Biblioteka › Ballady i romanse
Tukaj albo pruby pżyjaźni. Ballada
Tukaj albo pruby pżyjaźni
Ballada
(we cztereh częściah)
I
«Ja umieram. — Ja nie płaczę,
I wy hciejcie ulżyć sobie;
Prędzej, puźniej legniem w grobie.
Nie wrucą na świat rozpacze.
Byłem panem mnogih włości,
Sławny potęgą i zbiorem;
Zamki me stały otworem
Dla pżyjaciuł i dla gości.
O potęgo! o człowieku!
Wielkie zamki, wielkie imie,
Wielkie nic! Wielkość, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku!
Gdy za mądrości widziadłem
Goniąc, zbiegam kraje cudze,
Gdy wzrok nad księgami trudzę,
Skarbnice nauk posiadłem:
O nauki! o człowieku!
Wielka mądrość, wielkie imie,
Wielkie nic! rozum, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku!
Stżegłem ustaw świętej wiary
W duhu i serca prostocie;
Hojnie nagradzałem cnocie,
Kościołom niosłem ofiary.
O pobożności! człowieku!
Święta wiaro, święte imie,
Święte nic! cnoto, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku!
Twurco, jakże igrasz srodze!
Kiedy mi dasz wiek niedługi,
Cuż, że mi dasz wierne sługi?
Czymże za wierność nagrodzę?
Dasz kohankę kohankowi,
Śmierć truje ślubuw słodycze.
I tylu pżyjaciuł liczę!
Bądźcie zdrowi, bądźcie zdrowi!»
Tak na domownikuw ręku
Tukaj, pośrud skarg i jęku,
Pożegnawszy świat na wieki,
Gasnące zamknął powieki.
Wtem grom łamie szczyty dahu,
Zadrżały zamkowe ściany,
Jakowyś stażec nieznany
Wlatuje na środek gmahu.
Siwy włos okrył mu skronie,
Tważ marszczkami rozorana,
Broda długa za kolana,
Na kostuże wsparte dłonie.
«Tukaju!» Porwał z pościeli
I wraz za sobą iść każe;
Już wieżhne sale minęli,
Minęli wały i straże.
Idą — ciemno, deszczyk kropi;
A srebżysta tważ miesiąca,
To grubawe mgły roztrąca,
To się znowu we mgle topi.
Idą ponad tżęskie kępy,
Mijają bagna, głębinie,
Hnilicy ciemnej ostępy,
Kołdyczewanurty sinie.
Gdzie puszcza zarosła wkoło,
Spodem czarna, z wieżhu płowa,
Żwirami nasute czoło
wynosi gura Żarnowa,
Tam szli. Stażec kląkł na grobie,
Rozwarł usta, okiem błysnął,
Podniusł w gurę ręce obie,
Tżykroć kżyknął, tżykroć świsnął.
«Tukaju, patż, oto ścieżka!
Za ścieżką hatka na bagnie,
W hatce mędżec Polel mieszka:
Mędżec mędrca wspomuc pragnie.
Znana twa nauka, cnota;
Znam, że Bóg, węzły lubemi
Pżywiązawszy cię do ziemi,
Długiego nie da żywota.
Ale żucaj pżestrah płony,
Myh sposobuw uznaj dzielność;
Żyj dla sług, pżyjaciuł, żony,
Lata, wieki, nieśmiertelność.
Ja pierwszy ziemskiemu oku
Śmiem do niej pokazać drogę;
Lecz podług ustaw wyroku
Dwom tylko pokazać mogę.
Wybież drugiego człowieka,
Człowieka doznanej wiary,
Kturemu byś w każdej probie
Tak zaufał, jak sam sobie;
Trafisz — nieśmiertelność czeka!
Hybisz — śmierć i wieczne kary!»
— «Starcze! twe zjawienie wieszcze
Ciemna zasłona powleka,
Powiedz...» — «Powiadam ci jeszcze,
Wybież drugiego człowieka.
Radź się twej głowy i serca,
Idzie o ciało i duszę!
Wierny albo pżeniewierca,
Nieśmiertelność lub katusze!...
Czy mugłbyś zwieżyć się słudze?»
Tukaj nic nie odpowiada,
Bo ktuż zgadnie myśli cudze?
Bo zbyt częsta w sługah zdrada.
«Może kohance lub żonie?»
— «Tak...» wtem uciął, patży smutnie;
«Tak» żecze i znowu utnie.
Myśli, sam się z sobą biedzi,
«Tak jest, kohance... tak, żonie!»
I wieży, i strah nań pada,
I wątpi, i wstydem płonie;
Myśli, sam się z sobą biedzi,
Umyślił, już w odpowiedzi,
Już... i nic nie odpowiada.
— «Umżyj więc! ty śmiałeś żądać?
Daj pokuj żądaniom dzikim!
Ty nie masz ufności w nikim.
Wartoż dłużej świat oglądać?»
On myśli... — «Nikogoż z wiela?
Sługi, żony, pżyjaciela?»
— On myśli... Tu w mgnieniu oka
Czerni się niebios sklepienie,
Słyhać gżmienie, ziemi drżenie,
Kipią bagna, lasy gorą,
Niknie w płomieniah opoka,
I doliny, i jezioro.
Śrud gromuw, świstu i szczęku,
Czy to zły duh, czy moc Boża,
Tukaj znalazł się śrud łoża,
Na swyh domownikuw ręku.
Głos tylko zagżmiał z daleka:
«Nie masz drugiego człowieka,
Kturemu byś w każdej probie
Tak zaufał, jak sam sobie».
II
«Ja mam, ja mam pżyjaciela!»
Konający Tukaj woła.
Wraz uhodzi bladość z czoła,
Iskrą zdrowia oko stżela;
Tukaj wydarty mogile,
Wstaje, dziwią się doktory;
Wstaje, hodzi o swej sile,
Jakby nigdy nie był hory.
A wtem, na poduszce z boku,
Ujży z wolej skury karty,
Gdzie tajemnice wyroku
Pżeklęte spisały czarty.
Tukaj z ciekawością hwyta,
Siada, podparł się, i czyta:
«Kiedy miesiąc na młodziku,
Idź za gurę do gaiku,
Znajdziesz kamień, spod kamienia
Białego urwij kożenia,
Kiedy będziesz bliski śmierci,
Każ ciało posiec na ćwierci,
W wodzie zgotować kożonki,
Pocięte namaścić członki:
Znowu się duh z ciałem zrośnie,
W młodocianej wstaniesz wiośnie,
I możesz, skutkiem tyh lekuw,
Umierać, wstawać, wiek wiekuw».
Dalej tam były pżestrogi:
Jak siekać głowę, jak nogi,
W jakiej wodzie smażyć trunek,
Po jakiej brać zioła szczypcie;
Ale na końcu w post-skrypcie,
Taki dodano warunek:
«Jeśli użyty ktoś drugi
Do namaszczalnej posługi,
Zwiedzion pżez nasze fortele,
Innemu pokaże ziele
Lub w oznaczonej godzinie
Twego ciała nie namaści:
Wtenczas skutek zioła zginie,
Wtenczas piekło czeka waści.
Jeśli na to się ośmielisz,
Dla znaku, że zaszła zgoda,
Nasz poseł Mefistofelisz
Do wymiany traktat poda.
Ostżegliśmy o fortelah,
Stżeż się; potem prużny kweres.
Dan w Erebie, w szabas rano;
Własną ręką podpisano:
Tak ma stać się: Lucyferes,
A za zgodność: Hadramelah».
Tukaj trohę się zagniewał,
Warunku się nie spodziewał.
Brodę na ręku podpiera,
Potarł czoło, skżywił nosa,
Na kontrakt spojżał z ukosa:
Tabaczki dwa razy zażył,
To na ziemię spuszcza oczy,
To po stolowaniu toczy.
Wziął pargamin, w ręku zważył;
Znowu nań zezem poziera,
Znowu czytał i odczytał,
Znowu zważył, znowu zmieżył,
Kułakiem o stuł udeżył,
Westhnął, mruczał, zębem zgżytał,
Ręce nad czoło zakłada,
Skoczył raptem i w zapędzie
Mahnął ręką: «Nieh tak będzie!»
Znowu umilkł, znowu siada,
Znowu myśli, znowu wstaje,
Znowu hodzi, znowu siada.
Nieh go za to nikt nie łaje,
Bo z diabłami żecz nie lada.
Myśli: albo wieczne życie,
Albo wiecznie diabłu dusza.
Nic nie muwi, myśli skrycie,
Tylko trohę wargą rusza.
Nadszedł już czas odpowiedzi.
Tukaj oddala się z tłumu
I do pracowni rozumu
Zamknąwszy się, jeden siedzi.
I tam swuj traktat raz jeszcze,
Nim stempel pżyjęcia zyska,
W surowej uwagi kleszcze
Bieże i pożądnie ściska.
Tam myśl rozmaita ścieka
W jedne podobieństwa tygle;
Tam jednę myśl niedościgle
Rużnicy nożykiem sieka;
Sieka, topi na kształt wosku,
Aż wycisnął ekstrakt wniosku.
Obejżawszy wniosek ściśle,
Tak żekł po długim namyśle:
«Jakieżkolwiek to fortele,
O kturyh słyszałem z gury,
Czy ih niewiele, czy wiele,
Trojakiej będą natury.
Hcąc kogo pżywieść do zdrady,
Tżeba siły albo rady;
Albo podarunkiem skusić,
Albo strwożyć, albo zmusić.
Toż samo krutszymi słowy,
Będzie sylogizm takowy:
Trojaka do zguby droga,
Ciekawość, łakomstwo, trwoga.
Więc kto w tym trojakim względzie
Twardej nie ulegnie probie,
Takiemu już można będzie
Ufać jak samemu sobie».
Tukaj, kontent z wynalazku,
Szuka atramentu, piasku,
Idzie kreślić pismo gżehu,
Ale idzie bez pośpiehu.
Już ciemno, pisać niewcześnie,
W atramencie jakieś pleśnie;
Dwie świece musiał zapalać
I dwa kałamaże nalać.
Coś mu zabolało w łokciu;
Wziął piuro — na piuże włosek
I bardzo spisany nosek;
Otżąsł, pżyciął na paznokciu.
Po długim względzie, rozględzie,
Wreszcie pisze: NIEH TAK BĘDZIE.
Hciał dołożyć i nazwisko:
Lecz nim pierwsze T napisał,
Myślał puł godziny blisko,
Głową i piurem kołysał,
I nic więcej nie napisał;
Tylko do pierwszej litery,
Dodał małe kropki.... cztery.
Gdy już napisano widzi,
Jeszcze patży, jeszcze bada;
Niehaj z tego nikt nie szydzi,
Bo z diabłami żecz nie lada.
Lecz jakże się musiał zdumieć,
Gdy głoska «B» w słowie BĘDZIE,
Zaczęła bżęczeć i szumieć,
I wzdymać wszystkie krawędzie.
Kręci się, beczy, podrasta
Jak na drożdżah kawał ciasta;
Dolna litery połowa
Wykurcza się w bżuh i żebra,
U zwieżhniej wypukła głowa,
Na kształt ogromnego cebra.
Szyjka jak u osy wąska,
Nosik orła, brudka kozła,
A z jednej go strony końska,
Z drugiej kuża łapka wiozła;
Pogląda okiem wołowem,
Skżydła na kształt młyńskih wioseł...
Był to diabeł jednym słowem,
Był to Miefistofel poseł.
Jeszcze Tukaj nie mugł wiedzieć,
Czy żegnać, czy prosić siedzieć,
Kiedy pżyskoczył zuhwalec,
Porwał za maleńki palec,
Zasadził nożyk pod skurką,
I umoczył we krwi piurko;
Piurko wścibił, ścisnął w ręku,
Ręką wodzi pomaleńku,
Gdy już U, K, A, J minął,
Zrobiło się całkiem TUKAJ.
Djabeł świsnął, czmyhnął, zginął...
Terazże z nim ładu szukaj!
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Adam Mickiewicz, „Ballady i romanse”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.