Biblioteka › Ballady i romanse
Dudaż. Romans
Dudaż
Romans
(myśl z pieśni gminnej)
Jakiż to dziadek, jak gołąb siwy,
Z siwą aż do pasa brodą?
Dwaj go hłopczyki pod rękę wiodą,
Wiodą mimo naszej niwy.
Stażec na liże bżąka i nuci,
Hłopcy dmą w dudeczki z piurek.
Zawołam starca, nieh się zawruci
I pżyjdzie pod ten pagurek.
«Zawruć się, starcze, tu na igżysko,
Tu się po siewbie weselim;
Co nam dał Pan Bóg, tem się podzielim,
I do wsi na noc stąd blisko».
Posłuhał, pżyszedł, skłonił się nisko
I usiadł sobie pod miedzą;
Pży nim po bokah hłopczyki siedzą,
Patżąc na wiejskie igżysko.
Tu bżmią piszczałki, biją bębenki,
Płoną stosy suhyh drewek;
Piją staruszki, skaczą panienki,
Obhodząc święto dosiewek.
Milczą piszczałki, głuhną bębenki,
Pożuca ogień gromadka;
Biegą staruszki, biegą panienki,
Biegą do dudaża dziadka.
«Witaj, dudażu, witamy radzi,
W wesołej pżyhodzisz dobie;
Pewnie z daleka Pan Bóg prowadzi,
Pogżej się i spocznij sobie».
Wiodą, gdzie ogień, gdzie stuł z murawy,
Sadzą dudaża pośrodku:
«Może pozwolisz na trohę strawy,
Albo na szklaneczkę miodku?
Widzim i lirę, widzim piszczałki:
Zagraj co nam samotżeci;
Napełnim za to tłomok, kobiałki,
I będziem wdzięczni waszeci».
«No, stujcież ciho, — żekł do gromadki —
Ciho, — powtaża, w dłoń klaska —
Jeżeli hcecie, zagram wam, dziatki,
A cuż wam zagrać?» — «Co łaska».
Wziął w ręce lirę i szklankę sporą,
Miodem pierś starą zagżewa:
Mrugnął na hłopcuw, ci dudki biorą;
Bżąknął, nastroił i śpiewa:
«Idę ja Niemnem, jak Niemen długi,
Od wioseczki do wioseczki,
Z borku do borku, z smuguw na smugi,
Śpiewając moje piosneczki.
Wszyscy się zbiegli, wszyscy słuhali,
Ale nikt mię nie rozumie!
Ja łzy ocieram, westhnienia tłumię,
I idę daléj a daléj.
Kto mię zrozumie, ten się użali,
I w białe udeży dłonie;
Uroni łezkę, i ja uronię,
Ale już nie pujdę daléj».
A wtem grać pżestał. Nim znowu zacznie,
Pżelotem spojżał po błoniu:
Lecz w jednę stronę spoziera bacznie;
Ktuż tam stoi na ustroniu?
Stała pasterka i plotła wieniec,
To uplecie, to rozplecie,
A obok pży niej stoi młodzieniec,
I splecione pżyjął kwiecie.
Spokojność duszy z jej widać czoła,
Ku ziemi spuszczone oko;
Nie była smutna ani wesoła,
Tylko coś myśli głęboko.
Jak puszkiem hwieje trawka zielona,
Hoć wiatr pżestanie oddyhać:
Tak się na piersiah hwieje zasłona,
Hociaż westhnienia nie słyhać.
Wtem z piersi listek zżułkły odepnie,
Listek nieznanego dżewa;
Spujży nań, żuci i z ciha szepnie,
Jakby się na listek gniewa.
Odwraca głowę, odeszła nieco,
Podniosła w niebo źrenice;
Nagle na oczah łezki zaświecą
I ruż wystąpił na lice.
A dudaż milczy, bżąka powoli,
A wzrok utopił w pasterce,
Utopił w licu, lecz wzrok sokoli
Zdał się pżedzierać aż w serce.
Znowu wziął lirę i spory dzbanek,
Miodem pierś starą zagżewa,
Skinął na hłopcuw, ci do multanek,
Bżąknął, nastroił i śpiewa:
«Komu ślubny splatasz wieniec
Z ruż, liliji i tymianka?
Ah, jak szczęśliwy młodzieniec,
Komu ślubny splatasz wieniec!
Pewnie dla twego kohanka?
Wydają łzy i rumieniec,
Komu ślubny splatasz wieniec
Z ruż, liliji i tymianka?
Jednemu oddajesz wieniec
Z ruż, liliji i tymianka;
Koha cię drugi młodzieniec:
Ty jednemu oddasz wieniec,
Zostawże łzy i rumieniec
Dla nieszczęsnego kohanka,
Gdy szczęśliwy bieże wieniec
Z ruż, liliji i tymianka».
Na to szmer powstał; rużne pogłoski
Pomiędzy ciżbą pżytomną:
Tę piosnkę śpiewał ktoś z naszej wioski;
Lecz kto i kiedy — nie pomną.
Stażec ucisza, podnosi rękę:
«Słuhajcie, dzieci, — zawoła —
Powiem, od kogo mam tę piosenkę,
Może on był z tego sioła.
Kiedym wędrując pżez kraje cudze
Krulewiec zwiedził pżehodem,
Wtenczas pżypłynął z Litwy na strudze
Pasteż jakiś z tyh stron rodem.
Smutny był bardzo, ale pżyczyny
Smutku nie muwił nikomu,
Odbił się potem od swej drużyny
I nie powrucił do domu.
Często widziałem, czy świecą zoża,
Czyli księżyc w pełnym blasku,
Jak on po błoniah, albo u moża
Po nadbżeżnym błądził piasku.
Posrud skał nieraz, podobny skale,
Na deszczu, wietże i hłodzie,
Odludny dumał, wiatrom swe żale,
A łzy powieżając wodzie.
Szedłem ku niemu; spozierał smutnie,
Ale ode mnie nie stronił;
Jam, nic nie muwiąc, nastroił lutnię,
Zaśpiewał, w struny zadzwonił.
Łzy mu się żucą; lecz skinął czołem,
Że się to granie podoba;
Ścisnął za rękę, ja go ścisnąłem,
I zapłakaliśmy oba.
Poznaliśmy się lepiej nawzajem,
I byliśmy pżyjaciele.
On zawsze milczał swoim zwyczajem,
I ja muwiłem niewiele.
Potem, gdy troską strawiony długą,
Już nie mugł rady dać sobie;
Ja toważyszem, ja byłem sługą,
Jam go pilnował w horobie.
Nędzny, w myh oczah gasnął powoli,
Raz mię pżywołał do łoża:
„Czuję — żekł — bliski koniec niedoli,
Nieh się spełni wola Boża.
Zgżeszyłem tylko, że moje lata
Tak się nadaremnie starły:
Ale bez żalu shodzę ze świata,
Dawno już na nim umarły.
Kiedy mię skał tyh dziki zakątek
Ukrył pżed gminu obliczem,
Odtąd już dla mnie świat ten był niczem:
Żyłem na świecie pamiątek.
Ty, coś mi wiernym został do grobu,
— Kończył, ściskając za ręce —
Nagrodzić tobie nie mam sposobu,
Wszakże to, co mam, poświęcę.
Znasz piosnkę, kturąm po tyle razy
Śpiewał, płacząc nad mym losem;
Pomnisz zapewne wszystkie wyrazy,
I wiesz, jakim śpiewać głosem.
Mam jeszcze z bladyh włosuw zawiązkę
I zeshły cyprysu listek:
Naucz się piosnki, weź tę gałązkę,
To muj na ziemi skarb wszystek.
Idź, może znajdziesz na bżegah Niemna
Tę, kturej już nie obaczę;
Może jej piosnka będzie pżyjemna,
Może nad listkiem zapłacze.
Nagrodzi starca, do domu pżyjmie,
Powiedz...” Wtem oko ściemniało,
A w ustah Panny Najświętszej imię,
Wpuł wymuwione zostało.
Silił się jeszcze i w samym skonie
Na prużno coś wyżec żądał;
Wskazał ku sercu i ku tej stronie,
Na kturą, żyjąc, poglądał». —
Tu pżerwał dudaż i szukał okiem,
Dostając listek z papierka:
Lecz już nie była między natłokiem
Ta, kturej szukał — pasterka.
Z daleka tylko poznał sukienkę,
Bo w hustce skryła tważ boską;
Jakiś młodzieniec wiudł ją pod rękę;
Już ih nie widać za wioską.
Pżybiegła zgraja, gdzie stażec siedział.
«Co to jest?» wszyscy pytają...
On nic nie wiedział — może i wiedział,
Ale nie muwił pżed zgrają.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Adam Mickiewicz, „Ballady i romanse”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.