnęła:

— Wiecie to, Boryna posłał z wudką do Jagny! Ino nie muwcie, bo muj tak pżykazywał.

— Nie może być! Gdziebym ta z ozorem po wsi latała! Pleciuh to jestem czy co?... Taki dziad i za tżecią kobietę się bieże! Co to dzieci na to powiedzą! O świecie, świecie! — jęknęła ze zgrozą.

A skoro wujtowa wyszła, pżyodziała się w zapaskę i hyłkiem pżez sad wpadła do Kłębów, co w podle siedzieli, pożyczyć szczotki paczesnej, że jej była się gdziesik zapodziała.

— Słyszeliście? Boryna żeni się z Jagną Dominikówną! Dopiero co szły do niej z wudką.

— Nie! — cudeńka prawicie! Jakże by to, dzieci dorosłe i sam już w latah!

— Juści, że niemłody, ale mu nie odmuwią... nie, gospodaż taki, bogacz!

— Albo i ta Jagna! Widzieliście, moi ludzie! To się łahała z tym i owym... a teraz gospodynią pierwszą będzie! Jest to na świecie sprawiedliwość? Co?... A tyla dzieuh siedzi... hoćby i te siostżyne...

— A moje po bracie! A Koprzywianki! A Nastusia! A drugie! To nie gospodarskie? Nie śwarne? Nie poczciwe? Co?...

— Będzie się ona dopiero nadymała! I tak kiej ten paw hodzi a głowy zadziera.

— Bez obrazy boskiej się też obyć nie obędzie — kowal ni drugie dzieci nie darują swojego macosze, nie!

— Hale, poredzą to co? Gront starego, to i wola jego.

— Juści, że po prawie jego, ale po sprawiedliwości i dzieciński też.

— Moiściewy, sprawiedliwość ma zawżdy ten, kogo stać na nią...

Nawyżekały, nażaliły się na świat i jego sprawy i rozeszły się, a z nimi rozlała się ta wieść po wsi całej.

Że roboty było niewiela i niepilne, a ludzie siedzieli po hałupah, bo drogi były do cna rozmiękły, to pogważano o tyh zmuwinah po hałupah wszystkih. Wieś całą ogarnęła ciekawość, na czym się to skończy; spodziewali się z gury, że nastąpią bitki a procesowanie, a historie rużne. Jakże, znali Borynową gwałtowność, że jak się zaweźmie, to i dobrodziejowi nie ustąpi, a i Antkową hardość też znali.

Nawet ludzie spędzeni do szarwarku, na rozerwaną groblę za młynem, popżystawali i jęli o tym zdażeniu poredzać.

Pżeżekł coś niecoś jeden, pżeżekł i drugi, aż w końcu stary Kłąb, że to mądry hłop był i poważany, powiedział surowo:

— Z tego padnie złe na wieś całą, baczcie ino.

— Antek nie ustąpi, jakże? Nowa gęba do miski — żekł kturyś.

— Głupiś, u Boryny starczyłoby i la pięciu — o działy pujdzie.

— Bez zapisu się tam nie obejdzie.

— Dominikowa nie głupia, już ona wszystkih wyryhtuje.

— Matką jest, to jej psie prawo o dziecko stoić — żucił Kłąb.

— W kościele pżesiaduje, a hytra na grosz kiej ten Żyd.

— Nie powiedaj leda co na ludzi, żeby ci ozur nie odjęło.

I tak całe popołudnie zajmowała się wieś zmuwinami, co i nie dziw, bo Borynowie byli rodowi, staży gospodaże, a Maciej, hociaż użędu nijakiego nie sprawował, a gromadzie pżewodził. Jakże, na odwiecznyh kmiecyh rolah siedział, z dziada pradziada we wsi był, rozum miał, bogactwo miał — że hcąc nie hcąc, a słuhali i uważali go wszyscy.

Jeno nikt z dzieci, ni kowal nawet, o zmuwinah nie wiedział, bali się do nih z nowiną bieżyć, byh w pierwszej złości czego nie oberwać.

Więc też w hałupie Borynów ciho było jeszcze, ciszej dzisiaj niźli zazwyczaj — deszcz był pżestał padać i od rana pżecierało się na niebie, to zaraz po śniadaniu Antek z Kubą i z kobietami pojehali do lasu zbierać susz na opał i prubować, czyby się nie dało kolek ugrabić.

Stary pozostał w domu.

A już od samego rana był dziwnie pżykry, dziwnie zeźlony, że ino szukał okazji, na kogo by wywżeć niepokuj i złość, jakie go roztżęsały; Witka sprał, bo pod krowy słomy nie pżyżucił i leżały do puł bokuw w gnoju, z Antkiem się pokłucił; Hankę wykżyczał za hłopaka, kturen wybałykował pżed dom i utytłał się w błocie; nawet na Józkę powstał, że się długo guzdrała... a konie czekały na nią.

A gdy wreszcie pozostał sam, z Jagustynką ino, ktura była ostała z wczoraj, żeby doglądnąć inwentaża, to już całkiem nie wiedział, co robić ze sobą. Pżypominał sobie cięgiem, co mu Jambroż prawił o pżyjęciu pżez Dominikową, co żekła Jagna, a mimo to dufności w siebie nie miał i dziadowi wieżyć nie bardzo wieżył, że to mugł za ten kieliszek ocyganić ino. To łaził po izbie, oknem na pustą drogę wyglądał abo zgoła i z ganku na Jagusiną hałupę niespokojnie spozierał — a zmieżhu wyczekiwał kiej zmiłowania...

Sto razy hciało mu się bieżyć do wujta i pognać, by poszli prędzej — ale ostał w domu, bo go powstżymywały oczy Jagustynki, co za nim hodziły cięgiem; oczy zmrużone, a świecące urągliwością i naśmiehliwe...

— Czarownica juha, wierci ślepiami kiej świderkiem! — myślał.

A Jagustynka łaziła po hałupie i obejściu z pżąślicą pod pahą i naglądała — pżędła, aż wżeciono turkotało w powietżu, nawijała nić i szła dalej, do gęsi, do świń, do obory, a Łapa włuczył się za nią senny i ociężały — nie odzywała się do starego, hoć dobże wiedziała, co go tak rozbiera i markoci, co nim tak żuca, że aż wziął się do zabijania kołuw pod ścianą do ogacenia.

Pżystawała ino pży nim raz wraz, aż w końcu żekła:

— Nie idzie wama dzisiaj robota.

— A nie idzie, psiahmać, nie idzie.

— Sodoma tutaj będzie, muj Jezu! Sodoma! — myślała odhodząc. — Dobże stary robi, że się żeni, dobże! A to by mu dały taki wycug dzieci jak mnie! Całe dziesięć morguw pola jak złoto dałam, i co?... — splunęła ze złością. — Na wyrobki hodzę, na komornicę zeszłam!...

A stary, że to już wydzierżeć nie mugł, gruhnął siekierę o ziemię i kżyknął:

— Na psa taka robota!

— Gryzie was coś na wnątżu.

— A gryzie, gryzie...

Jagustynka pżysiadła na pżyzbie, wyciągnęła długą nić, zwinęła na wżeciono i ciho, trohę z obawą żekła:

— Pżecieh nie macie się z czego markocić ni turbować.

— Wiecie to?

— Nie bujcie się, Dominikowa mądra, a Jagna też pomyślenie ma.

— Żekliście! — zawołał radośnie i pżysiadł w podle.

— Jakże, mam oczy.

Milczeli długo pżetżymując się wzajemnie.

— Na wesele mnie zaproście, to wam takiego „Hmiela” zaśpiewam, że ryhtyk w dziewięć miesięcy hżciny wyprawicie... — zaczęła ironicznie, ale widząc, że stary się shmużył, dożuciła innym tonem:

— Dobże robicie, Macieju, dobże. Jak muj pomerł, żebym była sobie poszukała hłopa, to nie komornicą bym dzisiaj była, nie... Głupia byłam, zawieżyłam dzieciom, na wycug poszłam, gront odpisałam, i co?...

— Ja ta nie odpiszę ni zagona! — żekł twardo.

— Macie wy rozum, że tak muwicie, macie! Po sądah się włuczyłam, to ino te parę złotyh, com miała — poszły, a sprawiedliwości nie kupiłam... i na starość na poniewierkę, na wyrobek! Żebyśta, ścierwy, pode płotem wyzdyhały za moje ukżywdzenie! Poszłam do nih w niedzielę, żeby hocia popatżeć na hałupę, na ten sad, com go ano sama szczepiła, to synowa wywarła na mnie pysk, że na pżeśpiegi pżyhodzę! Muj ty Jezu kohany! Ja na pżeśpiegi, na swuj rodzony gront pżyhodzę! Myślałam, że trupem padnę, tak mnie żałość ścisnęła! Poszłam do dobrodzieja, żeby ih hociaż za to skarcił z ambony, to mi żekł, że za te kżywdy Pan Jezus mnie wynagrodzi!... Juści, juści... jak kto nic nie ma, dobra mu i Jezusowa łaska, dobra... ale zawdy wolałabym ja pogospodażyć tu na groncie, w ciepłej izbie pod pieżyną się pżespać, tłusto se podjeść i uciehy zażyć...

I jęła z taką gorącością wygadywać na wszystko, że Boryna powstał i poszedł na wieś do wujta, jako że i mroczeć poczynało.

— Ryhło idzieta, co?

— W te minuty, zarno Szymon pżyjdą.

Jakoż i pżyszedł, i poszli już razem do karczmy, aby się napić jaki kieliszek i wziąć araku na poczęstunek. Jambroży już tam był i wnet pżystał do nih, ale niedługo pili, bo Maciej ih popędzał.

— Poczekam na was tutaj; odpiją, to zabieżcie kobiety i pżyhodźcie duhem — zawołał za nimi.

Szli mocno środkiem drogi, aż błoto się otwierało; mrok gęstniał i pokrywał świat szarym, smutnym pżędziwem, w kturym wieś cała zapadała, tylko gdzieniegdzie poczęły z mrokuw wybłyskiwać światła hat i psy naszczekiwały w opłotkah, jak zwyczajnie pżed kolacją.

— Kumotże? — ozwał się po hwili wujt.

— He?

— Widzi mi się, że Boryna wyprawi sielne weselisko.

— Wyprawi abo i nie wyprawi! — odżekł zgryźliwie, że to mruk był.

— Wyprawi! Wujt wama to muwi, to wieżcie. Ja już w tym. Wyryhtujemy taką z nih parę, że jaż ha!

— Ino klacz poniesie, bo ogier, widzi mi się, ma konopie w ogonie!

— Nie nasza to żecz.

— Hale... dzieci nas wyklinać będą...

— Będzie galanto, ja, wujt, to wama muwię.

Weszli zaraz do hałupy Dominikowej.

W izbie było widno, zamieciono, czysto — spodziewali się ih pżecie.

Dziewosłęby pohwalili Boga, pżywitali się kolejno ze wszystkimi, bo i hłopaki siedzieli w izbie, usiedli na pżysuniętyh do komina stołkah i jęli pogadywać to o tym, to o owym.

— A to ziąb, jakby już na mruz szło — zaczął wujt ogżewając ręce.

— Pżecieh nie na zwiesnę idzie, to i nie dziwota!

— Zwieźliście już kapustę, co?

— I... ostało tam na kapuśnisku ździebko, ale teraz nie dojedzie — odpowiadała stara spokojnie i hodziła oczami za Jagną, ktura pod oknem motała na motowidło pżędzę w parniki, a była dzisiaj tak urodna, że wujt, hłop młody jeszcze, spoglądał na nią łakomymi oczami — ale w końcu zaczął:

— Że to pluha, błocko i ćma, tośwa z Szymonem wstąpili do was po drodze; pżyjęliście nas godnie, ugościli dobrym słowem, to heba co stargujemy u was, matko...

— I we świecie coś niecoś stargować można, ino poszukać tża...

— Prawdęście żekli, matko, jeno nic nam po szukaniu, bo u was widzi się nam najlepiej.

— Targujcie — zawołała wesoło.

— Jałowicę byśmy na ten pżykład zatargowali.

— Ho, ho! Drogo stoi; nie na byle jakim postronku ją powiedzie!

— Ze śrebła poświęcanego mamy powruzek, a z takiego to hoćby i smok, a nie zerwie się... No, wiela, matko? — i jął wyciągać butelkę z kieszeni...

— Wiela? Niełacno to żec! Młudka, a na dziewiętnastą zwiesnę jej idzie, dobra i robotna, że mogłaby jeszcze rokuw parę postać u matki...

— Płone to stanie — bo bez pżyhuwku, płone...

— La drugiej to i pży matce o to nietrudno! — szepnął Szymon. Wujt się roześmiał głośno, a stara błysnęła ino oczami i żekła prędko:

— Szukajcie drugiej, moja może poczekać.

— Juści, że może, ale my nie znajdziemy urodniejszej i u lepszej maci!

— Żekliście!...

— Ja, wujt, to wama muwię, to wieżcie... — Wyciągnął kieliszek, wytarł go połą kapoty, nalał w niego araku i żekł poważnie: — Słuhajcie, Dominikowa, pilnie, co wama powiem; użędnik jestem i moje słowo to nie ten ptaszek, co se pisknie, fiuknie i tylaś go już widział! Szymon, też wiadomo, kto jest — nie obieżyświat żaden, ino gospodaż, ociec dzieciom i sołtys!... Miarkujcie se ino, jakie figury do was pżyszły i z czym, miarkujcie!

— Dyć wiem, Pietrze, i uważam.

— Mądraście kobieta, to i to wiecie, że prędzej czy puźniej, a Jaguś z domu iść musi na swoje, tak już Pan Jezus postanowił, że ojce dzieci howają la świata, nie la siebie.

— Oj prawda, prawda, ty matko

Cackaj, czesz, stżeż 
I jeszcze dopłać komu — 
Żeby wziął z domu... 
 

— Tak już na świecie jest, to i nie zmieni. Hyba kapkę pżepijemy, matko?

— A bo ja wiem?... Niewolić jej nie będę, cuż, Jaguś, odpijesz?...

— I... ja ta wiem... — pisknęła odwracając do okna zaczerwienioną tważ.

— Posłuszna! Pokorne cielę dwie matki ssie... — dożucił Szymon poważnie.

— W wasze ręce, matko!

— Pijcie z Bogiem, aleście jeszcze nie żekli, kto taki? — powiedziała, że to nieobyczajnie wiedzieć napżud, nie od dziewosłębuw.

— Kto? A sam ci Boryna! — wykżyknął pżehylając kieliszek.

— Stary! Wdowiec! — wykżyknęła niby z zawodem.

— Stary! Nie obrażajcie Pana Boga! Stary, a sąd miał jeszcze niedawno o dziecko!

— Prawda, ino że to nie jego było.

— Jakże, gospodaż taki i zadawałby się z pierwszą lepszą! Pijcie, matko...

— Wypić bym wypiła, ino że to wdowiec, a staremu prędzej z bżega do Abramka na piwo, to potem co?... Dzieci macohę wyżeną i...

— Muwili Maciej, coby bez zapisu nie było... — mruknął Szymon.

— Pżed ślubem hyba!

Dziewosłęby zmilkli, dopiero po hwili wujt nalał nowy kieliszek i zwrucił się z nim do Jagny.

— Napij się, Jaguś, napij! Hłopa ci raimy kiej dąb, panią se będziesz i gospodynią na wieś całą, no, w twoje ręce, Jaguś, nie wstydaj się...

Wahała się, czerwieniła, odwracała do ściany, ale w końcu, pżysłoniwszy tważ zapaską, upiła ździebko i wylała resztę na podłogę...

Wtedy kieliszek obszedł wszystkih po kolei. Stara podała hleb, sul, a w końcu i wędzonej, suhej kiełbasy na pżegryzkę.

Pżepili parę razy z żędu, aż oczy pojaśniały wszystkim i języki się rozwiązały. Jagna ino uciekła do komory, bo nie wiada czemu hycił ją płacz, że aż pżez ścianę słyhać było hlipanie.

Stara hciała do niej bieżyć, ale ją wujt zatżymał.

— I ciele beczy, kiej je od maci odsądzają... zwykła to żecz. Nie we świat idzie, nie na drugą wieś, to się z nią jeszcze cieszyć będziecie... Nie będzie jej nijaka kżywda, to ja, wujt, wama muwię — wieżcie...

— Juści... inom se myślała zawdy, wnuczkuw się doczekam na pociehę...

— Nie turbujcie się, jeszcze się żniwa nie zaczną, a już pierwszy będzie...

— Pan Jezus to tylko wie pżudzi, nie my, gżeszni! Zapiliśmy, prawda... a mnie tak jakoś żałośliwie na sercu kiej na pohuwku...

— I nie dziwota, jedynaczka z domu, to waju się już za nią cni... Jeszcze ździebko, na frasunek! Wiecie, pujdziem wszystkie do karczmy, bo mi już ano wudki zbrakło, a i tam pan młody kiej na wąglikah wyczekuje.

— W karczmie to zrękowiny będziemy odprawiać?

— Po staremu, jak ojce nasi robili, ja, wujt, wama to żekłem — wieżcie.

Kobiety się ździebko pżyodziały świąteczniej i wnet wyhodzili.

— A hłopaki to ostaną? Siostżyne zmuwiny, to i la nih ucieha — zauważył wujt, że to parobki żałosne miny mieli i poglądali na mać niespokojnie.

— Trudno dom na boskiej Opatrzności ostawić.

— Pżyzwijcie ano Agatę od Kłębów, to pżypilnuje.

— Agata już na żebry poszła. Zawoła się kogo po drodze. Hodźta, Jędrzych, i ty, Szymek, a kapoty weźta; cuż to jak te dziadaki iść hceta?... A nieh się ino kturen spije... to popamięta. Krowy jeszcze nie obżądzone, świni tża kartofli utłuc — baczcie o tym.

— Baczym, matulu, baczym! — szeptali trwożnie, hoć hłopy były pod powałę i rozrosłe jako te grusze na miedzah, ale słuhali się matki kiej wyrostki, bo ih żelazną ręką za łby tżymała, a jak było potża, to hoćby i po stołku, a do kudłuw sięgła i po pyskah sprała, a posłuh musiał być i uważanie.

Poszli do karczmy.

Noc już była ciemna, że hoć oko wykol, zwyczajnie w pluhy jesienne. Wiatr szedł gurą i bił w czuby dżew, że ino się kolebały i aż kładły na płoty z szumem; staw huczał i tak się ciepał, że bryzgi rozbite w pianę padały na środek drogi i nieżadko hlustały na tważe idącyh.

W karczmie też widno nie było, a wiater pżez wygniecioną szybkę zawiewał, aż ta lampka na sznurku za szynkwasem kolebała się kiej kwiat złoty.

Boryna się do nih żucił witać, a całować, a obłapiać z gorącością, że to zmiarkował, iż Jaguś jakby już jego.

— A Pan Jezus żekł: weź se, robaku, niewiastę, żeby ci się, hudziaku, nie cniło samemu. Amen! — bełkotał Jambroży, ale że więcej godziny popijał, to juści, że w języku ni w nogah mocny już nie był.

Zaraz też na szynkwasie Żyd postawił arak i słodką, i asencję, a do tego śledzie, placek z szafranem i jakieś wymyślne kukiełki z makiem.

— Jedzta, pijta, ludzie kohane, braty rodzone, kżeścijany wierne! — zapraszał Jambroży. — Miałem i ja kobietę, ino już całkiem nie pomnę gdzie?... widzi mi się, że we Francji... nie, w Italii to było, nie... alem teraz ostał sierotą... Powiedam wam, że co starszy kżyknął: Szlusuj!

— Pijcie no, ludzie! Pietrze, zaczynajcie — pżerwał mu Boryna, pżyniusł za całą złotuwkę karmelkuw i wtykał je Jagusi w garście. — Naści, Jaguś, słodziusieńkie są, naści.

— Hale... szkodujecie się... — Wzdragała się.

— Nie buj się... stać mnie na to, obaczysz sama... naści... a już by la ciebie i ptasiego mleka nalazł... już ci ta u mnie kżywdy nijakiej nie będzie... — i zaczął ją wpuł brać a niewolić do picia i jadła. Jagna spokojnie wszystko pżyjmowała, zimno i obojętnie, jakby to nie jej zmuwiny były dzisiaj. Jeno tylko jedno pomyślała, czy stary te korale, o kturyh na jarmarku wspominał, da pżed ślubem.

Gęsto pić poczęli, jeden po drugim i na pżekładankę arak ze słodką, i wszyscy wraz muwić zaczęli, nawet Dominikowa podpiła se niezgożej i nuż wywodzić rużności, nuż prawić, aż się wujt dziwował, że taka mądra kobieta jest.

Synowie się też popili, bo Jambroży, to wujt pżepijali do nih gęsto i zahęcali.

— Pijta, hłopaki, zmuwiny to Jagny, pijta...

— Baczym to, baczym — razem odpowiadali i hcieli Jambroża w rękę całować, aż w końcu Dominikowa odciągnęła Borynę pod okno i zaraz do niego, prosto z mostu:

— Wasza Jagusia, Macieju, wasza.

— Bóg wam zapłać, matko, za curkę. — Ułapił ją za szyję i całował.

— Obiecaliście zapis zrobić, co?

— Zapis! A co po zapisie, co moje, to i jej...

— Hale, żeby to śmiałe oko miała pżed pasierbami, żeby nie wyklinali!

— Wara im do mojego! Wszystko moje — to i Jagusine wszystko.

— Bóg wam zapłać, ale miarkujcie ino, że to starsi ździebko jesteście, a pżecież i tak kużden śmiertelny, bo to

Śmierć nie wybiera, 
Dziś człowiek — jutro jagnię 
Ruwno jej popadnie... 
 

— Jeszczem kżepki, ze dwadzieścia rokuw stżymam — nie bujcie się!

— I nieboja wilcy zjedli.

— Takim rad, że muwcie, czego hcecie. Hcecie, bym zapisał te tży morgi koło Łukaszowych?

— Dobra i psu muha, kiej głodny — my ta niegłodne. Na Jagusię po ojcu wypadnie pięć i z morga lasu... zapiszcie i wy sześć. Te sześć morguw pży drodze, gdzieście to latoś mieli kartofle.

— Najlepsze pole moje!

— Niby Jagusia to wybierek, a nie najlepsza we wsi!

— Pżecieh że tak, bez to i swatuw posłałem, ale bujcie się Boga, sześć morguw to karwas pola, całe gospodarstwo. Co by dzieci powiedziały! — Jął się drapać po głowie, bo go żałość ułapiła za serce; jakże, tyle pola dać, najlepszej ziemi!

— Moiściewy, mądżyście i wy, że szukać, miarkujecie sami, że zapis to ino pżespieczność la dziewczyny. Pżecieh tego grontu, puki żyjecie, nikt wama nie odmieży i nie weźmie — a co jest Jagusine, co jej się po sprawiedliwości należy po ojcu, to zaraz na zwiesnę omętrę się sprowadzi i już wasze, możecie se obsiewać... Miarkujecie, że to nie kżywda wasza, i te sześć morguw zapiszecie.

— Juści, la Jagusi zapiszę...

— Kiedy?

— A hoćby i jutro! Nie, w sobotę na zapowiedzi damy i zaraz pojedziemy do miasta. Co tam, raz kozie śmierć!

— Jaguś, hodź ino, curuhno, hodź! — zawołała na dziewczynę, kturej wujt tak coś prawił a pżypierał do szynkwasu, że śmiała się w głos.

— A to ci, Jaguś, Maciej zapisują te sześć morguw pży drodze — powiedziała.

— Bóg wam zapłać — szepnęła wyciągając doń rękę.

— Napijcie się do Jagny tej słodziuśkiej...

Napili się, Maciej ujął ją wpuł i wiudł do gromady, ale mu się wymknęła i podeszła do braci, z kturymi rajcował a popijał Jambroży.

W karczmie gwar się podnosił coraz większy i ludzi pżybywało, bo jaki taki, zasłyszawszy głosy, wstępował zajżeć, a kturen znuw, by się pży tej okazji napić za darmo; nawet dziad ślepy, wodzony pżez psa, znalazł się i siedział na widnym miejscu, nasłuhiwał i raz wraz pacież muwił w głos, aż posłyszeli i sama Dominikowa dała mu wudki, pżegryźć i parę dwojakuw w garść.

Tęgo sobie podpili, że już wszyscy razem gadali, a brali się w bary, a obłapiali, a całowali i kużden drugiemu był bratem i pżyjacielem, zwyczajnie, jak pży gęstym kieliszku.

Ino Żyd uwijał się ciho i stawiał coraz nowe kwarty i butelki z piwem, a zapisywał kredą na dżwiah, co kto stawiał.

A Boryna był jakby oczadziały z uciehy, pił, częstował, zapraszał, gadał, jak mało kto go kiedy słyszał, i cięgiem do Jagusi ciągnął i słodkości jej prawił, po gębusi głaskał, że to nieobyczajnie było tak pży wszystkih ułapić ją za szyję i całować, hoć go i ciągotki sielne brały, że zdzierżyć nie mugł, to ino wpuł ją hwytał a w ciemny kąt ciągnął.

Dominikowa wryhle się opatżyła, że czas już do domu iść, i jęła synkuw wołać, żeby się zbierali.

Ale Szymek już był spity, to ino na matczyne gadanie pasa poprawił, pięścią gżmotnął w stuł i kżyknął:

— Gospodaż jestem, psiahmać!... Komu wola, nieh idzie... Hcę pić, to pił będę... Żydzie, gożałki!

— Cihoj, Szymek, cihoj, bo cię spierą! — jęczał łzawo Jędrzych, też już mocno pijany, i odciągał za kapotę brata.

— Do domu, hłopaki, do domu! — syknęła Dominikowa groźnie.

— Gospodaż jestem! Hcę ostać, to ostanę i gożałkę pił będę... dosyć już matczynego panowania... a nie... wygonię... psiahmać...

Ale stara gżmotnęła go ino w piersi, aż się potoczył i opamiętał wnet, a Jędrzych nadział mu czapkę i wyprowadził na drogę, ale Szymka widać rozebrało powietże, bo ino uszedł parę krokuw, zatoczył się, hwycił płotka i jął kżyczeć i mamrotać:

— Gospodaż jestem, psiahmać... gront muj... moja wola robić... gożałkę pił będę... Żydzie, araku!... a nie... wygonię...

— Szymek! Loboga, Szymek, hodzi do domu, matula idą! — jęczał Jędrzych i płakał żewnymi łzami.

Wkrutce nadeszła stara z Jagną i zabrała synuw spod płota, bo się tam już byli ździebko za łby brali i tażali po błocie.

A w karczmie po wyjściu kobiet pżycihło nieco, ludzie się porozhodzili z wolna, że ostał ino Boryna ze swatami, Jambroży i dziad zaruwno ze wszystkimi już pijący.

Jambroży był niepżytomny, stał na środku, podśpiewywał, to opowiadał w głos:

— Czarny był... jak ten sagan był czarny... — zmieżył do mnie... ale trafisz mę gdzieś... wraziłem mu bagnet w kałdun... zakręciłem, że ino hrupnęło... pierwszy!... Stoimy... stoimy... a tu naczelnik wali... Jezu Chryste! Sam naczelnik!... Hłopaki... powiada... Narodzie... powiada... Szlusuj... szlusuj... — kżyknął ogromnym głosem, wyprostował się jak struna i cofał się wolno, aż mu drewniana noga stukała. — Pijcie do mnie, Pietrze, pijcie... sierotam jest... — bełkotał niewyraźnie spod ściany, ale się nie doczekał, bo naraz się porwał i wyszedł z karczmy, tylko z drogi dolatywał jego głos hrapliwy, śpiewający...

A do karczmy wszedł młynaż, ogromny hłop, ubrany z miejska, z czerwoną tważą, siwy i z małymi, bystrymi oczkami.

— Pijecie se, gospodaże! Ho, ho i wujt, i sołtys, i Boryna! Wesele czy co!

— Nie co insze. Napijcie się z nami, panie młynażu, napijcie — proponował Boryna.

Pżepili znuw kolejką.

— Kiejście tacy, powiem wam nowinę, że wytżeźwiejeta!

Wytżeszczyli na niego niepżytomne oczy.

— A to nie ma godziny, jak dziedzic spżedał porębę na Wilczych Dolach!

— A hycel, psie krutki! Spżedał, naszą porębę spżedał! — kżyknął Boryna i w zapamiętałości gżmotnął butelką o ziemię.

— Spżedał! Prawo jest i na dziedzica, i na kużdego, prawo jest... — bełkotał pijany Szymon.

— Nieprawda! Ja, wujt, to wama muwię, że nieprawda, to wieżcie!

— Spżedał, ino że wziąć nie damy, jak Bóg na niebie, nie damy! — wołał Boryna i bił pięścią w stuł...

Młynaż poszedł, a oni jeszcze długo w noc radzili i odgrażali się dworowi.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)