Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Jesień, rozdział IV

IV

Była niedziela — cihy, opajęczony, pżesłoneczniony dzień wżeśniowy.

Na ściernisku, tuż za stodołami, pasł się dzisiaj cały inwentaż Borynowy, a pod brogiem wysokim i pękatym, okrążonym zieloną szczotką żyta, wykruszonego pży układaniu, leżał Kuba, dawał baczenie na inwentaż i uczył pacieża Witka — często pokżykiwał na niego albo i zasie szturhał biczyskiem, bo hłopak mylił się i latał oczami po sadah.

— Bacz, coć żekłem, bo to pacież — upominał poważnie.

— Dyć baczę, Kuba, baczę.

— To czeguj ślepiasz po sadah?

— Widzi mi się, co są jeszcze jabłka u Kłębów...

— Zjadłbyś! A sadziłeś je to, co? Powtuż „Wieżę”.

— Wyście też nie wywiedli kuropatwuw, a wzieniście całe stado.

— Głupiś! Jabłka są Kłębowe, a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz!

— Aleście je wzieni z dziedzicowego pola...

— I pole jest Panajezusowe. Hale, jaki mądrala, powtuż „Wieżę”.

Powtażał prędko, bo go już kolana bolały od klęczenia, ale nie ścierpiał...

— Widzi mi się, co źrubka idzie w Michałową koniczynę! — kżyknął gotowy do biegnięcia.

— Nie buj się o źrubkę, a patż pacieża...

Kończył wreszcie, ale już nie mugł wytżymać, pżysiadał na piętah, wykręcał się na wszystkie strony, a zoczywszy bandę wrubli na śliwkah, śmignął w nie grudką ziemi i spiesznie bił się w piersi.

— A ohfiarowanie to zjadłeś kiej ulęgałkę, co?

Powiedział ohfiarowanie i z wielką ulgą wziął się do śpiącego Łapy i jął z nim baraszkować.

— Ale, gził się cięgiem będzie, kiej ten cielak głupi.

— Poniesiecie dobrodziejowi ptaszki?

— Poniesę...

— Spieklibym w polu.

— Spiecz se ziemniakuw. Co mu się zahciewa!

— Idą już do kościoła! — zawołał Witek, spostżegając pżez płoty i dżewa migające czerwone zapaski na drodze.

Słońce pżygżewało niezgożej, że wszystkie okna i dżwi hałup powywierano na pżestżał; gdzieniegdzie, pod pżyzbami, myto się jeszcze, gdzie znowu czesano i zapletano warkocze, gdzie wytżepywano świąteczne szmaty, zmięte całotygodniowym leżeniem w skżyniah, gdzie już wyhodzono na drogę, że raz wraz niby maki czerwone, niby georginie żułte, co dokwitały pod ścianami, libo te nagietki i nasturcje — tak szły kobiety strojne, szły dziewczyny, szli parobcy, szły dzieci, szli gospodaże w białyh kapotah, podobni do ogromnyh żytnih snopuw, a wszyscy dążyli wolno ku kościołowi drogami nad stawem, kturen niby misa złota odbijał w sobie słońce, aż oczy raziło.

A dzwony wciąż biły radosnym głosem niedzieli, odpocznienia, modlitwy.

Kuba czekał, aż pżedzwonią, ale że nie mugł się doczekać, shował pęk ptakuw pod kapotę i żekł:

— Witek, jak wydzwonią, spędź bydło do obur i pżyhodź do kościoła.

Ruszył, ile mugł, ryhło, bo kulał srodze, drużką biegnącą pod ogrodami, a tak zasłaną żułtym liściem topoli, że szedł kieby po szafranowym kilimie.

Plebania stała na prost kościoła, pżedzielona tylko odeń drogą, w głębi wielkiego ogrodu, pełnego jeszcze gruszek zielonyh i jabłek rumianyh.

Pżed gankiem, obrośniętym w poczerwieniałe wino, Kuba się zatżymał bezradnie, spozierając nieśmiało w okna i w sień, powywierane na oścież; a że wejść nie śmiał, cofnął się pod wielki klomb, pełen ruż, lewkonii i astruw, od kturyh bił słodki, upajający zapah; stado białyh gołębi łaziło po zielonym, omszonym dahu i sfruwało na ganek.

Ksiądz hodził po ogrodzie z brewiażem w ręku, ale raz wraz potżąsał gruszą, to jabłonką, że słyhać było ciężkie pacanie owocuw o ziemię, pozbierał je w połę sutanny i niusł do domu.

Kuba zastąpił mu drogę i pokornie podjął za kolana.

— Cuż to powiecie? Aha... Kuba Borynowy.

— Juści... dyć parę kuropatkuw dobrodziejowi pżyniosłem.

— Bóg ci zapłać. Hodź za mną.

Kuba wszedł ino do sieni i ostał pży progu, bo nijak nie śmiał wejść na pokoje, poglądał tyla co pżez dżwi otwarte na obrazy wiszące po ścianah i pżeżegnał się pobożnie, i westhnął, a tak się czuł olśniony tymi ślicznościami, że aże łzy miał w oczah i koniecznie hciało mu się zmuwić pacież, jeno że się bojał klęknąć na błyszczącej, śliskiej posadzce, żeby jej nie powalać.

Ale i ksiądz zaraz wyszedł z pokojuw, dał mu złotuwkę i żekł:

— Bóg ci zapłać, Kuba, dobry z ciebie człowiek i pobożny, bo co niedziela hodzisz do kościoła.

Kuba podjął go za nogi, ale był tak ogłuszony radością, że ani wiedział, kiedy znalazł się na drodze...

— Cie, za te parę ptaszkuw, a tylahna pieniędzy! Dobrodziej kohany! — szeptał, pżyglądając się pieniądzowi. Nieraz ci on nosił dobrodziejowi rużne ptaszki, to zajączka, to gżybkuw, ale nigdy jeszcze tyla nie dostał; co najwyżej to dziesiątkę abo i to dobre słowo... A dzisiaj!... Jezu muj kohany! Całą złotuwkę, i na pokoje go wołał, i tyla dobrości mu powiedział... Jezus! Aże za grdykę go coś ułapiło i łzy same leciały mu z oczuw, a w sercu poczuł taką gorącość, jakby mu kto zażewia nasuł za pazuhę...

— Ino jeden ksiądz uszanuje człowieka, ino on jeden!... Nieh ci Bóg da zdrowie i ta Panienka Częstochowska... Dobry z ciebie pan, dobry!... Boć cała wieś: i parobki, i gospodaże, i wszystkie, to ino go kulasem pżezywali, a niezgułą, a darmozjadem, a nikto dobrego słowa nigdy nie dał, nikto nie pożałował — hyba ino te koniska abo i te pieski... a pżecież rodowy był... gospodarski syn... nie znajda żaden... nie obieżyświat, a hżeścijan prawy, katolik...

Podnosił głowę coraz wyżej i coraz hardziej, prostował się, jak mugł, i z gury, wyzywająco prawie patżał na świat, na ludzi whodzącyh na smętaż i na te konie, co stały pod murem pży wozah; nadział czapę na skołtunioną głowę i wolno, godnie ruszył do kościoła, jak gospodaż jaki, zatykając ręce za pas i tak zamiatając kżywą nogą, że kużawa za nim wstawała.

Nie, nie ostał dzisiaj w kruhcie jak zawdy, jak pżystało la niego, jeno się mocno jął pżepyhać pżez ciżbę i parł prosto aż pżed wielki ołtaż — aż tam, gdzie stawały same gospodaże, gdzie stojał Boryna i wujt sam; kaj stawały te, co nosiły baldah nad dobrodziejem, abo i te, co ze świecami kiej kłonice tżymali straż pży ołtażu w czas Podniesienia.

Patżyli na niego ze zdumieniem i zgrozą, a często gęsto usłyszał pżykre słowo i odebrał takie spojżenie, jako ten pies, kturen się tam ciśnie, gdzie go nie wołają. Ale Kuba nic sobie z tego dzisiaj nie robił; ściskał w garści pieniądz, a duszę miał pełną słodkości i dobroci, jakoby po spowiedzi się czuł abo zasie i lepiej.

Zaczęło się nabożeństwo.

Uklęknął pży samej kracie i śpiewał z innymi, zapatżony pobożnie w ołtaż, gdzie u gury był Bóg Ociec, siwy Pan i srogi, ryhtyk podobny do dziedzica z Drzazgowej Woli, a w pośrodku sama Częstochowska w złocistym obleczeniu patżyła na niego... a wszędy lśniła się pozłota, jażyły się świece i stały bukiety papierowyh czerwonyh kwiatuw... a ze ścian i z okien kolorowyh wyhylały się złote obręcze i święte, surowe tważe, i smugi złota, purpury, fioletu niby tęcza padały na jego tważ i głowę, całkiem jakby się unużał w stawie pżed zahodem, kiedy słońce bije w wodę. I poczuł się jakoby w niebie w tyh ślicznościah, że ruhać się nie śmiał, ino klęczał wpatżony w czarniawą, słodką, matczyną tważ Częstochowskiej, ino muwił pacież za pacieżem spieczonymi wargami, a potem ino śpiewał tak żarliwie, tak ze wszystkih sił duszy wieżącej, tak sercem pełnym ekstazy, że jego zashły, skżypiący głos rozlegał się najdonośniej.

— Beczycie, Kuba, kiej ta koza żydowska! — szepnął mu ktoś z boku.

— La Pana Jezusa i tej Panienki... — mruknął, pżerywając, bo się kościuł uciszył. Ksiądz wszedł na ambonę, i wszyscy zadarli głowy i wpatrywali się w dobrodzieja, kturen w białej komży pohylił się nad narodem i czytał Ewangelię — a światła i farby biły na niego z okien, że widział się wszystkim jako ten anioł płynący na tęczy... Ksiądz muwił długo i tak mocno, że jaki taki westhnął skruszonym sercem, niejednemu łzy pociekły, a kturen znuw zasie spuszczał oczy i kajał się w sumieniu — i obiecywał poprawę... A Kuba patżył w dobrodzieja, jak w obraz święty, i aż mu dziwno było, że to ten sam dobry pan, co muwił do niego i dał mu złotuwkę — bo teraz wyglądał jak arhanioł na ognistym wozie bżaskuw, tważ mu pobladła, oczy ciskały błyskawice, gdy zaczął podnosić głos i wypominać narodowi gżehy wszelkie, a skąpstwo, a pijaństwo, a rozpustę, a czynienie szkud, nieszanowanie starszyh, bezbożność! I wołał wielkim głosem o upamiętanie się, błagał, zaklinał, prosił — aż Kuba nie wytżymał i jął się tżąść w sobie z winy tyh wszystkih gżehuw, z żaluw, ze skruhy i ryknął głośnym płaczem, a za nim narud cały: kobiety, gospodaże nawet, że płacz się uczynił w kościele, hlipanie, wycieranie nosuw, a gdy ksiądz z pokutną modlitwą zwrucił się do ołtaża i padł na kolana — jęk pżeleciał kościuł, i narud, jak las pżygięty wihurą, runął tważami na podłogę, aż kuż się podniusł i niby obłokiem osłonił te serca skruszone i łzami, westhnieniami, kżykiem wołające do Pana o zmiłowanie.

A potem cihość zapadła, cihość rozmodlenia i serdecznej rozmowy z Panem, bo zaczęła się suma — organy huczały zgłuszonym, pokornym a głębokim głosem, aż dusza Kuby zamierała z lubości i szczęścia nieopowiedzianego...

A potem głos księdza podnosił się z nagła od ołtaża i płynął nad pohylonymi głowami strugą bżmień pżenikającyh i świętyh; to dzwonki krutką salwą dźwięczały, to dymy kadzideł biły pahnącymi słupami i niby obłokiem pokrywały klęczącyh i rozmodlonyh — a Kubę napełniały taką rozkoszą, że wzdyhał ino, rozkładał ręce, bił się w piersi i zamierał z tej słodkiej niemocy, a szmery modlitw, westhnienia, nagłe wykżyki i jęki gdzieniegdzie, gorące oddehy, światła, dymy, głos organuw — zatapiały go jakoby w świętym śnie, jakoby w zapamiętaniu.

— Jezus! Jezus muj kohany! — szeptał olśniony i niepżytomny, a złotuwkę mocno dzierżył w garści, bo gdy po Podniesieniu Jambroży zaczął obhodzić z tacką i pobżękiwać, by słyszeli, że zbiera na światło, Kuba powstał, żucił mocno pieniądz i długo, jako że tak czynili gospodaże, wybierał sobie reszty dwadzieścia i sześć groszy.

— Bóg zapłać — usłyszał z lubością.

I kiedy roznosili świece, bo nabożeństwo było z wystawieniem i procesją, Kuba wyciągnął śmiało rękę, i hociaż okrutnie hciało mu się wziąć całą — wzion jednako najmniejszą, ogarek prawie, bo spotkał się z surowym, karcącym wzrokiem Dominikowej, co stała w podle niego z Jagusią — zapalił ją wnet, bo już i ksiądz ujął monstrancję, obrucił się z nią do ludu, że padli na tważ. Zaintonował pieśń i shodził wolno po stopniah ołtaża w ulicę z nagła uczynioną z głuw rozśpiewanyh, świateł płonącyh, barw ostryh i głosuw jękliwyh; procesja ruszyła, organy huknęły potężnie, dzwonki poczęły rytmicznie dzwonić, lud pohwycił wtur i śpiewał jednym ogromnym głosem wiary; a pżodem ciżby, w skrętah rozhwianyh świateł, migotał srebrny kżyż, kołysały się niesione feretrony, całe w tiulah a kwiatah i koronah szyhowyh, a już we dżwiah wielkih, kturymi pżez obłoki dymuw kadzielnyh buhało słońce, rozwijały się na wietże pohylone horągwie i niby ptaki purpurowe i zielone łopotały skżydłami.

Procesja obhodziła kościuł.

Kuba osłaniał dłonią świecę i tżymał się uparcie tuż pży księdzu, nad kturym Boryna i kowal, i wujt, i Tomek Kłąb nieśli czerwony baldahim, a spod niego promieniała monstrancja złota i tak była cała w ogniah słońca, że pżez środek szklany widać było bladą, pżeźroczystą Hostię świętą...

Tak był niepżytomny, że raz wraz się potykał i nadeptywał drugim na nogi.

— Uważaj, niedojdo!

— Pokraka, kulas jeden! — żucali mu, poszturhując nieżadko.

Nie słyszał nic z tego; śpiew ludu bżmiał potężnym głosem, podnosił się jak słup, jak fala, zda się, płynął i bił w słońce blade; dzwony huczały nieustannie spiżowymi ustami, aż tżęsły się lipy i klony, i raz wraz jakiś czerwony liść odrywał się i niby ptak spłoszony spadał na głowy, a wysoko, wysoko nad procesją, nad czubami dżew pohylonyh, nad wieżą kościoła krążyło stado gołębi zestraszonyh...

 


 

A po nabożeństwie narud wysypał się na smętaż pżykościelny; wyszedł i z innymi Kuba, ale się dzisiaj nie śpieszył do domu, hociaż wiedział, że będzie na obiad mięso z tej dożniętej krowy — nie, postawał, pogadywał ze znajomkami, a pżysuwał się do swoih gospodaży, bo i Antek z żoną stojali w kupie z drugimi i poredzali, jak to w niedzielę po sumie zwyczajnie.

A w drugiej gromadzie, co się już była skupiła za wrotniami na drodze, rej wodził kowal, duży hłop, ubrany już całkiem z miejska, bo w czarnej kapocie, pokapanej woskiem na plecah, i w granatowym kaszkiecie, spodnie miał na buty i srebrną dewizkę na kamizelce; tważ miał czerwoną i rude wąsy, i włosy pokręcone; rajcował donośnie a pośmiewał się, że aż rehotał, bo wykpis to był na całą wieś, że nieh Bóg broni dostać mu się na jęzor. Boryna ino stżygł oczami ku niemu a nadsłuhiwał, bo się bojał jego gadania, że to nawet rodzonemu kowal nie pżepuścił, a cuż dopiero teści, z kturym był w wojnie o wiano żonine, ale nic nie wymiarkował, bo mu się nawinęły pod oczy Dominikowa z Jagną, wyhodzące z kościoła — szły wolno, jako że i gęsto było narodu na smętażu, i że się witały to z tym, to z owym i pogadywały słowem niekturym, bo hociaż wszystkie były sobie znajome a pokumane i powinowate i z wsie jednej, że często ino bez płot libo o miedzę siedzieli a zawżdy pogważyć pżed kościołem miło jest i potżeba... Dominikowa rozwodziła się cihym, nabożnym głosem o dobrodzieju, a Jagna rozglądała się po ludziah, jako że wzrostem ruwna była i hłopom najroślejszym, a strojna dzisiaj była, że aż oczy rwała parobkuw, co się w kupę zbili pżed wrotniami, na drodze, kużyli papierosy i szczeżyli do niej zęby. Bo i urodna była, i strojna, i takiej postury, że i drugiej dziedzicuwnie z nią się nie mieżyć.

Dziewuhy ano i kobiety żeniate, pżehodzące mimo, spozierały na nią z zazdrością abo i zgoła pżystawały w podle, abyh nasycić oczy tym jej wełniakiem pasiastym i sutym, co jak tęczą mazurską mienił się na niej, to na jej czarne tżewiki wysokie, zasznurowane aż po białą pończohę czerwonymi sznurowadłami, to na gorset z zielonego aksamitu, tak wyszyty złotem, że aż się w oczah mieniło, to na sznury bursztynuw i korali, co otaczały jej białą, pełną szyję — pęk rużnobarwnyh wstążek zwieszał się od nih na plecah i gdy szła, wił się za nią niby tęcza.

Ale Jagna nie widziała zazdrosnyh spojżeń, błądziła modrymi oczami po głowah i natknąwszy się na wlepione w siebie oczy Antka, oblała się rumieńcem i pociągnąwszy matkę za rękaw, ruszyła pżodem, nie czekając.

— Jagna, poczekaj! — kżyknęła za nią matka witając się z Boryną.

Zatżymała się na drodze, bo i parobcy hurmem ją otoczyli i poczęli witać a pżymawiać złośliwie Kubie, kturen szedł za nią, wpatżon kieby w obraz.

Splunął jeno i powlukł się do domu, bo i gospodaże już ciągnęli, i tża było zajżeć do koni.

— Całkiem kiej na tym obrazie! — zawołał bezwiednie, siedząc już w ganku.

— Kto, Kuba? — pytała Józia, szykująca obiad.

Spuścił oczy, bo wstyd mu się zrobiło i strah, żeby nie poznali.

Ale że obiad był syty a długi, to i wryhle zapomniał; bo mięso było, była i kapusta z grohem, był i rosuł z ziemniakami, a na amen postawili niezgorszą miseczkę kaszy jęczmiennej, uprażonej ze słoniną.

Jedli wolno, poważnie i w milczeniu, dopiero kiej zasycili pierwszy głud, jęli pogadywać i smakować w jadle...

Józia, że to ona dzisiaj była za gospodynią, to ino pżysiadała czasami na kraju ławki, pojadała spiesznie, a pilnie baczyła, czy waża nie shodzi, by pżynieść z izby garnki i dołożyć, by nie powiedzieli, że w misce dnieje.

A obiadowali na ganku, że to czas był cihy i ciepły.

Łapa kręcił się i skamlał, to obcierał się o nogi jedzącyh, zazierał do misek, aż mu raz wraz ktoś żucił kostkę jaką, z kturą uciekał pod pżyzbę, abo zasie ucieszon obecnością gospodaży i że wspominano jego imię, szczekał radośnie i gonił za wrublami, co się były wieszały po płotah, oczekując na okruszyny.

A drogą często ktoś pżehodził i pozdrawiał jedzącyh, że hurmem odpowiadali.

— Pono ptaszki nosiłeś dobrodziejowi? — zagadnął Boryna.

— Nosiłem, nosiłem! — Położył z nagła łyżkę i jął opowiadać, jako go to ksiądz wezwał na pokoje, jako tam pięknie, że tyla księguw.

— Kiedy to on wszystkie pżeczyta? — ozwała się Józia.

— Kiedy? A wieczorami! Hodzi se po pokojah, popija arbatę i cięgiem czyta.

— Musi być... nabożne wszyćkie — wtrącił Kuba.

— Pżecieh nie lementaże.

— A gazety to co dnia stujka pżynosi — dożuciła Hanka.

— Bo w gazetah piszą, co się dzieje we świecie... — ozwał się Antek.

— I kowal z młynażem tżymają gazetę.

— I... to i taka kowalowa gazeta! — żekł urągliwie Boryna.

— Takutka sama kiej księża — powiedział ostro Antek.

— Czytałeś? Wiesz?

— Czytałem i wiem, a bo raz!

— I nie zmądżałeś nic z tego, że się zadajesz z kowalem.

— La ojca to ino ten mądry, co hocia z pułwłuczek ma abo i ogonuw krowih z mendel.

— Zawżyj gębę, pukim dobry! A to ino okazji szuka, żeby się kłyźnić! Hleb cię to rozpiera, widzę... muj hleb...

— Ością on mi już stoi we grdyce, ością...

— Szukaj se lepszego, na Hanczynych tżeh morgah będziesz jadł bułki.

— Będę żarł ziemniaki, ale mi ih niktuj nie wymuwi.

— Nie wymawiam ci i ja...

— Ino kto drugi?... Haruj jak ten wuł, jeszcze ci słowa dobrego nie dadzą...

— We świecie jest lekciej, nie tża robić, a dadzą wszystko...

— Pewnie, że jest lepiej.

— To se idź i posmakuj.

— Z gołymi rękami nie pujdę.

— Kijek ci dam, cobyś się miał czym od pieskuw oganiać.

— Ociec! — wżasnął Antek zrywając się z ławki, ale opadł zaraz, bo Hanka ujęła go wpuł, a stary popatżył groźnie, pżeżegnał się, jako że już było po obiedzie, i odhodząc do izby żekł twardo:

— Na wycug do ciebie nie pujdę, nie!

Porozhodzili się zaraz, ino Antek ostał na ganku i medytował; a Kuba wyprowadził konie na koniczysko za stodoły, uwalił się pod brogiem, aby się pżespać, ale spać nie mugł, ciężyło mu w żywocie jedzenie, a i ta myśl, że gdyby miał jaką stżelbę, to by mugł tyle ustżelać ptaszkuw abo i zajączka niekturego, że co niedzielę nosiłby dobrodziejowi.

Kowal by stżelbę zrobił, jako to i borowemu zmajstrował taką, że jak stżeli w lesie, to aż we wsi się rozlega!

— Mehanik juha! Ale pięć rubli tża mu za taką zapłacić! — rozmyślał. — Hale skąd wziąć?... na zimę idzie, kożuh tża kupić, buty też dłużej jak do Godów nie wydzierżą... Juści, winne mi są jeszcze dziesięć rubli i dwoje szmat, portki i koszulę... Kożuh hoćby i z pięć... krutki będzie... buciska ze tży... a to i czapka by się zdała... a rubla tża zanieść dobrodziejowi na wotywę za ojcuw... Ścierwa... że i nic nie ostanie!... — Splunął i zaczął z kieszeni w lejbiku wybierać okruhy tytoniowe i natrafił na ten pieniądz, o kturym był zapomniał w czasie obiadu...

— Jest ci gotowy grosz, jest! — Odehciało mu się spać nagle; od karczmy rozlegał się daleki, pżecedzony głos muzyki i jakby eha pokżykuw.

— Tańcują se juhy i gożałę piją, i papirosy kużą! — westhnął i legł znowu na bżuhu, i patżył na spętane konie, że zbiły się w kupę i gryzły po karkah, a rozmyślał, że wieczorem musi i on zajść do karczmy i kupić sobie tytoniu, i hociaż popatżeć na balującyh. Raz wraz oglądał pieniądz i spoglądał na słońce, wysoko było jeszcze i szło dzisiaj tak wolno ku zahodowi, jakby se też kżynkę odpoczywało niedzielnie... A rwało go tak do karczmy, że wydzierżeć nie mugł, pżekładał się ino z boku na bok i postękiwał z tęskności, ale nie poszedł zaraz, bo akuratnie zza stodoły wyszedł Antek z Hanką i szli miedzą w pola.

Antek szedł pżodem, a Hanka z hłopakiem na ręku za nim, czasem coś żekli i szli wolno, a coraz to Antek pohylał się nad rolą i dotykał ręką wshodzącyh ździebeł.

— Idzie... gęste kiej szczotka... — mruknął i obejmował oczami te morgi, kture obsiewał za odrobek ojcu.

— Gęste, ale ojcowe lepsze, idzie kiej bur! — muwiła Hanka patżąc na sąsiednie zagony.

— Bo rola lepiej doprawiona.

— Mieć ze tży krowy, to by i ziemia się pożywiła.

— I konia swojego.

— I pżyhować co na spżedaż. A tak, co? Każdą plewę, każdą obieżynę ociec rahują i mają za wielgie żeczy.

— I wszystko wypomina!...

Zamilkli nagle, bo uczucie kżywdy zalało im serca żalem, gniewem i głuhym, szarpiącym buntem.

— Ino osiem morguw by wypadło — wykżyknął bezwiednie.

— Juści, że nie więcej. Pżecież to i Józka, i kowalowa, i Grzela, i my — wyliczała.

— Kowalowe by spłacić i ostać pży hałupie i pułwłuczku...

— A masz to czym?... — jęknęła aże w tym uczuciu bezsilności tak silnym, że łzy jej pociekły po tważy, gdy ogarnęła oczami te pola ojcowe, tę ziemię jak złoto czyste, gdzie i pszenica, i żyto, i jęczmień, i buraki od skiby do skiby siać było można... Tyle dobra, a to wszystko cudze... nie ih...

— Nie bucz, głupia, zawżdy z tego osiem morguw nasze...

— Żeby hociaż z połowa z hałupą i z tym kapuśniskiem! — wskazała na lewo, w łąki, gdzie modżały długie zagony kapusty; skręcili ku nim.

Siedli na kraju łąk pod kżami, Hanka pokarmiała dziecko, bo płakać poczęło, a Antek skręcił papierosa, zapalił i ponuro patżył pżed się...

Nie muwił on żonie, co go żarło we wątpiah, ni co mu leżało na sercu niby węgiel rozżażony, bo aniby mugł wypowiedzieć, niby zrozumiała go dobże...

Zwyczajnie, jak kobieta, co ni pomyślenia nie ma, ni niczego nie wymiarkuje sama, ino żyje se jako ten cień padający od człowieka...

— A gospodarstwo, a dzieci, a kumy — to i cały świat la niej. Każda kobieta taka, każda... — rozmyślał gożko i aż go ścisnęło za serce... — Ten ptak, co polatuje nad łęgami, ma lepiej niźli człowiek drugi... Co mu tam za kłopoty! Polatuje se, pośpiewuje, a Pan Jezus obsiewa la niego pola, że ino mu zbierać a pożywiać się...

— A bo to i gotowyh pieniędzy ociec mieć nie ma? — zaczęła Hanka.

— Pżecieh!...

— A Józce to kupił korale takie, że i krowę by kupił za nie, a Grzeli to cięgiem do wojska śle pieniądze.

— Słać śle... — odpowiadał myśląc o czym innym.

— A pżecieh to ukżywdzenie wszystkih! A szmaty po matce to dusi w skżyni i nawet na oczy nie pokaże... A wełniaki takie, a husty, a czepki, a paciorki... — jęła długo wyliczać dobro wszelkie i kżywdy, i żale, i nadzieje, a Antek milczał zawzięcie, aż zniecierpliwiona szturhnęła go w ramię.

— Śpisz to?...

— Słuham, gadaj se, gadaj, to ci ulży! A jak skończysz, to mi powiedz...

Hanka, że to płaksiwa była, a i zebrało się jej dużo w duszy, buhnęła płaczem i jęła mu wyżucać, że muwi do niej jak do dziewki jakiej, że nie dba o nią ani o dzieci.

Aż Antek zerwał się na ruwne nogi i zawołał urągliwie:

— Wykżykuj sobie, te gapy ano cię usłyszą i pożalą się nad tobą! — Wskazał oczami na wrony lecące mimo nad łąkami, nacisnął czapkę i wielkimi krokami poszedł ku wsi...

— Antek! Antek! — wołała za nim żałośnie, ale ani się odwrucił.

Obwinęła hłopaka i popłakując szła miedzami z powrotem do domu; ciężko jej było na sercu — ani pogadać, ani wyżalić się pżed kim na dolę swoją. A to człowiek żyje cięgiem jak ten samson, że nawet do sąsiaduw pujść nie pujdzie i pogadaniem serca nie ucieszy. Dałby jej Antek kumy! Nic, ino siedź w hałupie a haruj, a zabiegaj, a jeszcze słowa dobrego nie usłyszysz! Inne do karczmuw hodzą a na wesela... a ten Antek... bo to mu dogodzić można?... Czasem taki, że i do rany pżyłuż... to znowu całe tygodnie ledwie bąknie jakie słowo i ani spojży... nic, jeno medytuje a medytuje... Prawda, że ma i o czym! Bo i ten ociec nie mugłby to już gront im odpisać, nie czas to staremu iść na wycug? A dyć dogadzałaby mu, że i rodzonemu nie byłoby u niej lepiej...

Hciała pżysiąść do Kuby, ale pżypiął się plecami do brogu i udawał, że śpi, hoć mu słońce świeciło prosto w oczy, dopiero gdy zniknęła za węgłem stodoły, podniusł się, otżepał ze słomy i wolno jął się pżebierać pod sadami ku karczmie... paliła go ano ta złotuwka...

A karczma stała na końcu wsi, za plebanią, na początku topolowej drogi.

Ludzi było mało co; muzyka czasem pobżękiwała, ale nikto nie tańcował jeszcze, za rano było, i młodzi woleli gzić się w sadzie albo wystawać na podjeździe i pod ścianami, gdzie na świeżyh, żułtyh jeszcze belkah siedziało sporo dziewczyn i kobiet, a w wielgiej izbie z czarnym, okopconym pułapem pusto prawie było, małe pżepalone szybki pżesiewały czerwone pżedzahodnie światło tak słabo, że ino smuga leżała na powybijanej podłodze, a w kątah mrok zalegał. Jakieś ludzie siedzieli za stołami pod ścianą, ale rozeznać nie rozeznał, kto taki?

Jeden Jambroży z brackim od światła stojał pod oknem z buteleczką w garści — pżepijali gęsto do siebie i pogadywali...

Basy buczały jako ten bąk, kiej się wedże do izby ze dworu i lecący huczy... a czasem skżypka z nagła zapiskała cienko jakoby ptaszek wabiący abo i bębenek zahurkotał i pobżękiwał... ale wnet cihość zalegała.

Kuba poszedł prosto do szynkwasu, za kturym siedział Jankiel w jarmułce i w koszuli tylko, bo ciepło było, pogłaskiwał siwą brodę, kiwał się i wyczytywał w książce, pżykładając oczy prawie do samyh kart.

Kuba się namyślał, pżestępował z nogi na nogę, pżeliczał pieniądze, podrapywał się po kołtunah i stał tak długo, aż Jankiel spozierał na niego i nie pżestając się kiwać i modlić, bżęknął raz i drugi kieliszkami...

— Pułkwaterek, ino kżepkiej! — zażądził wreszcie.

Jankiel w milczeniu nalewał i lewą rękę wyciągał po pieniądze...

— W szkło? — zapytał, zgarnąwszy do opałki zaśniedziałe miedziaki.

— Juści, że nie w but!...

Usunął się na sam koniec szynkwasu, wypił pierwszy kieliszek, splunął i jął poglądać po karczmie; wypił drugi, pżyjżał się buteleczce pod światło, stuknął nią mocno.

— Dajcie no drugi i mahorki! — żekł śmielej bo błoga ciepłość go pżejęła po gożałce i dziwna moc rozlała mu się po kościah.

— Zasługi dzisiaj Kuba odebrał?

— Gdzieby... Nowy Rok to?

— Może dolać araku?

— Ale... nie hwaci... — Pżeliczył pieniądze i żałośnie spojżał na flaszkę araku.

— Poborguję, albo ja to Kuby nie znam!...

— Nie tżeba... hto borguje, ten się z butuw zżuje... — powiedział ostro.

Mimo to Jankiel postawił pżed nim flaszeczkę araku.

Opierał się, już nawet brał się wyjść, ale juha harak tak zapahniał, że jaże w nosie wierciło, więc się i nie zmagał dłużej, jeno wypił nie medytując.

— Zarobiliście w lesie?... — pytał Jankiel cierpliwie.

— Nie w lesie... — ptaszkuw, com je w sidła hycił, zaniesłem dobrodziejowi sześć i dali mi złotuwkę...

— Złotuwkę za sześć! Ja bym za każdego dał Kubie dziesiątkę.

— Jakże, pżecieh kuropatwy to koszerne?... — zdumiał się.

— Nieh Kubę głowa o to nie boli... nieh tylko pżyniesie dużo, a za każdą dostanie zaraz do ręki po dziesiątce. Asencję postawię na zgodę, co?

— I po całym dziesiątku Jankiel zapłaci?...

— Moje słowo nie ten wiatr. A za te sześć... to Kuba miałby nie dwa pułkwaterki czystej, a cztery z arakiem i śledzia, i bułkę, i paczkę mahorki... rozumie Kuba?...

— Juści... cztery pułkwaterki z arakiem i śledzia... i... juści, nie bydłem pżecieh, to miarkuję... ryhtyk prawda! Cztery pułkwaterki z harakiem... i mahorka, i bułkuw... i całego śledzia... — Mroczyła go już wudka i nieco rozbierała.

— Pżyniesie Kuba?...

— Cztery pułkwaterki... i śledź... i... Pżyniesę... Cie, żebym to miał stżelbę... — ozwał się pżytomniej i jął znowu obliczać — kożuh na ten pżykład z pięć rubli... buty by się zdały... ze tży ruble... ni, nie hwaci... a kowal by hcieli z pięć rubli za fuzję... tyla co od Rafała... ni... — myślał głośno.

Jankiel zrobił szybkie obliczenie kredą i szepnął mu ciho do uha:

— Zastżeliłby Kuba sarnę?...

— Ale, z pięści nie zastżeli, a z fuzji to bym juhę ustżelił...

— Kuba umie stżelić?...

— Jankiel jest Żyd, to i nie wie, a we wsi wiedzą wszystkie, że hodziłem z dziedzicami do boru, że mi ten kulas pżestżelili... to umieć umiem...

— Ja dam stżelbę, dam proh, dam, co potżeba... a Kuba, co ustżeli, pżyniesie do mnie! Za sarnę dam całego rubla... słyszy?... Całego rubla! Za proh Kuba zapłaci piętnaście kopiejek od sztuki, odtrącę... A za to, co się fuzja będzie psuć, to Kuba pżyniesie ćwiartkę owsa...

— Rubla za sarnę... a niby ja za proh piętnaście... całego rubla!... niby jak to?...

Jankiel znowu wyliczał mu szczegułowo...

— Owsa?... Pżecieh koniom od pyska nie odejmę... — to jedno zrozumiał.

— Po co brać koniom! U Boryny jest i gdzie indziej...

— To niby... — wytżeszczał oczy i kalkulował.

— Wszystkie tak robią! A Kuba myślał, skąd parobcy mają pieniądze?... Każdemu tżeba mahorki, a kieliszka wudki, a potańcować w niedzielę!... To skąd wziąć?...

— Jakże... złodziej to jestem, parhu jeden, czy co?... — zagżmiał nagle bijąc pięścią w stuł, aż kieliszki podskoczyły.

— Co się Kuba żuci! Nieh Kuba płaci i idzie sobie do diabła!...

Ale Kuba nie zapłacił i nie poszedł, nie miał już pieniędzy i winien był Żydowi... to się ino sparł ciężko o szynkwas i jął sennie obliczać, a Jankiel udobruhał się i raz jeszcze nalał mu, ale już czystego araku... i nic nie muwił...

Tymczasem do karczmy napływało coraz więcej ludzi, bo już mrok gęstniał, zapalili światło, muzyka raźniej się ozwała i gwar się podnosił; narud kupił się pży szynkwasie, pod ścianami albo i zgoła w pośrodku izby i raił, pogadywał, użalał się, a kto niekto i pżepijał do drugiego, ale z żadka, bo nie na pijaństwo pżyszli, jeno tak sobie, po sąsiedzku postać, pogważyć, skżypic posłuhać abo i basuw, coś niecoś posłyszeć nowego; niedziela pżecieh, to odpocząć ni folgę dać ciekawości nie gżeh, a hoćby i ten kieliszek wypić z kumami... byle pżystojnie i bez obrazy boskiej się obyć obyło, to i sam dobrodziej nie bronił... Jakże, i bydlę na ten pżykład po pracy odpocząć rade i musi. A zaś pży stole zasiedli gospodaże starsi i kobiety niekture, pżyodziane w czerwone wełniaki i husty, że widziały się jako te malwy rozkwitłe, a że razem wszyscy muwili, to ino szum szedł po karczmie, kieby boru, i tupot nug, jakoby bicie cepami w klepisko, i głos tyh skżypic, co cięgiem śpiewały figlujący.

— „A hto będzie za mną gonił?... za mną gonił...”

— „Oto ja... oto ja... oto ja...” — odbąkiwały stękające basy, a bębenek tżąsł się ino, a hihotał, a baraszkował i wżawę czynił bżękadłami.

Niewiela ludzi tańcowało, ale tak ostro pżytupywali, aże dyle podłogi skżypiały i stuł dygotał, że raz wraz flaszki pobżękiwały i wywracały się kieliszki...

Ale ohoty wielgiej nie było, bo i okazji, jako to pży weselah bywa abo i zrękowinah, nie było. Tańcowali ot tak sobie, la uciehy jednej abo dla wyprostowania nug i gżbietuw; tylko hłopaki, co mieli puźną jesienią do wojska stawać, zabawiali się mocniej i pili na frasunek, co i nie dziwota, bo mieli ih w tyli świat pognać, do obcyh.

A wujtuw brat najgłośniej wykżykiwał, a po nim Marcin Białek, Tomek Sikora i Paweł Boryna, stryjeczny Antka, kturen i sam pżyszedł do karczmy o zmroku, tylko że nie tańcował dzisiaj, a siedział w alkieżu, z kowalem i z drugimi, i Franek młynarczyk, niski, krępy i kędzieżawy, ten ci gadatywus był największy i zbereźnik, i kpiaż, i na dzieuhy tak łakomy, że często gęsto pysk miał zbity i podrapany. Ale że dzisiaj ohlał się zaraz z miejsca, jak to nieboskie stwożenie, to ino stał pży szynkwasie z grubą Magdą od organisty, ktura była już w szustym miesiącu.

Dobrodziej już to wypominał na ambonie i naganiał go do ożenku, ale Franek słuhać nie hciał, że to do wojska stawać miał jesienią, to co mu ta po babie...

Magdusia właśnie ciągnęła go w kąt, do nalepy, i cosik mu muwiła płaczącym głosem, a on jej na to raz wraz powiadał:

— Głupiaś! Nie latałem za tobą... Hżciny zapłacę i z rubla żucę, jak mi się spodoba!... — Niepżytomny był i phnął ją, aż pżysiadła na nalepie komina w podle Kuby, kturen już spał w popiele, a z nogami na izbie — hlipała tam sobie ciho, a Franek poszedł znowu pić i brać dziewczyny do tańca — gospodarskie nie hciały, bo młynarczyk, cuż to? Parobek prawie. A proste dziewki też, bo pijany był i w tańcu zberezeństwa czynił, to ino splunął i wziął się z Jambrożym całować i z gospodażami, ktuży że mieli w młynie zboże, stawiali swoje...

— Wypijcie, Franek, a zmielcie ryhlej, bo już mi baba głowę kołacze, że na kluski nie ma i ździebka mąki.

— A moja o kaszę cięgiem mi turkocze...

— Że to i ospa la karmika potżebna... — muwił tżeci.

Franek pił, obiecywał i pżehwalał się głośno, że we młynie wszystko idzie jego głową, że młynaż słuhać go musi, bo jakby nie... to on zna takie sztuki, że robaki zalęgną się w skżyniah... woda wyshnie... ryby wyzdyhają, skoro jeno huhnie na staw... mąka się tak zważy, że i placka z niej nie upiecze...

— Oskubałabym ci ten łeb barani, żebyś mnie tak zrobił! — wykżyknęła Jagustynka, ktura zawsze bywała tam, gdzie i wszyscy, bo hociaż nie pijała, że to mało kiedy był ten grosz gotowy, ale zdażyć się mogło, co kum postawił pułkwaterkę jaką abo powinowaty drugą, bo się jej ostrego języka bali. Toć i Franek, hoć był pijany, a zląkł się jej i zmilknął, bo wiedziała o nim rużne rużności, jak to we młynie gospodaży, a ona, że to już była podpiła nieco, ujęła się pod boki, pżytupywała w takt i nuż wykżykiwać:

— Tańcują kiej muhy w smole! Jewka, a ruhajże się. Ganiała gdziesik po nocy, a teraz śpi w tańcu. Tomek! A prędzej! A to ci tak cięży ta ćwiartka, coś ją Janklowi spżedał, co?... Nie buj się, ociec jeszcze nie wiedzą. Marysia! Zadawaj się z rekrutami, zadawaj, a proś mę z miejsca na kumę...

I tak dalej dogryzała po kolei tanecznikom; niepomiarkowana była i zła na wszystkih, że to dzieci ją skżywdziły, a ona na starość na wyrobek hodzić musiała, ale że nikto nie odpowiadał, wykżyczała się i poszła do alkieża, gdzie siedział kowal z Antkiem i kilku młodszyh gospodaży.

Lampa wisiała u czarnego pułapu i mdłym żułtawym światłem rozjaśniała jasne, powihżone głowy — siedzieli dokoła stołu, wsparli się mocno na rękah i wszyscy oczy utkwili w kowala, kturen pohylony nad stołem, czerwony, rozkładał szeroko ręce, czasem bił pięścią i gadał z ciha:

— Prawdę muwię, bo tak stoi w gazecie wypisane, wyraźnie jak wuł... Nie tak ludzie żyją we świecie jak u nas, nie! — Co jest? Dziedzic ci panuje, ksiądz ci panuje, użędnik ci panuje — a ty ino rub a z głodu zdyhaj i każdemu się nisko kłaniaj, żebyś po łbie nie oberwał...

— A grontu mało, że niedługo to i po zagonie na człowieka nie starczy!

— A dziedzic ma sam więcej niż dwie wsie razem...

— Powiadali wczoraj na sądah, że nadawać będą nowe grunta.

— Jakie?

— Czyjeż by — a dworskie!

— Ale! Daliśta dziedzicom, to odbierać będzieta! Ale cudzym już się żądzą — kżyknęła Jagustynka nahylając się do nih ze śmiehem.

— ...I sami się żądzą — ciągnął dalej kowal nie zważając na babie powiedzenie nic — a wszyscy we szkołah się uczą, we dworah mieszkają i panami są...

— Gdzie to tak? — zapytała Antka, kturen zaraz z kraju siedział.

— W ciepłyh krajah! — odżucił.

— To kiej tak dobże, czemuż to kowal tam nie pojehał, co?... Smoluh juha, łże jak ten pies i tumani, a wy głupie wieżyta! — zawołała namiętnie.

— Muwię po dobremu: idźcie sobie, Jagustynko, skądżeście pżyszli...

— A nie pujdę! Karczma la wszystkih, a ja taka dobra za swoje tży grosze jak i ty! Ale, nauczyciel jaki, Żydom się wysługuje, z użędnikami tżyma, o staję czapkę pżed dziedzicem zdejmuje, a te mu wieżą!... Pyskacz jeden!... Wiem ja... — ale już nie skończyła, bo ją kowal kżepko ujął pod żebra, nogą otwożył dżwi i wyżucił do wielkiej izby, że padła jak długa w pośrodku.

Nie pomstowała nawet, tylko powstawszy żekła wesoło:

— Kżepki juha kiej koń, zdałby mi się taki na hłopa...

Narud gruhnął śmiehem, a ona wyszła zaraz pomstując z ciha.

Ale już i karczma pustoszała, muzyka zmilkła, ludzie się rozhodzili do domuw, to stawali kupkami pżed karczmą, bo to i wieczur był ciepły i jasny, księżyc świecił, tylko rekruci jeszcze ostali i pili na umor i wykżykiwali, a Jambroży, spity jako bydlę, wylazł na środek drogi i wyśpiewywał, taczając się ze strony na stronę.

A i ci z alkieża, z kowalem na czele, wyszli.

Potem, kiedy już Jankiel począł gasić światła, rekruci się wytoczyli, ujęli się mocno pod ręce i szli całą drogą śpiewający z gardła wszystkiego, aże psy ujadały i jaki taki z hałupy wyjżał...

Kuba tylko spał wciąż w popiele tak kżepko, aż go Jankiel budzić musiał, ale parobek wstać nie hciał, kopał, to gżmocił w powietże i mruczał:

— Pudzi, Żydzie. Jak hcę, tak spał będę... gospodaż jestem, to wolę swoją mam, a tyś żułtek i parh!...

Wiadro wody pomogło, że wstał i wytżeźwiał nieco, jeno ze strahem a zdumieniem słuhał, jako całego rubla pżepił — kturego winien jest...

— Jakże?... dwa pułkwaterki z harakiem... całego śledzia... mahorki... i jeszcze dwa pułkwaterki... to już cały rubel?... Jakże?... dwa... — majaczyło mu się.

Jankiel pżekonał go w końcu i porozumieli się co do stżelby, kturą Żyd miał mu pżywieźć z jarmarku, a na zgodę postawił esencji ze spirytusem...

Tylko owsa stanowczo Kuba pżynosić nie obiecywał.

— Ociec Kubów złodziej nie był, to i syn jego złodziej nie jest.

— Idźcie już sobie, czas spać... a ja mam jeszcze pacieże odmawiać...

— Cie!... spekulant jaki! Do złodziejstwa namawia, a pacieże muwił będzie... — mruczał idąc ku domowi i jął sobie pżypominać i kalkulować, bo nijak nie hciało mu się w głowie pomieścić, że całego rubla pżepił... ale że jeszcze nie wytżeźwiał i powietże go rozebrało, to potaczał się ździebko, a i raz wraz właził na płoty, to na budulec leżący gdzieniegdzie pżed hałupami i klął...

— Żeby was, juhy, pokręciło!... Łajdusy jedne... żeby tak drogę pozastawiać!... nic, jeno się pohlały... zbereźniki... a dobrodziej na darmo wypomina... a dobrodziej... — tu się zastanowił długo i miarkował, aż i wreszcie hyciło się go rozeznanie i żałość taka, aż pżystanął, oglądał się dookoła, pohylał szukając czego by twardego do ręki... ale zapomniał wnet i hwycił się za kudły, i jął się prać po pysku kułakiem i wykżykiwać:

— Pijanica jesteś i świnia zapowietżona! Do dobrodzieja cię zawlekę, nieh cię wypomni pżed całym narodem, żeś pies i pijanica... żeś dwa po dwa pułkwaterki... żeś całego rubla pżepił... żeś jako to bydlę abo i gorszy!... żeś...

I żałość z nagła go objęła nad sobą, że pżysiadł na drodze i buhnął płaczem.

Jasny, ogromny księżyc płynął w pżestżeniah ciemnyh, a gdzieniegdzie, z żadka kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą pżędzą motały się nad wsią i pżesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cihość nocy jesiennej pżejmowała świat, tylko gdzieniegdzie wyrywały się śpiewy wracającyh z karczmy albo ujadania psuw.

A na drodze pżed karczmą Jambroży taczał się ze strony na stronę i śpiewał wciąż, nieustannie, aż do wytżeźwienia:

Da Maryś moja, Maryś! 
Da komu piwo ważysz? 
Da komu piwo ważysz?... 
Da Maryś moja, Maryś!... 
 
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)